1

Piękna jest żona bliźniego mego,

choć nie widziałem jej nigdy na dachu,

kiedy pośród białych satelitarnych talerzy

myje w deszczówce kolana

i odsłania swój kark rozwiązłemu słońcu.

Siedzi zapewne przy kuchennym stole,

w obcojęzycznym mieście Zachodu,

i nie odmawia paciorków na skroni

mężczyźnie w oficerkach.

Wezmę go w kamasze — na front,

dam bilet do kina — na Rejs. Nie chcę dziś

ani wołu, ani osła, ani żadnej rzeczy,

która jego jest. Tylko weźmy się wzajem.

Ciało wiersza nie grzeszy. Jesteśmy bez winy:

które z nas pierwsze rzuci kamieniem?

Potłucze tablice? Przykryje drugiego

białym, jak niewidzące oko,

prześcieradłem?