VI

Pojedynek Poleskiego z Golimskim zakończył się tak, jak to było do przewidzenia: pokrajanego w różnych kierunkach jak najdokładniej sportowca zaniesiono do szpitala na kilkutygodniową kurację.

Z małej strzelnicy za miastem, gdzie o świcie spotkanie się odbyło, wracał Poleski piechotą do domu. Czuł potrzebę ruchu na świeżym powietrzu, aby oprzytomnieć nieco i ochłonąć. O samym pojedynku myślał jak najmniej, ale w ogóle od kilku dni był z siebie niezadowolony i to każdego dnia coraz bardziej. Przełamało się w nim i skrzywiło do reszty wszystko, co już i tak było połamane i krzywe. Miał ciągle uczucie popełnianych niedorzeczności, zarówno w myśli, jak w czynie. Za co właściwie nienawidzi Turskiego, który mu był zawsze przyjacielem? Dlaczego, będąc u chorego chłopca w domu księżnej, zachował się brutalnie, śmiesznie i po chamsku? Co go właściwie obchodzi księżna? Czemu wtrącił się w nie swoje sprawy, uderzając Golimskiego i co mu właściwie na tym zależało, aby go dziś tak paskudnie pokiereszować? Dlaczego wreszcie trzyma dotąd u siebie tę głupią szkatułkę i boi się przypomnienia o niej, miast ją oddać Turskiemu, i przez jaką wyrafinowaną złość Turski o nią się nie upomina?

Była to tylko część tych pytań, na które nie mógł znaleźć żadnej rozumnej odpowiedzi. Wreszcie wątpliwości wszystkie zaczęły się stapiać w jedną, wszechogarniającą, której zużyty tragizm już od dawna w patetyczny komizm przeszedł: to be or not to be...71

Zaśmiał się głośno i przyspieszył kroku na polnej, pachnącej ścieżce wśród falujących zbóż. Właściwie powinien był dawno, dziesięć, dwadzieścia lat temu, kiedy tylko przyszedł do zupełnego używania rozumu, pojąć, że dla niego nie ma tu nawet pytania, że cała jego inteligencja i siła ducha nie ostoi się wobec gryzącej tęsknoty ku życiu, której ukoić nie może dzięki temu podwójnemu garbowi, śpiczastej głowie i krzywym, krótkim nogom...

Zamajaczyła mu na chwilę przed oczyma boska po­stać Hegesiasa, zwanego Peisithanatosem72, który tak kochał życie, że aż do śmierci uwodził...

„Jeśli jesteście piękni, umierajcie rychło, aby się piękno wasze nie zepsuło! Jeśli zaś szpetni jesteście, umierajcie tym rychlej, aby nie kalać sobą życia, które jest piękne!”

Przystanął i począł się rozglądać dokoła. W porannym słońcu, ponad rośne, nieźrałe jeszcze kłosy pszenicznego łanu wstawało przed nim ze szarosrebrnych mgieł nadwiślańskich miasto — jedno z najpiękniejszych na świecie, kiedy się ukazuje na szerokiej, w dali niebieskimi wzgórzami od błękitu odgraniczonej równinie w niezrównanej, biegiem wieków i stuleci wykrojonej sylwecie, pełnej wież, kopuł, dachów srebrzystych, tam ku szeroko rozsiadłemu wawelskiemu grodziszczu się wznoszących. Ptaki krzyczały w powietrzu, na niebie i w pobliskich zaroślach ogromnym, radosnym, ogłuszającym chórem — na drodze białej, ku której ścieżka jego biegła równolegle, widać było długą, barwną procesję wieśniaków, ciągnących z nabiałem, z jarzyną, z kwiatami na ranny targ do miasta. Drzewa po wiejskich sadach już okwitały, gdzieniegdzie tylko stała jeszcze jabłoń spóźniona, mocno spłonionym kwiatem pokryta, który za najlżejszym wiatru podmuchem białoróżowymi chmurkami opadał ku ziemi. Słońce wychodziło z przyziemnych oparów coraz wyżej, nabierało promienistości i mocy: gorący, kwiatami i chlebem wonny oddech dnia z ponad łanów już dolatywał.

Poleski uczuł się nagle jakąś obrzydliwą, zupełnie głupią i niepotrzebną plamą na tym jasnym krajobrazie. Miał wrażenie, że powinien się roztopić w nic, wsiąknąć w ziemię, być wywabionym, wyżartym słonecznymi promieniami z powierzchni świata. Dreszcz przejmującego chłodu ogarnął go w ciepły, letni poranek — na jeden moment wszystko mu w oczach poczerniało...

W pobliżu rogatki wziął zabłąkaną na odległej ulicy dorożkę i kazał się wieźć prosto do domu.

Służący, który się był domyślił, czy dowiedział73 skądś o celu jego rannej wyprawy, oczekiwał go z niepokojem. Rzucił on na wchodzącego naiwnie badawcze spojrzenie, jakby się chcąc upewnić, czy doktorowi nie brakuje ręki, nogi lub kawałka głowy, a spostrzegłszy, że wszystko jest w porządku, oznajmił z pewną dumą, że śniadanie czeka gotowe.

Na progu gabinetu zatrzymał Poleskiego jeszcze jego głos, nieco tajemniczy i zakłopotany:

— Ale proszę pana doktora...

— Co takiego?

— Bo tutaj przyszła... panna Rózia i czeka.

— Skąd? Po co?

— Ktoś jej powiedział, może stróż, a może nawet ja sam przypadkiem, że pan doktor dzisiaj... To jest że może...

Poleski rzucił służącemu złe spojrzenie i poszedł wprost do swego pokoju.

Zaraz na progu objęły go gwałtownie dwa młode, o nic niedbające ramiona.

— Tadzik!

Drgnął. Mimo wyraźnych jego życzeń nie mówiła mu dotąd nigdy po imieniu, lecz zawsze: panie doktorze.

— Czego tu chcesz? — syknął z udaną szorstkością.

Dziewczyna patrzyła na niego szeroko rozwartymi oczyma, z których przez śmiejącą się już radość wyglądał jeszcze przebyty niepokój...

— Tadzik, Tadzik....

Rozpłakała się nagle nieposkromienie i nie wiadomo, o co.

— Głupia! O co beczysz? — krzyknął z irytacją i równocześnie, podszedłszy ku niej, bo rzuciła się była na poręcz fotela, ujął jej czerwoną, igłą pokłutą dłoń i pocałował — pierwszy raz w życiu.

Uśmiechnęła się przez łzy z zabawną, dziecinną dumą.

— Pan się na mnie nie gniewa? Co?

— Nie, nie. Ale co ty tu robisz? — usiłował jeszcze być szorstkim. — Powinnaś o tej godzinie siedzieć już w magazynie.

— Nie mogłam. Nie pójdę dzisiaj. Powiem, że mnie głowa bolała.

— Cóż więc będziesz robić? Przecież wiesz, że ja nie mam czasu do stracenia, aby całe rano...

Nie słuchała już tego, co mówił. Do fotelu, na którym był usiadł, przysunęła mały stolik i postawiła na nim tacę ze śniadaniem. Kawa już trochę wystygła, więc zapaliła spirytus pod maszynką i zabrała się do smarowania bułek masłem. Przy tym szczebiotała swoim zwyczajem bardzo przyjemnie i głupio.

Poleski nie oponował, nie opierał się już więcej. Po długim napięciu nerwowym nastąpiło u niego rozprężenie zupełne. W głowie czuł dziwną ciszę, która jak coś niezmiernie słodkiego schodziła mu powoli na serce, po wszystkich członkach się rozlewała... Wodził oczyma za dziewczyną, bojąc się po prostu ruszyć, aby jej przypadkiem nie spłoszyć. Zaczęło się w nim budzić to dziwne uczucie radości, której doznają ciężko chorzy w chwilach ulgi — i jakaś nierozumna, śmieszna prawie nadzieja...

Rózia wzięła teraz poduszkę z klęcznika i położywszy ją obok fotelu, usiadła u jego nóg.

— Tadzik, czy to prawda — zaczęła tajemniczo — żeś tu dzisiaj bił?74

Skinął głową w zamyśleniu, gryząc bułkę, którą ona masłem posmarowała.

— Jezus Maria! Ja się tak bałam...

— Bałaś się?

— Bardzo. I jak to było?

Opowiadał jej z roztargnieniem, myśląc o tym, że jest dobra, ma oczy niebieskie i bardzo, bardzo miłe młode usta.

Patrzyła mu w twarz rozszerzonymi źrenicami, a gdy skończył krótką opowieść, zerwała się na równe nogi i zaklaskała w ręce.

— O, mój doktor zuch, chociaż... niewielki! Z takim to byle komu niedobrze zaczynać.

Brzmiał w jej słowach szczery podziw i zachwyt pełen szacunku, a nawet coś jak gdyby duma.

— Z pana doktora chłop nie lada!

Patrzył na nią miękko z jakimś zabłąkanym na ustach dobrotliwym i melancholijnym uśmiechem. Naraz zagadnął:

— Róziu...

Przypadła do niego jak ptak oswojony.

— Słuchaj, Róziu... Chciałabyś ty być zawsze ze mną?

— O! Dlaczegóż nie?

Zawahał się na jeden moment.

— Więc... ja się z tobą ożenię. Powiedz, chcesz być moją żoną?

— Żoną? Pańską żoną?

Wpatrzony w nią, swoją nagłą myślą ogłuszony, nie zauważył nuty przerażenia w tych słowach.

— Tak jest, moją żoną. Ja spróbuję być dobrym dla ciebie... Majętny nie jestem, ale zarabiam dość dużo... Będziemy zawsze razem...

— Nie, nie, nie! Panie doktorze, to jest całkiem niemożliwe!

Ocknął się, jakby nagle ze snu zbudzony.

— Dlaczego?

— Nie, panie doktorze! Ja pana bardzo, bardzo kocham, ale...

— Co?

— Proszę pana, pan sam kiedyś powiedział, że trzeba być bardzo głupią, aby tak, jak ja... Ale co mi tam! Ja już widocznie taka głupia jestem, że pana kocham i przychodzę tutaj. Ale o tym nikt nie wie. Gdybym ja była pana żoną, musiałabym chodzić z panem po ulicy, do teatru, może na wizytę, i wtenczas... ludzie by się ze mnie śmieli... wszystkie moje koleżanki.

Poleski nawet nie drgnął. Czuł tylko, że ktoś pomaleńku, pomaleńku przeciąga przez jego serce bardzo ostrą cieniuchną piłeczką... „Taką, jakiej się używa do wyrzynanek” — pomyślał całkiem spokojnie i jasno. A potem jakby go kto uderzył w głowę raz i drugi, i trzeci, i dziesiąty. Zaśmiało się w nim coś, zaryczało diabelskim chichotem.

„Kaleko! Garbusie! Krzywonogi, długoręki niedorodku! Potworo o śpiczastej czaszce i szerokiej gębie! Czegóż się to tobie zachciewa?!”

Zwinął się w fotelu w kłębek.

Rózia zmieszana i smutna usiadła w drugim końcu pokoju.

— Czy ja coś bardzo złego powiedziałam? — zaczęła po chwili.

— Nie, dziecko. Nic złego nie powiedziałaś. Ale idź już stąd.

Mówił tak miękko, że aż się przeraziła. Do tego tonu nie była zgoła przyzwyczajona.

— Pan chory? Co panu znowu jest?

— Nic, nic. Trochę jestem niezdrów. Idź już, proszę cię. Jeśliby było potrzeba, poślę po ciebie.

Miał ochotę powiedzieć jej jeszcze na pożegnanie coś złośliwego, ale po prostu nic mu na myśl nie przychodziło. Schylił więc tylko głowę i słuchał, jak odchodzi, jak zamyka za sobą jedne drzwi, drugie, trzecie, jak po schodach na dół zstępuje.

Zadzwonił na służącego i powiedział mu, aby tej dziewczyny więcej nie wpuszczał. Potem zrobiło mu się lżej. Chodząc po pokoju zaczął się uśmiechać do siebie i tłumaczyć sobie, że zrobił właściwie bardzo rozumnie, iż przemógł przystęp śmiesznej słabości i pozbył się Rózi raz na zawsze. Zapomniał lub raczej nie chciał pamiętać o tym, że to właściwie ona jego odrzuciła.

— Tak lepiej — mówił głośno do siebie — tak lepiej. Przecież taka historia zgoła by sensu nie miała! Nieznośna mi jest i właściwie zawsze nieznośna była ta dziewczyna! Bóg ustrzegł! Cóż bym ja był robił przez całe życie z takiem cielęciem niespełna rozumu, z taką pokojówką w duszy, której jedyną zaletą jest, że przyszła na świat prosta i niepołamana.

Nagle zaczęło w nim coś krzyczeć.

— Widzisz! I nie chciała być twoją żoną, bo się wstydziła pokazać z tobą na ulicy, żeś krzywy, żeś garbaty i ohydny! I śmiano by się z niej, z niej! Rozumiesz? Nie z ciebie, żeś się ze szwaczką niezbyt cnotliwą, ożenił, lecz z niej, że wyszła za ciebie, lekarza, wybitnie inteligentnego człowieka, herbowego szlachcica — kalekę! Nic ci nie pomoże bystry umysł, cięty język i jeszcze bardziej cięta szabla w ręku, którą pokrajałeś dzisiaj młodego, pięknego i głupiego człowieka — nic ci to wszystko nie pomoże: nawet prawie że płatna kochanka twoja wstydzi się ciebie! Nie grzechu swojego, lecz ciebie, ciebie!

Poleski miał ochotę zatkać uszy, schować się z głową w poduszki, pod ziemię się zapaść, byle tylko głosu tego nie słyszeć. Rzucił się na skórę niedźwiedzią przed kominkiem i zaczął z wściekłości bezsilnej targać zębami jej kudły, jak jamnik okaleczony, mściwie do boku już nieżywego zwierza przywarty.

Gdy po pewnym czasie podniósł głowę, zdumiał się i przeraził. Tuż przed nim na skórze niedźwiedziej, zębami jego potarganej i pianą z ust ociekłej, leżała róża. Wielka, pełna, rozkwitniona75 róża purpurowa. Nie widział jej przedtem; był pewien, że dziewczyna, która go przed chwilą opuściła, nie miała żadnego kwiatu ze sobą. Miał wrażenie jakiegoś niesłychanego cudu, czegoś, co wychodzi ponad pojęcie ludzkich zmysłów. Ostrożnie ujął kwiat w rękę i usiadłszy na ziemi, przybliżył go do twarzy. Jakiś gorący, duszny zapach go uderzył; w jednej chwili, nie wiadomo dlaczego, z przedziwną jasnością błysnęło mu w myśli imię: księżna Helena!

Zerwał się i począł patrzeć bystro dookoła. Jakoż istotnie na okapie kominka, tuż ponad miejscem, gdzie znalazł różę, leżał mały bilet. Chwycił go i przeczytał jednym rzutem oka:

„Iwonek już zdrowy. Dziękuję — za wszystko”...

Podpis H. X. H. i data dzisiejsza, wyraźnie wypisana.

Helena księżna Hazarapelian...

Zrozumiał naraz wszystko. Musiała różę przysłać dziś rano — służący ją tutaj położył, a on jej nie zauważył, aż spadła z okapu tuż przed jego umęczoną głowę. Więc nie gniewa się za jego zachowanie w ten dzień, kiedy go do chłopca chorego wezwano i za to, co wówczas nastąpiło wieczorem w kawiarni?... Owszem, snadź naumyślnie przysłała mu kwiat dzisiaj o świcie, kiedy on tam stał z szablą w ręku, i te słowa: Dziękuję — za wszystko!

Ona nie myśli widocznie o tym, że jest garbaty i krzywy, lecz widzi w nim tylko człowieka, który jej dziecko uratował i stanął w obronie jej czci... Och! Nie wiedziała jeszcze pewno w chwili, gdy pisała tę kartę, jak ciął przez impertynencką, gładką gębę Golimskiego, jak mu z rozkoszą końcem szabli piękną, nagą, męską pierś rozorał, jak go parł, on — kaleka — tego silnego, cudnie wyrosłego młodzieńca i zmuszał do cofania się krok za krokiem, krok za krokiem, aż wreszcie owym, przez siebie wymyślonym nieznacznym cięciem obezwładnił mu atletyczne ramię, tak że mu szabla z brzękiem na wysypaną piaskiem podłogę z dłoni wypadła!

Poleski uczuł się naraz bohaterem — jakiś rycerski, zawadiacki duch się w nim obudził — był zdolny w tej chwili wyzywać wszystkich znajomych i nieznajomych po kolei, siec, rąbać, kaleczyć... Mścić się szyderczo na nich za to, że są prości i piękni — i pokazać jej, że on nawet fizycznie jest pod pewnym względem więcej wart od nich.

Nie wiedząc nawet, co robi, przypadł nagle ramionami do żelaznej szkatułki i czoło rozognione wsparł na jej chłodnej, tajemniczo zamkniętej pokrywie. Nie pamiętał w tej chwili, że są tam listy do kogo innego pisane i słowa cudne, gorące, których on nigdy nie posłyszy: wdychał przez stal spragnioną, chorą piersią zapach miłości, życia, szczęścia, rozkoszy...

— Pan Roman Turski — rzekł służący, otwierając drzwi pokoju.

Poleski zerwał się i pobladł. To, co miało przyjść, przychodziło. Ochłonął nagle, jakby ktoś wylał na niego wiadro zimnej wody; miał owszem wrażenie, że jako lekarz zabiera się do jakiejś nieuchronnej a ciężkiej operacji, przy której mu potrzebna zupełna przytomność umysłu.

— Proś — rzekł krótko.

Zaledwie miał czas schować bilet i przysłany mu rankiem kwiat.

Turski wszedł swobodnie i wyciągnął doń milcząco rękę z serdecznym uściskiem.

Usiedli i rozpoczęli rozmowę o rzeczach obojętnych, które ich zgoła nie obchodziły. Poleski trzymał się w rezerwie i czekał, kiedy Turski zażąda szkatułki... Turski jednak nie spojrzał w stronę, gdzie się znajdowała, choć była na tym samym miejscu, na którym ją niegdyś przed dziesięciu laty, oddając przyjacielowi, własną ręką położył.

Nagle w pewnej chwili Turski, przerywając nudną rozmowę, zwrócił się żywo do Poleskiego:

— Biłeś się dzisiaj z Golimskim?

— Tak.

— I cóż?

— Nic. Lekarz powiedział, że za parę tygodni będzie zdrów. Ja tak samo myślę.

— Jesteś zawsze straszny jako szermierz.

— Ha. Napijesz się może kieliszek wina? Mam parę butelek jeszcze z dawnych, dobrych czasów mojego ojca...

— Zbyt wczesna godzina...

Poleski, nie zważając, wydawał już polecenie służącemu.

Za jakiś czas, już przy kieliszku starego, bursztynowego węgrzyna, Turski zwrócił się do przyjaciela z jak najgłębszą serdecznością w głosie:

— Słuchaj, Tadzik, coś jest między nami i ja nie mogę zrozumieć, co. Jeślim nie przyszedł do ciebie od razu po przyjeździe, to był to czysty przypadek... Przecież tego nie masz mi za złe?

— Ach, skądże! Głupstwo...

— Więc o co chodzi właściwie? Dziesięć lat to duży kawał czasu, wiem o tym. Ale myśmy przecież tyle rzeczy wspólnie przeżyli i dobrze nam było zawsze razem. Znamy się przecież od dziecka, od takich małych, kilkuletnich chłopaków, kiedy ojcowie nasi o miedzę sąsiadowali...

— Tak... Pamiętam, jak płakałem, widząc cię jeżdżącym na źrebcach... Ja się nie mogłem na koniu utrzy­mać!

Turski roześmiał się.

— Przecie o tym teraz nie myślisz?

— Naturalnie, że nie.

— Powtarzam: nie wiem, o co idzie. Spostrzegam w tobie jakąś powściągliwość, prawie że niechęć wobec mnie...

— Zdaje ci się — rzekł Poleski.

Powiedziawszy to, przeszedł się kilka razy po pokoju z rękami śmiesznie na grzbiecie pod garbem złożonymi, a potem odezwał się, nie patrząc w oczy Turskiemu:

— Przyszedłeś po szkatułkę...

Turski w pierwszej chwili zdziwił się — trochę nieszczerze.

— Jaką szkatułkę?

— Wiesz chyba dobrze. Tę, którąś zostawił u mnie przed dziesięciu laty... — Wskazał w stronę stolika. — Stoi tam. Czeka na ciebie.

Turski powiódł okiem we wskazanym kierunku.

— Ach, tak! Zapomniałem, że ona właśnie u ciebie została. Trzeba z tym skończyć.

— Tak, trzeba skończyć — rzekł Poleski szorstko i nienawistnie. — Zabieraj to sobie stąd!

Turski nie słuchał go. Sięgnął po szkatułkę ręką i położywszy ją sobie na kolanach, wsparł dłoń szeroko rozłożoną na jej pokrywie, która na lśniącej, polerowanej powierzchni tu i ówdzie plamami rdzy już zachodziła.

Zamyślił się.

Poleskiemu wystąpiły na twarz krwawe wypieki. Stał w drugim kącie pokoju i patrzył spode łba na Turskiego, widział jego zmarszczone czoło nad wytężonymi przed siebie oczyma, czuł w ruchu jego dłoni, na szkatułce wspartej, że obejmuje nią rzecz własną, do niego jedynie i wyłącznie należącą, która jemu, Poleskiemu, tylko do przechowania była dana...

Uczuł, że mu się robi słabo. Chciał krzyczeć: „To nie jest twoje! To należy wyłącznie do tamtej kobiety, która ciebie już nie kocha, nie masz przeto prawa zabierać sobie dzisiaj jej dawnej miłości, dawnych jej słów...” I znowu był moment, że chciał się nieprzytomnie rzucić na Turskiego, wydrzeć mu szkatułkę, o której sam mu przypomniał, albo prosić i zaklinać, aby ją tutaj zostawił, zamkniętą na zawsze, gdyż ona i tak już nie ma dla niego żadnej wartości...

W gardle dławiło go coś i piekło, jakby połknął kawałek rozpalonego żelaza.

Turski tymczasem powtórzył:

— Trzeba skończyć.

Sięgnął do kieszeni, wydobył pęk kluczy i wybrawszy z nich jeden niewielki, przekręcił go w zardzewiałym zamku i otworzył pokrywę.

Woń przedziwna, niepojęta uderzyła na Poleskiego, woń, którą dotąd tylko przeczuwał. W zamglonych oczach mignęła mu dłoń Turskiego, jak ją wkładał w stos listów... Chciał krzyczeć, wyć z nagłego bólu...

Turski odstawił szybko szkatułkę i przymknąwszy nieco wieko, zwrócił się do niego:

— Służący twój w kuchni musi mieć drzewo?

— Tak... zapewne ma drzewo — odparł głosem tak zmienionym, że sam nie mógł dźwięku jego poznać.

— Co tobie? Chory jesteś?

— Tak, cokolwiek... Zmęczyłem się dzisiaj rano.

— Wypoczniesz. Nie będę ci długo czasu zabierał. Każ tylko służącemu przynieść kilka szczap suchych.

Poleski, spełniając życzenie, zadzwonił i wydał odpowiedni rozkaz. Patrzył już z pozorną obojętnością, jak Turski z przyniesionych polan rozpala ogień na kominku. Zdawało mu się z początku, że nie wie, po co się to dzieje właściwie, a potem naraz się ucieszył.

— Tak lepiej — myślał — lepiej! Nie będziesz miał tego! To zginie w ogniu... Jakiś ty głupi!

Z drapieżną złośliwością śledził walkę na twarzy Turskiego i czuł, że dawny przyjaciel jego zawahał się na moment, że chciał może jeszcze list który wziąć w rękę, przypomnieć sobie jego treść, pocałunkom równe słowa przebiec oczyma...

Wytężył całą swą wolę i słał ją oczyma w Turskiego.

— Nie będziesz czytał, nie będziesz! nie będziesz! — powtarzał w duchu, jak rozkaz.

Gdy jednak ujrzał, jak Turski pierwszą garść papieru w dłoń bierze i rzuca w ogień, ciemno mu się w oczach zrobiło. Przemocą tylko powstrzymał się od krzyku. A potem list za listem, list za listem szedł przed oczyma jego w płomienie...

Miał jakieś gorączkowe złudzenie, że to on sam jest książką i ktoś wyrywa z niego, z jego wnętrzności kartę po karcie i rzuca w wysoko strzelający ogień... Uczucie rosnącej, bolesnej, zimnej pustki, jakiegoś zdzierania z jego krzywych kości po kawałku skóry, mięśni, żył... Działa się rzecz niepowrotna i nieodwracalna, ginęło, coś bez śladu, co było życiem i urokiem życia i jego męką.

Turski spieszył się. Zbytnio nagromadzone na dogasających polanach listy w twardych kopertach nie chciały się palić, musiał więc przerwać robotę i ogień rozjarzyć na nowo. Potem — aby łatwiej spłonęły — wyjmował już listy z kopert, czasem po kilka z jednej, i kładł w płomienie, odrzucając puste koperty na niedźwiedzią skórę przed kominkiem. Wkrótce nagromadził się ich cały stos...

Za listami poszły jakieś drobne, śmieszne pamiątki: kilka zeschłych kwiatów, pożółkła ze starości rękawiczka balowa, włosów pęk...

Wreszcie robota była skończona. Po stosie zwęglonego papieru chodzić zaczęły ostatnie, krwawe wężyki iskier; gdzie przeszły, zostawał już tylko szary, wiotki popiół. Na stole stała szkatułka otwarta i pusta.

Turski podniósł się z twarzą od ognia zarumienioną.

— Przepraszam cię bardzo za to całopalenie w twoim domu, ale nie chciałem tego brać z sobą. Koperty każ służącemu usunąć. Niech je wrzuci pod piec w kuchni.

— Dobrze.

— I nie będę ci więcej czasu zajmował. Zmęczony jesteś. Przyjdę innym razem, to pogadamy, może serdeczniej niż dzisiaj. Mam ci wiele do powiedzenia.

— Dobrze, dobrze. Do widzenia.

Został znowu sam.

Chodził po pokoju i rozmyślał, co to się stało? A właściwie nawet nie rozmyślał, jeno powtarzał sobie uporczywie to pytanie, nie umiejąc nie tylko sformułować na nie odpowiedzi, lecz nawet treści jego pojąć.

— Aha, co się to stało? — powtórzył, zatrzymując się przed biblioteczną szafą i obcierając bez myśli z kilku starych tomów bardzo starannie kurz na grzbietach osiadły.

Wyjrzał potem oknem, przypatrując się pilnie przechodniom, chociaż go to nic nie obchodziło, co się dzieje na ulicy. Wreszcie podszedł ku kominkowi. Wziął próżną szkatułkę w rękę i począł ją oglądać, jak gdyby ją widział po raz pierwszy. Przyjrzał się uważnie wertheimowskiemu76 zatrzaskowi, zeskrobał paznokciem osiadłą na nim plamę rdzy, dotknął palcami na czerwono wylakierowanego wnętrza...

— Tak. Co ja z tym zrobię teraz?

Postawił ją z powrotem na stole i schylił się, aby pozbierać rozrzucone na podłodze koperty. Robił to systematycznie i dokładnie. Brał jedną po drugiej w rękę i układał je w stos, adresem do góry, bacząc, by pisma nie położyć przewrotnie.

Koperty były różne formą i papierem, ale pismo na nich jednej i tej samej ręki. Tylko adres się zmieniał. Czasami stało wyraźnie imię i nazwisko odbiorcy, kiedy indziej znów tylko jakieś litery snadź umówione z dopiskiem „poste-restante77”.

Jeśli któraś z nich była zmięta, Poleski wyrównywał ją i wygładzał dłonią, nie zdając sobie zgoła sprawy z tego, co robi.

Wreszcie drgnął. W jednej z podjętych kopert zaszeleściło coś wewnątrz, jak gdyby list, przez Turskiego zapomniany... Mała, kilkunastoma wyrazami zapisana kartka, która się zaczepiła o sklejenie i nie wypadła, gdy list wyciągano...

Poleski odłożył ją na bok i strąciwszy na podłogę w nieładzie ułożony pracowicie stos kopert, począł rozgorączkowanymi palcami szukać w pozostałej reszcie...

Oto jeszcze jeden list, większego nieco formatu do zbyt małej koperty włożony, który wraz z innymi nie wypadł — i jeden jeszcze, leżący na ziemi osobno...

Zgarnął łup w rękę i poszedł z nim ku oknu.

Tutaj dopiero, usiadłszy w fotelu, oprzytomniał i zaczął sobie zdawać sprawę z tego, co robi.

— Po co ja to wziąłem? — pomyślał. — Przecież tego czytać nie będę, nie do mnie pisane.

Patrzył, nie czytając, na duże, równe pismo, tak podobne do liter na przysłanym mu dziś rano bilecie.

— Turskiemu nie ma po co oddawać. Najlepiej spalić od razu...

Wpadło mu mimo woli w oczy zdanie:

„Już nie ja, lecz usta moje kochają cię i chore są z tęsknoty za tobą...”

Odsunął papier dalej, aby nie ulec pokusie czytania.

— Już wiem, co zrobię. Wrzucę te kartki nieczytane do żelaznej szkatułki, zatrzasnę wieko, klucza nie mam, pozostaną więc tam na wieki ukryte...

Przyszło mu na myśl, że jednak Turski mógłby jutro przyjść i upomnieć się o szkatułkę, która jest jego fizyczną własnością.

— Jakkolwiek bądź — pod żadnym warunkiem czytać tego nie będę!

Pomyślawszy to z głębokim i niezłomnym postanowieniem, zaczął czytać:

„Romek, Romek! Czemu się Ty martwisz? Wiesz Ty, że taka wiosna jest na świecie, że się chce po prostu oszaleć? Jeździłam dziś rano powozem za miasto: zielono jest, drzewa wszystkie kwitną, nad każdym potokiem duże, żółte, do złotych gwiazd spadłych na ziemię podobne kwiaty... Romek! Czyż to nie grzech, żebyś Ty, się martwił? Wiosna jest na świecie i ja Cię kocham! Pomyśl tylko, jacy naprawdę nieszczęśliwi są ludzie, którzy tego nie znają, nie wiedzą, jak to jest po długim niewidzeniu zewrzeć się tak ustami, jak to my zrobimy za trzy, cztery dni... A nawet nie tak myśl! Myśl raczej, jacy są nieszczęśliwi wszyscy, wszyscy oprócz Ciebie na ziemi, których ja nie kocham! Którzy nie wiedzą, jak umieją całować moje usta, jak całe ciało moje umie całować! Och, Ty! Mój! Jakże ja po wariacku tęsknię za Tobą! Całuj, całuj prędko, bo zginę z tęsknoty!”

I dalej, dalej jeszcze, słowa bez związku przed dziesięciu czy jedenastu laty na papier rzucane, niewystygłe do dziś, palące ogniem, jak haszysz oszałamiające.

— Aha — pomyślał Poleski — to się nazywa miłość...

Na małej kartce kilka słów tylko było:

— „Przyjechałam. Piszę. Gdyś nad ranem wysiadł z pociągu, miałam wrażenie, że to wszystko mi się śniło. I teraz mi się tak zdaje. To spotkanie w nocy, w zamkniętym, pędzącym w świat wagonie. Usta mam jeszcze gorące, nabrzmiałe i rozbolałe od Twoich pocałunków... Masz, masz — wyciągam je ku Tobie, całuj jeszcze — do krwi!”

Trzeci list pisany był z jakiegoś nadmorskiego miejsca kąpielowego.

„Nie kąpię się w morzu wcale. Smutno mi rozbierać się i wiedzieć, że Ciebie nie ma w pobliżu. Przyjedź! Chodziłam dziś po plaży i patrzyłam na kąpiących się ludzi. Och, jacyż oni wszyscy brzydcy! Do niczego nie mam takiego wstrętu, jak do ludzkiej brzydoty... Romek, gdybyśmy tu byli oboje?... Wiem, że nawet morze cieszyłoby się, widząc nas, bo tu nie ma takich dwóch pięknych ciał, jak nasze! O, bo i ty jesteś piękny, piękny! Jesteś poetą, czy tam czymś podobnym, a wiesz Ty, że mnie to właściwie nic nie obchodzi? Kocham Cię za to, że jesteś piękny, że ciało masz podobne do greckiego, młodego boga, że pierś Twoja szeroka i gładka pachnie świeżą krwią, że pod skórą Twą miękką a mocną drgają mięśnie ze stali, że w chwili szaleństwa uścisk Twego ramienia tak rozkosznie boli i kości we mnie druzgoce... A jak Cię kocham? Ty! Czy ci to potrzeba mówić? Ty! Ty! Przymknij teraz oczy — widzisz mnie? co? Taką mnie widzisz... ”

Poleski odrzucił papier. Wzrok jego na pozór bez celu błąkał się po pokoju. Wstał wreszcie i zbliżył się ku sofie. Zdjął jeden z wiszących nad nią pistoletów. Starą, skałkową krócicę, o głowni bogato srebrem nabijanej. Krzesiwo było jeszcze dobre; za spuszczeniem kurka szły iskry długie i obfite. Wyczyścił zapał paznokciem, kominek przetknął znalezioną gdzieś szpilką. Potem zaczął czegoś szukać.

— Powinien być — szeptał do siebie — pamiętam dobrze, że powinien być...

Jakoż znalazł rzeczywiście. Stary ojcowski rożek myśliwski z dobrą garścią prochu wewnątrz. Przesypał go na dłoni i począł mu się bacznie przyglądać w świetle okna.

— Ciekaw jestem, czy nie zepsuty? Tyle lat leży, ale wydaje się dość suchy. Zresztą zobaczymy.

Wsypał proch w otwór pistoletu, a nie mając czym przybić, zmiął jeden z listów księżnej i wpakował w lufę. Ubił papier dobrze i ze znajomością rzeczy żelaznym stemplem, w łożysku pistoletu osadzonym. Potem odkręcił dość dużą miedzianą mutrę od świecznika i przymierzył. Wchodziła do lufy doskonale.

Uśmiechnął się z zadowoleniem.

— Czy aby proch nie jest zwietrzały? — zmartwił się znowu.

Mimo to podsypał zapał pod odwiedzionym kurkiem.

Położył pistolet i przeszedł się kilka razy po pokoju. Przed Chrystusem na krzyżu zatrzymał się na chwilę, zdawało się, że chce uklęknąć i modlić się... Na klęczniku, ukryta w kącie, leżała róża pąsowa, dziś mu przysłana. Wziął ją w rękę i przyglądał jej się długo i smutno. Zbliżył do ust, jakby chciał pocałować; cofnął dłoń.

Wzrok jego padł na otwartą, pustą szkatułkę stalową. Wrzucił do niej kwiat i zatrzasnął wieczko.

Poszedł szybko ku oknu, otworzył je, splunął nie wiadomo dlaczego komuś przechodzącemu ulicą na głowę, po czym usiadł wygodnie w fotelu i wziął nabity pistolet w rękę. Wylot oparł o skroń.

— Czy też proch mógł się zachować bez zepsucia przez tyle lat? — pomyślał z zajęciem i nacisnął cyngiel.

Proch okazał się zupełnie dobry i niezwietrzały.