Gdy na chwiejnej krawędzi
Gdy na chwiejnej krawędzi nocy i poranka
oddech blasku rozprasza kruche cienie snu
i nasze nagie ciała obmyte z ciemności
trwają wiernie złączone wspólnym rytmem krwi
i na miłosnej ziemi aż po wzgórza nocy
objęte czarnym gąszczem trwa początek dnia —
świat który był umarły i w zastygłem czasie
w zimny sopel się zmieniał przedwiosenny śpiew
i sztywne gesty dłoni wzywające echa
zamierały w powietrzu jak zmarznięty dźwięk
ktokolwiek zaś podnosił czarodziejską różdżkę
płomieniem wytryskała lecz natychmiast gasła
wtedy w ten niespełniony i samotny czas
tajemnice też były przemieniane w kamień —
teraz skoro przestały działać ciemne moce
i ciężar ślepej pustki już nas nie ugniata
poznać możemy wszystko — odrodzonym oczom
kamienie odsłoniły najtajniejsze warstwy
obumarły krajobraz nagle w drżeniu światła
gwałtownie począł krążyć ten radosny blask
potwierdził nam obojgu że za oknem orzech
wypełniający przestrzeń wilgotną zielenią
gniewne noce oznacza kłótnie i rozłąkę —
śnieżyca wirująca nad białą równiną
prowadząc spragnionego w spragnione ramiona
tęsknoty jest symbolem żądzy i spełnienia
zmięty strzępek biletu kłamstwa jest świadectwem
czuwanie nocną porą pod zagasłym oknem
cierpką zazdrość oznacza wśród miłosnych kart
zatajony telefon mrok zdrady porusza
gdy w gorących podmuchach wieje halniak z Tatr
przypadkowe spotkanie jest końcem niezgody
natomiast wspólna podróż radość zapowiada
a zbieranie kaczeńców na podmokłych łąkach
jest najszczęśliwszą wróżbą dla najbliższych lat.
Nic nie zapowiadało że nagle rozstanie
wstrząśnie murami miasta i zimowa noc
nigdy nas nie uwolni ze swych ciężkich gruzów
i jasnej smugi światła znów zmienionej w kamień
nigdy już nie przekroczy nasz kamienny krok.