SCENA I
Arete rozwiesza na głazach i gałęziach nad strumieniem świeżo wyprane białe szaty.
Blaks leży na wznak z rękoma pod głową i śpi.
DZIEWKI SŁUŻEBNE
trzymając się za ręce, pląsają dokoła stojącej w pośrodku Psychy i śpiewają:
Razem z wiatrem, co rozwiewa
nasze śnieżnobiałe szaty,
między strojne, wonne drzewa,
z których w słońcu kapią kwiaty,
po równinie,
co tak płynie,
— od skał płynie
traw puszystych słodką falą:
dalej w pląsy! w pląsy! W pląsy!
stopy się nam palą! — O hej!
BLAKS
budzi się i wstaje
Zmierżone5 dziewki! drą się, jakby sojki! ani się człowiek zdrzemnąć nie może!
Idzie w głąb i kładzie się znowu, zatykając uszy.
DZIEWKI SŁUŻEBNE
tańcząc, znów śpiewają:
Wiatr się z włosem naszym pieści
i tak śpiewa,
— jak ptak śpiewa;
ptasząt śpiewu pełne drzewa —
a złocisty liść szeleści,
a do wtóru
dzwoni strumień, gęśl z lazuru — o hej!
Dalej w pląsy! W pląsy! W pląsy — o hej!
ARETE
od pracy:
A sam, dziewczęta!6 W główkach wam pustoty,
a tu jest jeszcze tyle do roboty!
Dziewki służebne rozwiązują taneczne koło i biegną do Arety.
Psyche zbliża się z wolna ku strumieniowi.
KALLONE
do Arety tonem usprawiedliwienia:
Prałyśmy matko, od samego świtu
w strumyku pełnym srebra i błękitu
dziane odzieże i bieluchną wełnę...
HEDONE
Czyż nie czas teraz, gdy karoca chyża
słońca ku ziemi pod wieczór się zniża
a fale złota i purpury pełne,
potańczyć, ciesząc się słońcu i wiośnie,
i tak dzień pracy zakończyć radośnie?
ARETE
Praca nie wszystka jeszcze ukończona,
choć słońce długą już przebyło drogę.
Zwińcie się, dziewki!
HAGNE
Ja ci dopomogę!
ARETE
Pomóżcie wszystkie! Z szat wilgłego łona
niech wszystkie pary wyssie i wypije
wiatr i słoneczny boski żar, co bije
z niebios, spragniony woni i wilgoci —
i wełnę bieli, a twarz dziewcząt złoci.
Służebne wraz z Aretą krzątają się, rozwieszając wyprane szaty na głazach i gałęziach.
Psyche siada na przodzie nad strumieniem i zapatrzona w nurt, igra palcami po wodzie.
SŁUŻEBNE
śpiewają przy pracy:
Suszcie się rychło, białośnieżne szaty,
bo was przywdzieje pan nasz, król bogaty,
co mieszka w dworcu o smukłych kolumnach,
stad ma bez liku i moc7 zboża w gumnach,
zbroje i złoto, i drogą purpurę,
a przenajdroższą bogolicą córę,
— a przenajdroższą bogolicą córę.
HAGNE
odłączywszy się od dziewcząt, podchodzi ku królewnie i z wolna osuwa się przed nią na kolana
Cóż bogolica, nie pląsałaś z nami
ani nie śpiewasz? Czy ci co dolega?
Czy tak twe oczy równe gwiazdom mami
lic twych odbitych obraz, co tak biega
z fali na falę po szybie strumyka
w błyszczących kropel świetlistej koronie?
Na białej dłoni białe wsparłaś skronie
i zapatrzona w nurt, jak w dal pomyka,
nie spojrzysz nawet na twoje służebne,
co wiodą pląsy i śpiewy gędziebne
dla ciebie — jeno na serca kądzieli
przędziesz zadumę...
Psyche z tęsknym uśmiechem kładzie dłoń na głowie Hagny i z wolna głaszcze jej włosy.
MELIKE
która się była odłączyła8 od pracujących w głębi dziewcząt i zbliżyła się do Psychy podczas ostatnich słów Hagny, mówi:
Otośmy radosne,
że bogi słońce dały, młodość, wiosnę;
wszystko się w okrąg cieszy i weseli —
ty jedna — cicha — patrzysz na te skały,
na dworzec ojca twego okazały
i na wawrzynów gaj kwieciem różowy,
na ciemne, liściem szumiące dąbrowy,
na łąki, strumyk i to białe płótno
— i łzy masz w oczach, pani?
PSYCHE
po chwili:
Tak mi smutno...
MELIKE
Smutno? I o co?
HAGNE
Wszakżeśmy9 przy tobie!
PSYCHE
Pójdźcie tu do mnie, pójdźcie bliżej, obie...
Czyście wy nigdy o tym nie myślały,
aby się wyrwać za te czarne skały —
tam! I zobaczyć, co tam jest za niemi?
Czy, jako tutaj, szmat zielonej ziemi,
czy też kraina jaka dziwna, złota, wyśniona...?
Nigdy o tym nie myślicie?
MELIKE
Nigdy!
HAGNE
Ja — nigdy!
MELIKE
Tu — tak słodkie życie,
cóż cię tam ciągnie, królewno?
PSYCHE
Tęsknota...
HAGNE
Co to?
MELIKE
Królewno, cóż to jest? Nie wiemy...
PSYCHE
Wiemże ja sama10?...
ARETE
w głębi:
Schną już w słońcu szatki
na białe głazy rzucone i kwiatki;
teraz już pora przynieść kosze z łozy11
i piękną, w wodzie wybieloną wełnę
znieść na wysokie, na koleśne12 wozy,
aby do domu powróciły pełne,
jako tu pełne przyjechały z rana,
ciążąc leniwym mułom.
HEDONE
klaszcze w ręce
Hejże, dana!
Teraz już mogę oddać się zabawie,
pląsać, ach, pląsać po puszystej trawie
i echu rzucać pieśni, jako pragnę!
Zawołam tamte, Melikę i Hagnę.
ARETE
Zawołaj wprzódy jeszcze na parobka,
by przyniósł żwawo kosze wyplecione...
HEDONE
spostrzega Blaksa i biegnie ku niemu
Śpi tam! Dalibóg! Wstawajże, mazgaju,
rusz się nareszcie, szkaradny leniuchu!
BLAKS
przeciera oczy
Co tam?
ARETE
A wstawaj!
BLAKS
Jest co do roboty?
HEDONE
I on się pyta! Biegaj jeno13 żwawo
i przynieś kosze, które tam za ławą
ponad strumykiem zostały od rana. —
Bielizna schnie już, od dawna wyprana!
Blaks podnosi się z wolna, przeciąga i ziewa.
KALLONE
wybucha śmiechem
Jeszcze po drodze drzemkę sobie utnie!
HEDONE
rzuca na Blaksa zerwane liście
Nuże14!
BLAKS
A idźcież15, uprzykrzone dziewki,
bo pókim dobry, tom dobry okrutnie,
lecz jak się zgniewam — mówię — nie przelewki!
Odchodzi poza strumyk w stronę zarośli i szuka koszów wśród krzewin. Po chwili wraca, wlokąc kosze za ucha.
HEDONE
Teraz do tańca! Hejże! Pójdźcie do mnie!
KALLONE
Albo — dziewczęta — naprzód do kąpieli,
potem oliwą namaścim się złotą
i tak w wspaniałej, nieskażonej bieli
ciał naszych młodych staniemy tu wieńcem,
aż pląsy łona ubarwią rumieńcem!
HEDONE
Więc dalej, dziewy! Niechaj zabrzmią echa
zbudzone głosem pieśni i ochoty
naszej — niech złota zadzwoni uciecha —
dalej!...
ARETE
Hej, Blaksie, chodź tu do roboty!
BLAKS
idzie, mrucząc:
Tamte sroki mogą sobie skakać do woli, ale ty Blaksie, chodź do roboty!
Zbiera wraz z Aretą bieliznę do koszów i wychodzi z nią razem.
MELIKE
Ja pieśń zawiodę16 — taneczną, rozlewną!
HEDONE
Królewna z nami! Królewno, królewno!
PSYCHE
Tańczcie wy same...
HAGNE
O, nigdy bez ciebie!
PSYCHE
Tańczcie... To słońce gasnące na niebie,
ta woń na ziemi dziwnie mnie rozmarza...
Z ziemi woń bije, jak gdyby z ołtarza,
na którym leży słońce, żertwa17 krwawa...
Cóż to? Siadłyście wszystkie wkoło, ciche?
Tańczcie, dziewczęta, pozwala wam Psyche —
bawcie się, proszę!
KALLONE
Bez ciebie zabawa
jest dla nas niczym!
HEDONE
Słuchaj, bogolica,
czymże rozchmurzyć twoje jasne czoło?
MELIKE
Chcesz pieśni może? — Zaśpiewam — wesołą!
Lub... o potędze twojego rodzica,
tajemniczego pana mnogich włości,
albo... o wiośnie lub o twej piękności? —
Rozkazuj, pani!
PSYCHE
Czy słyszysz te drzewa?
Każdy liść na nich pieśń przedziwną śpiewa,
hymn uroczysty jakiś na przybycie
wieczornych, świętych, tajemniczych godzin...
MELIKE
nadsłuchuje
Pono18 szum taki w dniu twoich narodzin
niósł się po świecie... Stara wieść tak prawi...
PSYCHE
Wieść...?
MELIKE
Czy jej nie znasz? Może cię zabawi...
Ta pieśń odwieczna, dziwna, która baje,
jak raz w wiosenne i słoneczne rano
dziki Człek, idąc przez rosiste gaje,
zobaczył zorzę na niebie świetlaną,
której nie widział do onejże pory,
po nocy jeno goniąc łup przez bory —
i nagle tknięty jakąś wielką mocą,
ten pan potężny, co dotąd żył nocą,
padł na kolana i podniósł ramiona:
— O zorzo, zorzo! O zorzo złocona!...
I wtedy pono wystrzelił mu z łona
kwiat tajemniczy, ukochanie świata,
motyl złocisty, co ku słońcu wzlata
i światłem żyje... W pieśni owej rymie
królewno, twoje powtarza się imię...
PSYCHE
I co pieśń mówi?
MELIKE
Mówi, że w tej porze
śpiewać poczęły drzewa i strumienie —
i hymn ogromny szedł przez wszechstworzenie:
śpiewały góry, śpiewał las i morze...
PSYCHE
A dalej? Dalej?
MELIKE
Prawi... o tęsknocie,
o jakimś wielkim, niebosiężnym locie,
któremu skrzydło motyle nie sprosta —
i o kimś, co ma przyjść po latach wielu...
PSYCHE
Ma przyjść?
MELIKE
...o bogu i poświęcicielu
jakimś, co zbawia i wznosi, choć chłosta...
Więcej nie pomnę...
PSYCHE
O moja tęsknoto!
HAGNE
To pieśń o tobie, o tobie, królewno!
Gdy wieczór słońcu twarz zakryje złotą,
na czole twoim widno jasność zwiewną,
a u twych ramion, jak dwie nikłe tęcze,
coś jakby barwne dwie błonki pajęcze
lub listki róży: skrzydełka motyle
z świateł utkane, co błysną na chwilę
i nikną znowu... i znów widne, rosą
ranną się mienią...
ARETE
zbliża się do grupy dziewcząt
Wstawajcie! Dziewczęta!
Oto zachodu już godzina święta
spływa na ziemię. Pokłon — po zwyczaju —
oddajmy bóstwom strumienia i gaju,
który nam w żarach dnia dał słodkie cienie —
i pójdźmy. Czas nam zejść z tej wonnej łąki,
gdzie pośród trawy skryte kwiatów pąki
czekają w ciszy na ożywcze tchnienie
tajnego bóstwa, co okrąża światy
i błogosławi nocą drzewa, kwiaty
i wszystko żywe a łaknące płodu.
Nam się nie godzi przeszkadzać mu w dziele,
które tu pocznie już za chwil niewiele;
do królewskiego zatem spieszmy grodu,
by do zamczystej poznosić komnaty
pracą dnia czysto wybielone szaty.
Dziewki służebne, powstawszy, odchodzą za idącą naprzód Aretą. Tuż za nią postępuje Hedone, potem Kallone, za nią Melike, a Hagne na końcu.
HEDONE
odwraca się
A ty czy z nami nie idziesz, królewno?
PSYCHE
Idźcie! Za chwilę podążę za wami!
MELIKE
My biegniem szybko! Możesz nie dogonić...
HAGNE
przypada do stóp Psychy
Zostanę z tobą!
Arete wychodzi wraz z trzema służebnymi.
PSYCHE
do Hagny:
Zostaniesz! — Czy długo?
HAGNE
Jak sama zechcesz, jestem twoją sługą...
PSYCHE
Tamte już poszły... Arete czcigodna
tak je odwiodła ode mnie do domu
rodzica mego, potężnego króla...
Hedone, w której złota radość płonie,
i bogom równa pięknością Kallone
poszła — i słodka Melike, ptak śpiewny...
Kiedyż je ujrzę? — Kiedy ujrzę znowu?
HAGNE
Możemy jeszcze podążyć za nimi...
PSYCHE
Nie, już za późno, już ich nie dognamy!
Patrz! Oto weszły na zielone wzgórze
i — białe — kroczą po schodach w marmurze
kutych, co wiodą do złocistej bramy —
zamku mojego ojca... Patrz! Przez wrota
rozwarte jasność wybuchnęła złota —
już je zamknięto...
HAGNE
Co tobie, królewno?
PSYCHE
Ta powieść stara tak mnie poruszyła,
powieść Meliki... Tak śni mi się czasem,
żem to istotnie ja była, przed wiekiem,
zrodzona z człeczej ogromnej tęsknoty
za słońcem, pięknem, niebem i zaświatem...
Zda się, pamiętam jakieś złote gaje
i zawieszone na głazach ruczaje,
morza ogromne, niebosiężne szczyty
i w zórz uśmiechach rozlśnione błękity,
w które mię kiedyś szczęśliwą uniesie
On...
HAGNE
Kto?
PSYCHE
Ja nie wiem... On! mój nienazwany,
którego łąki czekają i łany,
uśpione ptaki po lasach i kwiaty
i ja — stęskniona, pragnąca, a pewna,
że przyjdzie w jakąś najsłodszą godzinę,
kiedy dokoła wszystko będzie ciche,
i po imieniu zawoła mnie: Psyche! —
i zbudzi we mnie coś, co jest mną samą...
Wtedy te skały otworzą się bramą
i ja na skrzydłach jego — bo skrzydlaty
będzie! — polecę na te jasne światy,
na czarodziejskie te ziemie i niwy,
na łąki, kędy lśni w brylantach rosa,
w kraj jakiś dziwny, szeroki, szczęśliwy,
w chmury — nad chmury — i w błękit, w niebiosa!
BLAKS
ukazuje się na ścieżce w głębi
Cienie Hadesu na tę głupią zorzę czerwoną, rozmazaną po niebie, jak rumieniec na pyzatej gębie! W ślepia mnie razi, a gdy się od niej odwrócę — wszystko czarne dokoła!
HAGNE
To Blaks się wlecze... Idzie w tę stronę...
BLAKS
Ho, hop! Królewno!
HAGNE
Czego tam, parobku!
BLAKS
do Psychy:
A! jesteście, dostojna panno! I ta dzierlatka z wami...
HAGNE
Po co tu przyszedłeś?
BLAKS
Nie z własnej ochoty, to pewna! Wysłała mnie Arete, zaniepokojona waszą nieobecnością. To jest — nieobecnością królewny. Mam was zaprowadzić do domu...
PSYCHE
Możesz odejść, sługo. Nie jesteś mi potrzebny...
BLAKS
odchodzi w stronę zarośli, mrucząc:
Możesz odejść!... A Arete wygarbuje mi skórę, żem nie przyprowadził królewny... Wolę tu w krzaku zaczekać, aż skończą swoje pogwarki. Prześpię się chociaż tymczasem.
Układa się w głębi na ziemi pod krzakiem, niespostrzeżony przez kobiety, które sądzą, że odszedł do domu.
HAGNE
A jednak może czas i nam, królewno,
iść już do domu?... Rosa już opada
i twarz miesiąca wypłynęła blada
z niknącej zorzy... Czekają nas pewno
w złotym pałacu twojego rodzica...
PSYCHE
Więc pójdziem w blaskach srebrzystych księżyca...
Patrz, ten ostatni rąbek krwawej zorzy
lśni pośród drzewin, jakby uśmiech boży,
przed nadchodzącym snem rzucony światu...
Tam, gdzie przed chwilą był namiot z szkarłatu,
teraz się błękit bezdenny rozpina
i mży gwiazdami... O, słodka godzina!
O, przenajświętsza godzina przemiany!
Czy słyszysz, jak się szmer strumienia szklany
zmienia w głęboki, cichy szept zachwytu?
Wiatr wstrząsnął szczytem drzew i z drzew tych szczytu
strącił pieśń jakąś... Czy słyszysz, jak liście
dźwięczą i szemrzą, szeleszczą srebrzyście
i wieszczą chwile przedziwne, jedyne?
HAGNE
Pójdźmy do domu...
PSYCHE
Widzisz, jak się krzewy
gną wawrzynowe? Rozkoszne powiewy
przeszły przez senną ciemnych krzów gęstwinę...
Nie! To krok jakiś! Słyszysz, jak się skrada
cicho, cichutko...
HAGNE
To Noc idzie blada...
PSYCHE
Noc bez szelestu płynie — czarna po dniu wdowa...
Czy słyszysz? — skrzydeł jakichś wielkich wianie —
i ten szept kwiatów, taki niesłychanie
słodki, jak jakieś w sercu śnione słowa...
Czy czujesz dziwną powietrza omdlałość
i tę gwiazd białych nadzwyczajną białość...?
Dreszcz przeszedł wszystkie drzewa, wszystkie kwiaty...
HAGNE
To Sen nad światem waży się skrzydlaty —
pójdźmy, królewno!
PSYCHE
O, Hagne! O, Hagne!
Wszak On jest tutaj! On jest tu gdzieś blisko,
On! Wszechpotężny, święty, nienazwany!
Wszak to pod jego stopą drży to kwiecie
i z jego skrzydeł wiew ten idzie lasem,
co daje drzewom zachwycone głosy
i do rozkosznych łkań przymusza strumień...
O, przybądź! Przybądź! Czekam cię! Przybywaj!
HAGNE
Królewno! Kogo ty wołasz? Mnie straszno!
PSYCHE
Jestem jak strumień, jak te drżące drzewa:
harfą jedynie, co pieśń wieczną śpiewa,
kiedy ją palcem tknie twa ręka święta!
Czekam posłuszna, pod twą dłoń ugięta:
przybywaj, panie! I połóż swe dłonie
na strunach, które napięte w mym łonie
z dawien czekają, byś je zmienił w dźwięki
jednym dotknięciem czarodziejskiej ręki:
niczym bez ciebie jestem, cichym listkiem
na drzewie świata — z tobą będę wszystkiem,
wichrze! Wioń!
HAGNE
Pani! Ja się ciebie boję!
Królewno moja!...
Wybiega.
PSYCHE
Oto jestem sama,
oto tęsknota moja cię przyzywa:
przybądź na skrzydłach, jako wichr szerokich,
o, ty potężny, ty nieznany boże,
któryś jest — czuję! — jak otchłań, jak morze,
jak niezgłębione powietrzne przestworze! —
Weź mię i pochłoń, jako morze sine:
niechaj utonę w tobie, niechaj zginę,
boże! Niech będę jeno ust twych tchnieniem,
echem twej piersi, twoich skrzydeł cieniem,
o, wielki! Święty! O, boże nieznany!
Od wieków śniony i oczekiwany!
po chwili:
Przez tę tęsknotę zaklinam cię moją
i przez te kwiaty, których woń się wzmaga
i ciężkie, słodkie kadzidła rozlewa
między rozkosznym szeptem drżące drzewa —
przez strumień, co mi twoją bliskość wieści,
od łkań serdecznych zanosząc się w ciszy —
przez rozmodlonych wiatrów szept namiętny —
i przez te gwiazdy, błogością pijane
co sennie patrzą z głębiny błękitu —
przez serce moje, które drży i pęka
z nadmiaru szczęścia — Panie! Łaknę płodu,
jak kwiat! Chcę skrzydeł! — przybądź — niech się stanie!
Na ciemnym tle drzew, poza plecyma19 Psychy ukazuje się w księżycowym obrzasku młodzieńcza, smukła, olbrzymimi opuszczonymi skrzydłami obarczona, boska i promienna postać Erosa i zbliża się z wolna do królewny.
PSYCHE
która nie widzi zbliżającego się boga:
Głos mi zamiera i lękiem drży łono:
jakież to wonie niewymowne wioną?...
Przedziwna jakaś rozkoszna muzyka
dźwięcznych mgieł srebrnych dreszczem mnie przenika...
wszystko mi w oczach ćmi się, drży, wiruje,
— jesteś tu blisko! Jesteś tutaj! Czuję... —
gwiazdy dokoła mnie krążą i dźwięczą
i skrzą się w oczach przesłoniętych tęczą —
mdleję ze szczęścia, z rozkosznego bólu:
panie mój! Panie! Mój panie i królu!
Osuwa się w tył i pada w ramiona stojącego już za nią Erosa.
Eros nachyla się nad nią i całuje w usta. Biała, gęsta mgła wstaje z łąki, spowija Erosa i zwieszoną w jego ramionach Psychę i zasłania cały krajobraz.