Po siedmiu latach
(1913)
Cicho jest na Kapitolu, jak zawsze bywało... Patrzę z balkonu mojego mieszkania na ruiny Forum: złote są od zachodzącego słońca i złoty za nimi gigantyczny mur Koloseum163 aż po przecinającą go sylwetę dzwonnicy Santa Francesca Romana. Od niej na lewo zrąb olbrzymi, kamienny, z powyrywanymi na blady błękit jesienny oknami, w mroku już tonie i coraz więcej ciemnieje.
Wszystko jest tak, jak bywało. Tylko tam przed świątynią Faustyny i Antoniusza164, gdzie przed wiekami Basilica Aemilia165 stała, poszerzył się nieco rozkop i zniknęły stare domy nadbrzeżne, na które jeszcze przed siedmiu laty z okien tych samych patrzyłem... Jeno tam na Palatynie zmienił się tak dobrze znany mi i pamiętny zarys willi Mills166 pada już pod oskardem, idącym w głąb szukać najstarszych, republikańskich domów pod pałacem Flawiuszów167 — ale drzewa widzę z dala nad wzniesionymi przez Tyberiusza i Kaligulę168 murami te same, dęby wiecznie zielone, pomarańcze, kilka cyprysów i ten w pośrodku pióropusz palmy samotnej...
Wszystko jest tak, jak bywało.
A jednak... a jednak...
Hej, przyjacielu, który mi w liście przypominasz, że jest cudne frascati169 w Gospodzie pod Trzema Zbójami, bursztynowe i krwawe falerno170 i capri171 białe u Cassiano Viani, małmazja172 na Monte Brianzo, orvieto173 przy Piazza del Popolo i około św. Apostołów boskie „est-est”174, w którym jakiś kardynał, mający pono zostać papieżem, tak się rozsmakował, przez Montefiascone przejeżdżając, że na conclave175 nie zdążył i zapił się na śmieć... Piłem ja ci falerno i capri, i orvieto, aż do dna grubej chłopskiej szklanki, w której mi ten nektar podawano, ale lat swych dawnych już w niej nie znalazłem!
I powiedz ty, czy to nie zabawne, że my zawsze lat swych dawnych szukamy? Że od pewnego punktu w życiu zaczynamy iść z twarzą zwróconą wstecz i może przystanąć radzi, a ciągle, ciągle dalej idący? I czy to nie zabawne, że we wspomnieniach zgubieni, tak często nie umiemy wyzyskać chwili obecnej, której znowu za rok czy za dziesięć lat szukać będziemy jak uronionego skarbu?
Życie huczy dokoła, życie płynie, życie się śmieje — słońcem, winem, ustami kobiet młodymi!
Niegdyś zdawało mi się, że jedna tylko kobieta piękna jest na świecie: ta marmurowa na Kapitolu, w przeczystej biała nagości, dłońmi Greczyna przed dawnym wiekiem wyśniona...
Poszedłem ją po siedmiu latach odwiedzić i patrzyłem na nią w południowej godzinie, kiedy na krótki czas pustoszeją muzealne sale i cichnie bezbożny gwar bedekerowców.
Chłód od niej powiał na mnie. Stoi, niewzruszona wciąż, w pochyleniu tym samym, z tym samym zagadkowym na ustach uśmiechem. Czystość jej, wieki trwająca, ma w sobie coś okrutnego i przygnębia jej piękność niezniszczalna, zbyt doskonała.
— Siedem lat cię nie widziałem! — mówiłem do niej na powitanie rozmodlonymi oczyma.
— Czyż to nie wczoraj — odpowiadała tajemniczym swym uśmiechem — szumiało u stóp mych morze na greckim wybrzeżu, kiedym się w nim przeglądałam z białej mojej marmurowej świątyni?...
— Nie ma już Grecji — mówiłem.
— Ja jestem — odpowiedziała — wiecznie ta sama.
Nie, nie! Życie huczy dokoła, życie płynie, życie się śmieje słońcem, winem, ustami dziewcząt młodymi! Nie ty jedna jesteś piękna, ty marmurowa!
Może już oczy moje starzeć się poczynają i jak jesień najbogatszą barwą kwiatów się cieszy, tak chłoną wszystko piękno i nasycić się nim nie mogą, to piękno, na które wczoraj jeszcze były niebaczne.
O, żyć, żyć, być bodaj widzem życia na wieki!
Oto na Corso176 przed wystawami sklepów złotniczych, przed składami futer i drogich materii, przed kawiarniami — błyszczą ogromne czarne oczy kobiece, rysują się pod zimowymi kapeluszami profile delikatne i wytworne, wykwita uśmiech drobnych, krwawych ust ponad futrzanym lisim kołnierzem. Przed słońca zachodem, na Pincio177 rzymskie patrycjuszki w bezcennych naszyjnikach z pereł płyną rzeką wolno posuwających się powozów i samochodów, patrząc obojętnym wzrokiem na mijających je przechodniów, piękności swej świadome, dumne i ogień szlachetnej krwi pod chłodną, białą skórą tające. Na Piazza Venezia, przed kawiarnią Faraglii, za stolikami, szeroko na chodniku rozstawionymi, słuchając orkiestry, śmieją się cudzoziemki, z krajów dalekich, północnych urok swej świeżości, jasnych włosów i oczu swych błękitnych przynoszące. A na Piazza Navona, za Porta der Popolo, na Borgo, na Trastevere Rzymianki krwi najczystszej, dawne szlachetne latyńskie plemię, smagłe, śmigłe, o rysach, niegdyś w gemmach178 rżniętych, z krwawymi usty i palącymi jak noc pełna pożaru oczyma... W barwnych strojach, z koszami jarzyn na głowie, z naręczem kwiatów albo z opałką179 pełną bielizny o biodro opartą, snują się z gwarem i ze śmiechem wąskimi uliczkami do fontann na małych placykach, na targ poranny, przed stare kościoły...
Siadam w progu winiarni, między woźnicami, przybyłymi z Kampanii na malowanych wozach dwukolnych z przedziwnym na przodzie palankinem180 i dziesiątką jęczących dzwonków — i pijąc z nimi wino, na albańskich181 wyrosłe wzgórzach, patrzę na złote plamy słońca, gdzieś ze szczytu wysokich dachów na bruk strząśnięte, i czuję, jak krew moja bije w takt z bujnym, żywym, gorącym tętnem ulicy.
O, żyć, żyć! Chociażby widzem być życia wieczystym!
*
Mam przyjaciela — starego szewca na Via Aracoeli. Przed laty naprawiał mi buty, na zamiejskich drogach zdarte, i zawsze źle, gdyż jako zasadniczy przeciwnik kołków przybijał mi wbrew moim błaganiom i zaklęciom oderwane podeszwy mosiężnymi ćwiekami. Mimo to byliśmy w przyjaźni; staruszek znał Polaków, jeszcze tych sprzed lat pięćdziesięciu182, których burza z ojczyzny aż do Rzymu wyrzuciła...
Dawniej zachodziłem do niego często na pogwarkę o szarej godzinie, kiedy przez szklane drzwi do małej izdebki za mało się już światła dostawało z ulicy, aby mógł pracować, a mosiężnej, lampy oliwnej jeszcze mu niepilno było zapalić. Zdejmował wtedy z nosa okulary, grube ręce o fartuch ocierał i zaczynał opowiadać, jak to włoskie wojska Rzym na cudzoziemskich, zaciężnych gwardiach papieskich zdobywały183 i jak tu obok, na Kapitolu, zabrzmiał po raz pierwszy okrzyk: „Viva Italia unita e libera!”184, i jak bito w spiże armat i dzwonów, i jak chorągwie przed poległymi skłaniano — a patrzył na to z nim razem un signor Polacco185, który dziś już nie żyje, i płakał cicho szeroko rozwartymi, krwawymi oczyma.
Powstawał wtedy w ciemnej izdebce szewc staruszek i płakał sam, i rękę spracowaną do góry podnosił, przypominając, jak on, rzymianin, w szeregi bojowników za wolność z miasta rodzinnego uciekłszy, witał się z nim potem po latach ze szczytu Gianicolo, stojąc z bagnetem podle186 żującego wędzidła konia Garibaldiego187.
Słuchała go wraz ze mną wnuczka dwunastoletnia, dużymi czarnymi oczyma z zadumą w twarz starca rozpłomienioną się wpatrując, i szary kot ulubieniec, zdziwiony, że pan jego, któremu zwykle spokojnie podczas pracy spał przy nogach, rękoma wywija i krzyczy...
I oto po latach siedmiu staruszek znów mi — po raz dwudziesty może — o dniu owym opowiada... Tak samo jak wówczas. Jeno zgarbił się jeszcze więcej i rąk już tak żywo do góry nie wznosi, jeno głos mu osłabł i kaszlem się często przerywa... I znowu wnuczka siedzi na tym samym, słomą wyplatanym krześle, w kącie warsztatu: dziewczyna już teraz dorosła i śmigła, gorącymi oczyma na świat patrząca, i kot ten sam, postarzały, drzemie w kącie na pęku skór, niewrażliwy już na głos i ruchy swego pana.
Ja jeden słucham z tym samym co przed laty wzruszeniem i myślę o głazie na Gianicolo, w pobliżu kościoła San Pietro la Montorio umieszczonym, który głęboko rytym napisem opowiada, że bohaterom w walkach poległym, w więzieniach obcych zagubionym, rozproszonym po świecie zarówno jak tym, co dnia szczęśliwego dożyli, cześć oddaje „Roma libera et memor”188.
Libera et memor!
Wzniosła ponad szczyt Kapitolu z głazów co najbielszych piedestał olbrzymi złoconemu pomnikowi króla-oswobodziciela189, wokół ponad szerokimi wschodami marmurowe, gładzone, na coraz wyższych tarasach założyła posadzki; ogromną, półkręgiem pod niebem zatoczoną kolumnadą szczyt uwieńczyła, że z dalekiej Kampanii ponad kopułę świętego Piotra wznosi się i błyszczy w słońcu pamiątka wolności i zjednoczenia tak długo zdeptanej, tak na części rozerwanej, ojczyzny.
Patrzyłem na ten wianek białych kolumn, przez szczyt Kapitolu aż do Forum zaglądających, siedząc pod zwaliskami grobów odwiecznych na Via Appia190. I przyszło mi na myśl, że niegdyś, niegdyś przybywający do potężnej Romy z południa tą drogą wędrowiec widział w tym miejscu dwie bliźniacze, pod niebo wznoszące się świątynie Jowisza Kapitolińskiego i Junony Monety191 i zatrzymywał się pewno, tknięty wielkością i mocą miasta pod opieką bogów, które mu się niepożyte192 i wieczne wydawało.
A był wtenczas Rzym panem świata, samowładnym rozkazodawcą ludom dalekim, które nawet mowy jego nie rozumiały, ogniskiem zestrzelającym w sobie wszystką moc, sławę, potęgę, wielkość, bogactwo...
I padł.
Zagasał w słońcu wstającego Bizancjum, potem przeszły po nim hordy barbarzyńców i obce jarzmo poczęło ciężyć na dumnym niegdyś karku przez długie, długie wieki. Butne, germańskie króle koronę jego na głowę swą kładli, sypały się w gruz świątynie przed obliczem nowego, ze Wschodu przybyłego boga, rozpadały się opustoszałe cyrki i amfiteatry, waliły się bezpańskie cesarzów pałace i pomniki dawnej republikańskiej sławy na Forum — aż przyszło na świetność minioną, jak noc, zapomnienie...
I gdy w dobie odrodzenia nowe na gruzach dawnego poczęło wstawać miasto, nie pamiętano już nawet, kędy są szczątki tamtego, co świat swą wielkością dziwiło, nie umiano dać nazwy osamotnionej kolumnie, sterczącej spośród głogów na Krowim Polu, które niegdyś było Rzymskim Forum i kędy był niegdyś centr świata: Umbilicus Orbis terrarum193.
Snadź za pychę swą niesytą i nadmierną wielkość przejść musiał Rzym wszystko poniżenie, jakie jest na tym świecie, i on, który tylko panował, zaznać najgorszej niewoli, oczyścić się w kaźni długie wieki trwającej, nim powstać mógł na nowe życie i nie ciemiężca już, lecz własnym ludom król, te słowa wyryć na głazie: Roma libera et memor!
Rzym wolny i pomny!
Pomny sławy najdawniejszej, którą z popiołów na Forum i na Palatynie odgrzebał, pieczołowitością otoczył i świeżo sadzonym umaił laurem — pomny długich, ciemnych wieków upadku i niewoli, i przeto dzisiaj podwójnie swobodą się radujący — pomny krwi, którą za dzisiejsze życie drogo zapłacił i chylący opromienione czoło przed świętymi swymi bohaterami.
Na Gianicolo stoi olbrzymi spiżowy posąg Garibaldiego. Zwróconą w bok twarzą patrzy na Rzym i ponad faliste morze dachów, nad zielone ogrody, pozdrowienie śle wzrokiem złoconemu pomnikowi króla, co nosił imię Zwycięzcy-Wybawiciela. W czerwonej koszuli, z nagą krwawą szablą w ręku, on — republikanin i rewolucjonista — wprowadził go niegdyś sam w Miasto wieczne i utwierdził na tronie, aby jeno Italia była zjednoczona, wolna i szczęśliwa...
A na zielonym stoku Kapitolu, pod kołyszącymi się w wietrze liśćmi palm, stoi w brązie odlany Cola Rienzi194 i duma. Żywa wilczyca, symbol sprzed tysiącleci, krąży niespokojnym krokiem za żelazną kratą, jamę jej zamykającą. Nieopodal orzeł na gałęzi nastroszył pióra: słucha wiatru, który mu opowiada, jak przed wiekami złote orły legionów szły za Cezarem na podbój świata — po wielkość i po sławę.
Rzym wolny i pomny!
*
Spomiędzy resztek zewnętrznych ścian patrzyłem ze smutkiem na ruiny domu Flawiuszów195 na Palatynie. Zniknęła tak dobrze mi znana, piaskiem w słońcu spalonym zasłana płaszczyzna. W gigantycznej sali tronowej Domicjana, po której oko zdumione przestrzenią błądziło, tymczasowy dach blaszany nakrywa świeże rozkopy; w atrium196, na sześciokrotną miarę zwykłego rozciągniętym, rowy i sztolnie głębokie; w triclinium197 świeżo spod zabudowań zwalonego klasztoru dobyty cudny pas marmurowej barwnej posadzki wisi, cementowymi umocniony słupami nad otwartą przepaścią...
Szukałem oczyma zarysów dawnych cesarskiego domu, jak znałem je sprzed siedmiu lat — i wzrok gubił się ciągle w chaosie nowo spod ziemi odkrytych murów, flawiańskimi fundamentami poprzecinanych.
Pomyślałem mimo woli o rozkopanej do połowy arenie Koloseum, o odkrytych wnętrznościach podziemnych w otoczeniu łaźni Karakalli198 i pozazdrościłem dla nich losu smutnych ruin willi cesarza Hadriana w Tivoli199, które gaj oliwkowy chroni przed ostatecznym obnażeniem.
I gdzie jest właściwie granica, którą należałoby pociągnąć między prawami ciekawej dłoni ludzkiej, badawczym oskardem ziemię pełną wspomnień łupiącej, a pięknem nienaruszalnym ruin, zieloną patyną wieków i tajemniczym całunem popiołu nakrytych? Wszakże Krowie Pole było niczym w porównaniu z tymi szczątkami rzymskimi Forum, spod zieleni wypasającej owce dobytych, wszak pod farnezyjskimi ogrodami na Palatynie znaleziono skarby bezcenne sztuki i dziejów, z ruin willi Mills, spomiędzy korzeni szumiących przed nią odwiecznych cyprysów, wychodzi na światło szlachetna budowa Augustowego pałacu200... A jednak boli mnie poryta z dawien i niezakryta arena Cyrku Flawiuszów, boli mnie rozkopana przestrzeń domu Domicjana, stawianego ongi na zasypanych budowlach republikańskich i augustowskich201.
Odwróciłem się od niej w wewnętrznej rozterce i zdążałem z wolna ku północnemu stokowi wzgórza, na tarasy Farnezyjskiego Casina202.
Wsparłem się o kamienną balustradę i patrzyłem w dół.
Przede mną leżało Forum. Bluszcz zielony po rozwalonych murach się plecie, zielenią się wawrzyny na podmurowaniu świątyni Juliusza Cezara, krwawe drobne róże przeglądają się w sadzawkach atrium westalek, między zwalonymi kolumnami kwitną irysy, cyprys długie cienie na dawną rzuca mównicę...
Nowe piękno, nowy czar i urok, stworzony pieczołowitą ręką uczonego, który umie być zarazem artystą i nagość odkrytych przez siebie szczątków dziejowych świeżą suknią żywego ogrodu ubiera! Czy ten cichy i mądry archeolog o jasnej duszy dziecka, profesor Giaccomo Boni203, nie rozwiązał właśnie zagadki?
Zapragnąłem go ujrzeć i rozpytać o te nowe na Palatynie wykopaliska, na które przed chwilą ze smutkiem patrzyłem.
Mieszka tuż obok, w Farnezyjskim Casinie; jeden ze stróżów drogę mi do jego pokojów wskazuje.
Wyszedł do mnie człowiek niewielki, siwy o dobrych, żywych oczach, wyszarzałą okryty peleryną.
— Posso parlare signor direttore?204 — pytam.
— Son io205 — odpowiada.
Patrzę mu w twarz. Wielki uczony, profesor, komandor orderów, dyrektor rzymskich wykopalisk, stoi w korytarzu przede mną.
Odkrywam głowę.
Nazywam się tak a tak. Jestem pisarzem z Polski. Tu oto pozwolenie ministerium206 oświaty na zwiedzanie wszelkich zabytków... Chciałbym jednak zobaczyć nowe wykopaliska, do których wstęp od pańskiej wyłącznie woli zależy... Jeśliby mi pan raczył dać kartkę...
Uśmiecha się.
— Oggi sto poco bene per andar sotto la terra, ma se vuole, venga domani alle dieci...207
Ucieszyłem się z tej odpowiedzi, dowodziła bowiem, że dyrektor ma zamiar sam mi towarzyszyć.
Na drugi dzień o dziesiątej byłem na miejscu. Oprócz mnie pięć czy sześć osób, widocznie również przez niego zamówionych. Czekamy chwilę. Wychodzi profesor Boni w swej starej pelerynie i w szerokim na głowie kapeluszu. Wita nas uprzejmie, jak gdyby dobrych znajomych; idziemy z nim razem w stronę pałacu Flawiuszów.
Przez drzwi zakratowane dostajemy się w podziemia pod bazyliką, przed dwoma laty odkryte, z wierzchu zasklepione.
— Szukałem fundamentów — mówi profesor — rzekomej balustrady trybunału, o której istnieniu zawsze wątpiłem, a oto, co znalazłem!
Pokazuje ręką olbrzymi półkrąg cysterny, którą przed Flawiuszami Nero208 na wstępie do nieskończonego nigdy Domu Złotego209 zbudował. Mur przesycony solą — sprowadzono tu z dalekiej Ostii210 morską wodę, aby cesarz miał kąpiel w Rzymie orzeźwiającą. Sporą łodzią można by pływać po tej przestrzeni!...
Siodło palatyńskie między Germinalem211 a Velio212 Nero już kazał wyrównać, planując swój pałac potworny, mający się aż na Esquilin rozciągać. Mur cysterny przecina zasypane domy patrycjuszów z czasów Rzeczypospolitej213: w świetle, przez grube szyby w sklepieniu z góry bijącym, widzimy freski na ścianach doskonale zachowane, mozaikowe posadzki, stiuki... Znak jakiś, jakoby herbowy, powtarza się kilkakrotnie; znaczenia jego dzisiaj trudno już odgadnąć.
Wychodzimy znowu na słońce. Patrzę na rozkopaną aulę i atrium, i triclinium poza nim.
— Czy i to będzie z wierzchu sklepieniem nakryte? — pytam profesora.
Potrząsa głową.
— Nie. Przestrzeń zbyt wielka. To już zostanie otwarte.
Wyrażam żal, że zniszczono przestrzeń domu flawiańskiego.
— Trudno — powiada. — Zobaczy pan, cośmy natomiast zyskali.
Pod aulą labirynt krzyżujących się murów. Odwieczny jakiś dom republikański, surowy, o skromnych rozmiarach, przecięty parterowymi ścianami domu z czasów Augusta, zdobnymi już marmurem i malowidłami, z połamaną przy zasypywaniu posadzką, a przez to wszystko idzie potężny betonowy fundament cesarskiego gmachu Flawiuszów... Pod atrium odkrycia najbogatsze: zasypany przez Domicjana dom z późniejszej augustiańskiej epoki, pełen już przebogatych marmurów, z resztkami barwnej posadzki z „opus sectile marmoreum”214. Ślady fontann domowych, ołtarzy, głowice kolumn rzezane, marmurowe okłady ścian i fryzy rzeźbione, po kilkunastowiekowym ukryciu na światło dobyte.
Dwie godziny blisko oprowadzał nas profesor Boni, objaśniając każdy szczegół, opowiadając historię jego odnalezienia, zwracając uwagę na rzeczy ciekawsze lub znamienniejsze. Z zadziwiającą iście przenikliwością z zaledwie widocznych śladów rekonstruował dawne budowle żywo w naszej wyobraźni, krasząc barwne opowiadanie cichym, jasnym uśmiechem zadowolenia, że mu się to wszystko znaleźć i mądrze odkryć, a w całość powiązać udało.
Zaczęliśmy robić domysły, do kogo te, zmartwychwstałe dziś domy przed wiekami mogły należeć. Profesor uśmiechnął się tajemniczo.
— Wszystkiego dociec niepodobna — rzekł. — To już wielkie szczęście, jeśli jednego lub dwóch historycznych właścicieli da się odszukać...
Zamilkł, ale miałem wrażenie, że odszukał już imiona tych mieszkańców, jeno nie chce się przedwcześnie zdradzać ze swym odkryciem...
Gdyśmy w jakiś czas potem stali na schodkach od strony porośniętej drzewami przestrzeni Tyberiuszowego pałacu215, Boni uśmiechać się począł do zieleni, do błyszczących owocem drzew pomarańczowych i kwitnących róż pod nimi.
Zdawało się, że zapomniał naraz o wykopaliskach. Z żywością począł snuć plany, kędy się tutaj posadzi jeszcze cyprysy, gdzie wawrzyn lub mirt pachnący; wiódł nas za sobą między grzędy, pochylał się i pokazywał wątłe kwietne roślinki, które mu z wiosną zaleją barwami żywymi przestrzenie, od układanych niegdyś barwne marmurów.
Wśród gałęzi drzew pomarańczowych złotą barwą zachodziły już kule owoców, ciężkim i gęstym gradem pod lśniącymi liśćmi wiszące; róże rozwijały się z pąków w ciepłem słońcu listopadowym. Profesor dotykał kwiatów pieszczotliwą dłonią, rozgarniał liście, aby im blasku słonecznego nie kradły i uśmiechał się ciągle. Zdawało się, że zapomniał o towarzystwie, które za nim postępowało... Naraz odwrócił się i spojrzał na nasze grono, wśród którego znajdowały się dwie młode, jak łanie smukłe, Angielki. Zawahał się na chwilę, a potem zerwał dwie ogromne róże herbaciane z lekko zaróżowionym obrzeżem płatków — i dwornym ruchem podał je damom:
— Fiori delle vovine...216