V
Tak się złożyło, że Turski, wybierając się wciąż do Poleskiego, spotkał go dopiero w domu profesora Butryma. Poleski bywał tutaj nie tylko jako lekarz (był nader wziętym specjalistą dla chorób dziecięcych i mały synek profesora, nieco chorowity, często pomocy jego potrzebował), lecz także jako serdeczny i zażyły przyjaciel. Z Butrymem znali się od dawna, jeszcze gdzieś z uniwersyteckich czasów, chociaż Butrym był trochę starszy od niego, pani Butrymowa zaś była jedną z niewielu, jeśli nie jedyną kobietą, którą zgryźliwy lekarz znosił, a nawet — sit venia verbo62 — lubił.
Nie znaczyło to bynajmniej, aby wobec niej powściągał zjadliwe żądło swego języka, ale w każdym razie nie ucinał z nią po dwóch lub trzech zdaniach rozmowy, jak to robił z innymi kobietami, lecz owszem z miną nieco ironiczną i pobłażliwą, uzbrojony swym świetnym i ostrym dowcipem, podejmował z nią długie dyskusje, które „pani Zośka” prowadzić bardzo lubiła, zacietrzewiona w pewnych chwilach mocno w swym feminizmie. Co prawda jego ton wyższości i chłodna, grzeczna co do formy, a jednak dotkliwa żartobliwość w dyskusji, w której niezbyt serio brał jej najbardziej gorące lecz zazwyczaj płytkie argumenty, irytowały ją do tego stopnia, że nieraz po jego odejściu płakała ze złości i przysięgała mężowi, że więcej tego ohydnego człowieka przyjmować w domu swoim nie pozwoli. To jej zresztą nie przeszkadzało dopytywać się z niepokojem, co się z doktorem dzieje, gdy się przez dwa lub trzy dni nie pokazał.
Trzechletni63 Jacuś, synek państwa Butrymów, kochał za to „małego doktora” całym sercem i bez zastrzeżeń. Było coś szczególnego w ogólnym przywiązaniu dzieci do Poleskiego. Tych małych pacjentów jego nie raził bynajmniej garb na jego plecach ani spiczasta głowa, zwracali się doń owszem z największym zaufaniem i wyciągali z uciechą ręce, gdy się zjawił, chociaż ich czekała przykra i gruntownie przez dzieci znienawidzona operacja „pukania”.
I teraz Turski wchodząc zastał Jacusia między kolanami doktora, słuchającego z największą uwagą jakiejś powieści o małym diabełku, który rzekomo miał być ukryty w złotym jego zegarku.
Poleski zmieszał się mimo woli, zobaczywszy Turskiego, i przywitał się z nim dość sztywnie. Turskiego dotknęło to niemile, ale wobec znanej sobie z dawna drażliwości Poleskiego, złożył to na karb swojej winy, że dotychczas nie odwiedził starego przyjaciela tam, gdzie należało, to jest w jego mieszkaniu. Usprawiedliwienie jednak i usunięcie nieporozumienia odłożył na inną, stosowniejszą chwilę.
Profesor Butrym przedstawiał go swojej żonie. Pani Zośka spojrzała z uprzejmą ciekawością na człowieka, którego historię, naturalnie z różnymi jeszcze dodatkami, w całym Krakowie już sobie opowiadano. Ponieważ Turski nie chciał przejść oficjalnie do salonu, pozostano w jadalnym pokoju, gdzie towarzystwo dotąd się znajdowało.
Rozmowa zrazu ogólna i dość kulawa mimo pozorów ożywienia, przeszła rychło w pojedynek słowny między Poleskim a panią Zośką. Chodziło, naturalnie, jak zawsze o tak zwaną kwestię kobiecą. Poleski udowadniał właśnie, że powoływanie się na teorię dziedziczności dla usprawiedliwienia dotychczasowego braku twórczego współdziałania kobiety w cywilizacyjnym rozwoju ludzkości, jest „delikatnie powiedziawszy — najwierutniejszym głupstwem”.
— Nie! Tego pan mówić nie może! — oburzyła się pani Zośka. — Gdy kobiety przez tyle wieków z pokoleń na pokolenia były trzymane w ciemnocie, usunięte od wszelkiej pracy twórczej...
— Naprzód to nie jest prawda, pani ukochana, a następnie choćby było prawdą, co z tego wynika?
— Jak to co? Przecież właśnie wedle teorii dziedziczności...
— ... nic z tego zgoła wynikać nie może — dokończył Poleski. — Niech pani tylko spojrzy na swojego syna. — Przyzwał bawiącego się opodal chłopca skinieniem dłoni. — Włosy ma takie same, jak pani, bardzo jasne i kręte, pani oczy niebieskie, i nos, i całą budowę głowy...
— Owszem, w ustach jest do Mietka podobny!
— Bardzo dobrze. Ale w przyszłości może pani mieć córkę, która będzie do Mietka, to jest do męża pani, będącego, miejmy nadzieję, jej ojcem, znacznie więcej podobna, niż ten oto zademonstrowany tutaj okaz męski.
— Przede wszystkim ja nie będę mieć córki ani w ogóle więcej dzieci. Następnie zaś nie rozumiem, co to ma do rzeczy...
— To szkoda. Mianowicie szkoda, że pani nie rozumie. Bo przecie rzecz jest jasna. Jeżeli fizyczne właściwości matki dziedziczyć może syn, a nie córka, to czemuż duchowe, jak pani mówi, upośledzenie miałoby wyłącznie w żeńskiej linii być dziedziczonym? Ta historia wiekowego sumowania się krzywd, wyrządzanych rzekomo przez mężczyznę kobiecie, jest nieco kulawa, krzywa, mniej więcej tak jak ja...
Butrym słuchał tej rozmowy z roztargnionym, pobłażliwym uśmiechem. Znał od dawna na pamięć te wszystkie sprzeczki i nie przywiązywał do nich uwagi. Turski w milczeniu obserwował panią Zośkę. Zauważył, że ma ona w sobie, w rysach twarzy zwłaszcza jakąś niepokojącą dwoistość. Gdy widział ją z boku, miał wrażenie, że patrzy na profil dziecka lub małej dziewczynki o gładkim czole, nosek miała subtelny, cokolwiek w górę podniesiony, melancholijny, dobry półuśmiech na ustach, drobną, jakby rylcem na plakacie ze słoniowej kości delikatnie wyciętą brodę i długą szyję o przecudnej linii prerafaelickiej64. Gdy było wprost na nią spojrzeć, dzięki wyniosłym, choć doskonale zaokrąglonym kościom policzkowym, żuchwom o silnych mięśniach i ustom szerokim, przy zwrocie głowy idealny profil zmieniał się w jednej chwili na twarz trochę brutalną, o upartym, pewnego rysu zimnego okrucieństwa niepozbawionymi wyrazie.
Ta zmienność charakteru tak Turskiego uderzyła, że zaczął przypatrywać się pani Zośce coraz ciekawiej, usiłując niespodziewanie z różnych stron i w rożnem oświetleniu twarz jej zobaczyć. Ale snadź i ona badawczy jego wzrok zauważyła i nie dając poznać po sobie, że się czegokolwiek domyśla, przeszkodziła jego studiom i usadowiła się — niby przypadkiem — tak, że mógł ją widzieć już tylko z profilu. Turski nie dawał za wygraną i usiłował ją zmusić wtrącaniem się do rozmowy, aby wprost na niego spojrzała, co mu się jednak nie udawało.
Ta milcząca wojna nie uszła bacznej uwadze Poleskiego. Przerwał w połowie jakieś bardzo złośliwe zdanie o studiach kobiecych i powstawszy z krzesła, wskazał je pani Zośce.
— Proszę, może pani tutaj usiądzie.
— Dlaczego?
— Będzie pani miała pana Romana z lewej strony. Zawsze pani utrzymuje, że pani lewy profil jest lepszy.
Butrymowa zmieszała się na jeden moment, ale zaraz zaśmiała się swobodnie. Zwróciła się teraz wprost do Turskiego; zauważył, że ma oczy dobre i pełne wyrazu.
— Czy jest w tym co złego lub śmiesznego — zapytała — że wolę się panu z lepszej strony przedstawić?
Turski nie miał czasu odpowiedzieć, gdyż w tej chwili wszedł służący profesora z oznajmieniem, że jakiś pan chce się natychmiast widzieć z doktorem Poleskim. Podobno był u niego w mieszkaniu i stamtąd tu go przysłano. Czeka w salonie.
Poleski wyszedł i zastał Rogockiego o zupełnie nieprzytomnym, przerażonym wyrazie twarzy.
— Doktorze, mam tu automobil, niech pan zaraz siada ze mną...
— Co się stało?
— Synek księżnej Heleny... Boję się, że umiera. Profesor Cukrzycki, który go zawsze leczy, wyjechał z Krakowa...
Poleski na wzmiankę o księżnej drgnął gwałtownie i poczerwieniał. Potem zmarszczył brwi z niechęcią.
— Wolałbym, żeby się pan był udał do kogo innego.
— Panie! — błagał Rogocki, trzęsąc się cały, jak gdyby o jego dziecko chodziło — panie, przecież pan nie odmówi!
— Nie wolno mi odmówić. Jestem lekarzem.
Uchylił drzwi i zawiadomił krótko gospodarzy, że wyjeżdża do chorego, nie wymieniając nazwiska. Profesor zawołał jeszcze za nim, by przyszedł wieczorem do kawiarni, gdzie będą prawdopodobnie wszyscy obecni. Rogocki naglił do pośpiechu.
Nim przybyli przed dom, w którym księżna Helena mieszkała, Poleski zapanował zupełnie nad pierwszym wzruszeniem. Czuł się już tylko lekarzem. Przez drogę wypytywał Rogockiego o objawy choroby chłopca, ale ten niewiele mógł mu powiedzieć ponad to, że dzieciak dostał nagłej gorączki i gwałtownego ataku duszenia, z suchym skrzypiącym kaszlem połączonego. Poleski, usłyszawszy to, kazał szoferowi zajechać jeszcze przed swoje mieszkanie i zabrał narzędzia operacyjne. Przypuszczał, że spotka się może z krupem65 i trzeba będzie dla uratowania dziecka zrobić tracheotomię.
Gdy byli na miejscu, zwrócił się jeszcze, wysiadając, do Rogockiego:
— Niech szofer zaczeka, może go wypadnie posłać do apteki po serum.
Księżna Helena oczekiwała ich na schodach. Zaczęła się była66 właśnie ubierać na koncert, kiedy ją w gotowalni zawiadomiono o nagłym i widocznie niebezpiecznym zasłabnięciu Iwonka. Nie miała czasu się ubrać. Rozpuszczone włosy związała w węzeł na karku, i wrzuciwszy jakiś pod ręką leżący szlafroczek na batystową67 koszulę i czarne jedwabne trykoty, pobiegła tak do dziecka.
I teraz w tym stroju, wzburzona cała i trzęsąca się z niepokoju, oczekiwała przybywającego lekarza. Poleski prawie nie patrzył na nią, lecz kazał się prowadzić wprost do chorego chłopca.
Malec wyglądał naprawdę strasznie. Właśnie powtarzał się atak, którym niespodziewanie choroba się zaczęła. Z posiniałej twarzyczki błyszczały w przerażeniu na wierzch wysadzone oczy, spiekłe i popękane usteczka chwytały powietrze szybko i powierzchownie. Pierś wznosiła mu się gwałtownymi, szybko następującymi po sobie rzutami do oddechu, ale znać było, że wysiłek mięśni nie zdolny jest przez ściśnięte gardło wciągnąć dostatecznej ilości powietrza, gdyż przy każdym wdechu brzuch się zapadał, ku klatce piersiowej wciągnięty. Chłopiec leżał niespokojnie, rękami chwytał koło siebie, z gardła wyrywał mu się czasem krótki, suchy, do szczekania podobny kaszel.
Poleski uniósł chłopca nieco, wyczuł serce, obejrzał gardło z nadzwyczajną uwagą, zmierzył temperaturę i wydawszy krótkie polecenia otaczającym, zastrzyknął mu małą dawkę morfiny i zabrał się do przerwania ataku mechanicznym sposobem przez podrażnienie krtani, nie czekając aż zarządzone wziewania i okłady będą gotowe a środek wykrztuśny, po który posłał do apteki, przyniesiony. Księżna stała przy łóżku syna przytomna, pomocna, bez jednej łzy w oku, usta jej tylko drżały nerwowo i chwilami w źrenicach na lekarza zwróconych malowało się bezbrzeżne przerażenie i coś jakby błaganie o litość... W jakimś żywym ruchu szlafrok niedbale narzucony rozpiął jej się od szyi aż do dołu; nie zważała na to, że jest prawie naga — w cienkiej, przejrzystej i mocno wyciętej koszuli do pasa, czarnym jedwabnym trykotem od bioder aż poza kolana, po podwiązki cienkich pończoszek, pozwalających białej jej skórze prześwietlać, obciśnięta.
Zresztą Poleski zajęty chorym dzieckiem nie widział jej po prostu, nie pamiętał nawet, kim jest i jak się nazywa. Iwonkowi po pewnym czasie zrobiło się lepiej. Oddech się wyrównał — ciężkie, znużone powieki zaczęły opadać na przekrwawione białka ócz. Księżna pobladła śmiertelnie; nie umiejąc sobie zdać sprawy z tego uspokojenia, sądziła, że, dziecko w jej oczach kona.
— Doktorze... — szepnęła jakimś nie swoim, zdławionym głosem.
Poleski się podniósł i spojrzał na nią.
— Niech się pani nie obawia. Dziecku nic nie będzie. To nie jest krup, jak się początkowo obawiałem. Pseudodiphterithis68— raczej pewien rodzaj anginy...
Księżna chciała coś odpowiedzieć, ale sił jej naraz zabrakło, wargi jej tylko drgnęły jak dziecku, któremu na płacz się zbiera. Wyszła bez słowa do drugiego pokoju; Poleski posłyszał jej gwałtowne, przemocą tłumione łkania.
Obejrzał się za Rogockim, który sam jeździł do apteki i stał teraz za nim z przywiezionymi lekarstwami w ręku.
— Niech się księżna wypłacze — rzekł. — Pan tu przy dziecku zostanie... Ja nie jestem już potrzebny.
Spojrzał na malca, który się zdawał zasypiać.
— Malutki, malutki! — zawołał — Patrz no, jak ja umiem prześlicznie trąbić!
Zrobił pocieszną minę, co zresztą z łatwością mu przyszło, przyłożył słuchawkę do ust i zaczął na niej wygrywać jakiegoś afrykańskiego marsza, aż ochmistrzyni z przerażeniem uszy zatkała. — Chłopiec uśmiechnął się blado...
— Co pan robisz? — obruszył się Rogocki — Przecież pan widzisz, że on chce spać!
— Właśnie — odrzekł Poleski półgłosem. — Nie może spać teraz. Atak mógłby się powtórzyć. Niech pan tu zostanie i pilnuje, aby nie usnął, choćby mdlał ze znużenia. Jeśli go pan potrafi dotrzymać do rana, tym lepiej. Błaznuj pan, krzycz, śpiewaj, noś na rękach, rób co chcesz...
Księżna stała już za nim, uspokojona nieco, z zaczerwienionymi jeno69oczyma.
— Ja sama zostanę przy dziecku...
— Nie, proszę pani. Pani przy dziecku nie zostanie, co najwyżej tam, w drugim pokoju...
Chciał ją swoim zwyczajem, tak jak zawsze robił z matkami w podobnych razach, wziąć za rękę i wyprowadzić, aby odpoczęła, ale spojrzał na nią i dłoń opadła mu onieśmielona. Teraz zobaczył ją dopiero taką, jak była, przepiękną i oszałamiającą w niedbałym stroju, z ciężkim węzłem włosów na ramię opadającym, stojącą przed nim w bezwstydzie matki, w tej chwili tylko o dziecku myślącej.
Pobladł nagle, a potem krew uderzyła mu do oczu; miał wrażenie, że w przystępie zawrotu padnie na ziemię. Musiał się chwycić poręczy łóżka.
Księżna naraz owinęła się szczelnie szlafrokiem.
— Przepraszam pana — szepnęła z mimowolnym i rzeczywistym zmieszaniem.
Poleski zapanował nad sobą.
— Jeżeliby się atak powtórzył, czego się zresztą nie spodziewam, tutaj są krople... Powiedziałem panu Rogockiemu, jak dawać. Poza tym okład spirytusowy na szyję, zmieniany co kilkanaście minut, inhalacje z sody we wrzącej wodzie, w pokoju trzeba rozpylić trochę terpentyny...
Czuł, że od przytomności odbiega w towarzystwie tej kobiety.
— Niech pani wyjdzie — rzekł ze sztuczną szorstkością w głosie — ja zostanę jeszcze na chwilę.
Po wyjściu księżnej, Poleski zabrał się do przygotowania własnoręcznie okładów i inhalacji. Ręce mu wprawdzie drżały, ale panował już nad sobą. Wszedł do tego domu jako lekarz i postanowił sobie ani na jedną sekundę nie być tu w duszy niczym innym, jak tylko lekarzem.
Kiedy wychodził, zastąpiła mu w jadalni drogę księżna Helena. Była już w inny, skromny strój domowy przybrana, włosy miała uporządkowane.
— Dziękuję panu — szepnęła miękko, wyciągając ku niemu rękę.
Ogarnęła go nagła, smutna żądza ucałowania tej dłoni, ale zaledwie dotknął jej, cofnął się, jakby prądem elektrycznym odtrącony, pod palcami zaszeleściła mu koperta, w której mu księżna snadź honorarium podawała.
Przypomniał sobie czym jest i że mu niczym innym być nie wolno.
Chłodno uniósł kopertę i rozerwał ją ostentacyjnie przed oczyma księżnej. Wypadł z niej banknot na tysiąc koron.
— Księżna wprawia mnie w wielki kłopot — rzekł, cedząc wyrazy przez zły uśmiech na ustach. — Nie tylko przy sobie, lecz i w domu nie mam tyle pieniędzy, aby wydać resztę...
— Ja myślałam... ja chciałam pana prosić...
— Przepraszam, księżno. Mnie się należy co najwyżej czterdzieści koron, a... napiwków dotąd jeszcze nie przyjmuję.
Teraz z kolei księżna uśmiechnęła się wyniośle chłodno.
— Ach, tak. Przepraszam pana.
Zadzwoniła na ochmistrzynię.
— Niech pani zechce przynieść doktorowi czterdzieści koron. Pieniądze są na moim biurku...
Skinęła Poleskiemu głową z uprzejmym uśmiechem i wyszła.
Lekarz, wychodząc, ujrzał jeszcze przez szereg otwartych drzwi, jak w dziecinnym pokoju Rogocki nosi zawiniętego w kołdrę chłopca na rękach, przyśpiewując mu fałszywym głosem jakąś nader sentymentalną piosnkę. Zrobiło mu się bardzo smutno i głupio.
W kawiarni spotkał Turskiego i Butryma, powiedzieli mu, że i pani Zośka była, ale poszła już do domu. Siedział z nimi jeszcze przy stoliku Zaremba, snadź w jakąś od dłuższego czasu już trwającą, ożywioną rozmowę z Turskim zawikłany.
Poleski usiadł w milczeniu. Przyszedł tu nie tyle dla tego, że się z przyjaciółmi spotkać umówił, jak raczej z obawy przed samotnością, która nań w domu czekała, przed samotnością, uśmiechającą się szyderczo ustami starych portretów na ścianach i zatrutą dusznym, smutnym wyziewem szkatułki z listami. Czuł, że w tej chwili nie zniósłby pobytu w tym pokoju i myśli, które by go tam dopadły.
Wsparł brodę na dłoniach, złożonych na marmurowym stoliku, prawie po szyję mu sięgającym, gdy siedział, i słuchał z roztargnieniem rozmowy towarzyszy.
Zaremba uśmiechał się właśnie i potrząsał głową przecząco.
— Nie, panie Romanie, to nie ma celu. Niestety, tej nader dla mnie zaszczytnej oferty przyjąć nie mogę.
Butrym wtrącił się do rozmowy.
— A jednak, dyrektorze, sądzę, że pan Turski ma słuszność. Pan odmawiać nie powinien, nie wolno panu nawet.
— Ah! Ah! Ah! — zaśmiał się Zaremba. — Dlaczegóż to nie wolno?
— Jest pan dzisiaj jedynym u nas człowiekiem, mogącym rzeczywiście utrzymać teatr na wyżynie sztuki — i jako taki ma pan wobec społeczeństwa obowiązki.
Usta Zaremby drgnęły z lekkim przekąsem.
— Sądzi pan, że ich jeszcze nie spełniłem? — rzekł z chłodną grzecznością i udanym zakłopotaniem.
Turski położył dłonie na rękach Zaremby i Butryma.
— Nie, nie, nie! W ten sposób prowadzona rozmowa do niczego nie doprowadzi. Ja byłem niegdyś literatem, potem przez długie lata businesmanem i tak już dzisiaj rzeczy biorę. Mnie nie o dyrektora Zarembę tutaj chodzi i nie o jakieś obowiązki, lecz o mnie samego. Wycofałem się tam z interesów, przyjechałem tutaj, chciałbym coś robić. Rozporządzam dość znacznym kapitałem, może nawet bardzo znacznym, jak na nasze stosunki...
Zawahał się. Uczuł, że powinien swoje projekty poprzeć cyfrą, a jakoś niemiło mu było rzucać tym ludziom jakby na przechwałkę milionami w oczy.
— Będzie tak około dwustu, może trzystu tysięcy... funtów szterlingów — rzekł, kryjąc się dziecinnie za angielską stopą monetarną.
— I pilno to panu stracić? — zaśmiał się z cicha Zaremba.
— Nie o to idzie, dyrektorze. Byłem... literatem. Nie piszę już na scenę od dawna i pisać nigdy więcej nie będę, ale chciałbym coś zrobić. Wolę w tym kierunku, niż w innym. Bez pana jednak nie zrobię nic. I dlatego propozycja moja jest jasna: wybuduję teatr i dam odpowiedni kapitał do rozporządzenia pod warunkiem, że pan obejmie kierownictwo.
— I gdzież to pan ma zamiar ten teatr budować?
— Nie tutaj, nie! Tu nie chcę robić... Malinowskiemu konkurencji. Przychodzą mi na myśl różne miejsca, może Zakopane? Tam by się to dało urządzić tak, jak ja myślę. Teatr przez parę miesięcy tylko w roku otwarty, od niczego niezależny, z sezonem nadzwyczajnie przygotowanym pod względem repertuaru, reżyserii, aktorskich sił... Każde przedstawienie mogłoby być po prostu ważnym wypadkiem w dziedzinie sztuki. No, co, dyrektorze? Zgadza się pan?
— Nie.
— Ależ dlaczego? Dlaczego?
— Nie uważam, aby to było na cokolwiek potrzebne.
— Teatr czy pańskie kierownictwo?
— I jedno, i drugie.
— Jak to? Przecież pan sam przez dwanaście lat...
— Właśnie. Ja sam przez dwanaście lat — i tak dalej. Dlatego mogę dziś mieć w tym kierunku pewne doświadczenie. Dużo by było mówić o tym wszystkim. To pewna, że ja już więcej nic nie zrobię.
— Przestał pan wierzyć w siebie? Wyczerpał się pan? Brak panu sił? — rzucił profesor Butrym jednym tchem z ironiczną tonacją i widocznym zamiarem podniecenia Zaremby tymi słowami, jak uderzeniem ostrogi.
Ale były dyrektor nie dał się wyprowadzić z równowagi. Podniósł z wolna oczy na profesora i uśmiechał się chwilę figlarnie, nim zaczął mówić.
— Nie, panie drogi. Ja nie przestałem wierzyć w siebie — przynajmniej o tyle, o ilem wierzył kiedykolwiek — nie wyczerpałem się i nie czuję braku sił. Myślę tylko, a raczej nawet wiem, że co ja zdziałać mogłem w danych warunkach, okolicznościach i w danym czasie, już zdziałałem i nie ma potrzeby oprócz mojego świętej pamięci majątku pogrążać jeszcze nowe kapitały dla przeciągania tej działalności, która już nowych i niespodziewanych rezultatów nie wyda. Więcej nie mam nic do zrobienia ponad to, co już zrobiłem. Co zaś do samego teatru... nie sądzę, aby to był jedyny sposób stracenia pieniędzy, które panu Turskiemu pilno stracić. To czasem zawodzi! Mój dyrektor... Malinowski nawet zarabia i to podobno dobrze. Ale to okoliczność wyjątkowa: stracić nie mógł, bo nie miał nic do stracenia... Zresztą mniejsza o to. Jeżeli pan Turski z dawnej przyjaźni do Muz chce koniecznie teatr fundować, to czemuż nie poszuka sobie na kierownika kogoś innego, młodszego, który może świeże ma pomysły...
— Nie mam zamiaru robić eksperymentów, lecz pragnę prawdziwej sztuki. Pan dzisiaj u nas jest jedynym człowiekiem...
— A, nie, nie! Znaleźliby się inni, trzeba ich tylko umieć poszukać.
Turski patrzył na niego długo.
— Pan jednak jest zniechęcony, dyrektorze.
— Ja? Ani mi się śni. Wszakże pracuję u Malinowskiego, sądzę tylko, że to stanowisko obecnie zupełnie dla mnie wystarcza.
— Po co to pan mówi?
— A cóż? Mam przynajmniej tę pociechę, że dawniej do pracy swojej dopłacałem, teraz inni mi za nią płacą. Są zapewne niejakie trudności... Doświadczone i praktyczne oko mojego... pryncypała nie zawsze pozwala się rozwinąć moim snadź przewrotnym artystycznym fantazjom, ale przyznać muszę poza tym, że dba o mnie bardzo i abym się nie przeciążył pracą, daje mi same drobne, nic nieznaczące sztuki do wyreżyserowania...
— Po co pan siedzi u niego! — zakrzyknął Turski prawie szorstko.
Zaremba, mówiący dotąd lekkim, ironicznym tonem, spoważniał nagle.
— Aby żyć — odparł krótko.
Wstał, aby się pożegnać.
— Zresztą niech mnie pan posłucha, panie Turski. Gdy mi się tak spodobało i gdy mnie okoliczności materialne do tego zmusiły, wolno mi być bez ujmy dla siebie płatnym i nawet nie cenionym... powiedzmy grzecznie: pomocnikiem człowieka, któremu sam dopomogłem niegdyś do objęcia stanowiska, jakie zajmuje, ale nie mam bynajmniej ochoty dla jakichś dawnych swoich zasług przyjmować od pana lub kogokolwiek ofiary...
— Ależ, dyrektorze! Tu nie ma mowy o ofierze!
— Nie mówmy już o tym — rzeki i skłoniwszy się szybko, wyszedł.
Przy stoliku zaległo milczenie. Były literat i profesor astronomii rozumieli obaj doskonale wielkopańską drażliwość Zaremby i czuli, że wszelkie namowy, na razie przynajmniej, żadnego by nie odniosły skutku. Turski był nawet zły na siebie, że nie wybrał raczej drogi odwrotnej i nie założył naprzód teatru, aby się potem dopiero zwrócić do Zaremby z propozycją objęcia kierownictwa. Czuł, że zbytnim pośpiechem zepsuł sprawę.
Aby przerwać tę irytującą go myśl, zwrócił się do Poleskiego, który dotąd przez cały ciąg rozmowy siedział milczący i zastygły.
— Gdzieś był? — spytał obojętnie.
Poleski drgnął, jakby ze snu zbudzony.
— U chorego.
— Czy ciężki przypadek?
— Ach, nie. To jest...
Urwał i wpatrzył się naraz w oczy Turskiemu. Poczuł gorzką ochotę wymówienia imienia, które w końcu między nimi musiało zostać wypowiedziane.
— Byłem u księżnej Hazarapelianowej — zaczął powoli. — Zachorował jej mały synek wśród objawów krupu...
Turski uczuł nagle przeszywające zimno w piersi. Malec, który go nudził, gdy go widział, stał mu się naraz czymś niespodziewanie bliskiem.
— Krup...? — szepnął głosem mimo woli zmienionym.
— Nie... Były tylko objawy, mogące na tę myśl naprowadzić. — Lekarz mówił wciąż powoli i nie spuszczając oka z Turskiego, jakby się napawał we wrogi sposób jego zmieszaniem.
— Więc cóż jest?
— Drobnostka. Przeszło już. Cóż ci po szczegółach i medycznych nazwach łacińskich, które cię prawdopodobnie i tak nie interesują.
— Masz rację — rzekł Turski i zaczął w zamyśleniu bębnić palcami po stole.
Poleski zwrócił głowę w inną stronę kawiarni, gdzie siedziało przy szampanie towarzystwo wielce krzykliwe. Wśród kilku młodych ludzi poznał Rohityna z zupełnie nieprzytomną, zaczerwienioną winem twarzą i Golimskiego, który zwykle małomówny, w miarę jak się upijał, mówił coraz więcej i głośniej. Tłumaczył on teraz i przedkładał Rohitynowi jakąś historię, w której — jak się Poleskiemu zdawało — powtarzało się imię księżnej Heleny. Gruby brunet ze śmiesznie blisko osadzonymi oczami uśmiechał się głupkowato i co chwilę wyciągał niedźwiedzią łapę po kieliszek i rozgniatał go w dłoni, po czym podnosząc z triumfem zakrwawione odłamkami szkła palce, wołał z dumą:
— Kelner! Świeżą szklankę!
Na towarzystwo to zwrócił już uwagę i Turski. Wyraz obrzydzenia przebiegł mu po twarzy.
— Pójdźmy stąd — rzekł, dotykając ramienia lekarza.
Ale Poleski potrząsł głową przecząco.
— Czekaj. Jeszcze małą chwilę...
Golimski — pijany — powstał ze szklanką w ręku snadź z zamiarem wzniesienia jakiegoś toastu. Ktoś przezorny i chytry schował szklankę Rohityna pod krzesło, aby jej znowu nie rozgniótł. Inni szklanek swoich pilnowali.
— Panowie! — zaczął Golimski — otóż na dowód, że między mną a szczęśliwym Rohitynem, moim spadkobiercą i dziedzicem mojej byłej damy serca, panuje jak najlepsza zgoda, piję zdrowie jego oraz księżnej...
Nie zdążył dokończyć. Poleski bowiem, powstawszy przy pierwszych słowach, podszedł ku niemu i wspinając się na palce, uderzył go długą ręką lege artis70 w twarz, tak że szklanka, którą trzymał przy ustach, aż w drugi kąt sali poleciała. Po czym odwrócił się powoli i obcierając chusteczką dłoń, zmoczoną rozlanym szampanem, wrócił do stolika swoich towarzyszy.