VII
Wkrótce po pogrzebie Poleskiego, który się odbył w dżdżysty dzień przy bardzo nielicznym udziale jego dawnych znajomych, Turski, pożegnawszy się jedynie z profesorem Butrymem i jego żoną, wyjechał z Krakowa.
Pani Zośka śmiała się, dając mu jakiś kwiat na drogę, „na szczęście”, jak mówiła.
— Ucieka pan przed kimś, panie Romanie!
— Nie, zaręczam pani. Chodzi o moje plany teatralne, dla których chciałbym przygotować grunt w Zakopanem. Zresztą tyle lat nie widziałem Tatr, rad bym je znowu zobaczyć i przypomnieć sobie, jak to byłem młody.
Z przymrużonych oczek pani Zośki wyglądał filuterny uśmieszek.
— Młody to pan jest ciągle, ale co do uciekania, to my już coś wiemy o tym. Fe! Jacy wy wszyscy jesteście zabawni i... słabi!
Turski nie chciał dopuścić do poważnej rozmowy w tym przedmiocie.
— Jeślibym przed kim uciekał, to chyba przed panią — rzekł, skłaniając się z galanterią.
— A choćby! Zawszeć to tchórzostwo.
Ale naprawdę uciekał nie przed nią. Nawet nie przed księżną Heleną. Raczej przed tą duszną i gnębiącą go atmosferą, w jaką go nieznacznie wciągnęło zbliżenie się do księżnej i jej przedziwnego towarzystwa. Tak jest, uciekł przed tym niepojętym, dławiącym go czymś, co się około niej działo — i jeszcze przed widokiem małego Iwonka, o którym wbrew chęci i niezrozumiale dla siebie myślał coraz więcej i częściej od owego dnia, kiedy, dowiedziawszy się o jego chwilowej chorobie, poczuł mu się dziwnie i śmiesznie bliskim. Na próżno usiłował szydzić i wykładał sobie długo, cynicznie, iż nie ma żadnej pewności, że ten chłopak właśnie jego obchodzić cokolwiek powinien. Czuł jakąś śliską podłość takiego rozumowania, a nie chcąc myśleć inaczej, usiłował nie myśleć o tym wcale.
Nie zawsze mu się to udawało. Były chwile, kiedy jasna główka dziecka o twardych, szarych oczach jawiła się w jego wyobraźni tak żywo, że całej siły woli potrzebował, aby ją z niej wyprzeć.
— Jest to zabawne — mówił sobie — jak człowiek łatwo poddaje się sugestii i w następstwie pozwala fantazji weprzeć w siebie uczucia, jakich nie posiada i posiadać rzeczywiście nie może. Nie wiedziałem nic o istnieniu tego chłopca, nie podobał mi się, gdym go ujrzał, a teraz gotów bym uwierzyć, żem tęsknił za nim całe lata! Wystarczyło, że kobieta, mająca niegdyś na mnie wpływ przemożny, rzuciła mi w zręczny sposób jego imię...
Zresztą niewiele sobie pozostawiał czasu dla namyślania się nad tymi rzeczami. Na szczęście nazbyt był zajęty i pochłonięty przeprowadzeniem swoich planów teatralnych w Zakopanem, których nie porzucił pomimo stanowczej odmowy Zaremby, na którego współudział początkowo liczył. Zrazu szło wszystko dobrze, ale wnet zaczął się spotykać ze śmiesznymi, zaściankowymi trudnościami, mogącymi zniechęcić od razu mniej odeń upartego człowieka. Ale on — prawie rad był temu. Trochę bawił się obserwowaniem tak zwanych „stosunków miejscowych”, składających się przeważnie ze ślepych uroszczeń i małomiasteczkowych ambicji, trochę upierał się rzeczywiście, aby postawić na swoim i wbrew wszystkiemu rozwinąć tu swój sen o poświęcanym przybytku sztuki dramatycznej, łączącym w sobie wszystko, co najlepszego widział na Wschodzie i na Zachodzie, a poza tym był zadowolony, że w ogóle coś robi.
Ponieważ nie chciał, aby cała rzecz wyglądała na jego osobistą fantazję, lecz owszem pragnął nadać przedsięwzięciu pewne cechy społecznego czynu, którego by on był tylko inicjatorem i poniekąd wykonawcą, dającym prócz myśli potrzebny kapitał do rozporządzenia — wypadło się porozumieć z miejscowymi „czynnikami miarodajnymi” i ludźmi dobrej woli. Tych pierwszych znalazł niespodziewanie wiele, drugich za to znacznie mniej. Tydzień czasu upłynął, zanim się w ogóle wyznał, kto tu jest miarodajny, a kto nie. Zrobił przez ten czas mnóstwo błędów, które spowodowały, iż odpowiednie mnóstwo ludzi obraziło się na niego, gdy on nawet nie przeczuwał, o co. Jeden były student z dziwnie kabłąkowatymi nogami i takimże nosem, o śmiesznym, z niemiecka brzmiącym nazwisku, przestał mu się nawet kłaniać, a za jego przykładem poszło dwóch lekarzy, jeden fryzjer, jeden pokątny nauczyciel i jeden człowiek niewiadomego zajęcia, ale tego samego wyznania.
Ostatecznie dowiedział się, że sprawa teatru zależy tutaj w pierwszym rzędzie od pewnego pana, niepiastującego wyraźnie żadnego urzędu ani niewykonującego żadnego zawodu, nazwiskiem Jutrasinkiewicz, który sam wprawdzie nigdy w teatrze nie bywał, ale za to nosił stale kute górskie buty, spodnie po kolana i skórzany strażacki pas na zapiętej pod szyją bluzie, mówił dużo o obowiązku pracy społecznej i był prezesem w połowie istniejących na miejscu towarzystw, zadowalając się w drugiej połowie skromną godnością wiceprezesa. Towarzystwa, w których zarządzie by nie figurował, uważał za przewrotne i zgubne.
Ale pokazało się, że oprócz tego pana ma jeszcze w tej sprawie głos przedziwnie wielki zastęp ludzi. Przede wszystkim cała rada gminna in corpore78. Następnie Związek szynkarsko-gospodarczy, do którego obok prawdziwych karczmarzy, restauratorów i hotelarzy wszelkiego pokroju, należało jeszcze sto kilkadziesiąt właścicielek pensjonatów. Potem cały szereg osób na miejscu wpływowych i dostojnych. Gdy Turski przeczytał ich listę, wedle najlepszych źródeł spisaną, ciemno mu się przed oczyma zrobiło. Ci wszyscy musieli się na myśl jego zgodzić, musieli mu dać swoje przyzwolenie, aby mógł przystąpić do wykonania dzieła tak, jak je sobie wyobraził.
Po raz pierwszy od dziesięciu lat uczuł, że energia jego słabnie i zamiary poczynają się plątać w głowie. Nareszcie jednego dnia po dwugodzinnej rozmowie o potrzebie idealnego teatru polskiego z pewnym rzeźnikiem, mającym wedle zasięgniętych informacji poważne wpływy na miejscu i w okolicy, uczuł, że nie wytrzyma dłużej, jeśli nie odpocznie i na jakiś czas tych wszystkich ludzi z oczu nie straci. Spakował tedy walizę i przeniósł się w góry, do Schroniska nad Morskim Okiem79, z zamiarem spędzenia tam przynajmniej kilkunastu dni. Listów nie pozwolił posyłać za sobą, zwłaszcza że ostatni, jaki jeszcze w hotelu w Zakopanem otrzymał, był od Rogockiego, niezmiernie długi, cudaczny i nudny, a donoszący mu w dopisku o zamierzonym przejeździe do Zakopanego księżnej Heleny, której mąż posiadał tu niewielką, na uboczu położoną willę.
W samym schronisku niewiele znalazł spokoju. Tłumy ludzi przyjeżdżały tu w każdy pogodny dzień na obiady z Zakopanego, wieczorami roiło się od powracających z gór turystów. Tęskniąc za samotnością, spędzał też prawie całe dnie w okolicznych lasach albo na stokach najbliższych, leżąc nieraz godzinami twarzą do słońca, z przymkniętymi oczyma i cichym na ustach uśmiechem. Krótki pobyt w Krakowie i Zakopanem zmęczył go moralnie więcej niż lata walk i potwornych wysiłków tam na Wschodzie spędzone. Odpoczywał. Myślał najczęściej o rzeczach z ziemią, górami i niebem związanych, rzadko sobie o ludziach przypominając. Ten sposób życia był dla niego nowy i cieszył go. Wiedział, że usposobienie jego żywe nie długo mu w bezczynności wytrwać pozwoli, ale tymczasem było mu dobrze.
O księżnej nie myślał prawie zupełnie. Wprawdzie nazwisko jej obiło mu się parę razy o uszy, rzucone w obcym jakimś towarzystwie w schronisku: ktoś mówił, że pono80 do Zakopanego już przyjechała, ktoś inny opowiadał anegdoty o otaczających ją jak zawsze ludziach, ale Turskiemu przelatywały te echa mimo uszu, nie poruszając go wcale.
— Wyleczyłem się zupełnie — uśmiechał się — jeśli było co we mnie z dawnej choroby...
Naszła go za to w górach inna myśl niespodziewana. Poleski. Zbyt długo nie żył z nim już bliżej i nazbyt wiele śmierci w życiu widział, aby mógł być zrazu nad miarę poruszony faktem, że dawny jego przyjaciel rozsadził sobie czaszkę z pięknie inkrustowanej, muzealnej krócicy81, nie postarawszy się nawet o browning82, znacznie odpowiedniejszy do takiego celu. Nie rozumiał zresztą tego czynu ani jego pobudek. Przeszedł więc nad smutnym wypadkiem do porządku dziennego w przypuszczeniu, że w życiu Poleskiego musiały być jakieś rzeczy, o których on nic nie wiedział i które go w końcu nie obchodziły. Dopiero dnia pewnego, kiedy błądził samotnie w lasach podtatrzańskich, naraz postać starego, serdecznie niegdyś kochanego przyjaciela i śmierć jego tragiczna stanęły mu z dziwną uporczywością w świadomości i odtąd powracały do myśli aż nazbyt często.
Nie mógł się opędzić zwidziskom. W skalnych wycieczkach, których próbował, przypominając sobie dawne szalone przejścia w tych górach, doznawał nieraz niespodziewanie wrażenia, że Poleski jest gdzieś blisko obok niego; parę razy nawet zdawało mu się, że słyszy jego głos, wołający nań z za załomu skały, z leśnej gęstwy, albo — najczęściej — z bezdennej u nóg przepaści... Stawał wówczas i nadsłuchiwał, śledził dokoła oczyma po to tylko, aby za chwilę z pogardliwym ruszeniem ramion iść dalej.
Przypominała mu się stara mądrość wschodnia, która uczy, że człowiek formy wcielenia swego doszczętnie porzucić nie może, dopóki nie spełni zadania z nią związanego — i lęk mimowolny ogarniał go na myśl, że Poleski snadź ma mu jeszcze coś do powiedzenia, czego by on może wolał nie słyszeć. Nie bardzo wierzył owej mądrości, ale zrozumiał, że śmierć garbatego towarzysza jego młodych lat miała jakiś niepojęty związek z nim samym... z faktem jego do kraju przybycia?
Nie starał się rozwiązywać zagadki, ale też nie odpędzał już myśli o Poleskim, oczekując jakby z zabobonną nadzieją, że przyjdzie jakaś chwila, w której usłyszy głos zmarłego przyjaciela, i da mu poznać to, czego by na próżno logicznym rozumowaniem szukał.
Ostatecznie z tym wszystkim szły mu dni spokojne, ciche i jasne, a szły tak szybko, że nawet nie spostrzegł, kiedy krótkie lato górskie poczęło się nakłaniać, wcześniejsze zachody słońca stawały się więcej czerwone, a na wyższe hale zaciągała się nieznacznie jakaś rdzawa złotawość — a tam wysoko zimne ranne rosy w pewnych dniach srebrzysty szron zastępował, niknący rychło w ciepłych promieniach wstającego słońca. Żleby jeno zacienione i osłonięte skałami wilgotne wądoły srebrzyły się aż do popołudnia, nikłym oparem mgły nakryte...
Była już połowa sierpnia.