Miasta umarłe

(1910)

Wśród ludzi żywych podróżowałem, a jednak piszę: „miasta umarłe”, tak dalece wszystko, o czym tutaj chcę opowiedzieć, różne jest od tego, co dzisiaj przywykliśmy życiem nazywać...

A to jest zabawne, że wybrałem się właściwie do miasta żywego, do najżywszego owszem pono1, jakie jest na świecie. Miałem jechać do Paryża. Ten zamiar zresztą powtarza się u mnie co roku od lat już jedenastu, to jest od ostatniej mojej w metropolii świata bytności. I zawsze utykam gdzieś po drodze, zawsze skręcam kędyś na południe — ku miastom słonecznym, ku wybrzeżom morza błękitnym, ku Rzymowi memu ukochanemu, albo na śnieżne wyżyny Alp.

Nie wiem sam, przez co się to dzieje, że do Paryża dojechać nie mogę. Zohydziły mi go może chwalby przesadne a płytkie, sławiące w zewnętrznym, ruchliwym życiu jego szczyt kultury i cywilizacji — zbrzydziła mi go ta zgraja pismaków wszelakiej narodowości, co jedzie tam niby po rozkwit ducha najwyższy, a wraca — wedle przysłowia — po dawnemu owsem, zachwycając się jeno2 kabaretami i nocnym ruchem po bulwarowych kawiarniach.

Wiem, że miasto, naprawdę wielkie i duchem potężne, temu nie winne, lecz ci raczej, co niczego więcej dojrzeć w nim nie umieją — wiem, że krzywdę mu wyrządzam, przenosząc nań mimowolnie tę niechęć do nadętych a marnych szumowin ludzkich europejskiej niby-kultury — ale ostatecznie, przyznając Paryżowi wszystko, spieszę doń tak, jak się spieszy do pięknej, mądrej i światowej, ale nie nazbyt kochanej kobiety.

I teraz, gdym około Nowego Roku z Krakowa wyruszył, miasto3 w dwa dni stanąć u zamierzonego celu podróży, wlokłem się dyszlem rzemiennym i okolami przez różne kraje, zgoła nie po drodze leżące, aż po czterech blisko miesiącach o brzeg Adriatyku się oparłem i nie zawadziwszy nawet o Paryż, powróciłem do domu, ażeby patrzeć, jak się z wiosną nasze jabłonie po wiejskich sadach rozwijają...

...W Pradze czeskiej zatrzymałem się naprzód. Trochę dla jakichś niby interesów literackich, dla proponowanego mi wystawienia w teatrze miejskim którejś z moich sztuk, co zresztą nie doszło do skutku, a więcej po to, aby patrzeć na stary Hradczyn4, tam za mostem, po drugiej stronie Wełtawy, ażeby szukać około w ziemię osiadłego żydowskiego ratusza strzępów ostatnich miasta odwiecznego, co ustępuje coraz więcej miejsca rozrastającym się nowym, banalnym wielkomiejskim ulicom... A potem, po paru dniach, pojechałem dalej, na drugą stronę czeskich gór, do Norymbergi.

Zimny, oślizgły, uporczywy deszcz padał na gładko asfaltowane ulice, robiąc z nich szarosine zwierciadła starym domom, pełnym nowożytnych magazynów i restauracji.

Nie lubię tego miasta. W dżdżystej niepogodzie styczniowej jeszcze przykrzejsze wywarło na mnie wrażenie niż kiedy indziej. Pełne jest cudów i skarbów przedziwnych. Są place, i domy, i baszty, i kościoły, ołtarze w kościołach i rzeźby w ołtarzach, przed którymi staje się w rozmodleniu, nie tym jasnym wprawdzie i słonecznym, które tam na Południu, w rzymskich ruinach i krużgankach renesansu człeka porywa, lecz w jakimś skupionym, zadumanym, gotyckim, rzec by się chciało, rozmodleniu, co smutkiem surowym rozmarza i przytłacza aż chwilami... Ale tylko wtedy i na krótko zapomina się o gwarnych zwierciadlanych kawiarniach, forsownie w stare mury wciśniętych, o szacownych wiekiem domostwach, przerobionych — „z zachowaniem charakteru” — na hotele różne dla przejezdnej gawiedzi, bedekerowskich5 turystów i komiwojażerów, i o tych budynkach, nierzadko z betonu i żelaza wczoraj wzniesionych, co kłamią wieki swym kształtem pretensjonalnym a nieudolnym, aby się oczom gości z Berlina wydać braćmi tych przecudnie ręką człeka i czasu rzezanych siedzib dawnych mieszczańskich...

Dość głowę niebacznie odwrócić, a rzeczywistość narzuca się oczom. Widzi się, jak niewielu ruinom pozwolono zostać ruinami, jak łatano stare natchnienia nowożytnym przemysłem, jak sztukowano ulice na pokaz, a przede wszystkim jak ludzie, co po nich krążą, strasznie są niepodobni do tych, którzy tu niegdyś chodzić musieli.

W Rzymie na Trastevere6, około ruin, na targach i pod cyprysami ogrodów spotyka się często człeka w płaszcz wyszarzany jak w togę owiniętego albo kobietę czarnooką z dzbankiem wody na ramieniu, co żywcem oczom wskrzesza przeszłość minioną i dziwnie się z otoczeniem zestraja; w zaśmieconej plewą tłustych podróżników europejskich Wenecji zobaczy się nierzadko postać przypominającą dawny, dumny patrycjat, widzi się po largach7 odleglejszych życie niewiele różne od tego, co niegdyś tu przed wiekami tętniło, i pieśń nieraz za kilka miedziaków śpiewana brzmi podobnie jak za czasów dawnej Rzeczypospolitej...

W Norymberdze nic z tego wszystkiego. Genius loci8 odleciał gdzieś; została niemal tylko skorupa. Ludzie są obcy temu, co ich otacza, dzisiejsi, tacy jak wszędzie. I dlatego właśnie Norymberga robi na mnie wrażenie aktora, który się ubrał na scenę w zbroję może nawet oryginalną, dołatawszy jeno części stracone kawałkami blachy cynkowej, dla pobieżnych widzów z krzeseł dobrze oryginał naśladującymi, i myśląc o czym innym, śpiewa za pieniądze dla uciechy gawiedzi rycerską balladę...

Uciekłem stąd rychło do Berna szwajcarskiego, tłumacząc sobie, że pora jest jeszcze nazbyt zimowa, aby jechać wprost do Paryża.

W Bernie czekał na mnie gość niespodziany i dawno już ostawiony9, który mnie napadł i na dłuższy czas zatrzymał. Napadły mnie lata moje młode. Wyjrzały na mnie gdzieś zza węgła starego domu, wionęły z wiatrem od Alp, zabłąkanym w ciasne ulice, zabrzmiały w echu kroków moich pod kamiennymi arkadami ulicznych podcieni, w plusku studni rzezanych, w szumie Aary pod mostem ogromnym na dnie głębokiego parowu...

Myślę czasem, że ludzie żyjący wciąż na jednym miejscu, ci „szczęśliwi”, co nie opuszczali nigdy miasta swego urodzenia i starzeją się tam, gdzie młodość niegdyś spędzili, tracą jedną rzecz niezmiernie cenną: możność odnajdywania wspomnień niespodziewanych a żywych na widok murów, co dawnych lat ich były świadkami. W codziennym patrzeniu tępieje w człowieku ten dziwny zmysł, co umie nieraz z drobnostki, po prostu z niczego, wyczarować przeszłość w barwach tak jaskrawych, ze śmiechem, który już przebrzmiał, z radością, co wyszumiała, ze smutkiem, co już minął i zmartwychwstaje znowu w tęsknej słodyczy zamyślenia.

I tą przeszłością, tą bujną młodością moją, przed laty w gronie uniwersyteckich kolegów tutaj spędzoną, upiłem się w pierwszych dniach przybycia mego do Berna. Aż dziw mi było, że tyle wspomnień, na pozór zgubionych, wstaje tak raźno przede mną i że takie bliskie są tu lata moje młode, choć tyle czasu i tyle różnych wypadków i pracy, i przejść leży między nimi a chwilą obecną.

A kiedy po kilku dniach pierwsze upojenie minęło i rzeczywistość zaczęła się przypominać a przeciwstawiać wspomnieniom, kiedy nareszcie spostrzegłem, że jednak wiele, tak wiele zmieniło się tu około mnie, a we mnie snadź10 jeszcze więcej od owych czasów szczęśliwych i smutek jął mnie nachodzić w mieście mojej młodości, tak że uciec chciałem już dalej: zatrzymały mnie znowu Alpy, płoniące11 się przed mymi oknami o wczesnym słońca zachodzie i zima cudowna, śnieżna, srebrną okiścią12 na lasach pobliskich nad Aarą leżąca.

Dawno zimy nie widziałem. Przez parę lat kwitnęły mi róże i dojrzewały w styczniu pomarańcze w oczach mych na palatyńskim13 wzgórzu; ostatni rok spędziłem w Krakowie, patrząc na beznadziejną szarugę... Cieszyłem się więc teraz śnieżnymi polami za miastem i tym cichym lasem osędziałym, oddychałem rzeźwym, mroźnym, od alpejskich dobrze mi znanych lodów wiejącym powiewem — zapominając prawie, że miałem jechać jeszcze gdzieś dalej.

Dopiero lutowe, tutaj już silniej nieco dogrzewające słońce pociągnęło mnie na zachód. Parę godzin spędzonych w wagonie — i przysiadłem znów w Genewie, ażeby patrzeć na szeroką, pod wschodni blask łyskliwą toń Lemanu i długie, ruchome na niej cienie białych łabędzi z wyciągniętą szyją. Tymczasem czerniały przede mną ogołocone ze śniegu wzgórza i tylko w dali, ponad sinymi lasami, lśniło się wieczyście białe czoło Mont Blanc...

A pisano mi z Paryża, że tam po styczniowych deszczach i powodziach słota trwa jeszcze ciągle i z rozkopanych ulic, z piwnic zatopionych powoli dopiero woda mętna odpływa.

Nie spieszyłem się więc; dobrze mi tu było włóczyć się po słonecznych, szerokich skwerach nad ogromnym jeziorem, wysiadywać pod napęczniałymi drzewami w pustych jeszcze ogrodach i cieszyć się, że nie przeszkadza mi żyć zgraja krzykliwa turystów, wielojęzyczną i pstrą falą miasto w lecie zalewająca.

I anim się spostrzegł, kiedy tam gdzieś poza Alpami wiosna się już robić zaczęła...

Zaświeciło mi któregoś dnia gorętsze słońce nad Lemanem, przyniósł mi o niej wieść wiatr zza gór wiejący, ciepły, mocny, który na równi z jesienną wichurą niebezpieczny jest dla nałogowych włóczęgów, rwąc ich nieodparcie w świat — na nowe drogi, do nowych krajów, w miasta jeszcze niewidziane, które dotąd śniły się tylko.

Zachciało mi się słońca. Oszalała, z dnia na dzień rosnąca tęskota za południowym słońcem nie dawała mi ani na chwilę pokoju. Dość mi było oczy przymknąć, a zwidywały mi się blaski jego złote na jakichś murach starych, ocienionych cyprysem, w szklance wina złotego, w złotym uśmiechu rozchylonych, młodych warg purpurowych...

Niepodobna mi było dłużej wytrzymać w Genewie, ale i to nie ulegało wątpliwości, że do Paryża już nie pojadę. Strach mnie po prostu ogarniał na myśl o wielkim mieście, o jego ruchu i gwarze i o tym życiu sztucznym, gdzie pory roku, słońce czy słota, są rzeczą podrzędną, którą się zaledwie ma czas zauważyć. Chciało mi się natomiast kultury jakiejś starej, nie blichtrem będącej ani pozłotą, ale tętnem życia samego, weszłej już w mury i w ziem14 rodzajną i w ludzi krew, tej, co rzymskiego robotnika, zaledwie czytać umiejącego, uprawnia do rzucenia z pogardą przechodzącym niemieckim wykształceńcom wyrazu: „barbari15!...”

Idąc na dworzec, nie wiedziałem jeszcze, dokąd pojadę. Rzeczy odesłałem do domu — z małą jeno walizką w ręku czułem się lekki, swobodny, niezatroskany — pachniała mi już włóczęga, ta moja włóczęga zwyczajna, bez ściśle oznaczonego celu, bez obowiązkowych miejsc zatrzymania się i wymierzonego czasu: ot, gdzie oczy poniosą i jak Bóg poprowadzi!...

Odchodził właśnie pociąg do Grenoble, więc do Grenoble naprzód się udałem, aby po dwóch czy trzech dniach spędzonych w tym cudnym mieście z ducha romańskiego, ukrytym wśród gór śnieżystych, zwrócić się na zachód, ku Rodanowi. Z umysłu16 ominąłem wielki i fabryczny Lyon, dążąc na Walencję17 i Vienne18 do Orange, małej dziś mieściny, będącej niegdyś stolicą księstwa, a jeszcze dawniej, dużo dawniej, rzymskim grodem bogatym i ludnym na ziemiach galijskich...

Deszcz mnie tu naszedł niespodziewanie i chodził ze mną po ulicach miasta cichego przez nagie gałęzie platanów przesiany, przesłaniał mi srebrną mgłą stary rzymski łuk tryumfalny w szczerym już polu i ściekał pod mymi nogami z kamiennych stopni rzymskiego teatru...

Żałowałem, że słońca nie było — zwłaszcza tam, na oślizgłych deszczem siedzeniach, piętrzących się naprzeciw zrujnowanej sceny amfiteatralnie po stoku wzgórza, uwieńczonego figurą Matki Bożej, na zwaliskach zamku książąt orańskich stawioną. Na miejscu, gdzie niegdyś chór w poświętnych pląsach się przewijał, trawa dookoła kilku zrzuconych kapiteli i drobne krzewy wawrzynowe, tworzące przedziwną rampę dla sceny, niebu i wiatrom otwartej. Mury jej pleczne stoją jeszcze olbrzymie i kolumn parę się trzyma, na poszczerbionych stopniach amfiteatru jest jeszcze miejsce dla dwóch tysięcy widzów... Komedia francuska z Paryża daje tutaj przedstawienia klasyczne w lecie i tłum pod gołym niebem zasiada, jak przed dwudziestu wiekami, jeno że rozmiary wszystkie na dzisiejszych ludzi zbyt wielkie: widzów tłum na dolnych rzędach się skupia i mieści, a w scenę olbrzymią wstawiają dla aktorów podium z desek, płótnem nakryte...

Zmrok dżdżystego dnia przedwczesny zapadał, kiedym szedł na powrót w stronę dworca kolejowego, aby przenocowawszy w małej obok gospodzie, puścić się nazajutrz o świcie dalej — do Awinionu...

Jakoż o brzasku zobaczyłem mury grodu obronne, wież pełne przysadzistych, utrzymane tak, jak gdyby dziś jeszcze miały zdzierżyć wrogowi — i ponad nimi ponure, ciężkie cielsko olbrzymiego zamczyska, co się nazywało pałacem papieży... Przez okna pociągu, zwalniającego bieg przed stacją, mignęły mi jeszcze mosty jakieś kamienne nad szerokim, żółtym i mętnym w tej chwili Rodanem — i po drugiej stronie rzeki potężne baszty fortu św. Andrzeja z czternastego wieku, w mieście zamierzchłym, co wobec starego Awinionu jeszcze młodą nazwę swą zachowało: Ville-neuve19...

Dwa są typowe sposoby podróżowania, czy zwiedzania obcych miast i krajów.

Jeden — nie wiem, czy pierwszy — to obowiązkowe niemal oglądanie wszystkiego, co jest do obejrzenia, uczenie się na pamięć rzeczy, których się można było spokojnie w domu z jakiejkolwiek książki nauczyć, sprawdzanie zawartości muzeów wedle katalogu, gonienie z zegarkiem w ręku z jednego końca miasta na drugi, aby jeno czasu starczyło... Podobno to jest sposób właściwy, pouczający i wskazany, który kształci i umysł wzbogaca...

Ale można także zamiast tego wszystkiego po prostu żyć przez kilka godzin, dni czy tygodni w jakimś mieście. Żyć w całym słowa znaczeniu życiem, jakie ono właśnie daje, chłonąć jego atmosferę, czuć jego tętno w krwi, jego rytm w myślach, ten rytm, który przeszłością, podniebiem, ludzi charakterem stworzony, przebija i przewija się wszędzie: w domów i ulic postaci, w stroju, ruchach, w zabytkach, w sztuce, nawet w sposobie mówienia.

Z dwóch tych sposobów podróżowania — nie mogę nawet powiedzieć, żem wybrał drugi, bo wybierania tutaj zgoła nie było. Niegdyś, przed laty, gdy jako młody chłopak po świecie włóczyć się zaczynałem, nęciło mnie wszystko to, co oczom dostępne i zachłannie wszystko zobaczyć, o wszystkim dowiedzieć się pragnąłem; dzisiaj — nie wiem, czy z wiekiem ciekawość stępiała, czy rozwinął się zmysł jakiś głębszy, dla którego niewiele rzeczy widzianych wystarcza, gdy każda staje się przeżyciem i ogniskiem rozfalowania myśli w rytm, o którym już mówiłem...

To pewne, że nie byłem teraz zdolny do innego patrzenia na stare miasto papieży. W muzeach zatrzymywałem się krótko i kiedy myśl nużyć się poczynała oglądaniem, wychodziłem zaraz bez względu na to, co jeszcze do zobaczenia pozostało; przeoczyłem zapewne niejedno, niejedno pominąłem, nie poczuwając się zgoła do obowiązku zajrzenia wszędzie tam, gdzie gwiazdka jest w Baedekerze; w kościele niejednym, zamiast patrzeć na sławny obraz w ołtarzu lub rzeźbę jakąś znakomitą, zasiedziałem się w nawie półmrocznej, słuchając jeno ciszy, pod wiekowymi sklepieniami drzemiącej i goniąc okiem przesuwające się z wolna po szarych murach plamy słońca złociste.

Lubiłem za to siadać nad mętnym w tym czasie po deszczach nurtem Rodanu i patrzeć długo na śmiałe, w połowie rzeki przerwane łuki mostu św. Benezeta. Kaplica tam stoi jeszcze na środkowym kamiennym filarze poświęcona czci świętego, co w dwunastym pono wieku z braćmi swymi zakonnymi na miejscu starego rzymskiego nowy most ten budował. Nim i on z kolei w gruzy upadł, płynęły nim przez pół tysiąca lat tłumy ludzi — w czasie, kiedy Awinion był papieską stolicą, a Villeneuve-lés-Avignon kwitnącym miastem po drugiej stronie Rodanu. W kwietniu, w dzień świętego budowniczego, nabożeństwo tu w kapliczce odprawiano przy szumie nabrzmiałej wiosennymi deszczami rzeki — i lud potem weselny tańczył na moście, o czym już tylko echo w starej pieśni zostało:

Sur le pont d’Avignon

tout le monde y danse...20

A ponad mostem, z jednej strony w wodzie utopionym, z drugiej w labiryncie starych domów i uliczek, tak że trudno wejście nań znaleźć, piętrzą się na skalistym zboczu czerwone dachy ceglane wyżej i wyżej, aż ku długiemu placowi przed zamczyskiem papieży i dominującej nad nim katedrze Panny Najświętszej.

Groźny, szary kolos, wyglądający raczej na gniazdo jakiegoś włoskiego tyrana niż na siedzibę namiestników Chrystusowych na ziemi. Czterech ich te mury obronne wznosiło, jakby tutaj już miała stolica Piotrowa wiekować, a kiedy się z powrotem przeniosła do Rzymu, opierał się tu jeszcze antipapa21 Benedykt XIII22 oblężeniu przez całe lat dwanaście...

Popod gałęzie starych wawrzynów i dębów zielonych patrzyłem na ten zamek potężny z ogrodów na Rocher du Doms poza katedrą, myśląc o tych czasach, kiedy pusty dzisiaj plac przed pałacem, po którym teraz dzieci jeno igrają, roił się prowansalskim23 rycerstwem i obcych dworów wysłańcami, kiedy chodził tu strojny, nieszczerze za ojczyzną tęskniący Petrarka24 i Dant25 w myślach zatopiony, kiedy dumał tu stary, życiem i losem złamany Leonardo... Mimo woli zwracałem oczy na baszty ogromne, szukając tej, w której się rozegrała ostatnia tragedia wolności Rzymu w średniowieczu, znaczona kajdanami na rękach trybuna Rienziego26...

Nieraz przychodził mi na myśl Wawel, jaśniejszy, bardziej królewski, lecz tak samo jak ten pałac po stracie świetności przez długie lata żołnierskimi koszarami będący, nim sobie przypomniano, że mu się należy cześć i poszanowanie. I tu, po wycofaniu wojsk republikańskich, które gmach w czasie wielkiej rewolucji dopiero rzymskiej kurii odebrany zajęły, odnawia się teraz sale historyczne, aby pomieścić w nich z czasem narodowe muzeum prowansalskie.

Osobiście nie znoszę muzeów, będących zawsze bezładnym nagromadzeniem przedmiotów, które tracą w masie i zestawieniu — i krzywdą mi się wydaje dla gmachów starych i wartość mających to zamienianie ich na schowki i szafy... Rozumiem, że trudno jest rozstrzygnąć sprawę, co właściwie robić należy z historycznymi zabytkami budownictwa. Nie zawsze je można zostawić ruiną, zwłaszcza że często bez pieczy nie w ruinę się zamieniają, ale w ruderę, a zmysł praktyczny dzisiejszych ludzi nie może się pogodzić z myślą o tym zbytku, aby odnowione i niewielą jeno przedmiotów epoki i czasu ożywione stały... bezużytecznie! Czyby się jednak nie udało wynaleźć takim budowlom przeznaczenia z duchem ich zgodnego? Bodaj jak ten teatr rzymski w Orange, co przez większą część roku stoi dumny w swoim opustoszeniu, ażeby w pewnych dniach letnich ożywić się tłumem ludzi, po dawnemu na starą patrzących wśród ruin tragedię; jak owe areny, po miastach prowansalskich rozsiadłe, które w dniach świątecznych napełniają się ludem, śledzącym oczyma walkę byków, jak niegdyś przed wiekami z tych siedzeń kamiennych zapasy krwawe gladiatorów i dzikich zwierząt oglądano. — Chciałoby mi się widzieć w starych uniwersyteckich kolegiach, przybranych foliałami27 z wieków zamierzchłych, prelekcje jakieś rzadkie a poważne; w ratuszach i zamkach królewskich akty uroczyste i obchody świąt narodowych...

Ale to jest już rzecz inna.

*

Opuściwszy po paru dniach Awinion, wlokłem się znów dalej wypróbowanym przez lata swoim zwyczajem: unikając głównych dróg i wielkich ekspresów, zatrzymując się często w miejscach najmniej spodziewanych, w miasteczku jakimś prawie bez nazwy, w którym spodobała mi się wieża kościelna, lub w wiosce, gdzie mnie zajęła grupa drzew na uboczu, most kamienny, stary, przez potok rzucony, albo strój i wygląd przechodzących ludzi.

Tak zawadziwszy o Tarascon28 z ruinami zamku nieśmiertelnego w prowansalskiej pieśni dobrego króla Renata — i o Beaucaire u stóp wzgórza kwadratową rzymską wieżycą przytłoczonego, odbiłem się na zachód, do Nîmes, które mimo swych zabytków mocno mnie rozczarowało. Miasto duże, nowe i ruchliwe, rozsiadłe koło rzymskiej, cudownie zachowanej areny z pierwszego wieku po Chrystusie, mimo kilku cennych zabytków i przepięknego ogrodu na stoku Mont Cavalier, nosi na sobie nieciekawe piętno kosmopolityczne, które drażni i zniechęca. Wieczorami dopiero, na szerokim bulwarze Gambetty, gdzie odbywał się jakiś kiermasz i zabawy ludowe, można było o tym zapomnieć, patrząc na barwny, gwarny i roześmiany tłum południowców około jaskrawo oświetlonych bud przekupniów i wirujących przy muzyce karuzeli.

Rychło z Nîmes uciekłem, dążąc z powrotem ku sercu Prowansji. Nie zatrzymywałem się tym razem nigdzie po drodze. Pociąg biegł przez Sewenny29; przed oknami wagonu przesuwały się łyse wzgórza wapienne, smutne beznadziejnie i postacią, zarówno jak opuszczeniem żywo mi Kras30 przypominające.

Na lewym brzegu Rodanu krajobraz się zmienił. Wjechaliśmy na szerokie równiny prowansalskie, uprawne jak ogród i budzące się już wczesną wiosną ze snu zimowego. Zdziwiły mnie początkowo pola, podzielone w kwadraty rzędami gęsto sadzonych cyprysów, tworzącymi jakby żywopłoty wysokie, wszystkie ku jednej pochylone stronie. Później dopiero zrozumiałem, że jest to ochrona zasiewów przed nawiedzającym z zachodu Prowansję mistralem, wichrem nad wichrami, co dmie nieraz przez całe tygodnie, zrywając się stale przed południem, aby dopiero o słońca zachodzie na noc przycichnąć.

Prześladował mnie on swym podmuchem potężnym i lodowatym w Awinionie i teraz znów drobnym deszczem zacinał, gdy do Arles dojeżdżałem. W mgle i w drobnym dżdżu szedłem bezlistnymi platanami wysadzoną aleją od dworca ku bramom miasta i zmrok już padał przedwczesny, kiedym się znalazł w sieci starych, ciasnych ulic.

Dziwne mnie ogarnęło uczucie. Przede mną z szarej opony31 wyłaniały się domy wiekowe, nierzadko o łukach romańskich, szeregiem okien z żelaznymi balkonikami patrzące w wąskie ulice, domy tak długo stojące obok siebie, że zda się w jedną się już zrosły całość i wiekiem się upodobniły między sobą, jak owi małżonkowie, co życie całe razem spędzili... W bramach ukazywały się milczące kobiety w czarnych sukniach z białymi stroikami płóciennymi na głowie, po odwiecznym, nierównym bruku zaturkotał kędyś dwukolny wóz przez muła ciągniony.

Miałem przez chwilę złudzenie, jak gdyby w tym starym mieście czas się cofnął naprawdę, czy może zatrzymał na pewnej godzinie, dla reszty świata już dawno zamierzchłej jak zegar nienaciągnięty — i Arles jest po dawnemu stolicą tego kraju trubadurów i rycerzy, z których lada chwila jakiś na rogu ulicy we mgle się ukaże, jadąc konno i z pachołkiem na turniej śpiewaczy na dworze przesławnych hrabiów des Baux32 lub na obwołaną po Prowansji krzyżową ciągnąc wyprawę...

Wstyd mi było przed samym sobą płaszcza gumowego i nowożytnej walizki w ręku; zdawało mi się, że wpadłem cudem w inną epokę w tym stroju cudacznym i śmiesznym.

Oto jakaś gospoda przede mną. Wiem, że Baedecker, pokutujący w mojej kieszeni, poleca wyłącznie dwa hotele w innej stronie miasta, ale strach miałem przed Baedeckerem i jego radami w tej chwili... Gotówem się znaleźć w „europejskich” z komfortem pokojach i patrzeć na wyfraczonych lokajów o zastygłych minach...

Przez szerokie drzwi w kamiennych odrzwiach, mimo chłodu na oścież rozwarte, wszedłem do ogromnej izby czy sieni, będącej zarazem salą jadalną. Godzina była wieczorna, obiednia — przy biało nakrytych stołach siedziało dziwne towarzystwo: ludzie z miejska i dostatnio poubierani, woźnice i robotnicy w bluzach niebieskich, którzy jednak po pracy mogli sobie pozwolić na obiad za trzy franki z butelką wina.

Le Français est excessivement riche33, pisze Emil Reich w swej książce Vanite allemande. To prawda, że nigdzie nie widziałem tak wysokiej stopy życiowej u pracującego ludu, jak we Francji, zarówno na północy, jak na południu. Ale też z pracowitością romańską tych ludzi żadna w porównanie iść nie może. Bajki to są czyste o dobrobycie, skrzętności i wytrwałej pracy Niemców!

Rozmyślania przerwała mi jakaś schludnie ubrana dziewczyna, która odebrała walizkę z mej ręki, a dowiedziawszy się, że szukam pokoju, jęła mnie prowadzić na górę. Dosyć długo to trwało. Szliśmy naprzód przez jakiś dziedziniec, zastawiony próżnymi beczkami z wina, potem po drewnianych, do muru przyczepionych schodkach na piętro i gankiem, zawieszonym jak most w powietrzu, do drugiego skrzydła dużego domu... Pokoik mój był mały, z kamienną posadzką, nieszczelnym oknem i drzwiami, zamykającymi się od balkonu bezskutecznie na klucz wielkości sporego rożna, ale przed oknem miałem za to kosz z kutego żelaza zawieszony nad ulicą i widok ponad czerwonymi dachami na ciężką dzwonnicę romańską katedry św. Trofima34. Naprzeciw, po drugiej stronie ulicy arlezjanka jakaś młoda szyła coś w oknie, korzystając z brzasków ostatnich uciekającego dnia.

Wieczór już zapadł, kiedym się wywlókł na miasto.

Częste podróżowanie i piesza zwłaszcza włóczęga wyrabiają ten zmysł orientacyjny, czy raczej instynkt jakiś, który nieomylnie wiedzie człowieka ku środkowi miasta lub innemu ważnemu jego punktowi — bez pytania o drogę, bez przewodnika, bez uciekania się do pomocy planu. Nawet namysł i uwaga świadoma nie grają tu żadnej roli — człowiek snadź mimowiednie postrzega ruch na ulicach dośrodkowy, kierunek przechodniów i dorożek, zwiększanie się ilości sklepów i postać ich okazalszą, czy może domów samych wygląd i bruków, aż niespodziewanie znajduje się w miejscu, gdzie życie miasta się zestrzela. Trudniej jest pobłądzić, niżby się komu wydało.

Tak tego wieczora, gdy domy ulicy rozstąpiły się naraz przede mną, plac tworząc podłużny i rozleglejszy, nie wątpiłem ani na chwilę, że jestem na Forum, od rzymskich jeszcze czasów jako środek miasta tę nazwę noszącym. Jakoż zamajaczyły mi popod gałęzie platanów w dom przeciwległy wbudowane dwie starorzymskie kolumny granitowe z kawałkiem korynckiego przyczółka, a obok marmurowa tablica z napisem: „Place du Forum”.

Szyld golarza był poniżej, z drugiej strony jakiś hotel jeden i drugi, mała księgarnia w odwiecznym domu, kawiarnia z opustoszałym tarasem po lewej ręce i kilka czekających dorożek...

A przede mną na niskim cokole, jak ów Goldoni35 w Wenecji, przechadzający się po ukochanym mieście — trubadur prowansalski ostatni, felibrów36 wódz, Mistral37 ze spiżu. — Nie potrzeba głowy zadzierać, aby go w górze kędyś zobaczyć (nie widząc!) w odętej i natchnionej postawie; jest blisko obok widza, zaledwie nadeń wzniesiony, spokojny, naturalny, z płaszczem przewieszonym przez lewą rękę... Zda się, że wyszedł z domu w ciepłe popołudnie wiosenne na zwykłą przechadzkę i teraz o zmroku ociąga się jeszcze z powrotem, zapatrzony w sieć drobnych ulic, za którą leżą nad rzeką ruiny pałacu Konstantyna38...

Wszedłem do gospody obok, aby się napić czarnej kawy i wypalić cygaro. Kawa była nieświetna i niezupełnie dobrze wiadomo, z czego robiona, ale dano mi za to do niej bez pytania flaszkę doskonałej eaux-de-vie39, niewiele dalibóg ustępującej koniakowi. Dokoła mnie w dużej izbie na gładzonych ławkach drewnianych w kręgach światła gazowego siedziało kilku mieszczan, przeważnie starszych, dziennikami lub pogawędką zajętych. Nastawiłem ucha: twarde i pełne, jędrne dźwięki, przypominające raczej północno-włoskie narzecza (nie znam mowy katalońskiej, której ta prowansalska siostrą ma być rodzoną), a w niczym nie podobne do zlewnego języka francuskiego.

Wdałem się w rozmowę z kręcącym się właśnie w pobliżu garsonem40. Mówił ze mną poprawną francuszczyzną, a zapytany o język prowansalski, dawny langue d’oc41, uśmiechnął się z odcieniem niechęci czy zakłopotania:

Oh, c’est la langue du pays...42

Pytałem go o znaczenie poszczególnych wyrazów, które mi w ucho wpadły, o nazwy różne. Odpowiadał uprzejmie, ale krótko, a kiedym się wreszcie zdziwił, że języka tak starego nie uczą tu w szkołach ani pism w nim nie drukują, odparł z wielką godnością:

Nous sommes des français, monsieur!43

Uśmiechnąłem się mimo woli — przez szerokie okno poza mną majaczyła w świetle latarni na starorzymskim forum spiżowa postać Mistrala, wskrzesiciela dawnej sławy i świetności prowansalskiej mowy trubadurów...

Następny dzień był słoneczny i wychodząc z domu, obawiałem się nieco, czy to nadzwyczajne wrażenie wczorajsze nie rozwieje się w dziennym świetle i w słońcu. Gdym jednak stanął na ulicy, zapomniałem rychło o tych obawach. Przede mną wznosiło się miasto wyczarowane naprawdę cudem jakimś z przeszłości — stare, dostojne nie tylko ulic i domów dziwnie harmonijną, szlachetną postacią, ale i życiem ludzi spokojnym, skupionym, zdającym się nie dbać na pozór o to, co się tam dzieje na dzisiejszym świecie.

Przyszły mi na myśl słowa Barrèsa44, czytane gdzieś, kiedy tego miasta jeszcze nie znałem: „Arles, une cité de vie intérieure, où rien n’est vulgaire, rien banal...45

Są pono w bajkach zamki zaklęte, w których sen wisi i każdego, kto tylko wejdzie, ogarnia... miałem wrażenie, że i tutaj, jeśli nie snu, to zadumy jakiejś zaraza subtelna rozpylona jest w powietrzu — w tych wąskich, domami sprzed pół tysiąca lat zamkniętych ulicach, na placach małych przed kościołami z czasów, gdy królowie francuscy jeszcze świętymi bywali, na rzymskich ruinach, na tym polu grobowym za miastem...

„Nic tu nie jest pospolite, nic banalne...” z wyjątkiem chyba tej jednej czy dwóch ulic nowych, jakiejś rue de la Republique46, szeroko przez środek miasta przeciętej, a niepotrzebnej, po której nikt nie chodzi, jak po tych w Wenecji kapryśną a barbarzyńską wolą Napoleona wyrąbanych „bulwarach”.

Było potrzebne Neapolowi takie, jak Włosi mówią, wypatroszenie, przecięcie zagmatwanego labiryntu wysokich domów i brudnych, ciasnych zaułków kilkoma, światło i powietrze doprowadzającymi liniami, na których rychło ruch cały się skupił — można nawet od biedy zgodzić się na to, że w Rzymie kosztem milionów przebija się takie Corso Vittorio Emanuele47, boć to jest w końcu miasto wielkie, które mieć musi arterię wygodną dla swego potężnego tętna życiowego — ale śmieszne jest i oburzające to tworzenie w miastach, gdzie kamień każdy niemal jest świętością i cudem, „wspaniałych” ulic współczesnych, nikomu na nic nieprzydatnych, przez nikogo niepożądanych, a w następstwie zimnych, pustych i obrzydliwych.

Wpadłszy przypadkowo na ową rue de la Republique w Arles, cofnąłem się zaraz instynktownie wstecz, jakbym się dostał nagle w strugę zimnej wody. Uciekałem wąskimi ulicami, byle jak najdalej od tej pustki zionącej, minąłem stare Forum i nie zatrzymałem się, aż na placu przed katedrą św. Trofima...

Stanąłem w pośrodku, oparłszy się plecami o cokół niewielkiego obelisku — przede mną po schodach tumu48 schodziły, spływały raczej cicho dwie starsze już kobiety w długich, czarnych strojach narodowych, jak wdowie szaty wyglądających. Szły poważnie, z opuszczonymi nieco głowami, niosąc w ręku w srebro kute książki do nabożeństwa — za nimi wlokły się po stopniach, przez stulecia wydeptanych, czarne welony z upięcia na głowach opadające.

Wzniosłem oczy. W siódmym pono wieku naszej ery poświęcano ten tum, czerniący się przede mną postarzałą, ceglaną fasadą, z cudownym, w kamieniu rzeźbionym poematem Dies irae49 w okolu romańskich drzwi. Święci stoją poniżej, między kolumienkami, przedziwnie średniowiecznym, nabożnym dłutem wykuci: święty Trofim, uczeń Pawła apostoła, chrzciciel tych krajów w infule i z pastorałem50, święty Szczepan51, pod gradem kamieni upadający, apostołowie...

Nie wiem nawet, kiedy znalazłem się we wnętrzu kościoła. Zakrystian jakiś przyczepił się do mnie, usiłując mi pokazywać niektóre obrazy; uwolniłem się od niego szczęśliwie kilkoma sztukami miedzi52.

Czy światło może być stare? Miałem nieraz to wrażenie w bazylice św. Marka w Wenecji, w rzymskim Panteonie i teraz tu, w tej małej odwiecznej katedrze arlezjańskiej, gdzie blask słońca przez szyby zamglone okien przesiany spływał w dół po wypłowiałych wzorach naściennych kobierców i złocił pył na antycznych pod murami sarkofagach.

Stałem pod jakimś filarem, pół przymkniętymi oczyma chłonąc nastrój przedziwny pustej świątyni, gdy nagle i brutalnie zabrzmiały przy mnie głośniejsze słowa, w barbarzyńskim, niemieckim wypowiedziane języku. Grupa jakichś turystów stała obok i robiła sobie głośne uwagi, podczas gdy zakrystian opowiadał im, jak w tym kościele w wieku dwunastym Rudobrody53, cesarz rzymsko-niemiecki, burgundzką brał koronę...

Uciekłem w głąb — po małych schodkach i na świat boży. Kawałek nieba błękitnego zajaśniał mi w oczy, w czworobok klasztornego z dawien krużganka ujęty. Byłem w galerii do ścian kościoła przypartej, najstarszej. Na powiązanych parami romańskich kolumienkach kapitele, pełne historii, powiastek i skazek54, naiwnie dłutem jakby dzieciom opowiadanych, posągi i figury przy słupcach, nie wiadomo już co i kogo przedstawiające... Drugie ramię, późniejsze, lecz jeszcze romańskie — trzecie o półtora stulecia młodsze, i czwarte, najmłodsze, znów o półtora wieku później stawiane — te dwa gotyckie, bo tutaj na gotyku budownictwo się kończy, tak jak u nas od gotyku prawie się dopiero poczyna.

Pięćset lat stawiano te kolumienki i rzeźbiono te kapitele przedziwne, pokolenie po pokoleniu, wiek po wieku, a wierzyć się nie chce, że je taki okres czasu dzieli, tak to wszystko w jedność związane, tak zrosłe nierozłącznie ze sobą. Figury z gotyckich kapiteli i filarów patrzące zdają się tu być jeno dopełnieniem, dalszym ciągiem tajemniczej kamiennej opowieści, dłutem rzeźbiarza w jedenastym czy dwunastym wieku poczętej...

Nie wracałem już do kościoła. Przez małą furtkę w murze wyszedłem wprost na uliczkę opartą jednym bokiem o zwaliska starego teatru rzymskiego. Ruiny tu już tylko, trawą porosłe — nad ułomkami ostatnich rzędów siedzeń kamiennych górują jeno dwie marmurowe kolumny z kawałkiem architrawu55, wyniesionym na niebo korynckimi naczółkami.

A dalej za teatrem, na prawo, na murach niegdyś obronnych, ruiny opactwa św. Cezara56, ciężkie, posępne — po lewej stronie, trochę poniżej, rzymski cyrk ogromny, w średniowieczu czterema basztami na twierdzę zamieniony.

Odnowiono wnętrze areny — i tutaj też w lecie walki byków się odbywają — lecz nie strącono baszt owych czworobocznych, na końcach osi olbrzymiego gmachu owalnego wzniesionych, dokładnie ponad czterema głównymi wejściami.

I dobrze jest tak. Zrosły się one przez tyle wieków z dawną areną, mchem już takim samym porosły i poczerniały tą samą patyną — a ożywiają budowlę wzniesionymi czołami i tą opowieścią milczącą o losach jej burzliwych w ciągu tysiącleci...

Kto, podróżując, spieszył się zawsze i zawsze poczuwał się do obowiązku zobaczenia czegoś i dojechania dokądś, nie będzie miał pojęcia o przedziwnych dniach, jakie się dla mnie teraz w Arles poczęły. Godziny całe spędzałem w słońcu na pustych, omszałych stopniach areny, przypatrując się dzieciom, bawiącym się opodal przed bramami domów, leżałem na trawniku, porosłym na gruzach rzymskiego teatru, przesiadywałem w kościołach mrocznych albo włóczyłem się po wąskich, krętych ulicach, patrząc na to barwne, ruchliwe i skrzętne, a tak jednak spokojne życie tej niegdyś stolicy kraju o umarłych już dzisiaj dziejach.

Odtwarzałem je sobie nieraz w długich zadumaniach, kiedy mistral szumiał mi w gałęziach ogrodu na starych wałach, czytałem je z rzeźbionych odrzwi domów i ze szczerb na murach tysiącletnich, a gdy mi tego nie starczyło, szedłem ich szukać w książkach lub w zbiorach: w Museé Lapidaire, pełnym sarkofagów, tych pogańskich z girlandami nagich dzieci tańczących i tych późniejszych, już z wyobrażeniem Dobrego Pasterza, co za owce duszę swą daje. A o czasach późniejszych, o życiu Prowansji właściwym, z którego dotąd państwowy zalew francuski nie zdołał piętna zmyć odrębnego, mówiło mi znowu staraniem odrodzonych felibrów wzniesione Museon Arlaten57, aż drobiazgowe w swoim umiłowaniu kraju i jego charakteru i nagromadzeniu wszystkiego, co się do kultury narodu odnosi.

Tak ani się spostrzegłem, kiedy nadeszła Palmowa Niedziela. Na placu przed katedrą św. Trofima zaroił się lud prowansalski z wiosennymi gałęziami w ręku — w południe, w słońcu palącym, ożyła stara arena tysiącami widzów, patrzących na pogańską, krwawą walkę byków — szeroka okolna Promenade de la Lice zakwitła pod drzewami uśmiechem czerwonych ust, blaskiem oczu promiennych, bielą lic i rąk...

Nie jest to przesadą, gdy się mówi, że arlezjanki są we Francji najpiękniejsze, tak jak werońskie kobiety najpiękniejsze są we Włoszech. Dziwna wytworność rysów, szlachetny kształt małych głów pod falą włosów, białymi skrzydłami upięcia nakrytych, ruchów rytm doskonały... Szedłem szeroką aleją naprawdę jak gdyby ogrodem kwiatów z jasną, dobrą radością w duszy, że tyle piękna jest na świecie i tyle życia, i śmiechu jest tyle złotego, co u nas tak rzadko brzmi szczerze...

Mimowiednie za tłumem idących skręciłem na prawo — od miasta — przez plac jakiś pusty, polny, trawą z rzadka porosły — minąłem kanał i potem tor kolejowy. Przede mną była teraz wzdłuż cichej wody kanału aleja drzew, tak różna od tej, którą opuściłem przed chwilą, pełną śmiechu dziewczęcego. Na wstępie kaplica zwalona i rzeźbiony łuk jakiejś bramy romańskiej — w dali między bezlistnymi jeszcze gałęziami akacji zionące ruiną otwory okien, w ośmiobok budowanego kościółka... A między tą kaplicą i tamtym, gdzieś pierwsze wieki chrześcijaństwa pamiętnym58 kościołem — groby, groby, groby. Szeregi nieprzejrzane sarkofagów, pustych już, na wzrost mężów wykutych i mniejszych dla niewiast, i małych, co dzieci snadź niegdyś mieściły, nim prochy wszystkie wiatr na żyzne prowansalskie wywiał pola. Otwarte są wszystkie, proste i bez ozdób, bo co cenniejsze, od dawna już do muzeów po świecie rozebrane — i smutne, tak smutne nieskończenie białością swą na czarnej trawie i opuszczeniem...

Allée des Alyscamps — pola elizejskie59, dawny rzymski nekropol60 wzdłuż drogi aureliańskiej61, który przyjąwszy w łono swe ciało świętego Trofima, świętym się stał i przez długie wieki świętością swoją w odległych krajach był sławny i dla spoczynku ciał pożądany, aż umarł wreszcie i on — cmentarz, umarłe62 chowający — i bieli się oto na wietrze wyschłą kością próżnych swoich sarkofagów...

Oćmą63 jakąś wpadł ten widok w moje oczy, pijane jeszcze radością życia tam na Promenade de la Lice. I kiedy znowu przez rozśmiany tłum wracałem, wydało mi się, że tamte ostawione sarkofagi zionące czekają cierpliwie za miastem na tę falę ludzką, płynącą ku nim niepowstrzymanie i ciągle jako ku ujściu ostatecznemu. Raził mnie teraz niemal śmiech i bolała beztroska, nieopatrzna wesołość przechodniów, niosących ku grobom własne szkielety. Skręciłem rychło z alei w sieć ciasnych, bezludnych uliczek. Wywiodły mnie na placyk jakiś niewielki ze schowanym wśród domów kościołem.

Dźwierze były otwarte; wszedłem do wnętrza. Kościół był pusty zupełnie — przysiadłem gdzieś w mroku na ławce i czoło w dłoniach ukryłem.

Nie wiem jak długo tak siedziałem, gdy naraz zauważyłem, że od chwil już paru śni mi się snadź dziwny śpiew, zaledwie dosłyszalny, anielski śpiew zmartwychwstania. Odjąłem ręce od oczu, nikogo wokół nie było, a złudzenie nie ustępowało. Jakieś subtelne rozedrganie powietrza, jakiś sen śpiewu przez grube mury spod nieba się sączący...

Po kamieniach posadzki zastukał krok starego zakrystiana.

Qu’est ce qu’est ça?64 — zapytałem.

Wskazał rzutem ręki okna chóru, wychodzące z kościoła wprost na korytarz klasztorny:

Oh, ce sont les enfants de la paroisse qui preparent la haut leur chant de la Résurrection...65

*

Na Wielkanoc zachciało mi się być nad morzem, gdzieś na Błękitnym Brzegu66 — nie wiem zresztą dlaczego, gdyż dzień ten świąteczny mogłem również dobrze spędzić gdziekolwiek indziej — miałem więc jeszcze przed sobą dni Wielkiego Tygodnia, które zużyłem przeważnie na wędrówkę po okolicy, częścią małymi kolejkami lokalnymi, do Saint-Louis-du-Rhóne, do Les Saintes Maries, do Aigues-Mortes, a więcej jeszcze wedle swego zwyczaju piechotą.

Tak zawlokłem się pewnego dnia do Montmajour67, aby obejrzeć cudowne ruiny opactwa, co w VI wieku pono założone, kilkakrotnie w ciągu stuleci odnawiane było i rozszerzane, aż przy ostatniej przebudowie wytrącił murarzom kielnię z ręki wybuch Wielkiej Rewolucji. Mnichów wygnano, mury opustoszałe zaczęły padać w gruz, pękło i runęło kościelne sklepienie, rozsypał się ogromny gmach klasztorny i stoją teraz na szczycie wzgórza oliwkami porosłego zwaliska potężne, jak miasto, gdzie oko czyta w złomach style dwunastu wieków, kolejno ręką ludzką pracowitą w głazie pisane. Mur jeno obronny stoi jeszcze nienaruszony, olbrzymimi skarpami podparty i wieża nad nim czworogranna, ciężka, małymi strzelnicami jak gdyby spod powiek przymknionych na równinę u stóp swoich patrząca. W świetnym niegdyś dziedzińcu i przed kościołem, światłu gwiazd otwartym, stado owiec się rozłożyło, wypłoszone ostrym wiatrem ze skąpego pastwiska między oliwkami na zboczu wapiennym.

Nie chciało mi się pod wieczór wracać do Arles, przenocowałem więc u pasterza, by o świcie dnia następnego puścić się dalej w stronę Les Baux...

Ranek był jasny, ale chłodny i wietrzny. Co chwilę szeregi cyprysów przydrożnych pochylały się gwałtownie pod krótkimi uderzeniami wiatru, a wtedy słońce ponad ich głowy schylone padało mi w oczy, złote, jak gdyby subtelnym jakimś pyłem różowym przydymione.

Około stacyjki Paradou-les-Baux przeciąłem tor kolejowy i opuściwszy szeroką prowansalską równinę, na której Montmajour stało jak wyspa, zacząłem się wspinać na stoki poczynającego się tu właśnie pasma wapiennych wzgórz zwanych Alpiny.

Szeregi cyprysów stały zrazu przy drodze, pól uprawnych pilnując, wkrótce jednak krajobraz zdziczał i gdyby nie oliwki, z rzadka między głazami rozsiane, można by sądzić, że się idzie przez jakąś opuszczoną i nieznającą pracowitej ręki ludzkiej okolicę. Droga wiła się coraz wyżej i coraz częściej napotykałem skałki wapienne, które mi wkrótce zasłoniły całkowicie widok na opuszczony kraj równinny. Szedłem tak z górą pół godziny. Po lewej ręce miałem wądół szeroki, czarny nietracącymi liści drzewami oliwnymi, na prawo i przede mną wszędzie dookoła pagórki obłe, ponad gajami jeszcze pożółkłą z zimy trawą jaśniejsze i spiętrzone u szczytów fantastycznymi turniczkami, w które się rozpadł na wietrze sterczący spod cienkiej powłoki ziemi calec68 wapienny.

Opierając się całą siłą coraz mocniej bijącemu na mnie w przerwach wiatrowi, błądziłem okiem po tych wzgórzach, smutnych niewypowiedzianie i tak dziwnie podobnych upiorną białością skały do sterczących piszczeli umarłego kraju... Zwłaszcza jedno wzgórze, tuż na prawo ode mnie, uwagę moją zajęło. Wyższe nieco od innych, odznaczało się osobliwie fantastycznymi kształtami swoich skał u szczytu. Wyglądało to tak, jakby mury jakieś obronne, na wpół zwalone baszty i domy — zdawało mi się nawet, że widzę coś podobnego do bramy — wyobraźnia snadź rysowała mi już okna na tych niby zwaliskach.

Podszedłem bliżej i stanąłem nagle, tknięty zdumieniem tak wielkim, że aż dreszczem mnie przejęło. To, co miałem za majak wyobraźni, było rzeczywistością.

Przede mną poza murem okolnym, przeważnie z wapiennego calca na miejscu wyrąbanym, cmentarzysko głazów będących domami i domów w głaz już rozsypanych.

Piętrzyło się to wszystko na szczycie wzgórza, domostwa w skale wyrąbane i na powrót wiekiem w bezkształtną zamienione skałę, ulice wąskie, do kamienistych żlebów podobne, zielskiem zarosłe, wspinały się po bystrym stoku aż ku obszernej, zeschłą trawą i gruzem pokrytej platformie, ponad którą sterczała połową potwornego cielska, do rozsypującej się turni podobna, wieża dumnego niegdyś zamku panów des Baux.

Chmury pierzaste kłębiły się na błękitnym tle nieba; gnał je ponad ruinami rozszalały, chłodny mistral całym stadem ku słońcu, blado na świat patrzącemu.

Siadłem na jakimś kamieniu przydrożnym, nie spiesząc się z wejściem do miasta, jakby w mimowolnej obawie, że za zbliżeniem się zniknie jak pustynna zjawa, głaz jeno szczery i bezkształtny oczom pozostawiając. A przecież na tym łysym wzgórzu przede mną nie złuda była, lecz rzeczywistość — jeno od wszystkich złud fantastyczniejsza! Gród, co przez piętnaście wieków, od czasów Konstantyna, nazwanego Wielkim, rósł w świetność i chwałę, a od stu lat dopiero opuszczony, udzielność straciwszy, tak nagle w zupełną zamienił się ruinę, że zaledwie kilka rodzin pasterskich tuli się w nim ze swego trzodami; miasto, w żywej skale po większej części rąbane i niepożyte69 na pozór, co raźniej70 stało się gruzem, niż gdyby z gliny było wzniesione — siedziba sławnego w średniowieczu „cour d’amour71, dzisiaj pustką będąca najzupełniejszą...

A jakże tu rojno i hucznie ongi72 bywało, kiedy król Ludwik Święty73 na krzyżową ciągnął wyprawę i szło ku niemu prowansalskie rycerstwo, z panami des Baux na czele — ileż tu w ciągu roku kopii na turniejach skruszono, ile miłosnych wyśpiewano pieśni na cześć owych Alicji, Biankoflor, Uguet i Sybil, królowych miłości, sławnych po ziemi całej imieniem. — Na dworze panów udzielnych des Baux, spokrewnionych z królewskimi domami Francji, Anglii, Polski (1166)74, Sabaudii, Barcelony, z dynastią orańską, nasauską i brunszwicką, z najodleglejszych krajów ziemi przesławne gromadziło się rycerstwo, najpierwsi w świecie przebywali trubadurzy. Tu wdzięki słodkie pani Beranżery opiewał Gwilem Cabestan75, ze śmiertelnych najszczęśliwszy, bo od zazdrosnego męża w czas jakiś zabity, sercem własnym ukochaną nakarmił i w krew jej przeszedł gorącą — tu śpiewali o miłościach i bojach mistrzowie lutni a mowy prowansalskiej niezrównani, Piotr z Owernii, Rajmund Miraval, dzielny mieczem Roger z Arles i wielu, wielu innych, aż do pogrobowca wielkiego, Mistrala, sławiącego umarłą wielkość czasów przebrzmiałych.

Starą, stromą i krętą drogą wspinałem się ku bramie, wiatrom wszystkim dzisiaj wieczyście otwartej. Na lewo ratusik maleńki, pod sławną herbową gwiazdą panów des Baux, w późnym baroku odnowiony i mieszczący po dziś dzień biura urzędu gminnego, dalej nieco hotel, jedyny, do wiejskiej gospody raczej podobny — pod szumną nazwą Monte Carlo, snadź na pamiątkę Grimaldich, ostatnich po wygaśnięciu domu des Baux udzielnych władców grodu... Do niedawna pono ta gospoda mianowała się „A la cabeladuro d’or”, „Pod złotą kosą76”, jako że w czasie jej założenia na ruinach znaleziono właśnie w kościele św. Wincentego bujne, złociste runo włosów, pozostałość po jakiejś opiewanej może przez trubadurów księżniczce...

Patrzyłem na włosy te niedawno w Museon Arlaten, gdzie je jak świętość złożono — i teraz przypomniały mi się: przedziwna, pogrobowa zorza młodości, niegdyś tęsknota rozkochanych oczu i ust, dzisiaj skarb bezużyteczny, bezpański, przez czas w odlocie zgubiony.

Z niechęcią odwróciłem się od gospody, co nazwę swą na realniej złotą zamieniła... — Przede mną, ku prawej ręce, długa ulica wśród ruin. „Grand rue”77 — czytam, jak na urągowisko, na tablicy, przez urząd konserwatorski przybitej. Bruk pod nogami moimi stary, ułożony z kamieni okrągłych — trawa buja w szczelinach. Po obu stronach jak gdyby trupy domów, jakby nowe jakiej Pompei78, jeno w popiołach nie zachowane, lecz owszem wiatrom szerokim dane na pastwę...

Idąc, czuję chwilami, że bruk pod stopą zastępuje skała lita, z wnętrza góry na wierzch się dostająca, a wtedy i domy obok z tej rodzimej skały są wykute, tak że góra, droga i zwaliska jedną nierozdzielną tworzą całość.

Nade mną po szczytach ruin świszczał wiatr. Wpadał chwilami w wąską uliczkę, targał mnie za płaszcz jak duch lub z psotą złośliwą miotał mi w oczy ostrym pyłem, na który roztarł i skałę, i pałace. Ale całą siłą uderzył na mnie dopiero, gdym wypełznął z zaułka na obszerny, smutny, zeschłymi ziołami porosły wygon79, co niegdyś był świetnym placem zamkowym.

Oto po drugiej stronie wygonu, gdzie kóz kilka błądziło, chroniąc się przed wiatrem za głazy, z rzadka rozsiane na samym cyplu wschodnim wzgórza — jak gdyby turnia strzelista, piorunami strzaskana czy od trzęsienia ziemi rozpadła, stercząca spośród chaosu gigantycznych bloków wapiennych! Zadarłem głowę, szukając okiem jej szczytu — i oko me padło na otwór okienny, wprost na strzępiaste chmury wyrąbany, rozpaczliwie smutny tym zawieszeniem swoim dzisiaj bezcelowym między niebem a ziemią!

I powoli, powoli zacząłem dopatrywać się w bezkształtnej masie zarysów dawnego zamczyska: oto jest zrąb ściany w skale żywej ciosany, tam resztki muru, ludzką wzniesionego sztuką, ówdzie odrzwia z ogromnym głazem u stóp wieżycy na pował leżące, nie wiadomo z którego piętra spadłe i z jakiej wysokości...

Mistral, co przycichł był na przelotną chwilę, zerwał się znowu z całą potęgą i zagrał na ruinach zamczyska ostrą, zgrzytliwą pieśń: trubadur ostatni, nieśmiertelny, lecący ponad prowansalską krainą, nad zamki w gruzach, nad umarłe miasta, nad smutne pola z rzędami czarnych cyprysów.

Dzięki temu wichrowi byłem dzisiaj sam pośród zwalisk, ale za to każdy krok musiałem na nim wysiłkiem zdobywać. Potężniejszy niż alpejskie znane mi dobrze wichry i tatrzańskie, mocował się ze mną na zawieszonym pod niebem ułomku zamkowej galerii, targał mnie za płaszcz, za brodę i włosy, broniąc przystępu do otwartych już przecie komnat księżniczek, spychał mnie z grani wapiennej, będącej zarazem murem obronnym grodu, a kiedym jemu na przekór wyszedł na cypel, zwany Basztą Saraceńską, by spojrzeć na daleką prowansalską równinę, zatańczył koło mnie wściekłym wirem, zejść mi nie pozwalając długo, długo i śmiejąc się z mej bezsilności.

Odetchnąłem dopiero swobodniej, kiedym się znalazł znowu w zaułkach między gruzami, dającymi mi ochronę przed wichrem. Szedłem z wolna, czytając w zamyśleniu tablice przez Zarząd Konserwatorski umieszczone, z nazwami dawnymi ulic i niektórych celniejszych domów: Chemin du Trou de Laure, rue du Chateau, Place de la Lause — na pięć kroków szeroki i obok Hôtel des seigneurs de Manville80... Zatrzymało mnie na chwilę to nazwisko. Po śmierci Alicji, ostatniej młodo zgasłej dziedziczki imienia des Baux i ostatniej tutaj pani udzielnej, powtarza się ono często między „wikariuszami” królów Francji, którzy prawem spadku grodem i ziemią jego zawładnęli. Już król Franciszek I81 osadza tu na namiestnictwie Klaudiusza de Manville, który podwaliny pod ten dom kładzie, następcy jego gmach rozszerzali, a kiedy się już nie mógł pomieścić po jednej stronie ulicy, przerzucali go mostem na drugą ku nowym rozległym zabudowaniom. Znać jeszcze na murze konsole, na których się łuk kamienny opierał — zwróciłem się mimo woli ku stronie, w którą prężył się niegdyś powietrzem...

Gruzy tu już bezkształtne. Zwaliska ścian, rumowisko zapełniające dawne komnaty, głazy popękane i deszczem rozmyte. I jeno z chaosu tego sterczy dziwnym cudem ocalały fryz ponad oknem renesansowym i napis na nim nietknięty: „Post tenebras lux...82, hugenotów83 stara, z Genewy przyniesiona dewiza. Mieli tu ongi zbór w domu sprzyjającego im pana de Manville.

Dalej o sto kilkadziesiąt kroków już przy zewnętrznym murze zachodnim odnowiony kościół parafialny świętego Wincentego, w którym do dziś dnia odbywa się służba boża dla tych pasterzy kóz, sławny niegdyś gród zamieszkujących w kilku z gruzów i chrustu skleconych chatach.

Wierzeje były rozwarte; wszedłem do pustego wnętrza. Boczna nawa po prawej ręce cała w skale wykuta, pamiętająca pono epokę Karlowingów84; na sklepieniu i łukach bizantyńsko-romańskie ozdoby i napis jakiś zatarty, już nieczytelny.

Nawa środkowa, w dwunastym wieku murowana, pusta niemal zupełnie, tu i ówdzie jeno na filarach ciężkich umocowano płyty grobowe, które tak długo pod nogami i kolanami ludzkimi na posadzce leżały, że niepodobna dziś dociec z zatartego kamienia, czyich strzegły kości. Widzę tonącego już w zwietrzałym głazie rycerza na klęczkach ze złożonymi rękami, w okolu napis gotycki „Ave Maria” — nazwisko zatarło się i z pyłem po świecie rozwiało dawno; herbu nikt już nie odgadnie.

Na lewo, w drugiej nawie bocznej kaplice późniejsza, gdzie gotyk przedziwnie łączy się z renesansem. Kamienie pod nogą głuchy wydają dźwięk — pod całym kościołem ciągną się rąbane w skale podziemia, pełne sarkofagów księżniczek i książąt des Baux.

Zbliżyłem się w zadumaniu ku wielkiemu ołtarzowi w głębi. W słońcu przez drzwi wchodowe85 padającym zaświecił przede mną ubogimi złoceniami i pstrokacizną ozdób papierowych: ołtarz pasterzy w starym kościele książąt i trubadurów... Mensa86 jako zachowała się odwieczna, kamienna, tak stara może jak kościół, a może i starsza, rówieśna tej skale, na której miasto stawiano.

Balustrada barokowa, ciężka, także snadź z lepszych czasów pozostała, w drzewie oliwnym rzezana, ołtarz od kościoła dzieliła. Na ciemnej jej stolnicy87, dłońmi nabożnymi w ciągu wieków wygładzonej, dziwnie odbijało jaskrawością barw jakiejś arcydzieło domorosłego pono artysty i mechanika: skarbonka w postaci klęczącego anioła o nagich, tłustych i różowych ramionach i przedziwnie żółtej, kręconej czuprynie. Na kolanach miał szatę niebieską, na skrzydłach tęczowe przepaski, oczy ogromne, poważny, skupiony wyraz twarzy i ręce do modlitwy złożone. W torbie przez ramię przewieszonej otwór był dla wrzucania pieniędzy. Cały dowcip88 tej skarbonki okazał się jednak dopiero, gdy wsunąłem w nią parę miedziaków: anioł rozłożył ręce, poruszył skrzydłami i kiwnął trzy razy głową, dziękując — z miną niezmiernie poważną i namaszczoną.

Roześmiałem się mimo woli na głos z tej naiwnej, dziecięcej zabawki, ustawionej w kościele na ruinach, naprzeciw tych zatartych płyt grobowych, tuż obok tych sklepień z bizantyńska w prawieku w żywej skale góry ciosanych.

A zaraz wstyd mi się zrobiło, że się śmiałem. Oto przychodzą tutaj modlić się pastuszkowie prości, robotnicy z winnic i gajów oliwnych, kamieniarze, wyrzynający tam dalej bloki wapienne na wspaniałe po francuskich dużych miastach budowy — słowem wszyscy, którzy tu pozostali po mieszczaństwie dumnym, po krzyżowych rycerzach, po panach i trubadurach... Wszystko tamto przewiało, jak ten wicher w ruinach świszczący, a oni zostali, trwalsi od głazów już rozkruszonych, i żyją tak samo, jak pradziadowie ich przed stuleciami, od spraw wielkiego świata dalecy, cieszący się słońcu wschodzącemu, wiosennej na oliwkach zieleni, podskokom jagniąt białorunych. Cóż ich obchodzą ślady tego, co pomarło, gdy oni żyją wiecznie? Na grobowe płyty rycerzy nie patrzą — jeśli spojrzą na romańskie sklepienia, to jeno z żalem, że w skale są wykute, niskie i ciemne — w ołtarzu szukają nie zabytku dziejów czy sztuki, lecz przybytku utajonego Boga i chcą, aby Mu się świece jarzyły, aby Mu płonęły barwy papierowych kwiatów w tym czasie przedwiosennym, gdy żywych jeszcze nie ma. A jeśli który z nich na ofiarę miedziaka z kalety89 dostaje90, to cieszy się w prostym, dziecięcym sercu, że mu anioł drewniany skinął głową na podziękę i ruchem rąk pobłogosławił!

O, życie! wieczyście młode życie na ruinach!

Słońce chyliło się już ku zachodowi, kiedy znalazłem się znów z powrotem przed ratusikiem na małym placyku brukowanym, zawieszonym na wysokości murów fortecznych, stromo stąd ku dolinie opadających. Siadłem na przyzbie91 kamiennej i rzuciłem jeszcze raz okiem na ruiny, piętrzące się teraz w słońcu przede mną. Wiatr ustał zupełnie, złote blaski zachodnie malowały krwawo wapienną biel Umarłego Miasta. Posłyszałem beczenie trzód, pędzonych już z paszy do domu, z kilku zamieszkałych lepianek wśród gruzów wypełzły dzieci, by w uśmierzonym powietrzu i w ciepłem słońcu marcowym igrać ze śmiechem na ulicy, jak ongi igrali dziećmi ich pra- i pradziadowie, gdy jeszcze na zamku panowie des Baux siedzieli.

O, życie! o, wieczyście młode życie na ruinach! o, nieśmiertelny śmiechu dziecięcych ust!

Dwa listy z podróży

(1903)

W lutym 1903 r.

Pojechałem do Lipska — bez celu właściwie, ot tak, jak mogłem był pojechać do któregokolwiek innego miasta, aby trochę odpocząć i czekać, aż tam na dom mój wiejski pod Lanckorońską Górą zlecą jaskółki, aż mi hiacynty i tulipany zakwitną w ogrodzie pod jabłoniami o różowych pąkach — a tymczasem pozbierać trochę tych wspomnień, którym przez sześć lat studenckiego życia po Europie rozsiewał. Dlaczego Lipsk właśnie wybrałem — nie wiem doprawdy. Pociągały mnie więcej szwajcarskie miasta: Genewa i Zurych, przeglądający się ze swej wyżyny nieustannie w szybie jeziora, i Berno stare o kamiennych podcieniach, jak niedźwiedź wśród gór i lasów schowane. Ale ja zanadto dobrze znam te miasta, zanadto dobrze pamiętam je w takiej niesłychanej krasie podwójnej wiosny: tej, którą słońce rodzi na świecie, i tej drugiej, czarowniejszej jeszcze, którą człowiek sam niesie w świat ze sobą, za lat chłopięcych. I może przykro by mi było jechać tam dzisiaj, w zimie, i myśleć mimo woli, żem w przeciągu tych siedmiu czy ośmiu lat zgubił gdzieś nieopatrznie czarodziejską, wiosenną potęgę młodości...

Z Lipskiem nic mnie tak dalece nie wiąże; nie prześniłem tutaj górnych i bujnych marzeń, o których w późniejszym życiu wspomina się z uśmiechem bolesnym i pobłażliwym zarazem. A zresztą lubię to miasto, duże a spokojne, o szerokich ulicach, które przy tym nie mają w sobie nic z filisterskiej92 wymuskaności i chłodu błyszczących a szkaradnych ulic Berlina — lubię Augustusplatz, rzucony między muzeum i uniwersytet z jednej, a nowy teatr i ogromny gmach poczty z drugiej strony — lubię go zwłaszcza wieczorem, kiedy pod różowymi księżycami lamp elektrycznych rozpalają się niezliczone szeregi białych latarń gazowych93, pomiędzy które rzucają się jeszcze niebieskawe lub żółte światła z okien sklepów i kawiarń. Lubię stary kościół św. Tomasza, gdzie w pierwszej połowie XVIII wieku Imć pan Sebastian Bach grywał na organach — i stary, ponury, chylący się już do upadku ratusz i pobliską piwnicę Auerbacha, z której to niegdyś odmłodzony Faust94 wyjechał na beczce — i jeszcze to wielkie pobojowisko za miastem z pamiątkowym kamieniem Cesarza95 i cichy, wśród domków schowany pomnik księcia Józefa96...

Jadąc do Lipska, zatrzymałem się po drodze we Wrocławiu, którego nie znałem wprzódy. Po części chciałem skorzystać ze sposobności, ażeby obejrzeć ciekawe miasto ze starymi fosami, pozostałymi z czasów, gdy było średniowieczną twierdzą, zwiedzić liczne kościoły i poklasztorny gmach uniwersytetu, przede wszystkim zaś katedrę, wznoszącą się wśród cichej, odwiecznej dzielnicy na wyspie pomiędzy ramionami Odry. Z chwilą, gdy się przejdzie most zawieszony nad rzeką, która teraz, wezbrana od roztopów, przewala się w dole żółtymi falami, ma się wrażenie, że się wstąpiło do innego zupełnie miasta. Gwar ludnych ulic i handlowa gorączka śródmieścia pozostały gdzieś daleko, daleko — tutaj jest wszystko ciche, zadumane, omszałe, a jednak pełne życia, tego życia stuleci, które w kamień zaklęte trwa i czeka ukryte, aż je myśl ludzka rozbudzi i zmusi do głosu.

Ale był jeszcze i inny powód, który skłonił mnie do zatrzymania się we Wrocławiu. Jakoś około Nowego Roku otrzymałem był bilet z Wrocławia, na którym oprócz imienia i nazwiska znajdował się tylko adres i banalne litery „p. f”. Ta zwyczajna kartka noworoczna przypomniała mi kolegę z lat uniwersyteckich, z którym żyliśmy niegdyś w Szwajcarii dość blisko, a później rozstawszy się, korespondowali jeszcze jakiś czas, ażeśmy się wreszcie, jak to często bywa, zagubili gdzieś w świecie... A jest to jeden z najciekawszych ludzi, jakich znam. Żyd z chasydzkiej97 rodziny, urodzony na wsi, gdzieś w okolicach Międzyborza, tej kolebki chasydyzmu, dzieckiem98 prawie ożeniony, wychowywany był przez ojca, dziewiątego rabina w rodzie, z tą myślą jedyną, że kiedyś syn jego będzie z kolei dziesiątym rabinem. Ale tymczasem w chłopcu, nieznającym nawet oprócz żargonu99 i hebrajskiego absolutnie żadnego innego języka, zbudziła się nie wiedzieć skąd ta straszliwa żądza poznania, która według słów Księgi Kaznodziejskiej100 jest najgorszą klątwą na wieczną nieświadomość skazanego człowieka — i pokrzyżowała wszystkie piękne plany ojcowskie. Hej! opowiadał mi on tam w cichym mieście nad strugą Aary, jakie walki straszliwe przechodził, jak się zmagał ze sobą i łamał i targał, aż wreszcie zerwał wszystkie więzy i rzucił ojca i żonę młodą, i dom teścia, gdzie miał dostatek i „widoki na przyszłość”, i poszedł w świat, prawie o lasce żebraczej, na zachód, do Europy, po światło!

Gdy go poznałem w Bernie szwajcarskim, miał już około trzydziestu lat i był zapisany jako zwyczajny słuchacz na uniwersytecie. Do dziś dnia z podziwem nieraz myślę, co ten człowiek — bez środków, bez pomocy, bez wstępnych wiadomości, ba! bez języka nawet — musiał przejść, aż własnymi siłami zdobył to wszystko i dopiął wreszcie celu. Czasem wydawało mi się to prawie niepodobnym do wiary, zwłaszcza gdym patrzył na jego drobną, wątłą postać i słuchał rozmów, w których dźwięczała nuta życiowego idealizmu, tak rzadkiego u Żydów, ale tak bezwzględnego, do jakiego tylko przez dziwną regułę wyjątków zdolni są może tylko Żydzi, tak materialistyczni zazwyczaj.

Kolega mój w tej długiej wędrówce z zapadłej karczemki do uniwersytetu zgubił wszystkie prawie wierzenia młodzieńcze krom101 jednej — namiętnej miłości swego narodu. I to właśnie zbliżyło mnie do niego. Cześć mam dla ludzi, którzy kochają naród, zwłaszcza gdy ta miłość nie jest naiwnym zaślepieniem, lecz owszem ma oczy otwarte na wszystko zło, które było wczoraj i jest dzisiaj, a prze do czynu, aby zła tego nie było jutro. Jest w takiej miłości ból i samokrwawienie, ale jest też i wielkie dostojeństwo ducha i moc, i odwaga. Bo kochać, idealizując — tę sztukę potrafiła i ta sowa z bajki, co uważała swe pisklęta za najpiękniejsze w całym lesie.

Otóż zapragnąłem zobaczyć znowu po siedmiu latach towarzysza z uniwersyteckiej ławy. Już wtedy, gdym go poznał, pisał wiele i drukował przeważnie po hebrajsku, gdym go więc teraz zobaczył, zapytałem najpierw o jego działalność literacką, która mnie zawsze zaciekawiała swą egzotycznością, a przede wszystkim tym, że on tak bezwzględnie wiązał z nią całe swe życie.

— Piszesz więc ciągle — mówiłem — anachronisto, w tym dziwnym języku swych praojców?

— Piszę. Czyż mamy dziś inny sposób oddziaływania na lud? Ale już nie po hebrajsku. Zbyt mało dziś moich rodaków rozumie ten język. Piszę żargonem. Chcę, aby mnie wszyscy mogli czytać.

— I cóż ty mówisz swemu ludowi?

— Kocham go, więc mu mówię gorzkie rzeczy...

— A on cię za to nienawidzi?

— Tak. Z wyjątkiem garstki młodych, którzy rozumieją, że idealizowaniem tego, co było lub jest złe, krzywdę się tylko wyrządza.

Wieczorem w jakiejś lichej kawiarni rozgadaliśmy się na dobre. Opowiadał mi długo o swoich przejściach z lat ostatnich, aż wreszcie zeszliśmy na temat kwestii żydowskiej.

— Asymilacja — mówił — to są mrzonki! My zawsze będziemy obcym ciałem w krwi europejskich narodów. Jednostki, wyjątki może zatonąć wśród was potrafią, ale ogół nigdy! Wy nie macie dość silnego żołądka na ten niestrawny żer, jakim my jesteśmy. Choćbyśmy przesiąkli waszą cywilizacją, choćbyśmy pragnęli stać się wami, zawsze będziemy obcymi. I w tym jest nawet tragedia! Jeden lub drugi „Europejczyk” spomiędzy nas wmawia w siebie, że kocha naród, wśród którego wyrósł, że pracuje dla niego — i gorzknieje do dna swej dla was niezrozumiałej duszy, widząc, że ten naród uważa go wciąż za obcego i patrzy nań z nieufnością, niechęcią, często z nienawiścią nawet. A to przecież rzecz taka naturalna! Wy nie potrzebujecie tego, co my wam dać możemy, a my znów nie możemy wam dać tego, czego byście wy potrzebowali. Po co się łudzić?

— Więc syjonizm102 — wtrąciłem.

— Tak... syjonizm. Bardzo piękna mrzonka. Znowu mrzonka.

— Więc ty nie jesteś syjonistą? Zdawało mi się dawniej...

— Jeśli nim byłem, to bardzo krótko i dawno już temu. Widzisz, w syjonizmie jest jedna piękna, wielka rzecz: ta niesłychanie śmiała myśl stworzenia syntetycznie narodu, którego nie ma. Bo naprawdę narodu żydowskiego nie ma, choć sam bardzo często tego zwrotu używam, jest tylko lud żydowski, nawet jeszcze mniej: są tylko Żydzi... Dla takiej myśli warto by życie poświęcić, nawet gdyby się wiedziało, że jest nieziszczalna; ale syjonizm cały nie streszcza się w niej jeszcze. A przy tym wiele jest w nim łudzenia się i nieszczerości, co najgorsza! Ci ludzie postanowili sobie stworzyć naród żydowski, a nie zastanowili się, z czego, z jakich psychologicznych wspólności, na jakiej podstawie i jakimi środkami? (Mam na myśli środki moralne, bo co do pieniędzy, to my przeceniamy władzę grosza: to jest nieprawda, aby on mógł wszystko). No i wobec tego łudzą się teraz, że dzieła w ogromnej części przynajmniej już dokonali, podczas gdy w istocie jeszcze daleko! daleko do tego! A potem nieszczerość... Mówią o Palestynie; czy myślisz, że oni naprawdę chcą tam jechać? Zaproponuj im to, tym co wiele krzyczą, książki piszą i innych do „Ziemi Obiecanej” wysyłają — zobaczysz, czy pojadą! — Co oni by tam robili?

Słuchałem go z zajęciem, nie dlatego, jakobym w jego gorzkich słowach znajdował coś nowego, ale że padały z ust człowieka, o którym wiedziałem na pewno, że jest przywiązany namiętnie do swego żydostwa.

— Naród żydowski! — zaczął znowu po krótkiej przerwie, popijając ohydny niemiecki dekokt103, najniesłuszniej w świecie czarną kawą nazwany. — Naród żydowski! Piękna myśl, ale ku jej urzeczywistnieniu nie tymi trzeba zdążać drogami. Przede wszystkim trzeba wiele gorzkich prawd powiedzieć. Tam jest naród, gdzie są wspólności — historyczne, cywilizacyjne, językowe, wreszcie ekonomiczne. U nas nie ma tego wszystkiego. Cóż może mieć wspólnego bogaty przedstawiciel „finansów” w środkowej Europie z chasydem z głębi Rosji? A wspólna historia nasza? Mieliśmy już czas o niej zapomnieć, żyjąc całe wieki bez historii, a przynajmniej bez wspólności dziejowej. Wielu ustępów z Biblii uczymy się na pamięć, ale mimo to jest to dla nas księga martwa. Treść Biblii, historyczna i obyczajowa, więcej dzisiaj oddziaływa na życie wasze, niźli nasze. Myśmy wam podarowali wraz z tą księgą najświetniejszy swój dorobek umysłowy i swą najświetniejszą historię. W waszym życiu, w waszej religii, w waszej poezji jedynie żyje nasze Pismo; u nas nie masz go ani śladu. Nam pozostała odrobina martwej tradycji i — Talmud104, księga bezsprzecznie mądra i wielka, ale niebudująca nic, raczej burząca przez swój krytycyzm, nie pozbawiony nawet sceptycyzmu. A dzisiaj? Mamy żydowskich pisarzy, żydowską współczesną literaturę, ale nie mamy własnej cywilizacji, którą pojmować należy jako pewien całokształt duchowego dorobku, wynikły z przeszłości i oddziaływający każdej chwili na dalszy rozwój narodu. My, ile jesteśmy cywilizowani, żyjemy waszą cywilizacją, przykrojoną tylko nieco do naszego charakteru; zaś o ile bierzemy udział nawet w cywilizacyjnym pochodzie, to pracujemy tylko dla was, nie dla siebie, choć może na swój, przez was nie zawsze pożądany sposób. Nawet syjoniści to rozumieją, ale się nie chcą przyznać do tego. Idź na ich zgromadzenia, które odbywają „dla Europy”, a usłyszysz tam takie zdania: „My jesteśmy wielkim narodem! Myśmy dali światu ludzi tej miary, co Spinoza105, Marks106...” Wyliczają jeszcze wiele innych imion. A przecież to wszystko nieprawda! Czyśmy tych ludzi mieli? Czy my ich światu dali? Gdy który z narodów powie: Mieliśmy Napoleona, Kanta, Mickiewicza, to znaczy, że ci ludzie z krwi i kości danego narodu wyrośli, że zdziałali coś, co w tych narodach żyje po dziś dzień. Wy możecie nawet o nich mówić nie tylko: „mieliśmy ich”, ale: „mamy ich”, choć oni dawno pomarli. My tego nie możemy powiedzieć! Myśmy nie mieli ani nie mamy Spinozy, Marksa i tych wielu innych, którymi chwalimy się „dla Europy”. (Bo wierz mi, między sobą mówiąc o tych ludziach, wzruszamy ramionami i uśmiechamy się ukradkiem). Ci ludzie nie z naszej cywilizacji wyrośli, nie dla nas pracowali. Myśmy ich Europie nie dali, myśmy ich podarowali, co najwyżej, a właściwie Europa sama ich sobie spośród nas wzięła. My naprawdę jesteśmy w Europie — niczym!

Ostatnie zdanie wymówił z jakąś wściekłą, bolesną zaciętością.

Patrzyłem nań przez chwilę w milczeniu, aż wreszcie zapytałem:

— I ty te gorzkie prawdy mówisz swemu ludowi?

— Tak. I wiele, wiele innych, jeszcze więcej gorzkich.

— Po co?

— Bo kocham mój lud i chcę, aby się stał czymś, aby był narodem. A do tego nie wiodą palestyńskie mrzonki... Trzeba otwierać oczy! otwierać oczy!

Późno już było i gdy wyszedłszy z kawiarni, błądziliśmy w milczeniu po cichych i pustych ulicach starego Wrocławia, miasta niegdyś polskiego, rdzennie niemieckiego dzisiaj, długo myślałem o tym, co mi ten Żyd powiedział. Czyż i mojemu narodowi nie przydałoby się w pierwszym rzędzie takie „otwieranie oczu”? Trzeba naród bardzo i naprawdę kochać, aby podjąć się tej roli, bo rola jest niewdzięczna! My lubimy, gdy nam się oczy — zamydla.

W marcu 1903 r.

Jeżeli czego słusznie możemy Niemcom zazdrościć, to ich muzyki. Bo snadź prawdziwe jest powiedzenie, że wiele narodów ma muzyków, ale Niemcy jedynie posiadają muzykę... I jakkolwiek zechcemy to zdanie rozumieć, zawsze będzie prawdziwe. Jedynie historia niemieckiej muzyki okazuje tę zadziwiającą, postępową ciągłość rozwoju; prawie bez zboczeń, bez wahań, z jakąś twardą, nieubłaganą, logiczną koniecznością następuje tutaj geniusz po geniuszu, od Bacha do Beethovena, od Beethovena do Wagnera...

...Ach tak! — miałem dzisiaj zamiar pisać o muzyce, ale odłożę to już snadź do innego czasu, bo na wstępie pomieszało mi wszystkie myśli marne przypomnienie faktu, że Beethoven nie tylko tworzył rzeczy wielkie, „ale także” został wyrzeźbiony przez Klingera107. To ostatnie za mniejszą mu już poczytuję zasługę. Klinger jest bez wątpienia wielkim artystą i ma nawet jako rzeźbiarz dzieła potężne, z tą zasadniczą cechą, że mówią wiele, a mówią same przez siebie, bez objaśnień, dodatków, akcesoriów — ale...

Nie widziałem był poprzednio słynnego posągu Beethovena, który taką wrzawę wywołał, skorzystałem więc z tego, iż był właśnie w lipskim muzeum sztuki na widok wystawiony i poszedłem go obejrzeć. Zaszedłem w powszedni dzień około południa: pusto prawie było w gmachu... Nie chcąc rozpraszać uwagi, przeszedłem szybko przez parterowe sale, zastawione rzeźbami, kierując się według wielkich, strzałkami opatrzonych napisów: „Zu Klinger’s Beethoven”. Zwracam się na lewo; u drzwi stoi kilku Niemców, oglądających snadź przez lupę jakieś po obu stronach wejścia ustawione posągi, których zza ich głów i cylindrów prawie nie widać. Przed sobą, w ramach drzwi, na tle szarych tapet widzę jakąś czarną masę; orzeł marmurowy z wpół rozpostartymi skrzydłami, jakby gromem na ziemię obalony... a otóż i cała grupa przede mną... Nie będę jej opisywał; znana jest powszechnie. To tylko powiem, że stanąwszy przed nią, doznałem przykrego uczucia rozczarowania. Jest wprawdzie coś wielkiego, coś brutalnie wprost potężnego w tej półnagiej, iście z głazu wykutej postaci króla dźwięków, w tym pewnym, upartym pochyleniu ku przodowi wspaniałej głowy, walącej wzrokiem w proch przed sobą czarnego orła sławy — i sama ta myśl jest zaprawdę artystyczna, w tym najgłębszym, istotnym słowa znaczeniu — a mimo to całość nie sprawia dość silnego wrażenia. Grupa bowiem ta nie jest syntetycznym ujęciem, objawieniem twórczej idei rzeźbiarza, ale... opowiadaniem o niej. Opowiadaniem bardzo zresztą dokładnym i podkreślonym nawet miejscami przykładem: ot, w ten sposób, tak miało być. Wiemy więc dobrze, co Klinger zamierzał zrobić, i widzimy, czego nie zrobił. Przede wszystkim te dwa kształty, postać ludzka na brązowym tronie i postać orła u stóp jej na ziemi, nie są dość zharmonizowane z sobą. Nie ma między nimi tej koniecznej, absolutnej łączności, tego bezwzględnego należenia do siebie, które jest nieodzownym warunkiem, aby grupa była jednolitym, a więc artystycznym dziełem, a nie mniej lub więcej dowolnym tylko zestawieniem. W pomyśle to było, ale w ciągu tej koniecznej, rzemieślniczej pracy, przez którą dopiero „słowo staje się ciałem”, coś się zepsuło, rozerwało, pękło, czy nie dosięgło: brak może jednej linii, dostrojenia jednego wymiaru, od których zależało niemal wszystko. Synteza nie jest dokonana i grupa nie wyraża sobą tego, co snadź według zamiaru artysty wyrażać była powinna. Klinger czuł to widocznie i resztę swej twórczej myśli, tę zgubioną resztę wypisał kabalistycznymi znakami w obrazach na oparciu tronu, lśnieniem wygładzonych poręczy, całym tym mnóstwem akcesoriów, które w rezultacie mącą ją jeszcze, a byłyby zupełnie zbyteczne, gdyby był stworzył dzieło doskonałe, jak zamierzył. Ostatecznie Beethovena, wielkiego Beethovena nie widzi się w dziele Klingera; można go w nim z trudem tylko — wyczytać. Wobec rzeczy słabej lub lichej jest się obojętnym, ale wobec wielkiej a niedokonanej lub spaczonej doznaje się bolesnego uczucia: coś jak gdyby żal do twórcy, jak gdyby wrażenie jakiejś dziwnej, nieokreślonej krzywdy... Z tym uczuciem wychodziłem ze sali o starych tapetach, gdzie ustawiono grupę.

We drzwiach, uwolnionych już teraz od owych ucylindrowanych ichmościów, zobaczyłem niedostrzeżoną wpierw Salome108, dzieło niesłychane, marmur żywy i wyrażający sobą więcej niż cała po „literacku” upstrzona grupa Beethovena. Jest w Lipsku kilka rzeźb Klingera, między nimi jedna z pierwszych, jeśli się nie mylę, współczesnych prób zastosowania barwnych marmurów, dość twarda i zimna Kasandra109 i Dziewczę w kąpieli, cudowne, różowe, ciepłe prawie marmurowe ciało. W Kasandrze, mutatis mutandis110, jest znowu to niedociągnięcie, ten mimowolny rozdźwięk (świadomy mógłby być zaletą dzieła, służąc do uwydatnienia pewnej myśli twórczej), o którym wspominałem przy Beethovenie: i tu, czujemy, rzeźbiarz nie zrobił tego, co chciał; marmur nie mówi dość i nie mówi sam za siebie. Dziewczę w kąpieli zaś należy do tej sztuki, przed którą czoła schylić nigdy nie potrafię, choćby nie wiedzieć jak była w swym zakresie i rodzaju doskonała: do sztuki zewnętrznej, głuchoniemej, streszczającej się w wykonaniu i li tylko w wykonaniu, i bez tego, że tak powiem, „metafizycznego jądra”, które z wewnątrz dzieło oświetlając, a w zewnętrznych formach wyłożone, sprawia, że linie, barwy, dźwięki i słowa stają się czymś więcej — stają się syntezą jakiejś niewyrażonej przedtem dziedziny ducha.

Przyznaję bez zastrzeżeń, że „dobrze namalowana rzepa więcej warta niż źle namalowana tęsknota za nieskończonością”111 — ale dodam zaraz, że „dobrze namalowana rzepa” dla mnie... nic nie jest warta. Mam zawsze wrażenie, że dla tego efektu szkoda było czasu, trudu i — zdolności.

Doskonałość, wprost już doskonałość osiągnął Klinger w posągu Salomy112. Ten więcej niż piękny, ten straszliwy tors kobiecy nie potrzebuje podpisu, objaśnień, dodatków — nic. Wystarczy, że jest i patrzy na widza martwymi, brunatnymi kamieniami oczu, osadzonych w żółtawych orbitach i dreszczem go do głębi przejmuje. A jakże żywe, jak strasznie żywe są te martwe oczy! Błąka się po świecie dużo fotografii tej wspaniałej rzeźby; w interesie sztuki powinny by być co rychlej i doszczętnie zniszczone, nie dają bowiem nawet w przybliżeniu pojęcia, czym jest oryginał, ba! karykaturują go raczej! Stałem przed posągiem długo, zaklęty, zmiażdżony, storturowany wprost jego wyrazistością. Ta kobieta o nieskazitelnych, choć zgoła nie klasycznych kształtach, rysujących się pod luźno narzuconą, z przodu rozwartą suknią, o drapieżnym, tygrysio lubieżnym przegięciu smukłego grzbietu, ze szczupłym, zwiędłym, rozkoszą snadź przepalonym łonem, powleczonym żółtawą, histeryczną jakąś barwą, które mimo to, zda się, gotowe rozpłonąć lada chwila samolubnym, pożerającym, rychło jak fala po morzu przechodzącym ogniem: ta kobieta ze spokojnie złożonymi na piersiach rękoma, o dłoniach dużych, prawie chłopięcych, chudych i przerażającym jakimś a obłędem tchnącym niezdrowiem — z tą głową!... Nie widziałem w życiu podobnie żywej głowy z marmuru! Silnie osadzony, doskonale okrągły tył czaszki, niskie a szerokie, zmysłowe czoło, wydatne szczęki i usta, te dreszczem przejmujące usta o wąskich, tak bezmiernie zimnych a lubieżnych wargach naprzód wysuniętych, pod delikatnymi, nieświadomą żądzą rozkoszy i zniszczenia wydętymi nozdrzami — wszystko to składa się na całość jednolitą a tak wymowną w swym kamiennym milczeniu!

Stałem przed posągiem, a on mówił do mnie:

„Jestem wieczna! Istnieję, odkąd świat istnieje i mężczyzna, ja, Lilith113, Salome, Androgyne114... Pragnę rozkoszy, a nie nasycam się nią, jestem zimna, a przepływa przeze mnie fala ognia pożerającego, jestem niewinna w swej nieświadomości, a ze mnie grzech i potępienie; nęci mnie wszystko, czego nie znam, co wielkie, co czyste, a dzisiaj nie obchodzi mnie to, czegom pożądała wczoraj, a wszystko niszczę i wszystko kalam... I bez zamiaru, bez celu nawet — jestem dzieckiem, więc igram. Ludzie spokój, siłę, sławę, życie, szczęście swe pod stopy mi rzucają, więc depcę po nich — czyż może być inaczej? Biorę wszystko, a w zamian nic nie daję, bo nie prosiłam o nic! Jestem zniszczeniem, tak! — ale czyż przez to winna? Ja jestem tylko — kobieta! ”

Tak mówił marmurowy posąg, a martwa, spod kraju szaty jego wyzierająca młodzieńcza głowa poglądała ku górze na drapieżną, niewinnie uśmiechniętą twarz i zdawała się jęczeć osłupiałymi, przerażonymi oczyma: „Tak, tak, to prawda! Cierpię, umieram — prawda! — ale dlaczego? Wszak ja cię kocham!”

Druga głowa — starcza, milczała już z przymkniętymi oczami i z wyrazem zastygłego, śmiesznego bólu na skrzywionych ustach. Nie rozwiązała zagadki, ale zrozumiała, że tak być musi. — Straszne usta Salomy uśmiechały się ciągle.