V. Przez krew

  1. Gospodarz
  2. Psyche, dziewczyna usługująca w kawiarni
  3. De La Roche, żołnierz Gwardii Narodowej
  4. I Gość, II Gość w kawiarni
  5. Młody
  6. Dowódca patrolu, Danton, za sceną
  7. Blaks, rzeźnik, przywódca tłumu
  8. Goniec
  9. Głosy z Ludu
  10. Tłum: mężczyźni i kobiety

Rzecz działa się w Paryżu, o świcie dnia 2 września 1792.

Kawiarnia, otwierająca się w głębi szeroką werandą na plac w starej dzielnicy Paryża. Wnętrze, urządzone po prostu i nieco brudne, oświetlają dwie lampy oliwne, zwieszające się na drutach z pułapu. Po lewej stronie szafa z napitkami i długi stół bufetowy; na prawo drzwi. Kilka stolików drewnianych, w części tylko przykrytych kolorowymi serwetami, obok nich ławy i stołki, słomą wyplatane. Późna noc. Plac przed kawiarnią jest zupełnie ciemny, kładą się po nim tylko żółte smugi słabego światła lamp kawiarnianych.

Niespokojna, pełna oczekiwania cisza.

Gospodarz stoi oparty plecami o bufet, za każdym szelestem pogląda ku placowi.

Jeden z gości siedzi z łokciami opartymi na stole i brodą na złożonych pięściach, mając przed sobą próżną szklankę, i patrzy tępo a uporczywie przed siebie.

Drugi gość zaklął z cicha, wstaje, przechodzi przez kawiarnię i siada na innym miejscu.

Młody, wtulony w kąt, szarpie nerwowymi ruchami porzuconą na stole gazetę, ogląda się, jakby chciał rozpocząć rozmowę, ale gdy wszyscy milczą, mruczy tylko coś niewyraźnego, po czym chwyta szklankę i wypija z niej resztę absyntu.

Psyche stoi oparta o słup werandy, zapatrzona w głąb.

Zegar wydzwania godzinę trzecią.

GOSPODARZ

Już trzecia...

I GOŚĆ

Do pioruna!...

II GOŚĆ

I nic jeszcze...

MŁODY

po chwili, nerwowo, podniesionym głosem:

Absynt!

Psyche zwraca się, idzie ku bufetowi, bierze flaszkę i nalewa mu kieliszek, po czym w milczeniu siada w kącie na prawo. Jedna z lamp zawieszonych u sufitu poczyna ćmić się i gasnąć.

II GOŚĆ

Lampy gasną...

GOSPODARZ

zdejmuje lampę i gasi zupełnie

Brakło już oliwy... Świeci się całą noc...

MŁODY

zrywa się gwałtownie, uderza pięścią o stół i mówi, chodząc niespokojnie po izbie:

To już można doprawdy oszaleć! Całą noc... i nic... i nic... i nic!...

Wchodzi De La Roche, w mundurze gwardzisty narodowego do pośrodka.

DE LA ROCHE

Witam.

GOSPODARZ

Dzień dobry...

MŁODY

odwraca się żywo:

A! To tyś jest, bracie!

Co słychać?

DE LA ROCHE

Głucho. Od przedmieścia idę;

lud nie śpi, czeka...

do Gospodarza:

Hej, obywatelu,

szklaneczkę grogu... Zimno jest diabelnie...

Spostrzega Psychę, która idzie mu grog przyrządzić.

Ty nie śpisz jeszcze?

PSYCHE

Czuwam. Czyż spać można

w taką noc?

I GOŚĆ

Prawda...

II GOŚĆ

Nie ma dotąd wieści?

DE LA ROCHE

patrząc na Psychę, mówi z roztargnieniem:

Jeszcze nie... Winny jednak przyjść nad ranem...

GOSPODARZ

Świt niedaleki...

I GOŚĆ

Oby jeno przyniósł

dobrą nowinę...

II GOŚĆ

A to co? Obawy?

MŁODY

porywczo:

Kto tu śmie wątpić?

I GOŚĆ

W głuchych cieniach nocy

myśli się ważą... Sześćdziesiąt tysięcy

Prusaków, z nimi pono drugie tyle

cesarskich ludzi...

GOSPODARZ

A dodaj: szesnaście

tysięcy szlachty naszej, królewszczyków,

co się z wrogami przeciw nam sprzysięgli...

PSYCHE

A nasze armie? Wolne armie ludu!

DE LA ROCHE

Sedańska armia bez wodza; północna

nie obroniła Longwy, które wzięto...

PSYCHE

Więc jeśli armie nie starczą, to pójdą

ludzie z tych ulic, z zaułków, z przedmieścia,

bosi, z kijami, z nagą piersią — ruszą

kamienie z bruku na bój...

DE LA ROCHE

Czy zwyciężą — !

MŁODY

Milcz! To jest zdrada! Tu wątpić nie wolno!

Na sąd zasłużył, kto nie wierzy silnie

w potęgę ludu...

PSYCHE

— i w tę wielką prawdę,

że wolni muszą zwyciężyć!

I GOŚĆ

Daj Boże!

GOSPODARZ

Bóg nam nic nie da, jeśli nie weźmiemy

sami! Ja mówię: dopóki tu żyje

król i dopóki te mydłki tam w Radzie...

II GOŚĆ

przerywa:

Obywatelu! Ty ich nie obrażaj!

W Radzie są ludzie, przed którymi głowę

schylić należy!

MŁODY

Przed nikim nie schyla

głowy człek wolny!

GOSPODARZ

A ja wam powtarzam,

że to są mydłki, którzy ciepłą wodę

mają w swych żyłach. Do dziś dnia w Paryżu

wszystko już winno było być zmienione:

król — na szafocie! Szlachta bez głów! Wszystka!

Lud — i nikt więcej! — Lud powinien władać!

Dość my cierpieli! Dość we krwi i trudzie

czekali wielkiej chwili wyzwolenia!

Równość prawdziwa...

Na placu przed werandą słychać głosy i ciężkie kroki.

II GOŚĆ

Co to?

MŁODY

wygląda

Patrol idzie!

Biegną wszyscy do drzwi werandy.

GOSPODARZ

woła:

Obywatelu! A co tam się dzieje?

GŁOS DOWÓDCY PATROLU

z zewnątrz:

Łapiemy ptaszków, ojcze Vaubas — w nocy

łapiemy!

DE LA ROCHE

Kogo?

GŁOS DOWÓDCY

Szlachtę! Są rozkazy,

aby uwięzić wszystkich podejrzanych...

GOSPODARZ

Nareszcie!

MŁODY

Pójdźmy!

GOSPODARZ

Psyche! Ty tu zostań

i pilnuj...

PSYCHE

Dobrze...

Wychodzą wszyscy oprócz De La Roche’a i Psychy. — Zegar wydzwania godzinę czwartą.

De La Roche siedzi zamyślony ze schyloną głową.

PSYCHE

postępuje ku werandzie i oparłszy się o słup, patrzy w ciemną głąb. Po chwili mówić zaczyna dziwnie zmienionym głosem:

Tętni krew... Noc ciemna,

a tam pod brukiem żyła krwie

podziemna

tętni i rwie...

O, krwi! O, krwi! Wybłyśnij zorzą!

O! Wzejdź nam, słońce!...

DE LA ROCHE

żywo:

Psyche!

PSYCHE

drgnęła, jakby nagle zbudzona

Tu jestem.

DE LA ROCHE

Głucho dookoła...

a tak się zdało, że krzyczy coś, woła...

PSYCHE

półgłosem do siebie:

Powiał wiatr wschodni...

Brzask się zatrzepał szarymi skrzydłami

pomiędzy rzędem kamienic

nad twardym brukiem ulicy...

O, słońce, wzejdź nam! Słońce!

DE LA ROCHE

Co mówisz?

PSYCHE

zmienionym tonem:

Nic. Matkę moją zasiekli batami; ojca zabito, kiedy krzyczał na ulicy: „Niech żyje wolność!”... Upadł twarzą na bruk i ciężkie buty żołdackie przeszły po jego ciele. Ale ja nic nie mówię. Wołam tylko słońca, ażeby wzeszło...

Patrzy znów w głąb.

DE LA ROCHE

po chwili:

Psyche!

PSYCHE

Słucham. Czy potrzebujesz czego?

DE LA ROCHE

Nie! Ty mnie nie słuchasz, nie widzisz mnie nawet! Spojrzałaś na mnie, ale myśl twoja jest gdzie indziej! Widziałem, jak dusza twoich oczu poszła tam — w ciemną głąb tej ulicy... ku gmachowi Komuny!

PSYCHE

Owszem. Widzę cię i słucham, obywatelu.

DE LA ROCHE

Obywatelu! — Nie maszże67 dla mnie innego miana?

PSYCHE

Tym imieniem pozdrawiają się wszyscy wolni. Ale jeśli chcesz, mogę także nazywać cię inaczej...

DE LA ROCHE

Chciałbym...

PSYCHE

Mogę ci mówić: paniczu! Ładny jesteś — masz rumiane policzki i białe, wypieszczone dłonie — paniczu.

DE LA ROCHE

Dlaczego szydzisz ze mnie?

PSYCHE

Nie szydzę. To jest prawda.

DE LA ROCHE

Unikasz mnie, odpychasz... A wszakże ja dla ciebie, dla ciebie jedynie...

PSYCHE

Dla mnie?

DE LA ROCHE

Tak jest. Ty wiesz, że jestem potomkiem starej, szlacheckiej rodziny, wiesz, że wszyscy krewni moi są w więzieniach albo na wygnaniu...

PSYCHE

Albo w szeregach nieprzyjacielskiej armii, która idzie walczyć z nami...

DE LA ROCHE

porywczo:

A więc — tak jest! Nie przeczę! A ja — patrz! — Tutaj, z trójkolorową szarfą, w mundurze Gwardii Narodowej, na służbie... wolności! Na służbie ludu, tego ludu, który...

PSYCHE

Milcz! Jam z tego ludu wyszła! I kocham ten lud!

DE LA ROCHE

A ja ciebie kocham! — Słyszysz! — Ciebie jedną na świecie! Kocham ten błysk twoich oczu i głos twój płomienny, kocham cię całą! O! Czemu z rąk mi się wyrywasz? Powiedz, co mam jeszcze uczynić, co zrobić, ażebyś ty była moja?

PSYCHE

Żyję Wolnością...

DE LA ROCHE

Przeklęta! — Ona mi ciebie zabiera!

PSYCHE

Nie tak! — Wolność ukochaj, a zbliżysz się do mnie!

DE LA ROCHE

Ha! Wolność!... Rzuciłem się w ten wir — dla ciebie! Porywa mnie czasem i unosi, jak pożar snop słomy wydarty ze strzechy płonącego domu... Ale czyż można kochać ogień, który pożera?

PSYCHE

Tylko taki ogień wart ukochania! — Bo taki tylko oczyszcza i zbawia! — Czy to rozumiesz?

DE LA ROCHE

po chwili:

Dziwne są czasem twoje słowa... Niepodobna mi uwierzyć, abyś ty na tych ulicach i wśród tego ludu całe życie spędziła...

PSYCHE

zamyśla się:

Życie? — I kto wie, jakie ono długie naprawdę? Gdzie się zaczyna i gdzie kończy...

DE LA ROCHE

Coś niepojętego dla mnie jest w tobie...

po chwili, żywo:

Słuchaj! — Idę na oślep za tobą, służę twej sprawie, słucham twych rozkazów, opuszczam wszystko, wszystko poświęcam dla ciebie — a nie wiem nawet, kto ty jesteś?

PSYCHE

wzrusza ramionami:

Jak widzisz: prosta dziewczyna!

DE LA ROCHE

Nie! Ty jesteś czymś więcej!

PSYCHE

A więc tak! — Jestem obywatelką wolnego narodu!

DE LA ROCHE

Czymś więcej jeszcze! — Po raz pierwszy, pomnę,

jam cię zobaczył, kiedy lud Bastylię brał.

Tyś na czele ludu szła, płynęła —

nie! Tyś leciała wzniesiona rękami

tłumu, płomiennym zdając się aniołem:

z płomieniem krwawej chorągwi nad czołem,

z płomieniem w oku, w ustach, w wyciągniętej

ręce... — ze światła, z piorunu, czy z ciała,

nie wiem...

PSYCHE

To Wolność ci się ukazała!

DE LA ROCHE

Dusza!

PSYCHE

Ja!

DE LA ROCHE

Psyche! Odtąd żyję tobą!

PSYCHE

Nieprawda! Łudzisz się tylko. W istocie tobie obce jest to wszystko, czym ja oddycham... Odejdź!

DE LA ROCHE

Nie, nie! Tak mi się zdaje, że już raz minąłem cię kiedyś, może we śnie... tym razem...

PSYCHE

— miniesz znowu.

DE LA ROCHE

Ja nie chcę! — Psyche... Ja cię wezmę z sobą! Porwę, uniosę!

Gdzieś w głębi zrywa się nagle zmieszany gwar dalekiego tłumu, który milknie za chwilę.

PSYCHE

żywo:

Słyszysz gwar? Okrzyki!

DE LA ROCHE

drgnął

Miasto się rusza...

PSYCHE

To moja godzina!

DE LA ROCHE

nadsłuchuje

Przeszło, jak fala. Cicho znów i głucho...

PSYCHE

do siebie:

Sił! Sił! — Dziś tylko, tylko dziś zwyciężyć...

DE LA ROCHE

po chwili:

Twarz ci się mieni... Coś jak ból przemknęło po niej... Psyche!

Psyche zwraca się w milczeniu ku niemu.

DE LA ROCHE

Oczy ci błysnęły twardo połyskiem stali — usta masz zacięte... Jaka ty piękna jesteś! — O! Gdybyś ty wiedziała, jak ja cię kocham! Moja bądź!

PSYCHE

wybucha śmiechem

Ha, ha, ha! Ha, ha!

DE LA ROCHE

Śmiejesz się? — Ty się śmiejesz!

PSYCHE

poważnie:

Czy ty nie czujesz, obywatelu, jak fałszywie zazgrzytały twoje słowa o miłości w tej nocy oczekiwania, w tej dziwnej chwili, kiedy może tam się ważą losy wolnego narodu? Kiedy się z serca żywa leje krew? Gdy ma uderzyć wyzwolenia dzwon?

DE LA ROCHE

Dzwon uderzy, ale nie wiadomo jeszcze, na co wezwie lud! — Lęk mnie dziwny ogarnia. A i ty sama — widzę — że się boisz...

PSYCHE

Nie!

DE LA ROCHE

Nie zaprzeczaj!

po chwili:

Czy wiesz, jak słodka jest miłość? Jakim głosem przejmującym woła? Jaki pokój daje bezbrzeżny?

PSYCHE

Nie chcę pokoju! — Na mnie jest klątwa łez,

wieków ból — i pot — i krew,

we mnie się pali straszny ludu gniew —

a wyzwolenie — to jest mój kres!

DE LA ROCHE

Miłość jedna wyzwolenie daje! — Ona odkupia i zbawia! — Posłuchaj, posłuchaj mnie tylko! — Ramiona stęsknione wyciągam ku tobie! Kocham cię, żyję tobą! — Psyche! Czyż nie drga nic w twoim sercu?

PSYCHE

po chwili:

A choćby drgało... choćby tam gdzieś na dnie

jaka tęsknota spała za... kochaniem,

za głupim cichym szczęściem — to cóż z tego?

Czy się ty łudzisz, że moje ramiona,

co krwawy sztandar wznieść chcą ponad ludem,

mogłyby pieścić? Że te usta moje,

drżące od krzyku płomiennej Wolności,

mogłyby kiedy — pokorne — całować!?

DE LA ROCHE

Ja cię nauczę! — Kochasz mnie! Pójdź ze mną!

PSYCHE

Nigdy! —

DE LA ROCHE

Pójdź! —

PSYCHE

Nigdy! — Pierwej bym musiała przekląć ten cud, to ukochanie moje, moje życie, co się tu rodzi z krwi: Wolność i Lud! —

DE LA ROCHE

Więc przeklnij! —

PSYCHE

Precz! —

DE LA ROCHE

To przecież jest nieuniknione, to przecież stać się musi! — Patrz tylko na ten tłum dokoła ciebie! Tobie się zdaje, że masz nad nim władzę, ale poczekaj, lada dzień obudzi się w nim podłe, złe, drapieżne zwierzę, a wtenczas... Słuchaj mnie, Psyche, tam na południu, pod Pirenejami, jest zamek mój rodzinny, wzniesiony ongi przez jednego z mych przodków, który pod imieniem Błędnego Rycerza Słońca objeżdżał ziemie z pieśnią na ustach a krzepkim mieczem w dłoni, za słuszność walcząc, nim upadł. Ale zamek stoi do dziś dnia. Słuchaj mnie, tam się można ukryć przed światem.

PSYCHE

Nie kuś!

DE LA ROCHE

Tam można — w zielonych wąwozach nad szumiącymi ruczajami — być wolnym naprawdę i szczęśliwym, z dala od tej zgiełkliwej a gorzkiej i krwawej komedii, która się tutaj rozgrywa! Co cię to wszystko obchodzi! O! Wysłuchaj mnie! Pójdź ze mną! — Zbytkiem cię otoczę, miłością, rozkoszą, przepychem!...

PSYCHE

mówi z wolna, patrząc mu w oczy:

Mnie się zdaje, że ty naprawdę nie wiesz, kto ja jestem!

DE LA ROCHE

Jesteś kobieta, którą ja kocham!

PSYCHE

Nie...

Ja jestem krzywda — i trud,

i żar — i moc — i ruch,

wstający z więzów duch!

Ja jestem — lud! —

Słychać nagle bicie dzwonów.

DE LA ROCHE

Dzwon!

PSYCHE

Na alarm biją!

DE LA ROCHE

Na trwogę! —

PSYCHE

Na bój!!

Kawiarnia wypełnia się zbiegającym zewsząd Ludem. — Niebo szarzeje świtaniem.

GŁOSY z LUDU

Co to?

Dzwonią!

Rada

kazała w dzwony uderzyć! —

Na alarm!

GONIEC

wpada

Wieść z pola bitwy! Ludu!

GŁOSY

Wieści! Wieści!

Co? Mów, co słychać!

Mów! Obywatelu!...

GONIEC

Niechaj tchu złapię... pędzę...

GŁOSY

Co się stało?

GONIEC

Verdun...

DE LA ROCHE

Zwycięstwo?

GONIEC

Verdun się poddało!

Prusak wziął miasto!

Wśród obecnych zalega nagle straszne, grobowe, pełne bezbrzeżnego zdumienia milczenie. Zaledwie ten i ów poruszy się, zagada z cicha do towarzysza. Wreszcie niepokój wzrasta — brak już tylko jakiegoś słowa, hasła...

PSYCHE

występuje na środek

Czyście słyszeli?

GŁOSY

wybuchają nagle, jak zrywająca się burza:

Na wroga! Na wroga!

Do broni, ludu!

PSYCHE

Tam! Przed gmach Komuny!

Wolności płomień przekuć na pioruny!

Wybiega na czele tłumu w głąb. W opustoszałej izbie pozostaje tylko De La Roche i rozgląda się wokoło zdumiony, jakby nie pojmował jeszcze, co się stało. Po chwili wbiega od ulicy Gospodarz.

GOSPODARZ

Już wiesz?

DE LA ROCHE

Niestety!

GOSPODARZ

Obłęd porwał ludzi!

Wszystko się wali...

DE LA ROCHE

Ona lud porwała...

GOSPODARZ

Kto taki?

DE LA ROCHE

Psyche.

GOSPODARZ

To nie dziewek sprawa,

tu trzeba męża...

Głosy zbierającego się na ulicy Ludu:

Rada temu winna!

To niedołęstwo!

Niech złożą urzędy!

Zmusić ich! — Łotry!

GOSPODARZ

Męża! Męża! Męża!

BLAKS

wbiega na czele tłumu

Hej, obywatele! — A wiecie już, co mówią po całym mieście, że wojska nasze w sposób łotrowski i zgoła niepatriotyczny dały się pokonać tym najemnikom królów?

GOSPODARZ

Tak jest, uległy podobno przewadze...

BLAKS

Ach, co to znaczy: uległy przewadze! To jest zdrada, kiedy pozwolili się pobić, podczas gdyśmy ich wysłali po to, aby zwyciężyli! Zdrada!

GŁOSY

zrazu nieliczne:

Tak jest! Zdrada, zdrada!

BLAKS

Kto tam dowodził? Rochambeau! — Powinien być oddany pod sąd ludu, za zdradę! Wszyscy powinni być sądzeni! — Od generała aż do szeregowca!

GŁOSY

coraz liczniejsze:

Dobrze mówi! Pod sąd! Za zdradę!

Niech żyje obywatel Blaks!

BLAKS

Dziękuję, obywatele. — Ale... cóż my teraz poczniemy? Ojcze Vaubas, co poczniemy? Nieprzyjaciel ma drogę otwartą, oblegnie Paryż... Zguba nam grozi!

GOSPODARZ

Między Verdun a Paryżem leży jeszcze ziemia Francuzów i wolni Francuzi mieszkają na niej, obywatelu!

GŁOSY

Wojska zawiodły!

Królom nas wydano!

To Rada winna! — —

Wywieszać ich wszystkich!

Poruszenie.

OKRZYK LUDU

wybucha nagle przed kawiarnią:

Niech żyje Danton!

Wszyscy cisną się naraz w głąb przez werandę; De La Roche i Gospodarz pozostają tylko wewnątrz przy drzwiach.

GOSPODARZ

pogląda w głąb

Danton... w sam czas się jawi! Czy widzisz?

DE LA ROCHE

patrzy również

Ciemno jest jeszcze — zaledwie mogę go dojrzeć... Zapalili teraz pochodnie... Tłum go obstąpił, ciśnie się dokoła niego, wznosi go...

GOSPODARZ

I co? I co?

DE LA ROCHE

Daje znak dłonią, będzie przemawiał...

GOSPODARZ

Czy słyszysz, co mówi?

DE LA ROCHE

Tłum burzy się i faluje; nie mogę słów pochwycić...

GOSPODARZ

Cicho!

GŁOS DANTONA

przemawiającego nieopodal na placu, dochodzi wśród chwilowego uciszenia się w pełnych, do uderzeń młota podobnych dźwiękach:

Króle na nas idą?

Tym lepiej, bracia! Nie trzeba ich szukać;

przychodzą sami! — Niechajże ta ziemia,

na którą stąpić śmieli i zbezcześcić

zbrojnych poddańców zgrają, ta kraina

wolności — niech się grobem dla nich stanie...

Dalsze słowa zagłuszają okrzyki tłumu.

DE LA ROCHE

Jak gdyby wicher przyniósł nad morze odgłosy dalekiej burzy — i utopił je znowu w łoskocie zwichrzonych bałwanów...

GOSPODARZ

Słuchaj tylko, słuchaj!

GŁOS DANTONA

brzmi znowu wśród chwilowej ciszy:

...dłonie wasze utrudzone,

te same dłonie, co Bastylii mury

w piarg miałki rwały — na ulicach miasta

tłukły spiżowe wizerunki królów,

które pod ludu oskardem jęczały,

jak dzwon! — Dziś, bracia, nie martwe posągi

macie obalać, ale kruszyć żywych

tyranów, którzy...

GŁOSY

Śmierć tyranom! Śmierć i zagłada!...

GŁOS DANTONA

Odwagi tylko...

Słychać wystrzał armatni, zwołujący pospolite ruszenie.

Słyszycie grom działa,

które was woła do broni? Hej, bracia!

To nie na trwogę strzał! — To grzmot pierwszego

kroku Wolności na drodze Zwycięstwa:

my zwyciężamy już!... bo myśmy wolni!...

Powstańcie wszyscy...

GŁOSY

zrywające się nagle ze wszech stron, jak burza:

Do broni, ludu! Za wolność! Na wroga!

GŁOS DANTONA

wybija się jeszcze raz z siłą grzmotu:

Niech drżą tyrany! Niechaj zadrżą króle!

I czekający ich przybycia zdrajcy!

Niech królewszczyki drżą! Niech drżą! — Słyszycie?!

Bo lud powstaje...

GŁOSY

W bój na śmierć i życie!

Niech żyje Danton!

Wolność niech nam żyje!

Tłum na placu rozprasza się wśród okrzyków; wielu ciśnie się do kawiarni, między innymi Blaks. — Rozwidnia się coraz więcej; słońce ma wzejść niebawem. — Fioletowy obrzask świtu, wpadając przez otwartą werandę, kłóci się z żółtym blaskiem lampy oliwnej.

BLAKS

wchodząc, mówi do cisnących się wokoło:

Czyście słyszeli? „Niech drżą królewszczyki!” mówił...

GOSPODARZ

Do broni wzywał lud...

BLAKS

Do broni —

tak... Lecz kto na nas przywiódł wroga? Mówcie!

GOSPODARZ

Król — i ci zdrajcy...

BLAKS

Dość ich między nami

jeszcze się plącze.

GŁOSY

Zdrajcy! Królewszczyki!

Śmierć zdrajcom! Wieszać!

BLAKS

Śmierć! Dobrze mówicie!

DE LA ROCHE

Jezu!

GOSPODARZ

Co tobie?

DE LA ROCHE

Tam moja rodzina!

GOSPODARZ

Nie ma rodziny, kto ludowi służy!

Zdrajcom śmierć!

Poskakuje naprzód.

BLAKS

Dalej! Szlachtę rznąć68 jak byki!

DE LA ROCHE

wysuwa się naprzód

Obywatele! Myślcie o obronie

przed owym wrogiem, co od granic idzie!

Szlachtę zostawcie! Oni są pod strażą...

Dziś w nocy wszystkich podejrzanych księży,

arystokratów i przyjaciół króla

zamknięto — wszystkich! Więzienia są pełne!

BLAKS

Tym lepiej, bratku! Nie trzeba ich łapać!

Są ptaszki w klatce, jeno łby ukręcać!

Naprzód! Ja was powiodę! —

GŁOSY

Hej! naprzód!

Tłum, z Blaksem na czele, rusza się ku otwartym drzwiom, gdy naraz odzywają się na ulicy dźwięki Marsylianki; wśród okrzyków pojawia się na progu Psyche z trójbarwnym sztandarem w dłoni, wiodąc za sobą oddział Zbrojnych ochotników.

OKRZYKI

Niech żyje Wolność! Niech żyje Ojczyzna!

BLAKS

Patrzcie! To nowe ofiary! To młodzież nasza, które Rada pcha znowu w ogień, na łup wrogowi, by marnie ginęli! — Czyż pozwolicie na to, obywatele?

PSYCHE

Precz stąd, ty tchórzu! Ja ich w ogień wiodę,

ze mną — zwyciężą!

GŁOSY

Zwyciężą! Niech żyje

Psyche!

BLAKS.

A zdrajcy tymczasem nam ujdą!

Hej! Za mną!

PSYCHE

zagradza drogę tłumowi

Dokąd?

BLAKS

Lać krew zdrajców idziem!

PSYCHE

Nie tak! Wy nieście własną krew w ofierze

za wolność ludu! Własne nieście głowy

— na pole bitwy! —

BLAKS

Co za obłęd nowy?

My mamy ginąć? — A kto plony zbierze?

PSYCHE

I cóż wam o to, czyje będzie żniwo,

jeśli wam — szczęsnym — dano czynić siew?

Dla przyszłych wieków lać czerwoną krew,

serdeczną, płodną krew i żywą?

Za wolność, równość, za braterstwa cud,

za kraj, za lud!

Na krwawy oraczów znój,

kapłański siewców trud

ja wzywam was!

— Na bój!!

Niech bagnetów las

zieleniejący łan wolności osłoni —

o ludu mój!

— Do broni, do broni, do broni!

GŁOSY

Do broni!

Cisną się w głąb.

BLAKS

Obywatele! Wróg jeszcze daleko!

Wpierw trza porządek zrobić w własnym domu...

Jest król i u nas, są jego wspólnicy,

zdrajcy, co na nas sprowadzili wroga!

GŁOSY

Śmierć królewszczykom!

DE LA ROCHE

błagalnie:

Bracia! Nie plamcie rąk swych krwią bezbronnych!

BLAKS

odtrąca go

Precz stąd! Ty, widno69, sam zdrajca! Precz! Mówię...

Wieszać! Łby ścinać! Wymordować wszystkich!

Niech ci królowie, którzy do nas idą,

usłyszą, jakie gotujem przyjęcie

dla królów oraz królewskich przyjaciół!

GŁOSY

Dalej do więzień! —

PSYCHE

Stójcie!

BLAKS

Kto nam każe,

gdy idziem spełniać krwawą zemstę ludu!

PSYCHE

Ja wam rozkażę! Ja — w imię Wolności

stojąca tutaj jak płomień nad wami!

DE LA ROCHE

do Psychy:

Wstrzymaj ich! Wstrzymaj! Straszna rzecz się stanie!

PSYCHE

Ja nie wstrzymuję! — Ja jeno podżegam! —

Ale chcę święte płomienie rozpalić!

Nie wolno brukać wam dłoni!

Rozlana przez was krew

niech zżera wieków zaśniedziałą rdzę,

której już dzisiaj nie zmyją łzy,

— ale niech rąk wam nie plami!

BLAKS

Co się tu wtrącasz! — Wiemy dobrze sami,

co mamy czynić!...

PSYCHE

Ojczyzna was woła!

Więc idźcie służyć Ojczyźnie!

W wawrzyn przystroić słoneczne czoła,

— a jeśli cierń się między wawrzyn wśliźnie,

to w cierń!

Zorza jest, zorza nad wami,

chce wzejść —

lecz ciężką pracą trza jej drzwi otwierać!...

Idźcie za miasto, umacniać okopy,

idźcie formować szeregi!

Za Wolność umierać!

Na wroga idźcie! Na wroga!

Wiekom służycie!

BLAKS

Wszystko po kolei! Pierwej musimy się uporać ze zdrajcami! Ja na pięknych słowach się nie znam, lecz jedno wiem: rzezać!

GŁOSY

Śmierć zdrajcom!

Poruszenie wśród tłumu.

PSYCHE

Bracia! Słuchajcie...

BLAKS

zagłusza jej słowa krzykiem:

Hej! Obywatele! Będziecież słuchać głosu szalonej dziewki, która chce wam zaprzeczyć wielkiego prawa ludu: prawa zemsty i wyroku? Dalej za mną! Na sąd!

PSYCHE

Stójcie! Bo ta krew zohydzi

niepokalany wieków płód!

Zohydzi lud!

Oni... są może... niewinni!

BLAKS

Słyszycie! Ona śmie urągać ludowi! Ohydę rzuca na was, którzyście cierpieli70, padali od pracy, znoju i niewoli, a niewinnymi nazywa tych panków przeklętych, co się z naszymi wrogami sprzysięgli! Precz z nią!

GŁOSY

Precz! Precz!

BLAKS

do Psychy:

Widzisz! Tyś tu niepotrzebna! Ja powiodę lud!

PSYCHE

zastępuje mu drogę

Nie waż się! Stój!

BLAKS

Z drogi! Ten lud jest mój!

Powala Psychę uderzeniem pięści.

Hej! Za mną, ludu! Do więzień! Na sąd!

GŁOSY

Na sąd! Na sąd!

Wyjąc i rycząc, przewalają się wszyscy za Blaksem, idącym na przedzie.

W opustoszałej izbie pozostaje tylko Psyche zemdlona na zdeptanym sztandarze i De La Roche. — Wschodzące słońce ozłaca ich pełnym blaskiem.

De La Roche postępuje kilka kroków w głąb, patrzy — następnie z rozpaczliwym ruchem wraca. — Spostrzegłszy Psychę leżącą na ziemi, bierze wody i cuci ją.

PSYCHE

budząc się z omdlenia:

Co to? Ranek — i słońce, i sen jakiś... straszny...

milknie, potem zrywając się nagle:

Gdzie oni?!

DE LA ROCHE

Poszli w imię wolności... bez ciebie!

W głębi wybucha zmieszany, wściekły ryk motłochu.

Słyszysz!

PSYCHE

nadsłuchuje, jakby jeszcze nie rozumiała — i nagle z jękiem kryje twarz w dłoniach

Ach!

DE LA ROCHE

szarpie ją za rękę

Nie zakrywaj oczu! Patrz! Oto jest wolność!

Oto jest ten wieków siew!

Oto zbawienie przez krew!

Widzisz, wywlekli — kilku mężczyzn — i dwie kobiety — i starca... Słyszysz ten ryk? Ha, ha, ha! Sąd się odbywa! Sąd! Widzisz wzniesione kije, pałki, noże? Ha, ha, ha! Ha, ha, ha! Szybka sprawiedliwość — nawet kata nie potrzeba! Ha, ha, ha, patrz! Patrz! Wolność!...

Zrywa kokardę i czapkę i rzuca na ziemię.

Precz znaki służalstwa nowemu tyraństwu!

PSYCHE

z odrazą:

Krew!!

DE LA ROCHE

Wzdrygasz się przed nią? Wszak to twoje żniwo! Twój bujny plon!

PSYCHE

błędnie:

Co mnie się śniło?... Gdzież ten dzień? Zbawienie?

Gdzie miłość moja? Wszystko mi się w oczach

zaćmiło... Krew! Ohyda! Brud!

Przeklęty dzień! Przeklęty lud!

I ja przeklęta...

DE LA ROCHE

Klniesz? — A więc teraz już jesteśmy równi!

Oboje zdradą skalani jednako: —

Słyszysz! Tam giną moi przyjaciele

i towarzysze, których opuściłem

— dla ciebie!

I tyś przeklęła to, coć było życiem71!

Teraz ty — moja!

Pójdź ze mną!

PSYCHE

zrywa się

Nie, nie! — to jeszcze nie koniec! Ja znów ich porwę! Na słońce zwrócę ich na nowo! Zwyciężę jeszcze... Precz! — Idę...

Chwyta porzucony sztandar.

GŁOSY

rozżarte brzmią z dala:

Na śmierć! — Na śmierć!

DE LA ROCHE

Idź!...

Psyche stanęła, waha się — trójbarwna chorągiew Wolności wypada jej z dłoni.

DE LA ROCHE

Ha, ha, ha! Złudzenia!

Czyż ty nie widzisz, że to już — za późno?

Że się już dziki zwierz rozżarł w tym tłumie

i ty już mocy nie masz? — Krew na tobie!

PSYCHE

I na mnie?...

Patrzy błędnie wokół, a wreszcie osuwa się na ziemię.

Krew!

DE LA ROCHE

po chwili milczenia kładzie jej dłoń na ramieniu

Psyche...

PSYCHE

nieporuszona — z cichym jękiem:

Zapomnieć! Nie widzieć!

DE LA ROCHE

schyla się nad nią

Tam na południu pod Pirenejami jest zamek mój rodzinny...

Psyche wznosi głowę.

DE LA ROCHE

Pójdź ze mną. Niechaj się stanie. Tyś moja.

PSYCHE

Dasz zapomnienie?

DE LA ROCHE

Miłość ci dam...

Psyche wstaje.

DE LA ROCHE

Kwiaty nam wszystko zasnują... Modre i białe kwiaty kwitnąć nam będą... Chcesz?

PSYCHE

Tak.

DE LA ROCHE

A usta twoje będą całować?

PSYCHE

Tak, tak.

DE LA ROCHE

Twoje ręce pieścić mnie będą?

PSYCHE

Tak.

DE LA ROCHE

obejmuje ją ramieniem

Pójdź!

GŁOSY TŁUMU

w oddali:

Na śmierć! Na śmierć! —