IV
Turski nie był jeszcze ubrany, kiedy około południa przyniesiono mu bilet księcia z oznajmieniem, że gość czeka nań w czytelni.
Wyskoczył pospiesznie z łóżka, rad, że będzie mógł wymówić się rannym nieporządkiem od obowiązku przyjmowania księcia w tym samym pokoju, w którym niegdyś żonę jego przyjmował.
W czytelni stary pan czekał nań w trzcinowym fotelu z jakimś zeszłotygodniowym dziennikiem w ręce. Uścisnęli sobie krótko dłonie, oprócz nich nie było nikogo w dużej sali. Po wstępnych, zdawkowych grzecznościach i zapytaniach o zdrowie, rozmowa jakoś nie chciała się kleić. Turski nie mógł się oprzeć wrażeniu, że książę przyszedł doń z jakimś określonym zamiarem i czekał chwili, kiedy go wyjawi. Jakoż rzeczywiście po pewnym czasie, kiedy już właściwie nad miarę przeciągającą się wizytę skończyć należało, książę zwrócił się doń naraz z zapytaniem:
— Wszak pan będzie u mojej... u księżnej Heleny, chciałem powiedzieć.
Turski skinął głową.
— Raczyła mi pozwolić się odwiedzić.
— Tak, tak. Będzie panu rada. Niech pan tam zajdzie... — Urwał zmieszany, jakby szukając wyrazów dla wypowiedzenia dalszego ciągu swych myśli.
Wreszcie wzniósł znowu oczy. Turski zauważył w tych oczach, ogromnie zmęczonych i przygasłych, jakiś wyraz głębokiego bólu, którego by nigdy nie był przypuszczał51 u tego przedziwnie zasuszonego i z pozorów zimnego starca.
Książę tymczasem ciągnął dalej, z trudem widocznym słowa wymawiając:
— Pan wie, słyszał pan, że ja z moją żoną... to jest z księżną Heleną... rozstaliśmy się... Nie z jej winy, o, nie! Ale okazało się, że tak może będzie lepiej... Ona jest jeszcze młoda... Ale ja mam syna, panie!
Poczerwieniał nagle, o ile tylko jego pergaminowosina skóra zdolna była poczerwienieć. W oczach na Turskiego wzniesionych malowało się teraz coś jakby strach i błaganie zarazem.
— Mam syna... — powtórzył ciszej.
Turski spuścił oczy ku ziemi.
— Czy mogę księciu być w czym użytecznym?
— Tak, właśnie — podjął znów, żywiej. — Pan miał... wpływ duży na księżną, ma go pan jeszcze i dziś niewątpliwie... Ja jej nie mam nic do zarzucenia, wiem, że potrafi godność swą i moje nazwisko... szanować, ale... ludzie... młodych lat jej nie rozumieją i żywego usposobienia, gdy widzą, gdy patrzą na to wszystko... Jeśliby pan mógł słowo do niej przemówić...
Usiadł wyczerpany, twarz w dłoniach ukrywając.
— Je l’aime, je l’aime!52 — dodał głucho i skończył, jak gdyby spazmem zrywającego się w piersi płaczu.
Turski siedział w milczeniu, czując, że nic nie ma do odpowiedzenia.
Gdy po chwili książę powstał, aby się pożegnać, nie było już znać na nim przebytego wzruszenia. Rysy zastygły mu na nowo; około wąskich, sinych ust wieszał się zdawkowy, wytworny uśmiech grzeczności.
— Pan daruje, że pana trudziłem.
— Niech książę raczy wierzyć, że jeżeli tylko cokolwiek będzie w mojej mocy...
— Dobrze już, dobrze. Nie mówmy o tym. Ja panu wierzę. Zresztą i tak nie obiecuję sobie żyć nazbyt długo. Żegnam pana. A raczej do widzenia, bo wszak się jeszcze zobaczymy?
Wyszedł zgarbiony i Turski słyszał w korytarzu jego sztywny, wlokący się krok. Coraz duszniej, ciężej i głupiej mu było.
— Nie trzeba było wcale wracać — pomyślał.
Około piątej, nie odkładając, poszedł do księżnej. Mieszkała osobno na pierwszym piętrze w kilku pokojach dużego domu przy cichej, wytwornej ulicy, pełnej zielonych ogrodów przed domami. Gdy we drzwiach oddał bilet, lokaj skłonił mu się nisko.
— Księżna pani kazała jaśnie pana prosić natychmiast bez zameldowania do małego salonu.
Otworzył szeroko drzwi z przedpokoju.
Turski zdziwił się, skąd księżna domyślała się jego przyjścia, gdyż wizyty na ten dzień i godzinę nie zapowiadał. Wszedł do saloniku, będącego raczej przedziwnym, we wschodnim stylu urządzonym buduarem53. Szyby w oknach były z kolorowych szkieł w arabeski54 ułożone; na niskich, miękkich sofach leżały włochate, purpurą przeświecające bucharskie55 kobierce, ze środka stropu, obniżonego olbrzymią, w kształt namiotu rozpiętą makatą zwieszał się kuty świecznik miedziany. Nieco dusząca, ciężka woń wschodniego kadzidła unosiła się w ciepłem powietrzu.
Uśmiechnął się mimo woli:
— Doskonale dobrana dekoracja!
Z drugiego gdzieś pokoju dolatywał go głos księżnej, żegnającej się już od pół godziny z jakimiś dwiema odchodzącymi damami.
— To potrwa jeszcze z pół godziny — pomyślał.
Rzucił się na sofę i wziął ze stojącej obok otwartej szkatułki egipskiego, mocno przesyconego makowcem papierosa. Paląc, rozglądał się dookoła. W czasie azjatyckiej wędrówki swojej był w tylu wschodnich salonach, że nie mógł się oprzeć złośliwemu krytycyzmowi w ocenieniu tego, co widział. Przedmioty były przeważnie wschodniego pochodzenia, ale w urządzeniu całym wschodni styl był zachowany tylko dla tego, kto na Wschodzie nie był. Już nie tylko basza56, lecz pierwszy lepszy bej57 byłby się oburzył, gdyby mu kazano w takim pokoju mieszkać. Turskiego raziło zbyteczne nagromadzenie nie dość zharmonizowanych z sobą przedmiotów, które niby miały salonikowi charakter nadawać i wyłączne prawie posługiwanie się tkaną materią na niekorzyść drzewa, metalu i marmuru, tak na Wschodzie ulubionego.
Nie spostrzegł nawet, kiedy księżna Helena, ślizgając się cicho po dywanie, przed nim stanęła. Zerwał się, rzuciwszy papierosa i pochylił usta do jej ręki. Dłonie miała przedziwnie zimne i Turski nie mógł się obronić nierycersko podejrzliwej myśli, że dla wywarcia wrażenia ochłodziła je naumyślnie na jego przyjęcie pod wodociągiem.
Usiedli w milczeniu naprzeciw siebie. Po raz pierwszy to od dziesięciu lat był z nią znowu sam na sam i nie wiedział po prostu, od czego rozpocząć rozmowę. W zmieszaniu jego nie było nic z dawnych wzruszeń. Owszem, patrzył na nią i czuł to, co wczoraj, to jest, że ta kobieta, od chwili gdy ją ujrzał, stała mu się obcą.
A nawet nie to właściwie! Tamta, którą kochał, żyła w nim do dziś dnia z całym swoim niezniszczalnym urokiem, jak kwiat nadgangesowy ręką indyjskiej dziewczyny w kryształowym słoju przezroczystego miodu zachowany, ale kobieta, którą miał teraz przed sobą, nie była już tamtą, chociaż na pozór nic się nie zmieniła.
— Ja się jednak zmienić musiałem — pomyślał z na poły bolesną, na poły słodką melancholią.
Księżna przerwała mu rozmyślania.
— Czekam — rzekła prawie opryskliwie.
Odzyskał przytomność i uśmiechnął się.
— Wszakże się już przywitałem?
— To zrobił pan już i wczoraj. Chcę wiedzieć, po co przyszedł pan do mnie!
— Zaprosiła mnie pani...
— Więc wdzięczna jestem za odwiedziny. I o nic więcej nie pytam.
— Za to ja pytać będę. Skąd pani wiedziała, że dzisiaj przyjdę?
— Zaprosiłam pana — odcięła się, a potem dodała z nieco wyniosłym uśmiechem:
— Wiedziałam, że pan powróci, czemużbym nie miała wiedzieć, że dziś pan będzie u mnie?
Uczuł się dotkniętym jej słowami i tonem. Podniósł na nią wzrok wyzywająco.
— Więc dobrze, chce pani wiedzieć, po com przyjechał i po co tu dzisiaj przybyłem?
Wzruszyła ramionami.
— Wszystko mi jedno.
— Ja jednak powiem. Otóż chciałem pani spojrzeć w oczy i przekonać się, że mnie już pani nic a nic nie obchodzi!
Zaledwie to powiedział, uczuł, że popełnił kapitalne głupstwo. Stało się to, co było do przewidzenia: księżna nie obraziła się, lecz patrzyła nań teraz owszem badawczo, z odrzuconą w tył głową, spod przymkniętych powiek, na ustach igrał jej ironiczny uśmiech triumfu.
— I przekonał się pan?...
Nie czekając odpowiedzi, podchwyciła żywo, zmieniając zupełnie ton:
— Książę był dzisiaj już u pana?
Zawahał się.
— Tak.
— I prosił pana, aby pan... wpłynął na mnie?
— Skąd pani wie o tym?
Powstała.
— Ach, biedak! Obchodzi od pewnego czasu wszystkich moich... znajomych i prosi, aby na mnie wpływali! Nie lubię tego poniżania się bez celu.
— Któż temu winien?
— Pan się pyta? Pan?!
Po tych, z wyrzutem wypowiedzianych słowach, roześmiała się naraz cicho i miękko.
— Ach, prawda! — zawołała nagle — Chciał pan zobaczyć... książątko.
Nie chciał tego wprawdzie wcale, ale skinął głową potakująco i zaczął usilnie rozbudzać w sobie ciekawość, jak ten, dziesięcioletni już chłopiec, może wyglądać.
Księżna zadzwoniła.
— Niech tu przyjdzie Iwo — wydała polecenie jakiejś starszej, na odgłos dzwonka pojawiającej się lektorce czy damie do towarzystwa.
Za chwilę wszedł, ociągając się niechętnie, smukły, przystojny chłopak o dość pospolitym wyrazie twarzy. Spojrzał chłodno i wrogo na obcego i, nie skinąwszy mu nawet głową, zbliżył się wprost ku matce.
— Czy mama mnie na co potrzebowała?
— Przywitaj się z panem Turskim.
Niechętne zdumienie odbiło się na twarzy chłopca. Wyciągnął rękę i ze śmieszną wyniosłością podał końce palców Turskiemu, szybko następnie dłoń cofając.
Turski nie wiedział, co powiedzieć. Coraz bardziej zły był na księżną, że go stawia w przykrej a komicznej sytuacji. Dała mu wczoraj dość jasno do zrozumienia, że on jest ojcem jej syna i demonstruje mu teraz, nie czekając nawet stosowniejszej chwili, dziecko, które mu jest najzupełniej obce i obojętne. Jaki jest cel tego wszystkiego i o co chodzi właściwie? Czy chce go w ten sposób przykuć do triumfalnego wozu swojego na długim i luźnym a nierozerwalnym łańcuchu zobowiązania? Co jej na tym zależy?
Zawstydził się naraz tych myśli. Może jest niesprawiedliwy, może ona naprawdę spodziewała się sprawić mu przyjemność lub chciała według swego mniemania spełnić obowiązek, pokazując mu dziecko, w którym podobno jego własna krew płynęła... Zaczął to sobie uporczywie w myśli powtarzać w nadziei, że się w nim odezwie może tajemniczo w człowieku pono gdzieś istniejący „głos krwi”.
Nic z tego wszystkiego. Chłopiec nie podobał mu się i rad by był właściwie pozbyć się go jak najprędzej. Zresztą nic go z tym dzieckiem nie łączyło. Nie wiedział o jego urodzeniu, nie patrzał na malca, wyciągającego pulchne rączki do otoczenia, nie czuwał nad jego wzrostem i rozwojem, nie cieszył się jego pierwszym słowem, nie martwił się jakąś przemijającą chorobą, nie urabiał jego ducha, nie miał w przyszłości dać mu swego nazwiska; to było dziecko nie jego, jeśli nawet istotnie jego krew dała mu początek.
Iwo zaczynał się niecierpliwić długością nudnej wizyty, której celu nie rozumiał.
— Proszę mamy, czy ja mogę już odejść?
— Zapytaj pana Turskiego.
Urażony chłopak zrobił niechętny grymas i spojrzał nienawistnie w oczy Turskiemu.
— Proszę pana, ja już chcę iść. Zacząłem sobie okręt budować — rzekł twardo.
Turskiemu ten ton się spodobał. Ujął chłopca za ramiona i przyciągnął ku sobie. Iwo spojrzał szybko i podejrzliwie na jego ręce, jakby się chciał przekonać, czy są dość czyste, aby się zetknąć z jego białą bluzką marynarską i czekał wstrzemięźliwie, co to dalej będzie, jedynie w tył nieco głowę odchylając, aby nie przyszła przypadkiem obcemu człowiekowi ochota pocałować go, czego nie lubił.
Turski obejrzał go dokładnie od stóp do głów. Był smukły i jedynie do matki znacznie podobny, zarówno wytworną budową jak i rysami twarzy, jeno58 że w oczach jego, na czole i około szerokich ust był jakiś rys twardy, prawie że brutalny.
— Jak ci na imię? — zapytał bez myśli, boć przecie imię chłopca od matki już był słyszał.
— Pan nie wie? — zdziwił się malec i wyrecytował z powagą, jak lekcję wyuczoną: — Jestem Iwo Henryk Bonawentura książę Hazarapelian, ostatni potomek w XVI wieku do Polski przesiedlonej armeńskiej rodziny. A pan?
— Ja? ja Jestem po prostu Roman Turski.
— Pan Turski jest naszym przyjacielem — objaśniła matka. — Bywał u nas niegdyś bardzo często.
— To tak, jak pan Rohityn, a w przeszłym roku pan Golimski, którego lubię najbardziej ze wszystkich, gdyż umie chodzić po pokoju na rękach z nogami w górę. A czy pan to może także potrafi?
— Nie próbowałem.
Chłopiec przyglądał się Turskiemu badawczo.
— Ja sobie pana w ogóle nie przypominam — zakonkludował.
Wejście lokaja, oznajmiającego przybycie Wierzbica, przerwało rozmowę. Iwo znikł w swoim pokoju. Księżna kazała prosić malarza do dużego salonu.
— Przejdziemy tam?
— Służę pani — rzekł Turski, powstając.
Na środku pokoju zatrzymała się i odwróciła ku niemu. Miała melancholijny uśmiech na ustach i oczy szeroko rozwarte, pełne łez.
Nim się mógł spostrzec, przesunęła po jego wargach rękę od przegubu dłoni aż po nagi łokieć. Drgnął mimo woli pod niespodziewanym dotknięciem tej wonnej, miękkiej, jedwabistej skóry.
— Podziękuj — szepnęła.
W salonie czekał Wierzbic, przeglądając dużą tekę, którą przyniósł z sobą. Wstał bez pospiechu i przywitał się krótko. Turski zauważył, że w dziennym świetle wyglądał jeszcze mizerniej, podkrążone oczy błyszczały mu niezdrowo, zapadnięte policzki odbijały przykrą żółtością od dużej, czarnej, pieczołowicie utrzymanej brody. Na ustach miał ciągle jakiś przymarzły, irytujący półuśmiech sarkastyczny.
— Czy pani będzie dzisiaj pozować? — spytał księżną bez wstępu prawie szorstko.
Potrząsnęła głową melancholijnie.
— Nie. Nie jestem usposobiona...
— Trzeba koniecznie. Kilka linii tylko zrobię. Zresztą wie pani, że nie zależy mi na tym, jak pani usiądzie. — Usta wykrzywiły mu się wyraźniejszym, niemiłym uśmiechem. — Podobno mam dar widzenia pani zawsze we właściwych pozach...
Było coś niezmiernie obrażającego w tonie jego słów, a równocześnie drżało pod nimi coś zgoła innego, niż to co było powiedziane; Turski miał wrażenie, że słyszy jakiś przedziwny, potępieńczy krzyk umęczonego do śmierci człowieka...
Księżna zwróciła się do Turskiego z niewinnym, pobłażliwym uśmiechem, który zdawał się mówić:
— I cóż ja zrobię z tym szalonym malarzem? Trzeba mu w końcu ustąpić.
Po czym przeszli do sąsiedniego, obszernego i jasnego gabinetu.
Księżna Helena usiadła swobodnie w wysokim fotelu, wskazując Turskiemu obok miejsce na taborecie. Zaczęli rozmawiać o rzeczach obojętnych z pewnym odcieniem serdecznej, dawnej zażyłości. Obecność trzeciej osoby ułatwiała im naturalną rozmowę.
Wierzbic tymczasem, usadowiwszy się naprzeciw, otworzył tekę i wydobył ołówek. Popatrzywszy przez chwilę na księżną, odrzucił przygotowaną kartę, na której snadź jakiś rysunek był już zaczęty, i wziąwszy świeżą, począł coś kreślić nerwowo. Krzywy uśmiech na ustach wystąpił wyraźniej i zastygł w grymas nieznośny.
Turski nie mógł patrzeć na niego. Spuścił głowę. Tuż przed oczyma miał dość dużą, ale nad wyraz zgrabną i wytworną stopę księżnej w białym, lakierowanym, bardzo płytkim buciku na czarnej jedwabnej pończosze.
Miał wrażenie, że ta stopa drgnęła pod jego wzrokiem i zaczęła się prężyć nerwowo jak kot miękką dłonią głaskany. Przypomniała mu się jakaś dawna, dawna scena, kiedy całe, bosko urodne ciało tej kobiety prężyło się tak pod obłąkanym, zachwyconym jego wzrokiem.
Mówiła doń wówczas:
— Nie patrz na mnie tak, bo łaskoce mnie pieszczota twoich źrenic i o szaleństwo przyprawia!...
Spojrzał na nią i urok wspomnienia pierzchnął w jednej chwili. Zdawało mu się, że złapał niespodziewanie jej wzrok, którym patrzyła nań badawczo, chwytając wszelkie skryte odruchy jego uczucia, aby się do nich zastosować celowo.
Ponieważ rozmowa się urwała, zaczął niepytany opowiadać jakieś szczegóły z pobytu swego w Azji. Przy tym, stosując się snadź mimo woli do nastroju i atmosfery tego domu, kłamał. Miał wiele do opowiedzenia rzeczy ciekawych i rzeczywistych, ale zamiast mówić o nich, wymyślał co innego, co nawet wcale zajmujące nie było.
Po pewnym czasie Turski sięgnął po papierośnicę. Była pusta. Księżna wskazała mu ręką szkatułkę, stojącą na małym stoliku poza plecami rysującego wciąż Wierzbica. Wstał i wziął papierosa. Wracając spojrzał mimo woli przez ramię malarza i przeląkł się. To co zobaczył na karcie, było wprost potworne. Fotel przyjął na niej jakieś barbarzyńskie, nienaturalnie rozrosłe kształty, pochłaniając w sobie postać siedzącej księżnej. Ciała jej, zasłoniętego poręczą, nie było widać, jeno głowę ze spiętrzonymi włosami i małą częścią nagiego torsu oraz wyciągnięte nagie stopy i łydki. Szyja była naprzód wyciągnięta i głowa w forsownym ruchu nagięta ku dołowi; kobieta zgubiona w fotelu patrzyła na coś u swoich nóg z natężeniem, jak wąż hipnotyzujący swą zdobycz, z ohydnie, lubieżnie rozchylonymi ustami, wśród których na dolnych zębach pojawiał się koniec wysuniętego języka. A tam u jej nóg siedział, a raczej stał przykucnięty na czterech łapach on sam. Turski, w postaci orangutana z małymi oczkami, uporczywie w białą nagą stopę wbitymi.
Księżna dostrzegła zdumienie na twarzy Turskiego.
— Musiał tam Wierzbic znowu coś dobrego wymalować! — zaśmiała się.
Turski wzniósł oczy. Teraz dopiero spostrzegł, że na ścianie, pod którą siedział wraz z księżną, znajduje się rodzaj fryzu, złożonego z pastelowych kartonów równej wielkości, ujętych w ramy z białego sosnowego drzewa. Był to potępieńczy taniec oszalałej, chorej wyobraźni. Na każdym pastelu znajdowała się księżna Helena. Żaden z nich nie raził bezpośrednio uczucia przyzwoitości, a przecież wszystkie były okropne. Najokropniejsze zaś te, na których księżna przedstawiona była w ubraniu, tyle tam było szatańskiego wyuzdania lub zimnego, śliskiego jak wąż grzechu w ruchu rąk, w przegięciu ciała, w wyrazie ust i oczu.
Wierzbic, spostrzegłszy, że Turski obrazy jego ogląda, zaśmiał się nerwowo i powstał, składając tekę.
— Co pan myśli o tym wszystkim? — spytał.
— Niewiele. Miałbym ochotę posłać pana do szpitala, choć to są niewątpliwie dzieła sztuki i to bardzo tęgie.
Księżna uśmiechnęła się boleśnie, jak umęczona ofiara.
— I niech pan pomyśli, panie Romanie, że ten człowiek twierdzi, iż się we mnie kocha!
— Czas przeszły, czas przeszły, jeśli mi wolno poprawić łaskawą panią.
— To także choroba — rzekł Turski poważnie, księżnej odpowiadając.
— Sądzi pan, że uleczalna? — odparła pytaniem, patrząc na niego dumnie i wyzywająco.
— Nie jestem lekarzem, nic o tym powiedzieć nie mogę.
Wierzbic mruczał do siebie:
— Tak, tak, choroba, która różne, bardzo różne fazy przybiera.
Wyszli od księżnej razem. Milczeli na szerokich schodach i w ulicy, dopiero kiedy skręcili na planty, Wierzbic roześmiał się głośno.
— Z czego się pan śmieje?
— Ze wszystkiego. Z siebie, z księcia, z księżnej, z pana.
— I ze mnie także?
— Pan nie jest wyjątkiem.
— Ha!
— Wszakże pan... wrócił.
Turski pomyślał, że próżno by było tłumaczyć, iż powrót jego nie ma nic do czynienia z tą atmosferą obłędu, jaką tu zastał, a potem, że to, coby powiedział, mogłoby nie być prawdą. Zapytał więc tylko Wierzbica:
— Myśli pan, że w księżnej jest naprawdę to wszystko, co pan maluje?
—Nie wiem. Ja to w każdym razie widzę.
— To jeszcze nie racja. Pan może mieć chore oczy.
— Może, może...
Turski zaczął mówić raczej do siebie.
— W księżnej nie ma nic demonicznego, ani... diabelskiego nawet. Jest to niezła kobietą i w gruncie rzeczy bardzo biedna. Może nawet trochę... ograniczona. Tylko naokoło dzieje się wariactwo. Ona jest bardzo piękna i ma w sobie... jakby to powiedzieć? Geniusz płci! Bardzo głupie wyrażenie, bo w tym nie ma nic genialnego. Wszyscy, którzy się do niej zbliżają, tracą zmysły i zdolność panowania nad sobą. Robi się piekielna atmosfera, tylko atmosfera piekielna, panie kochany. Ona jest za słaba, aby się do niej nie zastosować, a zresztą — geniusz płci! Tak, tak. Chcecie być uwodzeni, więc wami pomiata, chcecie być okłamywani, więc kłamie i gra ustawiczną komedię, w którą może w końcu już sama uwierzyła...
Wierzbic zatrzymał się w środku alei i patrzył na Turskiego, aż wreszcie parsknął głośnym śmiechem.
— A gdzież to pana w Azji tak nauczyli deklamować?
Turski zmieszał się cokolwiek.
— Ja nie deklamuję. Mówię, co myślę.
— Nieprawda. Co najwyżej to, co pan chcesz myśleć. Ale i to nieprawda. A przy tym niech się pan stara nie być śmiesznym. Komu jak komu, ale panu mówić takich rzeczy nie przystoi.
— Dlaczegóż to?
— To pan sam powinien wiedzieć najlepiej.
— Nic nie wiem i zachowuję sobie najzupełniejszą swobodę mówienia tego, co myślę. Zresztą jeśli pan nie chce...
Szli znów przez jakiś czas w milczeniu. Wreszcie Wierzbic zwrócił się znów do towarzysza:
— Panie, pomówmy nareszcie poważnie.
— Nie wiem, co by tu było do mówienia...
— Owszem. Wszak można mówić zupełnie otwarcie?
— Nie, panie. Są sprawy, o których nie można otwarcie mówić — nigdy!
— Ach, głupstwo. Ja mogę, bo chcę. Pan był jej kochankiem.
— Wypada mi zaprzeczyć.
— Więc niech pan przeczy. Mnie to nie szkodzi. Ona sama nigdy się z tym nie taiła. Przed panem był Rogocki, nie licząc męża i może jeszcze kogo, o kim nie wiadomo. Po panu ja, po mnie Golimski, po Golimskim ten bałwan Rohityn...
Turski zmarszczył się z rzeczywistą niechęcią.
— Do czego ta litania zmierza?
— Zaraz pan zobaczy. Rzeczywiście litania, nawet porządek taki sam zachowany. Zaczyna się od najwyższych świętych, a potem i o tych drobnych na wszelki wypadek się wspomina. Książę był bądź co bądź wielki pan, arystokrata z krwi i kości. Rogocki miał sławę najbardziej wziętego adwokata w całym kraju, człowiek dużej wiedzy, inteligencji i wartości towarzyskiej — niegdyś! Pan, no, pan sam najlepiej wie, czym pan był. Ja jestem artysta. Golimski był przynajmniej człowiekiem z towarzystwa, a ten Rohityn — już w ogóle nie wiadomo, kto jest. Któż przyjdzie jutro?
— Panie drogi, pan jest zdenerwowany. Może byśmy naprawdę tę rozmowę przerwali.
— Nie można, panie, nie można. Właśnie w najciekawszym miejscu jestem, a pan jest jedyny, z którym da się o tym mówić.
— Nie sądzę...
Wierzbic nie zważał.
— I patrz pan, co się dzieje! Książę się z nią rozwiódł, bo tak chciała, i chodzi teraz... Był już zapewne i u pana? Ha, ha, ha! To jest doskonałe! Z Rogockiego — ruina! Pan — uciekł niby i wrócił. Ja... no, co to mówić; pan widzi. Nawet taki Golimski potrafił zgłupieć jeszcze bardziej.
— Ślicznie, ale co z tego?
— Nic, a raczej to, że wszyscy... jesteśmy na swoim miejscu. Uważał pan? Ta kobieta nie puszcza nikogo. Łańcuszek tylko trochę przydłuża i robi w nim miejsce na nowe ogniwo. I idziemy tak wszyscy w najzupełniejszym porządku na długim, długim łańcuszku, na którego końcu stary książę się wlecze i potyka... Przez pewien czas pańska obroża była wolna, teraz przyniósł pan znowu swą szyję...
— Panie Henryku, pan jest chory naprawdę, niech się pan opamięta!
Wierzbic otarł spocone czoło chustką i począł iść naprzód. Turski mówił:
— Czy pan nie może się wyrwać, zrobić tak jak ja? Zresztą nie potrzeba tak ryzykować. Wystarczy pewno udać się za granicę, na rok, na dwa lata. Do Rzymu, do Paryża. Pan jest mimo wszystko wielki artysta.
— Nie mogę...
— Pan kocha tę kobietę?
— Tak, kocham ją. I równocześnie nienawidzę, nienawidzę jej tak strasznie!
Przystanął znów i zaczął się uśmiechać melancholijnie i słodko.
— Wie pan, że potrafię się bawić w samotności godzinami wymyślaniem mąk, jakie bym jej rad zadać... Oprócz tych rysunków, które pan widział, mam inne... Tych nie pokazuję, to dla mojej tylko satysfakcji. Camera horroris59... Torquemada60 by mi zacnie podziękował z pewnością.
Turski miał już dość tego wszystkiego.
— Wie pan co, ja panu tylko powtórzę moją radę: idź pan do szpitala i to co najprędzej.
Pożegnał się z malarzem i poszedł wprost do siebie do hotelu.
W pokoju mrok już padał przedwieczorny, ale Turski nie zapalał światła. Siadł w otwartym oknie i patrzył na ruch uliczny, gwarny i wesoły, jak zawsze o czasie, gdy w mieście kończy się robota w warsztatach i fabrykach. Nie myślał właściwie o niczym. Jakaś zmora gniotła mu piersi; zaczął znowu żałować, że powrócił do tego miasta, gdzie — czuł — porywa go coś w obmierzły taniec, w wir duszny i niezdrowy.
Aby się uwolnić od tego wrażenia, jął sobie przypominać pobyt swój w Azji, zwłaszcza lata ostatnie, w Japonii spędzone, wesołość ludzi, umiejących z życia korzystać — kwiaty na drzewach, po ogrodach i w domkach papierowych, w dużych, złotych i czerwonych wazach, około których siedzą wieczorem na wzorzystej macie kobiety drobne i szczebiotliwe, jak stado barwnych ptaszków na kwitnącej gałęzi jabłoni wiec odbywające.
Pomyślał o małej, słodkiej Tonami... Przymknął oczy, aby sobie lepiej uprzytomnić jej rysy porcelanowe i przypomnieć, jaką przedziwną woń świeżości miały jej drobne usteczka.
Lecz zaledwie przymknął powieki, począł pod nimi wstawać inny cień: Fala czarnych włosów, rozrzucona na białych, szczupłych ramionach, ciężkie powieki opadają na oczy gasnące w żądzy obłędnej, subtelne, krwią drogocenną prześwietlające nozdrza rozdymają się niespokojnie i usta, usta purpurowe, chłonące jak pożar i jak śmierć rozkoszne...
Zatonął w jakimś przypomnieniu bezprzestrzennym i bezczasowym, żyjącym w nim tylko falą ognia, idącego przez nerwy i nade wszystko rozkoszną muzyką grającej w omdlałym ciele krwi.
Drgnął i oprzytomniał naraz.
Wszakże myśli o księżnej Helenie.
Co to jest? Co to jest, na miłosierdzie Boga żywego! Przed godziną był u niej, patrzył na nią, mówił i głos jej słyszał i aż wstyd, aż przykro mu było, że tak zginęło w nim wszystko, co dla niej niegdyś odczuwał... A oto wstaje przed nim sen-wspomnienie i wszystkie dawne fibry duszy jego porusza. Nie zapomniał nic z tego, co było, i z tego, co było, niczego kochać nie przestał.
Uniósł się i począł chodzić po ciemnym pokoju wielkimi krokami.
— Rozszczepiła się we mnie — myślał — ta kobieta na dwoje. Jedna jest ta, którą ja zakochanymi oczyma niegdyś widziałem, druga tą, którą dzisiaj widzę. Ta pierwsza umarła, a we mnie jest żywa, ta druga żyje, a dla mnie jest jakby umarła. Kocham dzisiaj już nie ją, lecz miniony sen swój o niej, młodość mą, mą miłość samą, która już była.
— Ainsi soit-il!61 — odetchnął z ulgą.