SCENA II

Mgła opada, niebo szarzeje świtem. Pod drzewami ściele się jeszcze gęsty cień, rozświetlony tylko nieco jaśnieniem, które bije od boskiego ciała Erosa.

Blaks w krzakach ukryty śpi. — Psyche leży uśpiona na darniowym wzniesieniu. — Eros klęczy pochylony nad nią.

PSYCHE

przez sen:

Tonią błękitu niesiesz mnie, skrzydlaty!

Na jakieś we snach widywane światy —

a wkoło gwiazdy — wonne, złote kwiaty...

o, nieś mnie! Nieś mnie...

EROS

Śnij, kochanko moja!

Całuje śpiącą i powstaje, aby odejść.

PSYCHE

budząc się:

Gdzieś ty?

EROS

Przy tobie...

PSYCHE

Czy to mi się śniło,

żeś chciał ode mnie odlecieć, kochany?

EROS

Dzień się już robi — moje skrzydła chyże

muszą doścignąć noc, która ucieka.

PSYCHE

Nie odchodź! — Pragnę widzieć twoje lica,

które mi teraz kryje cień niedobry:

muszą być jasne, jako twarz księżyca;

twe oczy muszą być jak ta krynica,

w której się niebo zwierciedli20 bezbrzeżne;

czuję twych skrzydeł wiew — pewno są śnieżne

jak te obłoki, co się kąpią z rana

w toni błękitu...

EROS

Cicho, ukochana!

czy czujesz uścisk ramion mych miłosny?

PSYCHE

Tak mi jest dobrze — i już pragnę tylko

ujrzeć cię jeszcze, kochanku mój złoty!

Chociaż tak bliski, jesteś mi nieznany,

jakoś mi wczoraj był — oczekiwany.

Mam cię w ramionach, a mrę od tęsknoty...

Kto jesteś, panie?

EROS

Nie pytaj! Ja schodzę,

jak złodziej nocny i jak sen ulatam,

aby znów wrócić... Moja twarz zakryta:

zna mnie ten tylko, kto mnie nie poznaje —

chociaż mnie zaznał. Tyś moja wybrana —

o tobiem marzył, zanim świat ten jeszcze

dźwignąłem z głębin mętnego chaosu!

Dla ciebiem ziemię zbudował zieloną —

gdyś jeszcze spała, jam na twe przybycie

w kwiaty ją stroił i pobudził ptaki,

aby ci o mnie śpiewały! I oto mojaś

jest, moja! Moja, moja — Psyche!

Na wieki moja!

BLAKS

który przed chwilą zbudził się był21, stoi teraz za krzakiem i pogląda22 ze zdumieniem na Erosa, mrucząc:

Czyżbym spał jeszcze? — Nie! Śniła mi się kasza ze słoniną, a tu widzę... Tfy! Jakiś chłystek gładki o cienkich łydkach i jak gęś skrzydlaty grucha sobie z królewną!

PSYCHE

Chcę być wiecznie twoja!

EROS

Więc nie otwieraj oczu na me lica!

PSYCHE

Dlaczego? — ktoś jest?

EROS

Jam jest Tajemnica!

PSYCHE

I czyż ja nigdy poznać cię nie mogę?

EROS

Owszem, lecz długą wpierw przejść musisz drogę,

zanim posiędziesz mnie już ostatecznie.

Będę przy tobie — niewidzialny — wiecznie!

Przeze mnie będziesz czuć radość i trwogę,

przeze mnie wzrastać w moc, przeze mnie wzlatać,

i błogosławić przeze mnie, i bratać

w sobie żywioły w wielkim, świętym hymnie,

ty, niewidząca mnie, a żywa przy mnie:

aż dzień nadejdzie, kiedy w blaskach słońca

twarz swą odkryję na szczęście bez końca —

kochanko moja, zorzy jasne dziecię,

gwiazdo zaranna, wonny świata kwiecie,

motylu złoty!

BLAKS

do siebie:

Dowcipny śmiałek! Chciałby się — widno23 — ożenić z królewną i wziąć bogate wiano!

PSYCHE

Oto świt się zbliża

i ptak się ze snu budzi na gałęzi...

Włosami mymi cię zwiążę, w uwięzi

włosów zatrzymam, aż ta zorza chyża

lekkimi stopy wzejdzie i — rumiana —

ozłoci blaskiem twarz mojego pana,

bym ją ujrzała...

EROS

Stój! — gdy w nią przedwcześnie

spojrzysz — to szczęście zemrze i nie wskrześnie24!

Bądź zdrowa, słodka moja!

Pochyla się nad Psychą i całuje ją w usta, po czym zarzuca na twarz rąbek zawieszonej na ramieniu szaty.

BLAKS

mówi tymczasem do siebie:

Hola! Ptaszek chce odlecieć! Zakrywa gębę, aby go nie poznano! Zdaje się, że Arete mnie pochwali, jeśli go schwycę za te gęsie skrzydła i przywiodę do pałacu, aby mu dano chłostę!

Skrada się ku Erosowi.

PSYCHE

Jeszcze chwilę!

Dzień jest tak długi! I godzin w nim tyle,

które przepędzę w tęsknocie za tobą!

O, zostań! Zostań! Czekałam tak długo,

nim — król — stanąłeś przede mną, swą sługą!...

EROS

uchyla nieco zasłony z twarzy i jeszcze raz całuje Psychę

Gdy gwiazdy błysną, przyjdę znów, jak wczora...

całować usta twoje... Czas mi w drogę —

żegnaj! — Świt bliski...

Niebo rozwidnia się zorzą.

BLAKS

chwyta pochylonego Erosa za skrzydła

A tuś mi, urwiszu25, nocny włóczęgo!

Eros odwraca się szybko. Zasłona opada mu z czoła. Widno twarz boską, promienną, straszną.

BLAKS

z krzykiem:

Bóg! Jakiś bóg straszliwy!

Pada na twarz, kilka kroków w tył uskoczywszy, jakby go piorun powalił na ziemię.

PSYCHE

rzuca się przed Erosem na kolana i jedną ręką obejmuje jego nogi, zaś drugą czepia się zasłony, nie pozwalając mu zakryć twarzy na nowo

Widzę cię, mój królu!

widzę, straszliwy, jasny, boski panie!

O! Jak płomienna włosów twoich grzywa!

Jakże twe oczy w błyskawicach płoną! —

Jak pożar usta twe! Jak burza wioną

twe skrzydła, panie!

EROS

Cóżeś, nieszczęśliwa,

zrobiła! Nie patrz!

Usiłuje twarz zasłonić.

PSYCHE

powstrzymuje mu rękę

Nie zasłaniaj lica!

Niech zginę, patrząc w nie, straszliwy boże,

któryś wszedł dzisiaj w me dziewicze łoże,

jak mąż — kochanku!

EROS

Nie zginiesz! — Lecz nigdy

już mię nie zoczysz! — Odchodzę — na wieki!

Ja jestem... Eros!

Uwalnia się z objęć Psychy i znika w leśnej gęstwinie.

PSYCHE

Eros! Ha! Eros!

Zakrywa oczy.

BLAKS

powstaje z wolna z ziemi

A to mnie powalił! Jakby mnie kto pięścią między oczy zajechał!... Bóg to był jakiś potężny, widocznie bóg! Gotów jestem ofiarować mu parę wróbli za to, że odszedł, ale niechże nie wraca!

Słońce wschodzi.

ŚPIEW SŁUŻEBNYCH

daleki:

O, witaj, witaj nam, zaranna jutrznio,

witajcie złote, promieniste zorze,

o, witaj słońce, niepojęty boże,

który przeszywasz noc płomienną włócznią!

O, witaj w blaskach i tęczach poranku —

o, witaj, słońce!

PSYCHE

z krzykiem:

Panie mój! kochanku!

Blaks ogląda się szybko, jakby w obawie, czy Eros nie wraca.

ŚPIEW SŁUŻEBNYCH

Błogosławiony bądź nam, dniu promienny!

Radości oczu naszych, dawco łaski,

co życie siejesz w krąg i złote blaski!

O, święty, święty, święty blasku dzienny,

napoju życia w nieb przeczystej czarze,

bądź błogosławion!

PSYCHE

Co to? Czy ja marzę?

Wszakże on był tu? — Odszedł już — na wieki?

Już go nie ujrzą nigdy oczy moje,

już nie obejmą ramiona — już nigdy...?

O, dniu! O, złoty dniu! O, bądź przeklęty!

O, nocy! nocy! Powróć mi się, nocy!

BLAKS

postępuje naprzód

Królewno...

PSYCHE

O, patrzcie na mnie, nieszczęsną, bogowie!

Patrzcie, czy sroższy los padł komu w dziale!

Zaledwie wargi moje, jako ptaki

spragnione rosy, przyszły pić z krynicy

żywej ust jego — już im zdrój zamknięto;

a są pragnące jeszcze wargi moje!

Ledwom w uścisku jego ramion drżąca

do boskiej piersi przytuliła głowę:

już go straciłam! Nim dość miałam czasu,

aby ukoić nim tęsknotę żrącą

mojej miłości!... I znowu tęsknota,

gorsza niż wprzódy, serce mi rozdziera!...

Oto błagalną dłoń podnoszę do was,

o, dobrzy, święci, potężni bogowie:

dajcie mi pomoc, nieszczęśliwej wdowie —

w szacie weselnej!

BLAKS

do siebie:

Gotowa znowu jakiego boga wywołać, a ja mam już dosyć tego! — Królewno!

PSYCHE

Precz idź! Precz ode mnie!

BLAKS

Nie masz się o co gniewać na mnie, królewno. Chciałem ci tylko powiedzieć, abyś nie płakała. Co ci tam po jakimś skrzydlatym bożku, którego nigdy nie można być pewnym... Wszak tylu bogatych młodzieńców ubiega się o twoją rękę...

PSYCHE

Święci niebianie! Czyż i to szyderstwo

z waszej mnie woli, nieszczęsną, spotyka!

do Blaksa:

Bądź mi przeklęty! Bądź przeklęty! Obyś

nigdy się nie był znalazł na mej drodze!

Ty, coś me szczęście spłoszył! Nienawistny!

Nie sługą moim jesteś, ale wrogiem!

BLAKS

Niechże i tak będzie! Pamiętaj tylko, żeś mnie ty sama przeklęła!...

PSYCHE

Obym dnia raczej nie znała jasnego!

Oby mię czarna ziemia pochłonęła! ...

Litości, bogi, litości! Litości!

Oto tęsknota pożre mnie i strawi,

jako kierz suchy, rzucony w ognisko

tego strasznego słowa: już na wieki!

Na ciężkie próby skażcie mnie, najcięższe:

ja zniosę wszystko, sławiąc was, bogowie,

ale nadzieję dajcie mi! Nadzieję,

że go odzyskam, albo — śmierć mi dajcie!

BLAKS

do siebie:

Wywoła znów boga jakiego — ani chybi!

Słychać grzmot przeciągły.

Otóż macie! — wolę się ukryć zawczasu!

Ustępuje między zarośla.

PSYCHE

Dzięki, niebiescy! — Oto znak dajecie,

iżeście jęki moje usłyszeli!

O, dzięki! — Klęczę w szat swych ślubnych bieli,

zgięta przed wami jak to lilii kwiecie,

którym w burzliwy czas wicher pomiata:

o, dajcie pomoc! — Mówcie, władcy świata!

Ponowny grzmot i błyskawica; ukazuje się Hermes w skrzydlatych sandałach i z posochem26 w ręku.

HERMES

Głos twój przeniknął na Olimpu szczyty,

o, słodka Psyche, i litosne serca

bogów poruszył. Powiedz, czego żądasz?

PSYCHE

Kochanka mego wróć mi — lub daj umrzeć!

HERMES

Umrzeć nie możesz! Kto w twarz boga spojrzał,

jest nieśmiertelny! — Musi żyć na wieki!

BLAKS

do siebie, na uboczu:

Patrzcie! To i ja będę nieśmiertelny! Dobrze wiedzieć!

PSYCHE

Lecz ty wiesz, panie! Że ja żyć nie mogę,

odkąd straciłam jego! Wiesz, że płaczem

każde me słowo będzie, że myśl każda,

moja rozpaczą będzie i przekleństwem,

jeśli mi nie dasz nadziei, że winę

mogę odkupić i znów go odzyskać!

HERMES

Bogowie, którzy cię na to stworzyli,

ażebyś była jasną świata gwiazdą,

nie chcą rozpaczy twojej — i dlatego

przez usta moje ślą ci pełen łaski

wyrok: On wróci i znów będzie twoim!

PSYCHE

On wróci, panie? Ty powiadasz: wróci?

HERMES

To wola niebian. Ale żeś spojrzała

w twarz największego z bogów, który stworzył

wszystko i wszystkim bez wyjątku włada —

a tajemnicą jest niedocieczoną:

musisz za karę, zanim go odzyszczesz27,

jako wygnanka przejść ten świat szeroki,

goniąc za szumem jego boskich skrzydeł;

musisz go szukać, wznosić się i padać,

i ręce łamać, i lać łzy, i biadać,

łudzić się, błądzić wśród burz i mamideł,

o ciernie stopy ranić i opoki —

aż się dopełnią odwieczne wyroki:

aż cię przepali ta święta pożoga,

którą on w łono twoje tchnął ustami,

i wyżre winę, co cię dzisiaj plami!

Bo kto śmiał spojrzeć w twarz zakrytą boga,

musi go poznać przez ból i męczarnie,

zanim go znajdzie — w szczęściu — i ogarnie!

PSYCHE

Jestem posłuszna...

HERMES

wznosi rękę; grzmot — wśród skał otwiera się szeroki wąwóz, przez który widno28 dalekie kraje i morza.

Rozwarła się brama!

Powstań, wygnanko — oto twoja droga!

Stoi z wyciągniętą rozkazująco ręką, wskazując królewnie widny z daleka świat.

PSYCHE

cofa się strwożona

O, panie! Lęk mię ogarnia i trwoga...

Ja mam przez świat ten wielki iść... i sama?

HERMES

Pójdziesz z nadzieją! I z tym człekiem razem,

co winę twoją dzieli i wygnanie

ma dzielić także!

Wskazuje posochem Blaksa, kryjącego się wśród zarośli.

PSYCHE

O, litości, panie!

Byle nie z nim iść! Byle nie z tym płazem!

HERMES

To twój towarzysz! — Własną winą ciężką

tyś swoją rękę z jego dłonią skuła!

Nie wpierw się odeń uwolnisz, aż czynem

własnym, już czysta, zbawisz razem siebie!

BLAKS

upada strwożony na kolana przed Hermesem

Daruj, jasny boże, który nieustannie grzmisz bez potrzeby! Moja wina nie jest tak ciężka, jak ci się wydaje. Jeśliś jest wszechwiedny, to wiesz sam, że nie miałem zamiaru tamtemu czcigodnemu bogu skrzydeł połamać! Bardzo lekko je ująłem...

HERMES

do Psychy:

Wahasz się?

PSYCHE

Idę.

HERMES

do Blaksa:

Ruszaj za jej śladem!

BLAKS

powstaje

Ruszaj, to ruszaj! Ja i tak nie zginę!

PSYCHE

odwraca się jeszcze

Żegnajcie łąki arkadyjskie, ciche!

Żegnajcie kwiaty i przeczyste zdroje,

ty, ojcze, żegnaj! I wy, dziewy moje!

wygnanka — idę.

GŁOS ARETY

daleki:

Psyche! Gdzieś ty, Psyche!

Chmurzy się, przeciągły świst wichru.

Psyche zatrzymuje się na chwilę i ogląda, ale przynaglona rozkazująco wyciągniętą ręką Hermesową, z cichym jękiem idzie w stronę rozwartego wąwozu.

Blaks postępuje za nią.