III

Teatr był już prawie pełny, kiedy Turski wszedł do widowni i zajął miejsce tuż przy wejściu w jednym z pierwszych rzędów foteli. Naokoło niego rozmawiano żywo i nudnie. Publiczność niedzielna, mało interesująca, zapełniała szczelnie wszystkie miejsca na dole, jedynie fotele recenzentów były niezajęte. Wyglądały poważnie i dostojnie, zasłonięte od sceny wzgardliwie własnymi, wzniesionymi siedzeniami — i w imieniu nieobecnej prasy, z którą były w bliskiej acz niezbyt zaszczytnej styczności, zdawały się mówić powściągliwym milczeniem i wyraźnym gestem: Sztuka, którą od dziesięciu lat grywają i to w niedzielę, zgoła nie jest dla nas! Zresztą i część obecnej publiczności, która chciała za wytworniejszą uchodzić, akcentowała rozmową i zachowaniem głośno, że nie dla sztuki przyszła do teatru. Jakaś dama w za ciasnej bluzce jedwabnej, o burakowo kraśnej twarzy i z fałszywymi brylantami w tłustych uszach — tuż obok Turskiego siedząca, powtarzała co pewien czas do męża, że nie lubi niedzielnej, nazbyt mieszanej publiczności i tych sztuk już ogranych... na co małżonek szepnął z pokornym usprawiedliwieniem: Wszakże wiesz, kotku, że w dzień powszedni wolnych biletów nie dają...

Kilku młodych ludzi, usiłujących wyglądać jak najbardziej dystyngowanie, stało między fotelami tyłem do sceny, patrząc z miną światowych bywalców na loże, w których nie było nikogo z ich znajomych...

Ktoś obok mówił:

— Mańka obiecała przyjść, ale to ci jest taka dziewczyna, że jej nigdy wierzyć nie można. Na darmo wydałem trzy korony.

Ktoś inny znowu:

— Po drugim akcie trzeba klaskać. Wyjdzie na scenę autor.

— Głupstwo. Przecie nie żyje.

— Ale gdzież tam! Jest w Krakowie. Mówiono mi dzisiaj w kawiarni. Podobno na jego przybycie dyrekcja sztukę wznowiła.

Jeden z foteli recenzyjnych zaszczękał otwierany z przykrym zdumieniem, że mu w dniu niewłaściwym służbę każą odbywać. Na jeden moment we włosiennym wnętrzu jego zbudziła się jeszcze nadzieja, że może jakaś przyjemna kuzynka potentata opinii w drodze łaski dzisiaj go zajmie, rychło jednak lekki, lecz dotkliwie kościsty ciężar rozwiał jego złudzenia.

Doktor Koper wszedł do teatru. Z miną lekko uśmiechniętą i tajemniczą rozejrzał się szybko po widowni i usiadł nieruchomie w zapuszczoną kurtynę wpatrzony. Zjawienie się jego wywarło wrażenie. Poczęto sobie szeptać i robić domysły, co ma znaczyć tak niespodziewany dla dzisiejszego przedstawienia zaszczyt.

Człowiek poinformowany wskazał nań głową z triumfem:

— A co? Nie mówiłem!

Publiczność zaczynała się niecierpliwić; był już czas, aby rozpocząć widowisko.

W przejściu pojawił się sekretarz teatralny. Wysoki, z płaską, wygoloną twarzą, pomyszkował wzrokiem między siedzącymi, a dojrzawszy Kopra, podszedł z uciechą ku niemu.

— Kochany doktorze, doskonale się składa, że pan przyszedł...

— Pan wie, że Turski jest w Krakowie? — przerwał Koper godnie.

— Właśnie, właśnie... Otóż czy go nie ma na widowni? Kaprała go tylko zna, ale już ucharakteryzowany. Samemu dyrektorowi zaś nie wypada...

Koper, który chodził do gimnazjum w czasie, gdy Turski zniknął i nie miał najmniejszego wyobrażenia, jak on może wyglądać, począł się pilnie przypatrywać siedzącym dookoła, a spojrzawszy także kilkakrotnie najzupełniej obojętnie w twarz Turskiemu, zawyrokował.

— Nie ma go. Musiałbym go poznać. Przyjdzie później.

Turski słuchał, jakby to wszystko nie do niego się odnosiło. Zgnębiony był porannymi wspomnieniami, zmęczony pierwszym dniem pobytu w tym mieście, włóczęgą bezcelową po ulicach, siedzeniem w jakiejś nowej, nudnej, nieznanej mu dawniej kawiarni. Oprócz Mersera nikogo ze znajomych nie spotkał, nie szukał nawet nikogo, odkładając sobie na później odwiedziny u dawnych przyjaciół, o których nie wiedział nawet, czy wszyscy dotąd żyją. Wyczytawszy z afisza, że sztukę jego grają, poszedł do teatru bez ciekawości i bez osobliwego celu, po prostu aby wieczór długiego dnia jakoś przepędzić. Nie obiecywał sobie wzruszeń ani niespodzianek; patrzył też obojętnie, jak kurtyna się wzniosła, odkrywając przed nim zniszczony i połatany płócienny krajobraz, który mu się wyśnił przed kilkunastu laty w bogactwie tęcz, słońca, kwiatów i płynącej wody.

Na początek przedstawienia patrzył okiem nieubłaganego krytyka. Raziły go liche dekoracje — barbarzyńskie, do niedzielnych przedstawień zastosowane skrócenia reżyserskie i gra aktorów bezduszna, którzy na darmo tylekroć powtarzanym i zmartwiałym, zmanierowanym w swych ustach wyrazom często granej sztuki usiłowali nadać cokolwiek nowego życia ze względu na zachwyconą za kulisami wieść, iż autor po dziesięcioletniej nieobecności pono dziś będzie w teatrze. Pamięć i rutyna biednych, umęczonych wyrobników sceny brała już górę, znać było, że próżno się zmuszają, aby myśleć o tym, co mówią.

Przy tym i sama sztuka nie podobała się Turskiemu. Te jego wyśnione Wiosenne dziwy zbladły jakoś dziwnie w jego oczach w ciągu lat i niemal że uśmiech politowania na usta teraz wywołały. Czuł w wielu miejscach naiwność, ówdzie znowu nieszczerość lub niedołężną robotę, rażącą tym więcej przy grze niedoskonałej. Jeśli się nie wstydził za sztukę, którą na scenie pokazywano, to tylko dlatego, że nie umiał jakoś połączyć obecnego poczucia swej osobowości z dawnym, i przyznać wewnętrznie, że to on, ten sam on jest autorem granej właśnie rzeczy. Miał owszem wrażenie, że patrzy na dzieło dobrze sobie znane, dzieło kogoś sobie bliskiego, ale nie do tego znów stopnia, aby nie mógł wobec niego być najzupełniej obiektywnym.

Tymczasem zbliżała się kulminacyjna scena aktu pierwszego. Młody chłopak, w zaczarowanym gaju zbłąkany, spotyka boginkę krzaku różanego, śniącą o dalekim, dalekim świecie... Aktor umiał wiersze dobrze na pamięć i recytował je z pewnym wzrastającym przejęciem:

Stargam kolczastą zaporę

tych stopy twoje raniących gałęzi!

Oto twe dłonie jak dwa ptaki biorę;

wszak nogi twoje tylko krzak ten więzi!

Pójdź za rękoma swemi, które do mnie

idą stęsknione, pójdź za ócz spojrzeniem,

co chcą być przy mnie! Świat jest tak ogromnie

jasny! Tu czarem wszystko jest i — cieniem!

Świat jest tak jasny! Pokażę ci drogę

na ten świat jasny!

— Wszak tyś sam zbłąkany!

— Ach, zapomniałem! Ale wyjść stąd mogę,

jeśli zapomnę, w tobie rozkochany,

iż się zbłąkałem, — gdy miast przewodnika szukać, sam stanę tobie przewodnikiem...

Pójdź ze mną, kwiecie!

Turski mimo woli zaczął słuchać uważniej. Treść słów, mówionych ze sceny, była mu dość obojętna, ale odnalazł coś, jak gdyby nić, wiążącą obecne jego jestestwo z tym człowiekiem, który te słowa pisał przed laty. Wsparł łokieć na kolanie i twarz na dłoni położył. Powieki przymknął nieco; patrzył nie na to, co się przed nim w tej chwili działo, lecz na jakiś dawny, jasny, słoneczny dzień swojego życia.

...W teatrze, w tym samym teatrze grano po raz pierwszy Wiosenne dziwy. Siedział w loży za plecami księżnej Heleny i oddychał upajającą wonią jej odkrytych ramion. Wsparła się z lekka na poręczy krzesła, na której on położył swą rękę. Drgnęła, jakby chcąc się cofnąć, ale powstrzymało ją widocznie nieme błaganie jego oczu; widział ją z profilu: spod ociężałych marzeniem powiek, z rozchylonymi nieco ustami patrzyła na scenę...

Był to ten dziwny czas, kiedy ją zdobywał, kiedy śnił o pocałunku jej ust, jako o czymś niedostępnym i jak rozkoszna śmierć pożądanym, chociaż już przecie w jedną do haszyszowego majaku podobną noc paliły mu twarz niezapomnianymi piętnami...

Był to dzień jego tryumfu; jedyny prawdziwie upojny dzień w jego życiu. Wiosenne dziwy przyjmowano burzą oklasków, zrywającą się ze wzmożoną siłą po każdym akcie. Wywoływano go bez końca, rzucano mu kwiaty i wieńce. Zniósł je wszystkie do loży księżnej Heleny i rzucił pod jej stopy. Uśmiechnęła się do niego nabrzmiałymi pragnieniem ustami. Czuł na sobie palące jej spojrzenie i drżał. Nieprzytomnie odpowiadał recenzentom, którzy przychodzili dłoń mu uścisnąć, nie uważał jadowitych żądeł w słodkich gratulacjach kolegów-pisarzy. Za kulisami wyrósł przez jeden wieczór na boga. Jakiś stary aktor, podobno mąż grającej rolę boginki róż młodej artystki, zapraszał go do siebie i zapewniał o przyjaźni swej żony, inni zwykły tytuł „panie autorze”, zastępowali również śmiesznym, lecz więcej uroczystym „panie mistrzu”.

Wracał do księżnej Heleny i patrzył jej w oczy. Po ostatnim akcie wstała upojona, dumna, jakby to jej triumf w teatrze święcono. Podawał jej płaszcz, przechyliła cudowną głowę przez ramię ku niemu:

— Księcia nie ma. Odprowadź mnie do domu — ty!

W ciemnej głębi loży wpiła się pożerczymi ustami w jego wargi spragnione...

Nagle rozpalające się światło w widowni i mdłe, pospieszne brawa przerwały Turskiemu wspomnienia. Nie zauważył nawet, kiedy pierwszy akt doszedł do końca. W teatrze przed spuszczoną kurtyną zrobiło się jasno, ludzie wstawali z krzeseł, jedni wychodzili, inni poczynali banalne, gwarne rozmowy.

Turski odwrócił się i spojrzał mimo woli w stronę, gdzie była loża, z której ongi41 patrzył na pierwsze przedstawienie Dziwów wiosennych.

Siedziała w niej księżna Helena — jak ongi.

Poznał ją na pierwszy rzut oka i zdziwił się, że nie doznał żadnego wrażenia.

Nie zmieniła się prawie nic w przeciągu dziesięciu lat. Ten sam wytworny, dumny profil o szlachetnym orlim nosie, te same usta kuszące i ciężkie nad palącymi oczyma powieki. Patrzył na nią ciekawie, ale bez wzruszenia i dziwił się coraz więcej. Była mu obca. Po błędnym ataku wspomnienia, po rozpętanej echowej burzy, jaką przeszedł dziś rano, bał się po prostu chwili, kiedy ją zobaczy, że to będzie coś jak uderzenie piorunu, rozbijające w puch tę zbroję, którą przez dziesięć lat kuł na sobie. A oto...

Oto była przed nim niedaleko, żywa, w tym samym miejscu, na którym przed chwilą jeszcze widział ją we wspomnieniu gorącym i była mu najzupełniej obojętna.

Miał raczej uczucie przesytu, prawie że niesmaku. Coś się w nim złamało niepowrotnie i aż mu się wstyd zrobiło, aż żal, że się tak stało, choć starał się o to przez dziesięć lat usilnie.

— To jest ona? Piękna jest, ale naprawdę, że za dużo o niej myślałem.

Patrzał na nią wciąż i zauważył w pewnej chwili, że i ona go widzi. Powoli, ruchem doskonale harmonijnym odwróciła się do kogoś, co siedział poza nią w loży. Miał wrażenie, że o nim mówi. Potem spojrzała znowu i skinęła mu głową z lekkim przyjaznym uśmiechem.

Skłonił się jej głęboko z uczuciem takiem, jakby witał kogoś dobrze znajomego, z kim przed dwoma czy trzema dniami się rozstał, ale na kim nigdy mu nic zgoła nie zależało.

W tej chwili uczuł, że biorą go w uścisk dwie wilgotne łapy i jakieś obrzydliwe, miękkie usta w policzek go całują.

— A! Drogiego, dawno niewidzianego mistrza...

Cofnął się z przerażeniem.

Stał przed nim aktor, który podobno był mężem artystki, grającej niegdyś rolę boginki róż. Wysoki, łysy, tłusty i chudy równocześnie, bo z suchymi ramionami, zapadłą piersią i cienkimi nogami, lecz z obwisłym brzuchem i twarzą obrzękłą, patrzył mu w oczy z doskonale udanym rozczuleniem, nie puszczając jego łokci z uścisku swych dłoni.

— Ledwie kochanego mistrza mogłem poznać! Tyle lat!.... A toż się żona ucieszy! Nie mogła dzisiaj grać, bo... spodziewamy się błogosławieństwa bożego...

Turski nie wiedział, jak się przywitać.

— Bardzo mi miło. Pan co tu robi? — Bąknął, ażeby cośkolwiek powiedzieć.

— Jak to: co? Jestem dyrektorem...

— A! Dyrektorem?

— Tak, tak, mistrzu kochany. Ciężki kawałek chleba. Z tą aktorską hołotą nie można sobie już poradzić. Czasy bardzo się na gorsze zmieniły. Ale co do tantiemy, owszem, nie odmawiam, chociaż czasy są ciężkie i to już nie idzie tak, jak dawniej. O, nie! Ale obliczymy wszystko...

Doktor Koper potrącił dyrektora w łokieć i rzekł szeptem tak, aby go Turski wyraźnie dosłyszał:

— Niechże mi dyrektor przedstawi pana Turskiego.

Stary aktor więcej miał jednak taktu i przedstawił Kopra Turskiemu.

— Bardzo mi przyjemnie...

— Pragnąłem pana dawno poznać. O dzisiejszym przedstawieniu dam małą notatkę w dzienniku wobec powrotu pańskiego do kraju. To dobrze zrobi. Pan prawdopodobnie przywiózł nam jakąś nową sztukę?...

— Nie, nie!

— Szkoda. Ale to się napisze teraz tutaj. Polecę panu jedną małą aktoreczkę... — Koper uśmiechnął się znacząco. — Dyrektor sam przyzna, że ma znaczne zadatki...

Nim się Turski zdołał opamiętać, już wzięty przez dyrektora pod ramię i poprzedzony pół krokiem przez godną figurę doktora Kopra, znalazł się za kulisami. Niektórzy ze starszych aktorów znali go i witali z udaną serdecznością, młodsi patrzyli nań godnie z ubocza, czekając w jak najwięcej niedbałych pozach, aż przyjdzie, przedstawi się i przywita.

Ale Turski nie przyszedł, nie przedstawił się i nie przywitał. W ogóle nie rozumiał, po co go tu zawleczono i zły był na siebie, że się nie oparł. Mdły zapach perfum, szminki i pudru zalatywał z otwartych damskich garderób, na korytarzu ukazywała się co chwila jakaś postać niedoskonale odziana, albo przebiegały pędem garderobiane z perukami i częściami ubrania na ręku. Znał ten zapach i ten ruch zakulisowy i czuł się w nim niegdyś dobrze. Teraz jednak ogarniał go wstręt i zakłopotanie, czuł się tu śmiesznym i wysoce niepotrzebnym i chciał odejść jak najprędzej.

Dyrektor wcisnął go w przyćmioną czeluść zascenia i zaczął mu tłumaczyć, że on wprawdzie jest gotów z całego serca, ale czasy są ciężkie i obliczenie tantiem teraz po dziesięciu latach napotka na pewne techniczne trudności, więc może by jakiś niewielki ryczałcik...

Turski uśmiechnął się mimo woli.

— Nie, dyrektorze. Teraz tego już nie potrzebuję. Był czas, kiedy by się było przydało42, ale teraz nie... Może to dyrektor użyć, na jaki zechce cel...

Dyrektor, uspokojony, zniknął momentalnie, a ponieważ i Koper już poprzednio z ostentacyjną poufałością wszedł do jednej z mniejszych garderób damskich, więc Turski pozostał sam. Skierował się ku wyjściu, prześlizgując się w cieniu stosów opartych o ściany dekoracji w obawie, aby go znów kto znajomy nie spostrzegł i nie zatrzymał.

W jaśniejszym jakimś przejściu natknął się niespodziewanie na człowieka starszego o długich, siwych włosach, w poprawnym, o wytwornym smaku świadczącym ubraniu i z gładko wygoloną twarzą. Spotkany chciał się usunąć, ale Turski go poznał.

— Dyrektor! — zawołał z niekłamaną radością.

Starszy pan uśmiechnął się niewyraźnie.

Crimen laesae maiestatis43. Z dyrektorem mówił pan przed chwilą. Ja tu jestem tylko... jednym z reżyserów.

— Jak to? Co się stało?

— Nic się nie stało. — Podniósł na Turskiego spokojne, jasne oczy, na ustach zaigrał mu ledwo dostrzegalny ironiczny uśmiech. — Dyrektor Malinowski raczył mnie zaangażować.

Turski nie rozumiał tego zupełnie. Stojący przed nim w cieniu kulisy człowiek, to był Zaremba, po Koźmianie44 i Pawlikowskim45 trzeci, który niesłychanie wytwornym smakiem artystycznym i nieograniczoną ofiarnością przez szereg lat utrzymywał teatr polski na wyżynie prawdziwej sztuki. Z głębokiego i na pozór beznadziejnego upadku, jaki nastąpił bezpośrednio po ustąpieniu Pawlikowskiego, gdy scena wpadła w ręce przedsiębiorców i kabotynów, Zaremba, objąwszy po długiej walce dyrekcję teatru krakowskiego, dźwignął go, nie oszczędzając sił ani grosza i stworzył nowy rozkwit sztuki, którego Turski ongi46, przed dziesięciu laty był świadkiem. Scenie nowe postawił zadania i wynalazł nowe środki wyrazu artystycznego, rozbudził twórczość dramatyczną, stworzył sobie z niczego i wychował całe pokolenie aktorów, umiejąc znaleźć nieomylnie talent tam, gdzie by się go nikt nie był spodziewał.

I obecny dyrektor Malinowski, niegdyś zwyczajny Malik, był jego kreaturą. Zaremba wyszukał go — dawnego krawczyka — w jakiejś wędrownej operetce, gdzie błaznował, tańczył, objaśniał lampy i śpiewał, wziął w samym początku swej dyrekcji na scenę stołeczną, dał warunki rozwoju, zachęcił, pouczył i... patrzył.

Umiał patrzeć.

Patrzył, jak wzrastała niepoślednia indywidualność aktorska, jak bystry umysł chwytał w lot wskazówki, jak artystyczna natura zdobywała sobie pracą i intuicją nowe, właściwe środki wypowiedzenia. A że się Malik przedzierzgnął w Malinowskiego, że powoli, z wyjątkiem imienia chrzestnego, o którym zapomniano, nic w nim nie pozostało prawdziwego, że mówił, cieszył się i płakał słowami wyuczonych ról, że słowem pod rozrostem aktora zginął w nim człowiek oprócz jednej żądzy wywyższenia się i władzy za wszelką cenę: to już Zarembę nic nie obchodziło. Patrzył i uśmiechał się.

Umiał się uśmiechać.

Turski znał dobrze tę historię i nie mógł jakoś teraz zrozumieć zamiany ról, nie mógł pogodzić się z myślą, że Zaremba jest reżyserem u Malinowskiego. Szukał słów, jakby się o tę zmianę rzeczy zapytać, gdy nagle z głębi zabrzmiał ostry głos:

— Panie Zaremba! Gdzie pan się podziewa? Czas już zaczynać!

To Malinowski wołał.

Zaremba skłonił się szybko Turskiemu i nie podając mu ręki na pożegnanie, zniknął bez słowa między kulisami.

Nim Turski wynalazł kogoś, kto mu otworzył żelazne drzwi, na widownię wiodące, akt drugi był już w pełnym toku.

Nie miał ochoty patrzeć na to, co się dzieje na scenie, a przy tym niemiło mu było wchodzić teraz do krzeseł i wywoływać wrażenie pojawieniem się swej osoby, zwłaszcza że po ostentacyjnym powitaniu przez dyrektora cały teatr już zapewne wiedział, kim jest. Błądził więc przez jakiś czas po korytarzu, a potem zwrócił się na pierwsze piętro do loży, gdzie siedziała księżna Helena.

Ostatecznie wcześniej czy później trzeba się z nią będzie przywitać.

Wszedł bez zapukania. Wyczuł, że w zacienionej głębi znajduje się kilku mężczyzn; minął ich i zbliżył się ku przodowi. Księżna siedziała w ogromnym, czarnym kapeluszu, przechylona przez parapet i patrzyła na scenę. Na odgłos kroków, tłumionych dywanem, obróciła się nieco, tylko tyle, aby uśmiech jej mógł zobaczyć i nie odrywając oczu od sceny, wyciągnęła rękę wstecz na powitanie. Białą, długą, wypieszczoną, brylantami w platynowej szarej oprawie strojną dłoń. Wiedziała snadź, kto przychodzi i uważała to przyjście za naturalne. Uścisnęła lekko palce Turskiego i — nie patrząc — pociągnęła go na krzesło obok siebie.

Turski usiadł i milczał. Było mu dziwnie nieswojsko i po prostu nudno. Wzrokiem powoli do mroku przyzwyczajonym powiódł po mężczyznach w głębi loży. Tuż za księżną siedział młody, tłusty bałwan o czarnych, krótko strzyżonych włosach. Patrzył na Turskiego zimno i z nienawiścią. Głębiej dwóch jeszcze siedziało. Jednego z nich przypomniał sobie Turski z przed dziesięciu lat, jako młodego, wówczas początkującego malarza, któremu wielką rokowano przyszłość. Zaledwie zdołał go poznać w tym człowieku zniszczonym o zapadłych policzkach, czarnej brodzie i dużych, gorączkowo świecących oczach. Odnalazł jednak w pamięci jego nazwisko — Wierzbic — i ukłonił mu się z lekka. Malarz wyciągnął dłoń na powitanie.

Drugiego nie znał zupełnie. Był to młodzieniec wysoki, zbudowany jak cyrkowy akrobata, o małej ptasiej główce i dziwnie impertynencko zadartym nosie. Znać było, że uważa się za bardzo przystojnego i poniekąd zdobywcę niewieścich serc.

Nagle księżna Helena zwróciła się do Turskiego:

— Pamięta pan?

Głową wskazała na scenę.

Młody aktor klęczał u nóg boginki róż, którą wywiódł nieopatrznie na bezwodną pustynię i mówił wiersze, a dekoracje za niego grały. Rzecz była mianowicie taka, że obiecywał swojej ubóstwianej różne cudowne rzeczy, których jej nie mógł dać, a dobrotliwa i również zakochana boginka, aby go nie martwić, stwarzała sobie sama to wszystko, co on jej obiecał. A więc z piasków wykwitały prześliczne kwiaty, woda zaczynała szemrać po wyschłych kamieniach, na nagle wyrosłych palmach pojawiały się bajeczne rajskie ptaki o tęczowych ogonach. Dekoracje były stare i zużyte, ale maszyneria działała jeszcze bez zarzutu i przy dobrej woli można się było łudzić, że cud się dzieje na scenie.

Turski przypomniał sobie, że niegdyś, na którymś z dalszych przedstawień Wiosennych dziwów siedział podczas tej sceny w mroku loży z ustami zbliżonymi do wonnego ramienia księżnej Heleny i szeptał jej do ucha, że taki cud ona w jego życiu jałowym stwarza. Teraz wydało mu się to niezmiernie śmiesznym, ale odrzekł poważnie:

— Pamiętam.

Księżna zwróciła się z nagłym ożywieniem w głąb loży.

— Ale ja panów jeszcze nie zapoznałam. Wierzbica pan sobie przypomina? To pan Rohityn, a to — wskazała na akrobatę — pan Golimski, znany u nas zaszczytnie sportowiec — Roman Turski.

Zdawało się, że w jednej chwili straciła objawiane dotychczas zainteresowanie dla znanego sobie doskonale widowiska. Poczęła mówić dużo i z ożywieniem. Nie dopytywała się Turskiego zgoła, gdzie był, co robił, nie wyrażała zdziwienia, że odjechał ani że powrócił, lecz rozmawiała z nim tak, jakgdyby wszystko było najzupełniej naturalne. Opowiadała mu o zdarzeniach ostatnich mie­sięcy i tygodni, informowała go mimochodem, bez nacisku ozmianach zaszłych w towarzystwie, o których mógł nie wiedzieć.

W pewnej chwili, kiedy towarzyszący jej mężczyźni zajęci byli sobą, rzuciła mu niespodziewanie ze swoim zwykłym wyzywającym, prosto w źrenice idącym spojrzeniem:

— Wiedziałam, że wrócisz.

Turski zdumiał się.

— Księżno?...

Mówiła już o czym innym.

— Z księciem jeszcze się pan nie widział? Rad panu będzie. Przyjdzie tutaj do loży. Obiecał przyjść. Rozwiodłam się z nim...

Rohityn chrząknął znacząco i dumnie — po ustach malarza przemknął bolesny, ironiczny uśmiech — ufryzowany sportsmen patrzył o ile możności jak najgłupiej przed siebie.

— Wszakże... mówiła pani, że książę tutaj będzie? — zdziwił się Turski.

— Tak jest. Żyjemy w jak najlepszej zgodzie z sobą. Ale rozwiodłam się z nim.

A potem dodała z naciskiem i głośno, tak że wszyscy mogli słyszeć:

— A widzi pan! Trzeba było mieć cierpliwość.

Turski pochylił głowę, ażeby ukryć uśmiech. Wydała mu się w tej chwili komediantką wcale nie gorszą od aktorki, pokazującej boginkę róż na scenie. Przypomniało mu się, ile razy niegdyś w miłosnym obłąkaniu błagał ją, aby się z mężem rozstała i z nim na życie los swój połączyła. Kazała mu zawsze czekać, nie odmawiając nigdy stanowczo, ale wyszukiwała wciąż powody ważne, dla których jeszcze teraz nie mogła tego uczynić... Aż nareszcie tego dnia, kiedy po raz ostatni przed dziesięciu laty z nią w ukrytym hotelowym pokoju mówił i błagał jak zawsze, rzuciła mu zniecierpliwiona brutalnie prosto w twarz:

— Książę ma z górą sto tysięcy rocznego dochodu, a ty ile?

Skłonił się jej wówczas w milczeniu i wyszedł. Słyszał jeszcze za sobą z gniewem wyrzeczone słowa:

— Dość miałam nędzy za młodu, nie chcę jej więcej kosztować. Dość, dość, dość!

To było ich ostatnie widzenie się przed laty. Turskiemu ta scena stanęła żywo przed oczyma. Pomyślał, że on jednak w tej chwili jest majętniejszy, niż wówczas był stary książę.

— Pan się nazbyt spieszył... — dorzuciła księżna Helena z odcieniem melancholii w głosie.

Rohityn zachrząknął znów groźnie.

Dla Turskiego było coś dziwnie obrzydliwego w tej rozmowie, prowadzonej znacząco i otwarcie wobec ludzi, o których się domyślał, że są pod władzą tej bosko-urodnej Cyrce47 czarnowłosej. Poczuł ochotę powiedzenia czegoś, co by jej odebrało wyzywającą, prawie że cyniczną pewność siebie i zmusiło do zmienienia tematu. Wzniósł oczy powoli i spojrzał jej prosto w twarz.

— A... obecnie jak się przedstawia strona finansowa położenia pani?

Wytrzymała jego spojrzenie bez zmrużenia powiek.

— Doskonale. Dziękuję. Książę mnie zabezpieczył. Jestem najzupełniej niezależna.

— Cieszę się bardzo ze względu na panią.

Ożywiła się znowu.

— Czy pan wie, że ja mam... syna?

— Syna?!

— Tak.

Patrzyła mu w oczy wyzywająco i mówiła bez zająknienia, nie zważając na dzikie pomruki siedzącego za nią tłustego bruneta:

— Mam syna. Pan wyjechał w sierpniu. On przyszedł na świat w maju następnego roku. Mówią, że jest bardzo do mnie podobny. Książę nadzwyczajnie go kocha.

Turski był zmieszany. Ta kobieta jednak panowała wolą i świadomością swej siły nad wszystkim. Ona spostrzegła jego zmieszanie i nie zdołała powstrzymać przelotnego uśmiechu triumfu.

— Iwo mu na imię. Ładny i duży chłopak. Wedle umowy rozwodowej należy do księcia, ale obecnie jest u mnie...

Kończący się na szczęście akt przerwał przykrą rozmowę, która pozostawiła Turskiemu niedające się zwalczyć uczucie niesmaku.

Z chwilą rozjaśnienia się widowni wszedł książę do loży, wysoki, siwy, dystyngowany, do bardzo mocno zasuszonego śledzia podobny pan. Przywitał się z rozwiedzioną żoną pełnym szacunku pocałunkiem w rękę, skłonił się obecnym, Turskiemu kilka przyjemnych słów powiedział. Tuż za nim wsunął się Koper i zaraz zaczął krzykliwym głosem, z przesadną gestykulacją opowiadać coś banalnego księżnej, która go słuchała z najprzyjemniejszym w świecie uśmiechem na twarzy.

Turskiemu robiło się ciasno i duszno. Chciał wyjść za wszelką cenę. Książę go zatrzymywał uprzejmie, ale się wymówił zmęczeniem po długiej podróży. Księżna podała mu rękę z rozkosznym uśmiechem, nie powstając z miejsca.

— Gdzie pan mieszka? — spytała.

Wymienił nazwę hotelu.

Zaśmiała się nieco złośliwie.

— Czy zawsze jeszcze numer dwudziesty dziewiąty?

— Nie, księżno — skłamał. — Tego numeru podobno już wcale nie ma, jak wielu, wielu innych rzeczy, które były.

Słuchała z roztargnieniem rzeczywistym czy też udanym. Skinęła mu jeszcze raz głową.

— Książę pana zapewne odwiedzi. A do mnie — przyjdzie pan chyba sam? Choćby dla zobaczenia... mojego syna.

Wychodząc, zauważył dopiero w najciemniejszym kącie loży, na małym krzesełku pod wieszadłami zachmurzoną, osowiałą postać Rogockiego.

— Ty tutaj? — zdziwił się mimo woli.

— Tak — mruknął były adwokat... — Siedziałem przez cały akt, ale nie chciałem wam przeszkadzać. Czekaj, wyjdę wraz z tobą.

Owinął się w lekką, wyszarzałą pelerynę i wyślizgnął się z loży, nieżegnany i niezatrzymywany przez nikogo. Na korytarzu dopiero w pobliżu świecznika przystanął i jął się przypatrywać Turskiemu. Po obrzękłej twarzy jego przeleciał jak gdyby cień roztkliwienia.

— Tak cię dawno nie widziałem! Tyle lat... Myślałem, że już nie żyjesz.

Turski zaśmiał się. W odpowiedzi Rogocki zamruczał coś niewyraźnego, jakby urażony, i nie czekając aż Turski wierzchnie odzienie z garderoby odbierze, wybiegł z teatru. Na ulicy chwycił Turskiego pod rękę.

— Po coś ty tu przyjechał? Ty nic nie wiesz jeszcze, ale ja ci opowiem! Tutaj się straszne rzeczy dzieją!

Mówił pośpiesznie, z nerwowym niepokojem, nie dając towarzyszowi przyjść do słowa.

— Ci trzej... widziałeś? Ale to nic. Trzeba o każdym z osobna... Takimi ludźmi ona się otacza! Ty ją znasz. Nie tak wprawdzie jak ja, lecz zawsze znasz ją cokolwiek...

Zachłysnął się i przystanął na rogu ulicy.

— Zajdziemy może do jakiej kawiarni? Tu niedaleko...

Nie czekając odpowiedzi, pociągnął Turskiego za sobą.

Usiedli w kącie dużej i jasnej, niezbyt jeszcze o tej godzinie pełnej sali. Służba kręciła się bezczynnie między stolikami albo stała około bufetu, czekając gości, którzy po skończonym przedstawieniu w teatrze całą falą mieli napłynąć. Rogocki nachylił się do ucha Turskiemu.

— Słuchaj, ja dzisiaj nie bardzo jestem przy pieniądzach. Wiesz, klienteli na razie nie mam... Otrzymam wprawdzie wkrótce poważniejszą sumę...

Teraz dopiero w świetle zauważył Turski po jego niespokojnie błyszczących oczach, że jest już pijany. W milczeniu podał mu, jakby papierośnicę, rozwarty portfel. Rogocki chwycił łapczywie kilka banknotów i począł wołać na kelnera.

Z grupy stojącej około bufetu oderwał się jeden i poszedł bez pośpiechu ku przybyłym.

— Pan rozkaże? — spytał Turskiego, odwracając się ostentacyjnie tyłem do byłego adwokata.

Turski wskazał w milczeniu ręką swego towarzysza.

— Szampana! Roman, wszak napijesz się, co? — zapraszał Rogocki uprzejmie. — Dwie flaszki. Mumm — extra dry48!

Pierwszą szklankę wychylił duszkiem i zbliżywszy swoim zwyczajem kosmatą twarz do twarzy Turskiego, począł mu opowiadać chaotycznie o księżnej Helenie, o ludziach, którzy u niej bywają, o rozwodzie z księciem, o dziecku jej i o sobie, mieszając widocznie fakty rzeczywiste z majakami swojej chorej wyobraźni.

— Ten Rohityn... Ty go jeszcze zobaczysz! Opowiada, że ma wielkie dobra gdzieś na Wołyniu, ale to nieprawda. Golimski jest bałwan. Szkoda jej naprawdę... Ty jeszcze nie wiesz, kto ona jest właściwie. To jest święta, to jest nadzwyczajna kobieta. Drugiej takiej na świecie nie znajdziesz!

I bezpośrednio po tym zapewnieniu zaczął mówić najstraszniejsze rzeczy o księżnej Helenie, od których włosy mogły powstać na głowie. Trząsł się przy tym, unosił i pił coraz więcej. Każdy jej postępek, każde słowo, każdy stosunek choćby najniewinniejszy, urastał w jego powikłanej fantazji do jakichś piekielnych, demonicznych rozmiarów. Niepodobna było tego wszystkiego rozplątać ani zrozumieć, co tu prawdą może być istotnie, a co się tylko Rogockiemu prawdziwym wydaje. Patrząc bowiem na niego, na jego przerażone oczy, drżące usta, chwilami z wyrazem prawdziwego bólu się zacinające, Turski o świadome kłamstwo posądzić go nie mógł. Żal mu się go zrobiło niewypowiedzianie.

— Uspokój się, Jaśku — rzekł, kładąc mu rękę na dłoni.

— Nie, nie. Ja jestem spokojny. To wszystko ostatecznie nic mnie nie obchodzi. Widzisz, co do Wierzbica... Namalował on serię obrazów. Inna kobieta za drzwi by wyrzuciła człowieka, który by ją śmiał tak namalować, zbójcę by nasadziła na niego... Ona ma je wszystkie w domu u siebie i Wierzbica przyjmuje...

Wina zabrakło, kazał przynieść dwie nowe flaszki kelnerowi, który nim wykonał zlecenie, zapytał przezornie Turskiego o zgodę.

Rogocki mówił dalej:

— A mimo wszystko, to nie jest zła kobieta. Nie, nie! I ja ją kocham. Przyznam ci się otwarcie, może się tego nawet nie domyślałeś. Cóż na to poradzę! Już szesnaście czy siedemnaście lat... Nie miałem wówczas jeszcze trzydziestu... Chciałem ją uratować i dzisiaj chcę. To jest bardzo trudno, ale ona widzi moją dobrą wolę. I wiesz, to jest jedyną moją pociechą, że ona, choć nigdy nie dała tego poznać po sobie, choć tego niczym nie objawiała, mnie jednego kochała i kocha...

Turski od dawna nie słuchał. Paplanie Rogockiego w końcu było już nudne. Wodził okiem po dużej kawiarni, która zrazu zapełniała się z wolna, potem, gdy przedstawienie w teatrze się skończyło, zaroiła się naraz gwarnym tłumem mężczyzn i kobiet. Turski zauważył kilku dawnych znajomych; niektórzy przypatrywali mu się pilnie, nie mogąc snadź poznać, inni podchodzili, aby się przywitać i kilka słów zamienić. Znać było, że niektórych od pozostania przy stoliku powstrzymywała tylko obecność Rogockiego, którego się bano powszechnie, gdyż niełatwo wypuszczał z łap swoich ofiarę.

Jednego z przechodzących mimo, blondyna o dobrej, jasnej twarzy i wysokim, inteligentnym, w łysinę już nieco przechodzącym czole, zatrzymał Turski sam.

— Wszak doktor Butrym, jeśli się nie mylę?

— Ach, to pan! Słyszałem już o pańskim powrocie.

Uściskali się serdecznie. Butrym usiadł obok, podawszy dłoń Rogockiemu.

— Co pan tu robi? — pytał Turski.

Butrym się uśmiechnął.

— Raczej by to mnie wypadło pana o to zapytać. Ja ciągnę swoją taczkę. Dostałem przed czterema laty katedrę astronomii na tutejszym uniwersytecie... Ożeniłem się niedawno, mam synka...

— I jakże się panu wiedzie?

— Dziękuję. Idzie jakoś. Widzi pan, nie trzeba nigdy za wiele wymagać, zwłaszcza że i małe wymagania rzadko w zupełności się spełniają. W domu mi dobrze. Pracuję.

Ze skromnego sposobu mówienia profesora nie mógłby się domyśleć Turski, który od dawna to, co się w kraju działo, stracił był z oczu, że ten nie stary i cichy człowiek ma już dzisiaj europejską sławę jednego z najgenialniejszych uczonych. On sam zresztą nie mówił nigdy o swoich zdobyczach naukowych, nie wierząc, aby obchodzić mogły naprawdę kogoś, kto nie ma bezpośredniej z jego zawodową wiedzą styczności. Nie umiał zaś mówić powierzchownie, popularyzować się, rozpraszać; chętniej więc rozmawiał z niewtajemniczonymi o rzeczach obojętnych i codziennych, a pytania znajomych laików, którymi ci spodziewali się sprawić mu przyjemność a równocześnie swoją świadomość rzeczy okazać, zbywał zazwyczaj pobłażliwym: „Dajmy pokój49 tym nudnym rachunkom”, jeszcze nie wiadomo, co z tego będzie, nad czym pracuję.

I teraz zwrócił się do Turskiego z jasnym, przyjaznym uśmiechem:

— Niechże pan nareszcie opowie, gdzie był? Co robił? Co widział? Panie Romanie!

Od czasu przyjazdu po raz pierwszy został Turski o to zapytany i po raz pierwszy od długich lat miał ochotę opowiedzenia czegoś ze swoich przygód, rozwinięcia historii tej swojej zadziwiającej i niezwykłej wędrówki po Azji.

Zaczęła się długa pogawędka, w której milczący Rogocki powoli także zaczął brać udział. Z chwilą, kiedy zapomniał o prześladującej go jak opętanie myśli o księżnej Helenie, stał się po prostu innym człowiekiem. Wiedział wiele i sądził rozumnie; musiał niegdyś dużo czytać, patrzeć, podróżować. W barwne opowiadanie Turskiego wtrącał uwagi o sztuce japońskiej, o wschodnich ludach, religiach i obyczajach, świadczące o znawstwie i wytwornej inteligencji. Dla Turskiego nie było to niespodzianką, ale Butrym spojrzał nań kilkakrotnie ze zdumieniem; tak się powszechnie przyzwyczajono uważać dawnego i rozgłośnego adwokata za podupadłe, na wpół obłąkane indywiduum, że nikt w nim już nie podejrzewał innego człowieka.

Było już dobrze po północy, kiedy Butrym powstał, aby się pożegnać.

— No więc tak, panie Romanie, jest pan znów u nas! I niechże pan powie tak szczerze, jak się tu teraz panu to wszystko wydaje?

Turski spojrzał powoli dookoła siebie.

— Zbyt krótko tutaj jestem, dopiero jeden dzień...

— A więc wrażenia jednego dnia?

— Zewnętrznych zmian dużo; wewnętrznie, obawiam się, że nic się właściwie nie zmieniło, a to wszystko, wśród czego dawniej żyłem, wydaje mi się teraz dziwnie, dziwnie...

— Dokończ pan śmiało!

— Przewrotnym.50

Profesor Butrym spoważniał.

— Obawiam się, że masz pan słuszność — rzekł z ledwo dostrzegalnym ironiczno-bolesnym uśmiechem na twarzy.

Po odejściu profesora, Rogocki mimo wypitych kilku flaszek wina, mówił jeszcze jakiś czas zupełnie rozumnie, dopytywał się o ekonomiczne warunki Chińskiej Republiki i robił swoje uwagi, gdy nagle w środku jakiegoś zdania zamilkł i chwycił Turskiego nerwowo za rękę.

— Słyszysz?

Turski wzniósł głowę. Tuż za ich plecami znajdowało się cienkie drewniane przepierzenie, oddzielające od głównej sali zamknięte osobne gabinety, do których wprost z korytarza się wchodziło. Z jednego z nich zalatywał gwar żywej rozmowy, przerywany brzękiem szkła i strzałami korków szampańskich, potem zabrzmiała srebrzysta, wysoka kaskada śmiechu kobiecego.

Turski poznał ten głos, śmiała się księżna Helena.

Rogocki powstał.

— Daruj, muszę tam iść... na chwilę...

— Daj pokój, zostań... Albo raczej chodźmy już do domu.

— Nie, nie. Ona tam jest sama z tymi... Może mnie na co potrzebować...

Próżno go było zatrzymywać, oczy świeciły mu znowu gorączkowo i nieprzytomnie.

Na odchodnym rzucił jeszcze Turskiemu, zapomniawszy snadź o wziętych odeń banknotach:

— Zapłać za mnie... nie mam dziś przy sobie, ale zwrócę ci wkrótce...

Turski zadzwonił w szklankę i przywołał kelnera, aby załatwić rachunek. Z zamkniętego gabinetu brzmiał nieustannie coraz wyższymi gamami srebrzysty, kryształowy śmiech kobiecy...