II
— Turski powrócił!
Poleskiemu wpadły te słowa w ucho gdzieś od drugiego stolika i powtórzył je kilkakrotnie bezmyślnie, patrząc z natężeniem w stojące przed nim figury szachowe.
— Turski powrócił... Turski powrócił; teraz, panie kochany, szach! Turski powrócił...
Nareszcie zauważył, co mówi. Wzniósł żywo głowę i spojrzał w stronę, skąd głos go doleciał.
— Kto mówi, że Turski powrócił? — zapytał teraz z zupełną świadomością.
Przy stoliku obok siedziało kilku ludzi. Jeden z nich, łysawy blondyn z ryżą brodą i powiekami bez rzęs, zapijający właśnie czwartą czy piątą szklankę wody po wypitej przed godziną czarnej kawie, powstał i nie wyjmując rąk z kieszeni, podszedł ku Poleskiemu.
— Pan nie słyszał? Zobaczyłem go dzisiaj na ulicy...
— Turskiego? Romana Turskiego?
— Tak jest. Ledwo mogłem go poznać. Ogorzał, wygolony...
— Może to nie on! — rzucił od stolika przedziwnie chudy jegomość z pospolitą, starannie anglizowaną16 twarzą i złotymi zębami. — Musiałeś się pan omylić, panie Merser!
Ryży blondyn obrócił się żywo, potrącając sterczącymi łokciami stojących obok.
— Jakże! Przecież z nim mówiłem...
Poleski wsparł się obiema rękami na poręczy krzesła i zwrócił z trudem swą garbatą postać ku mówiącemu.
— Mówił pan z Turskim? Dziś? Tu?
Partner po drugiej stronie szachownicy niecierpliwił się.
— Dajże pan pokój jakiemuś tam Turskiemu! Ja już posunąłem. Graj pan!
Ale Poleski nie zważał. Powstał i zbliżył się do sąsiedniego stolika. Partner jego, stary radca sądowy, wzruszył ramionami z niechęcią i począł bębnić niecierpliwie palcami po stole. Po chwili, słysząc obok żywą rozmowę, zwrócił się do sąsiada czytającego gazetę.
— Co za Turski?
— Turski? Nie wiem.
Ktoś dalszy odpowiedział:
— Literat. Grają właśnie dzisiaj jakąś jego sztukę w teatrze.
— Patrzcie, patrzcie — zdziwił się radca nie bez urazy w głosie. — I gdzież on wyjeżdżał?
Merser tymczasem opowiadał:
— Szedłem sobie przez rynek. Chciałem właśnie dzisiaj kupić lożę do teatru, więc trzeba było zobaczyć, co grają...
— Mógł się pan mnie zapytać — wtrącił chudy, który zostawszy niedawno recenzentem w jakimś dzienniku, uważał się za osobę bezpośrednio i ważnie z teatrem złączoną, a przeto nader kompetentną w sprawach repertuaru, aktorek, dekoracji, dramatów, reżyserii i wszelkich innych rzeczy.
— Nie było pana pod ręką. Otóż staję na rogu i czytam afisz. Zasłania mi ktoś stojący przede mną. Poglądam przez jego ramię: Wiosenne dziwy. Pasja mnie wzięła, bo to, panie, grywają już od dziesięciu lat, a ja myślałem, że będzie co nowego...
— Dziś niedziela — odezwał się recenzent. — W niedzielę dyrekcja nowych sztuk nie daje, bo...
— Nie przerywaj pan, panie Koper!
— Więc cóż dalej?
— A nic. Zakląłem z cicha: mogliby już raz tym wiosennym dziwom dać spokój! A ten jegomość, co stał przede mną, odwraca się i mówi z uśmiechem: I ja tak myślę. — No i co powiecie, panowie, był to Turski, autor Wiosennych dziw, czy dziwów, czy jak się tam mówi!
— Przyjechał pewno po tantiemy17— rzekł Koper, uśmiechając się jedną połową ust.
Poleski przysunął się.
— Czekajno, pan. To takie mało prawdopodobne. Czy to nie był kto inny? O Turskim od dziesięciu lat zaginęły wieści...
— No i znalazł się! — rzekł Merser z triumfem, jak gdyby on był Stanleyem, który z narażeniem życia odszukał Livingstone’a18.
— To nieprawda! Turski nie żyje.
Poleski drgnął niespokojnie.
— Skąd pan to przypuszczasz?
— Nie przypuszczam, lecz wiem.
Z za odrzuconej gazety wyłoniła się zasępiona, wąsata, krzaczastymi brwiami ocieniona twarz Rogockiego, który dotychczas, zatopiony w czytaniu, zdawał się wcale nie zwracać uwagi na to, co około niego mówiono. Wpatrzył się na chwilę okrągłymi oczyma w garbatego lekarza i powtórzył z uporem:
— Turski nie żyje.
Merser śmiał się głośno.
— Rogocki mówi z taką pewnością, jakby był na jego pogrzebie...
— Byłem.
— Nie pleć pan głupstw! Przecież mówię, że dzisiaj z Turskim rozmawiałem!
Rogocki już nie odpowiadał. Zakrył się znowu gazetą, spoza której buchały jeno kłęby dymu jego cygara.
Kawiarnia tymczasem napełniała się coraz więcej. Dochodziła godzina piąta i pomimo upalnego letniego dnia, który wabił za miasto, stali bywalcy ściągali na zwykłą kawę poobiednią, na gazety, na partię szachów lub bilardu. Kilku przybyszów przysiadło się do stolika Mersera, dziennikarz jakiś starszy, z którym Koper z głośno akcentowanym koleżeństwem począł zaraz „fachowo” rozmawiać o teatrze, a osobliwie o jednej z młodszych aktorek, pozwalając się domyślać, iż ma z nią stosunek; poeta przez kilku ludzi w mieście wysoko ceniony, siwiejący malarz, wieczyście o niesprawiedliwości społeczeństwa mówiący i jeszcze jakiś młody, w klerykalnym miesięczniku pracujący bałwan, o przedziwnie ciasnej głowie, który uchodził za bardzo zdolnego, ponieważ przed kilku laty zdał z odznaczeniem maturę, a niedawno otrzymał doktorat sub auspiciis imperatoris19.
Merser próbował opowiedzieć jeszcze raz przed nimi historię nadzwyczajnego spotkania z Turskim, którego miano od dziesięciu lat za przepadłego, ale rzecz już nie wzbudziła żywszego zajęcia. Dziennikarz mruknął tylko pod nosem: „A to nam figla wypłatał! Myśmy już tak jego dramaty chwalili...”, a poeta zawyrokował krótko, że to zgoła wszystko jedno, czy Turski żyje, czy nie, gdyż jest to i tak człowiek skończony, po którym już się niczego nie można spodziewać. Uspokoiwszy się w ten sposób, zaczął po raz szesnasty wielce płynnie opowiadać o dramatycznej tetralogii20, którą ma zamiar w przyszłym roku przez cztery dni z rzędu w teatrze wystawiać. Koper uważał za stosowne robić minę tajemniczo sceptyczną, ale objawiał zaciekawienie, czekając momentu, kiedy będzie mógł zaakceptować swoją światowość wspomnieniem o aktorce...
Poleski stracił partnera, który, nie mogąc się go doczekać, odszedł z gniewem od szachownicy. Nie zatrzymywany przez nikogo, widząc, że się niczego więcej o Turskim nie dowie, gdyż opowiadający właściwie sam nic nie wiedział, usunął się we framugę okna, gdzie właśnie jakiś gość wychodzący opróżnił mały stolik. Kawiarnia znajdowała się na piętrze starej kamienicy w rynku i z głębokich, w trójłokciowym murze wykutych wnęków okiennych, poza zrąb naprzeciw stojącego domu widać było dużą część placu, z kolorowymi Sukiennicami w pośrodku i górującą nad nimi z prawej strony dawną wieżą ratuszową. Kościół Mariacki za węgłem już skryty, znaczył się tylko kawałkiem niższej wieży; ciężkim ceglanym cielskiem widną oku przestrzeń odgraniczającej... Nad Sukiennicami dalej mroczyły się mury Szarej Kamienicy, ustępującej w głąb uliczną ponurą, długą boczną fasadą, ale plac cały na dole pełen był barw i słońca. Poleski patrzył, na dłoń głowę wsunąwszy, jak pod zielenią drzew grały wszystkimi kolorami tęczy stroje wieśniaków, co na niedzielę do miasta ściągnęli, jak się snuły w lekkich, jasnych sukniach przechadzające się, do ptaków, motyli i kwiatów podobne kobiety, jak płonęły na stołach przekupniów kwiaty prawdziwe, a ówdzie znów zabawki dziecięce: z barwnych skrawków papieru sklejone wiatraczki i pęki baloników kolorowych, podobne z dala do jakichś bajecznych, w powietrzu się unoszących winnych gron...
Przypomniał mu się mimo woli jeszcze więcej słońem, kwiatami i barwą kobiecych ust kolorowy. Plac Hiszpański w Rzymie.
Przymknął nieco oczy.
...Schodziła po schodach, marmurową kaskadą od Trinità del Monte21 w dół bijących, a po obu brzegach tej śnieżnobiałej rzeki, z którą płynęła, były kwiaty: całe pęki, całe snopy kwiatów, róże, gwoździki, hiacynty, gałęzie całe rozkwitłego drzewa migdałowego, akacji pachnącej i do złotych pióropuszów podobnej mimozy.
Stał w dole koło fontanny i patrzył jak w cud.
Zdało mu się, że miasto całe zbudowano, i schody białe, i strzelisty obelisk, że kwiaty wyhodowano na dalekich niwach i zwieziono je wszystkie tu, na te stopnie marmurowe po to jeno, aby ona mogła tak schodzić o tej popołudniowej godzinie, w piękności niesłychanej i w złotym słońcu, wprost na twarz jej świecącym.
Cudu jakiegoś oczekiwał: może nagle kwiaty śpiewać jej poczną, może woda, w fontannie szemrząca, przedziwną muzyką się rozdzwoni, może ludzie naraz poczną klękać i głowy chylić, jak przed zjawieniem...
I stał się cud!
Przystąpiła ku niemu — znała widocznie jego postać koślawą z krakowskich ulic — i przemówiła coś, zapytała o drogę, o jakiś kościół, czy o sklep...
Księżna Helena!
Nie mówił z nią więcej nigdy w życiu. Mógł ją był spotkać22 często tutaj, na zabawach, w teatrze, u niej w domu wreszcie, gdyż przyjmowała wszystkich, ale sama myśl, że przed majestatem jej piękności będzie stał garbaty, wątły i nieporadny, była tak straszna, że unikał wszelkiego do niej zbliżenia...
Posłyszał, że ktoś usuwa gazety, leżące obok niego po przeciwnej stronie stolika. Odwrócił głowę. Rogocki wtłaczał się na pluszową kanapkę we wnęku okna.
— Nie przeszkadzam panu?
— Nie, nie. Owszem, proszę... — odparł nienawistnie.
Rogocki nachylił się doń przez stolik.
— Czy pan wierzy tym głupstwom, które Merser opowiada?
— Jakim głupstwom?
Udał, że nie wie, o czym mowa, myśląc, że się pozbędzie w ten sposób natręta.
— No, jakimże! Tym o Turskim. To jest śmieszne. Turski nie żyje.
— Skąd pan wiesz o tym?
— Wiem.
Przybliżył kudłatą głowę jeszcze więcej do twarzy Poleskiego i szepnął tajemniczo:
— Czy pan wie, że on się kochał w księżnej Helenie?
Poleski rzucił głową z mimowolnym zdumieniem. O tym wiedzieli wszyscy. Postarała się o to we właściwym czasie ona sama, gdyż nie lubiła, aby jakikolwiek jej triumf został niepostrzeżony. Miała nawet swoją osobną metodę: skarżąc się na rzekomą niedyskrecję wielbiciela, któremu zazwyczaj o niczym podobnym się nie śniło, opowiadała — niby mimo woli — wszystko, co było potrzeba, a raczej o czym chciała, by wiedziano... Historia z Turskim, blisko dwa lata trwająca, była jedną z najgłośniejszych, toteż Poleski, posłyszawszy tajemniczy ton Rogockiego, sądził w pierwszej chwili, że on żarty sobie stroi. Ale Rogocki był poważny. Patrzył mu w twarz szeroko rozwartymi oczyma i czekał odpowiedzi.
Poleski skinął głową powoli.
— Tak. Słyszałem coś nie coś o tym.
Powstał i chciał odejść.
Rogocki chwycił go za połę surduta.
— Panie, to jest kobieta dziwna! On szalał za nią, ale ona go nie kochała. Był za słaby, aby się wyrwać, więc... rozumie pan?
— Tak, tak. Rozumiem. Do widzenia.
— Pan jeszcze nie wie, lecz ja panu powiem. Ona mówiła... komuś, no tak, mnie nawet mówiła, że Turski wtenczas, przed dziesięciu laty, napisał do niej list, z którego zrozumiała na pewno, że on sobie życie odbiera, a nie chce się do tego przyznać tylko na złość, aby jej nie dać triumfować...
— Pan temu wierzy?
— No, jakże! Przecie gdy ona go odepchnęła...
Poleski nie słuchał dalej. Odchodząc, widział jeszcze, jak Rogocki, wtuliwszy twarz i najeżone wąsy między palce dłoni, mamrotał coś do siebie, uśmiechał się i kiwał głową, prowadząc snadź23 swym zwyczajem jakąś w bez towarzysza. Poleskiego ogarnęła litość i równocześnie obrzydzenie. Było dlań coś strasznego a zarazem nad wyraz wstrętnego w tym człowieku, którego historię znał cokolwiek ze słyszenia. Uchodził niegdyś powszechnie za nadzwyczaj zdolnego adwokata; rok czy dwa wystarczyły, aby zrobić zeń zupełną i beznadziejną ruinę człowieka... Mówiono o tym z politowaniem, jako o rzeczy dokonanej i pewnej i wymieniono przy tym imię księżnej Heleny.
Poleski się wzdrygnął i przyśpieszył kroku. Myśl o Turskim powróciła znowu. Rozglądał się, czy gdzie między przechodniami nie ujrzy go, starego przyjaciela, a równocześnie, niby mimo woli, wybierał takie ulice, idąc do domu, na których najmniej było prawdopodobieństwa, aby go spotkał. Przed bramą swej kamienicy zatrzymał się i po chwilowym namyśle zamiast iść wprost na górę zwrócił się w głąb podwórza, aby poszukać stróża. W piękne niedzielne popołudnie podwórze starego domu było wyjątkowo puste i spokojne. Poleski zawołał kilkakrotnie stłumionym głosem, jakby nie mając odwagi tej ciszy nazbyt silnym krzykiem zamącić, a wreszcie gdy stróż się nie zjawiał, zszedł do suteryn.
Zaduch ciasnej izby uderzył nań nieprzyjemnie. Stróż spał w ubraniu na łóżku, najzupełniej pijany, na stole pod wysoko umieszczonym oknem siedziało czworo dzieci, widocznie świeżo obitych, jeszcze ze łzami na twarzy.
— Czy jest matka w domu?
— Mamusia poszła na nieszpory, a nam kazała tatusia pilnować...
— Dobrze, dobrze... — Poleski zawahał się.
— A czy pan doktor czego potrzebuje? — spytała najstarsza dziewczynka...
Poleski miał ochotę zapytać, czy tu kto, jaki obcy pan tymczasem nie dowiadywał się o niego, ale nie wiadomo dlaczego wstyd mu się zrobiło pytania, więc zostawiwszy tylko dzieciom kilka groszy (właściwie nie wiedział, dlaczego to robi), poszedł do siebie na piętro.
Jedyny jego służący miał w niedzielę dzień wolny, mieszkanie więc było najzupełniej puste. Minął przedpokój i chłodny, rozpaczliwie przykry, banalny salon, będący zarazem poczekalnią dla pacjentów i dopiero w gabinecie swym zauważył, że wbrew zwyczajowi i na wspak swemu pedantycznemu zamiłowaniu do porządku, wszedł aż tutaj z laską, w kapeluszu i w zakurzonej, podczas największych upałów nawet nieodstępnej zarzutce z peleryną, którą, jak utrzymywali jego złośliwi przyjaciele, usiłował na ulicy swe kalectwo maskować.
Wpadł w złość i zaczął wołać na służącego, o którym wiedział, że jest w tej chwili na mieście. Laską z gumowym końcem uderzył w biurko, kapelusz rzucił do kosza z papierami i z watą, którą sobie po badaniu chorych palce wycierał, a płaszcz — pod ceratową sofę na wyciąganych żelaznych nogach, stojącą naprzeciw okna.
Teraz dopiero zastanowił się, że robi głupstwa. Pozbierał porozrzucane ubranie i zaniósł wszystko na właściwe miejsce, po czym przeszedł do trzeciego z zajmowanych przez siebie pokojów.
Była to właściwie jego sypialnia, ale zewnętrzny wygląd i całe urządzenie zgoła tego nie okazywały. Przede wszystkim brakowało łóżka w tym pokoju głębokim, o jednym tylko oknie we wnęku na krótszej ścianie, które na wąską wychodząc ulicę, nie zdołało rozświetlić mroku, co padał ze starego, w drzewie rzezanego stropu i pociemniałych szaf dębowych z książkami. Niska, szeroka sofa, łóżko zastępująca, przykryta była odwiecznym perskim dywanem, ze ściany się zwieszającym; po kątach stało kilka ogromnych foteli, wytartą i na poręczach dłońmi wygładzoną skórą obitych, które w niczym nie przypominały nowożytnego i w pośpiechu snadź kupionego umeblowania pierwszych dwóch pokojów. Na ścianach wisiała broń: dwie karabele24 szpada napoleońska i ułański pałasz25, obok pistolety dwa stare o głowniach srebrem nabitych i myśliwskie kordelasy26, nieco wyżej kilka portretów olejnych, poczerniałych już wiekiem, z których patrzyły postacie wąsate o podgolonych czuprynach, ówdzie zaś wyglądał mundur szwoleżerski albo uśmiechnięta twarz wydekoltowanej damy... Ze stropu zwieszał się na łańcuchu stary, ciężki świecznik złocony, na kominku między dwoma srebrnymi lichtarzami27 stał zegar empirowy28, skrzypiącą, w gwiazdy układaną parkietową posadzkę przykrywała skóra niedźwiedzia ogromna...
W pokoju nie było zwierciadła. Poleski, zamykając się tutaj w godzinach wolnych od zawodowej pracy lekarskiej, nie chciał mieć przy sobie tej szyderczej tafli szklanej, która by mu nieustannie przypominać musiała to, o czym i tak nazbyt uporczywie i boleśnie pamiętał: jak różny jest ułomną, karłowatą postacią swoją od tych przodków, po których te resztki dawnej fortuny on — ostatni z wygasającego rodu — odziedziczył. Miejsce zwierciadła nad kominkiem zajmowała stara, zniszczona, na purpurowym tle złotem tkana makata, a na niej krzyż; brązowy Chrystus na hebanowym drzewie, ongi29 w krakowskiej pracowni przez jakiegoś ucznia mistrza Stwosza cyzelowany30. Obok stał klęcznik. Na poduszce, mającej snadź ująć pulpitowi zbytniej wysokości, znaczyły się świeże odciski kolan...
Poleski, wszedłszy do sypialni, zamknął drzwi na klucz, pomimo że w mieszkaniu nie było nikogo, kto by mu mógł przeszkadzać, po czym zdjąwszy karabelę ze ściany, stanął w pozycji z ręką wysoko wzniesioną, by końcem brzeszczotu31 nie zawadzić o podłogę. Stał tak chwilę bez ruchu i nagle puścił młyńca. Mała, kaleka postać jego sprężyła się w sobie, nogi o za wielkich stopach wrosły w ziemię, długie ramię aż po przegub dłoni stwardniało w nieruchomy konar, na którego końcu był wicher okiem nieuchwytnych ruchów i błyskawica wijącej się i gwiżdżącej w powietrzu stali. Dużą głowę wcisnął między wysokie ramiona — na twarz wystąpiły mu wnet ceglaste rumieńce, oddech począł się rwać i zgrzytać w piersi.
Z młyńca — bez wypoczynku — przeszedł do cięć zadawanych w powietrze podstępnie i pewnie, z długą szablą w ręku wyglądał jak potworna, piekielna maszyna, jedynie do poruszania tej błyszczącej stali wymyślona. Była to zresztą jego duma i samoobrona, ta mistrzowska sztuka szermierska, przez którą potrafił ułomną swą postać zrobić straszną dla każdego, kto by go chciał lekceważyć lub zadrwić z jego kalectwa...
Nareszcie rzucił szablę. Zmęczenie tym razem nie chciało mu uspokoić rozigranych nerwów. Wskoczył wyczerpany na fotel i zginął niemal w jego głębi. Z jedną nogą podwiniętą pod kolano, z drugą zwieszoną i niesięgającą posadzki, z rozrzuconymi na poręczach długimi rękoma, dysząc ciężko, wbił oczy w portret smukłego ułana, dziada swojego, co sponad żółtych rabatów wpół zwróconą twarzą uśmiechał się doń ze ściany niemal szyderczo i złośliwie.
Poleski pobladł i przygryzł wargi. Powolnym i jakby mimowolnym ruchem głowy przeniósł wzrok na hebanowy, perłową macicą32 inkrustowany33 stolik obok kominka, na którym stała niewielka, żelazna szkatułka.
Turski!
Poczuł w tej chwili niepohamowaną, zawziętą nienawiść do tego człowieka. Za to, że był zdrowy i smukły i piękny, że miał prawo do życia i korzystał zeń i za to jeszcze, że odjeżdżając w świat, zostawił mu, jako przyjacielowi, tę zamkniętą, zimną, żelazną szkatułkę w depozycie. Nie mówił mu nigdy, co w niej jest, ale Poleski wiedział to dobrze. W długich, szarych godzinach i w noce bezsenne czuł przez stal zapach jej słów, słów miłosnych i gorących, na kartkach listowego papieru spisanych, gdy oczy przymrużył, widział w letnie świty lub w zimowe wieczory, w czerwonych blaskach ognia z komina bijących dłonie jej białe, na szkatułce, jakby własności swej, oparte; obracał się z lękiem, bo mu się zdawało, że jest gdzieś poza nim zawieszony na powietrzu jej uśmiech, że krąży dookoła niego w obrzasku niepewnym spojrzenie jej oczu...
Szkatułka, którą przed dziesięciu laty przyjął obojętnie, owszem, ze skrytym uśmiechem politowania, że Turski do tak marnej rzeczy przywiązuje wagę i daje mu ją do przechowania — ta szkatułka stała się powoli częścią jego życia i myślenia, tak że możliwość samą, iż mu będzie odebrana, uważał teraz za groźbę amputacji, po której pustka trupia w głowie zostanie. Sam nie wiedział, jak się to stało i kiedy. W każdym razie było to na długo przed tym, nim księżną Helenę zobaczył w Rzymie na Schodach Hiszpańskich34 wśród kwiatów ze słońcem ku niemu idącą.
Przypomniała mu się teraz znowu ta dziwna godzina. Usiłował rozwikłać w sobie wszystko, co się z nim działo, wynaleźć związek, następstwo i sens tych rzeczy. Obie nogi podwinął pod siebie, ręce zsunął aż na koniec poręczy fotelu, skulił się i zgarbił jeszcze więcej i siedział tak nieruchomy, jak jakieś potworne lasów australskich35 zwierzątko, z oczyma uporczywie wytrzeszczonymi przed siebie.
Więc co jest właściwie? Od dziecka — może właśnie dzięki swemu upokarzającemu kalectwu — miał nienawistny wstręt do wszystkiego, co tylko było kobietą, bez względu na wiek, postać, stanowisko... Malcem z przedziwną i wyszukaną złośliwością darł suknie swoim kuzynkom i kłuł je okrutnie a niespodziewanie; na uniwersytecie był wrogiem koleżanek; jako człowiek dojrzały z wytwornie zimną grzecznością i bezlitosną wzgardą szydził z kobiet, jak gdyby ciętym dowcipem i całą wyższością jasnego umysłu mszcząc się na nich za to, że plecy jego garbate, śpiczasta głowa wciśnięta między krzywe ramiona, piersi kogucie, stopy i dłonie za duże...
Nienawiść tę zawziętą podniecała w nim jeszcze i potęgowała nieokiełzana jego zmysłowość o zwierzęcych iście wybuchach. W kochankach, jakie posiadał, przeważnie płatnych i krótkotrwałych, nienawidził kobiety, jako istoty duchowo niższej i pośledniej, a także fizycznie mu obcej i niezrozumiałej, która mimo to gorszą, zwierzęcą stronę jego jestestwa ciągnęła ku sobie nieprzeparcie i... upodlała. Nienawidził w nich po prostu swojej własnej, górującej w pewnych chwilach zmysłowości i gardził nimi bezgranicznie za to właśnie, że jego, kalekę i niedorodka, gotowe są jako samca przyjmować...
A jednak poza tą chmurą czarną, poza nienawiścią, wzgardą, wstrętem i złością spało w nim jakieś słońce ze wschodniej bajki, jakaś tęsknota za tym, aby było inaczej; przytłumiony wolą, szyderstwem na siedem spustów zamknięty sen o zaklętej królewnie, o piękności podobnej kwiatom czystym i wonnym, o uśmiechu, z którego zorza się rodzi.
Czuł to wszystko w sobie, ale nie umiał tego jasno przed sobą sformułować i na próżno się męczył, skulony w fotelu, z oczyma wbitymi w żelazną szkatułkę, pełną listów nie do niego pisanych, chcąc zrozumieć to, co się w nim dzieje, a raczej już się stało. To jedno było mu pewne, że wydobyło się z duszy jego na wierzch coś, o czym nie chciał wiedzieć, że w niej w ogóle istnieje, a z czym teraz walczyć już za późno.
Uczuł się bezradnym, jak dziecko. Tym bezradniejszym i nędzniejszym, że nie miał nic przed sobą, ku czemu by mógł dążyć, co by się mógł starać zdobyć, czy osiągnąć. Nie chciał nawet niczego. Gdyby w tej chwili księżna Helena z całym przepychem swojej urody zeszła ku niemu i przez szaleństwo jakieś niepojęte ramiona z oddaniem wyciągnęła, parsknąłby jej niewątpliwie śmiechem w twarz i znienawidził za to, że śmiała tak się skalać i poniżyć...
Nie, nie! Nie chciał niczego, jeno był tak strasznie, tak bezdennie nieszczęśliwy — na przekór sobie samemu.
A zresztą — czyż tu naprawdę o księżną Helenę idzie? Czyż nie jest rzeczą ważniejszą, ba, jedynie ważną ta tylko głupia okoliczność, że w jego pokoju, w tej zimnej żelaznej szkatułce zamknięta jest tajemnica miłości? Tajemnica czegoś pono świętego, pono wielkiego i niepojętego, co bywa udziałem ludzi zdrowych i pięknych, czym się cieszy świat jak słońcem, a co on sam zna jeno z tego ohydnego, podłego surogatu36, jakim jest dreszcz zmysłowej rozkoszy, wstręt i nienawiść po sobie zostawiający...
Ktoś kołatał do wchodowych drzwi od korytarza.
Poleski wzniósł żywo głowę z wielkimi, odstającymi uszami, jak zając bliskim ujadaniem psów zaniepokojony.
Przyszło mu na myśl, że to musi być Turski. Przez jeden moment miał ochotę wpuścić go tutaj i trzasnąć wchodzącego w łeb żelazną szkatułką z listami, a potem wziąć te dwie stare, zawsze wyostrzone karabele ze ściany i pokazać mu, że on, ułomek i kaleka, nie jest gorszy od najzdrowszego, gdy na śmierć i życie gra pójdzie...
Kołatanie powtórzyło się. To jednak nie mógł być Turski, gdyż on dzwoniłby raczej... Namyślał się przez jakiś czas, kto to może być — bez najmniejszej chęci wpuszczenia natręta, ale służący widocznie był już z miasta powrócił37 i drzwi do przedpokoju otworzył. Za chwilę zapukano ostrożnie wprost do jego sypialni. Wstał i machinalnie przekręcił klucz w zamku: mógł to być ostatecznie posłaniec, wzywający go do chorego, a od tego — nie przez miłość ludzi, której nie posiadał, lecz przez sumienne poczucie obowiązku — nigdy się nie wymawiał.
Na progu stanęła uśmiechnięta, osiemnastoletnia może dziewczyna o jasnych jak len. włosach z narzuconą na nie niebieską, włóczkową chusteczką. Strój miała na sobie niedzielny, skromniutki, w pokłutych igłą dłoniach trzymała perkalową38 barwną parasolkę.
— Rózia! Czego tu chcesz?
Z uśmiechem, cicho zamknęła drzwi za sobą i zrzuciwszy chustkę z głowy, podeszła ku cofającemu się nieco lekarzowi..
— Pan doktor zapomniał? Kazał mi pan przyjść dzisiaj, w niedzielę, przed wieczorem...
— Ach, tak.
Wtłoczył się znowu w fotel i patrzył obojętnym wzrokiem przed siebie, unikając jakby z umysłu spojrzenia dziewczyny.
Rózia tymczasem przed małym, z kieszeni wyjętym zwierciadełkiem poprawiała rozrzucone włosy i kręcąc się swobodnie po pokoju, opowiadała szczebioczącym głosem o ważnych wypadkach ostatnich dni, jak jej w pracowni jedna z koleżanek dokucza, ale ona sobie z tego nic nie robi, zwłaszcza że jej podwyższono zapłatę o dwie korony tygodniowo — i jak się na tej niebieskiej sukience, co to pan doktor kupił, zrobiła plama, i jak jej brat pisze, że dostał bardzo dobrą posadę organisty i żeby ona tam przyjechała, ale to niemożliwe...
Naraz urwała i jęła się39 bacznie przypatrywać milczącemu wciąż Poleskiemu.
— Co panu jest dzisiaj?
Mruknął przez zęby coś niezrozumiałego i nienawistnego.
Podeszła ku niemu i delikatnie, cichutko, cichutko, położyła mu spracowane ręce na zimnym potem okrytych skroniach...
— Chory dziś czy zmęczony? — spytała miękko i lękliwie.
Poleski patrzył jej teraz w oczy zimnym, nieubłaganym spojrzeniem.
— No, nie patrzyć tak, panie doktorze, ja nie chcę!
Zakryła mu oczy dłoniami a potem całą niekształtną głowę jego przygarnęła do dziewczęcej piersi i poczęła błądzić ustami świeżymi po zapadłych, sinobladych policzkach, po czole, po szczecinowatych włosach...
— Mój, mój malutki, biedny doktorek! Cicho, Rózia popieści, utuli.
Przez chwilę poddawał się biernie pieszczocie, aż naraz odepchnął ją gwałtownie od siebie.
Zatoczyła się i usiadła na sofie, patrząc nań zdumiałymi, przerażonymi oczyma.
— Pan się na mnie gniewa? Co ja zrobiłam?
Milczał przez jakiś czas, nie spuszczając z niej oka.
— Słuchaj, Róziu, czy ty mnie kochasz?
— Kocham, kocham! Przecież pan wie, nikogo oprócz pana...
Zaśmiał się cicho.
— Dlaczego mnie kochasz?
— Jak to: dlaczego?
— Za co?
— Za co? No tak. Bo kocham.
— Jakaś ty głupia. Przecież ja ładny nie jestem.
— No... nie jest pan doktor znowu taki brzydki.
Zeskoczył z fotelu i stanął przed nią.
— Patrz, jestem garbaty, prawda? Na plecach i tu na piersi. Prawe ramię wyższe. Ręce sięgają do kolan; prawa dłuższa — mówi się znajomym, że to od robienia szablą, ha, ha! Krzywe nogi, stopy za duże; gotowych trzewików dostać nie mogę...
— Oczy ma pan prześliczne...
— Właśnie. W pargaminowej40, długiej twarzy o szerokiej gębie i odstających uszach. Zwłaszcza czaszka jest śliczna, śpiczasta, szczeciną porosła.
— Czemu pan tak mówi! Ja nie chcę.
— Dobry dla ciebie także nie jestem.
— Owszem...
— Nie pleć głupstw. Dokuczam ci. Co? Prawda? Odpowiadaj, dokuczam ci czy nie?
— Czasem.
— A widzisz. Raz cię nawet obiłem. Może więcej razy.
— Nie pamiętam.
— Łżesz. I hojny nie jestem. Pieniędzy ty sama nie chcesz przez głupotę... Podarunków ode mnie nie otrzymujesz...
— O, przepraszam! Kupił mi pan niebieską sukienkę...
— Perkalową! Za kilkanaście koron! Przed kilku miesiącami! Raz w życiu! I ty za to... przynosisz mi tu swoje młode, dotąd przez nikogo nietknięte ciało i narażasz się, gdybyś matką została...
— Panie doktorze!
— Milcz. I myślisz może, że ja cię kocham? Że cię lubię przynajmniej? Że nie czuję dla ciebie tak samo wstrętu, nienawiści, pogardy?
— Jezus Maryja! Co panu jest?
— No, mów, mów, mów? Dlaczego mnie kochasz?
— Nie wiem... Doprawdy... jakoś nie zastanawiałam się nad tym. Może ja naprawdę jestem taka głupia...
Wypchnął ją brutalnie z pokoju i zamknąwszy drzwi, rzucił się na podłogę, wijąc się i targając na sobie ubranie w ataku histerycznego płaczu.