VIII

Lekkim wiatrem wieczornym pędzona szla z jednego końca stawu po drugi fala drobna, w której łyskał i wraz wodą o nadbrzeżne kamienie rozbijał się księżyc jeszcze niecały, jawiący się gdzieś w szczerbach pociemniałej grani między Rysami83 a Mięguszowieckim Szczytem84. Na skalnych upłazach od Czarnego Stawu85 był cień; słychać było jeno łoskot wodospadu i szum sączącego się niżej po kamieniach potoku, z szumem lasu przycichym złączony.

Turski siedział na głazie pod stokiem Miedzianego86, z końcami stóp prawie już wodą stawu oblanymi. Myśli miał jak gdyby zmiażdżone tym potwornym cielskiem Mięguszowieckich Szczytów87, co wprost z toni po przeciwległej stronie wyrastając, niemal cały widnokrąg oczom jego zabierały. Spuścił wzrok ku wodzie, nie mogąc znieść tego czarnego ciężaru na źrenicach i usiłował ścigać błysk każdej fali, w pewnym miejscu na powierzchni stawu się rozpalającej i gasnącej tuż około jego stóp...

W schronisku poza nim jasno było, gwarno i rojnie, ale zdawał się nie słyszeć tego tętna banalnego życia, co biło o paręset metrów odeń: objęła go noc tatrzańska, szczytów i nabrzmiałym rzeźwą wilgocią topniejących czarnym zwierciadłem stawu pod księżyc błyszcząca, zadumana w szumie drzew i wód, duszna chwilami żywicznym zapachem lasów i wyziewami mokradeł, borówką porosłych — a zaś odświeżona wiatrem, spadającym ze gdzieś pod niebem resztek wiosennego śniegu.

Myśli jego roztapiały się w tej nocy, jak owe do duchów podobne zarysy smreków nadbrzeżnych i limb, pnących się po zboczu na piętro ku Czarnemu Stawu88 ponad szumiącą w grubym cieniu wodą. Szedł za nimi okiem zmęczonym od ustawicznego łyskania fal, przeczuwał raczej niż spostrzegał na ciemnem tle ciemniejsze, w wietrze ruchliwe plamy tych limb sędziwych z powyginanymi burzą, połamanymi śniegiem konarami. Tam ponad nimi, wiedział, jest już tylko pustka kamienna i głęboka, zimna, czarna woda, zastygła pod skrzesanymi wprost w jej toń ścianami szczytów granitowych...

Mgły się zaczęły kłębić w górze ponad Czarnym Stawem szarawe, ledwo widoczne, wysuwały się wzwyż i niknęły, uderzone wiatrem, co od Rysów spadał. Jeden kłąb oderwał się w dole od potoku poniżej wodospadu i szedł w górę po limbach, po głazach, podobny z daleka w nocy do jakiejś niekształtnej, olbrzymiej, przygarbionej postaci, na piętro skalne wstępującej... W pustać89 straszliwą, na czarną, wśród głazów i nocy zagubioną wodę...

Turski w niezrozumiały dla siebie sposób przygnębiony był dzisiaj przez cały dzień i drażniło go to, że nie umiał znaleźć powodu tego przygnębienia. Dzień był piękny i pogodny; słońce tylko świeciło może nieco mniej jaskrawo niż zazwyczaj, jak gdyby leciuchnym oparem przysłonięte, który bladawą barwę nadawał całemu firmamentowi. Zachód świecił nad Tatrami długo niegasnącą, czerwono-żółtą łuną, a gdy wieczór zapadł i gwiazdy zaczęły błyszczeć z firmamentu niespodziewanie jasno, jakby ku ziemi zbliżone, przygnębienie całodzienne Turskiego przeszło wprost w niepokój jakiś, z którym nie mógł sobie dać rady...

Samotność uspokoiła go nieco, przynajmniej zewnętrznie, ale czuł, że w powietrzu wisi coś dziwnego, co nerwy jego po prostu fizycznie wprawia w napięcie nadmierne, aż bolesne. Szczyty stały przed nim ciche, groźne, dziwnie oczom bliskie, jakby na coś niezwykłego oczekujące. Opary mgły, snujące się w dole, zniknęły, ale za to gdzieś z nad Żabiej Przełęczy90, tuż pod księżycem, wysunął się obłok białawy i trwał nieruchomie z brzegami światłem miesięcznym przepojonymi. Uderzenia wiatru, idącego z gór, stawały się coraz częstsze i chwilami, miast dotychczasową świeżością, biły w twarz jakby ciepłym, niepokojącym oddechem... Miało się wrażenie, że to z poruszonej piersi skalnych olbrzymów ten życiem ciepły wiew załata...

Niespodziewanie przyszedł Turskiemu na myśl Poleski. Zwidziało mu się zaraz, że cień jego gdzieś po wodzie stawu się przewija, wpada na brzeg i z cichym, zaledwie, zaledwie dosłyszalnym szelestem przemyka wśród gęstych zarośli czarnych drzew i topi się znów w bujnych krzakach nadwodnych. Naraz poznał, że jest on tuż za nim, na ścieżce, nieopodal biegnącej, bliżej, na kamieniu, o który się plecami opierał, w zwieszającej się nad jego głową gałęzi kosówki.

Nie odwracał twarzy. Wiedział, że zwróciwszy się, spojrzy w pustkę i rozwieje zwidzenie, całkiem realne w tej chwili. Zasunął dłonie na twarz i oczy i czekał. Wiatr szeleścił za nim w bujnych krzakach kosodrzewiny. Usłyszał w wietrze coś jak gdyby szloch.

— Mów... — szepnął mimo woli ruchem warg raczej niż głosem.

— Strzeż się, Romek! — mówiła za nim pustka.

— Czego? Czego mam się strzec?

Wiatr płakał znów w gałęziach kosówki.

— O, o, o! Dlaczegoś mi ty zostawił te listy? I czemuś je zabrał potem?! — skarżyło się coś poza Turskim, czy też w nim samym może...

— Listy!

Patrzył z wytężeniem we własną duszę; zaczynał z przerażeniem rozumieć...

— A! Więc to tak? Więc tak...

Nagła jasność świadomości pokazała mu jakby w jednym błysku niedocieczony dlań dotąd związek wypadków...

Zaśmiało się coś.

— Ale i ty wróciłeś! Ha, ha, haaa!...

— Tadzik! — krzyknął głośno i zerwał się na równe nogi.

Miał moment złudzenia, że pochwyci cień za widmowe ręce i zmusi go, aby mówił wyraźnie...

Cisza była znów i pustka dookoła.

Jeno tam gdzieś na górskim stoku ponad nim kołysało się nikłe światełko, ginęło i ukazywało się znów, skacząc i zbliżając się wyraźnie ku niemu.

Zaparł dech w piersiach. Coś jak gdyby żwir zaskrzypiał na ścieżce, drobne kamyki potrącone spadały niżej, chwilami dolatywał metaliczny stuk...

Turski nadsłuchiwał — potem zaśmiał się do siebie.

— Spóźnieni turyści...

Wkrótce słyszał już młode, wesołe głosy przechodzących o kilkanaście metrów ponad nim ludzi:

— Zgaś latarkę. Szkoda świecy.

— Słusznie. Jesteśmy na ścieżce. Schronisko jak na dłoni.

— Głodny jestem jak wilk.

— Nie dziwota...

— Ale wiesz, grań była cudowna!

— Bagatela! Pierwsze przejście w jednym dniu... Od Rysów przez Mięguszowieckie aż po Czubrynę91!

— Wzięło się nareszcie tę wściekłą ściankę od Wyźniej Żabiej Przełęczy92! Dość sobie na niej ludzie zębów i paznokci nałamali.

— Chodź prędzej. Wiatr idzie.

— Halny...

Przeszli w cieniu, stukając kutymi butami po kamienistej ścieżce.

— Wiatr halny — powtórzył Turski i uśmiechnął się, jakby z ulgą.

Więc to jest cały powód jego rozdrażnienia dzisiaj! Zbliżanie się tego wiatru duszącego, którego przyjście przeczuwają na kilkanaście godzin przede wszystkim zwierzęta, dzieci i ludzie nerwowi, podobnie jak wianie sirokka93 we Włoszech.

Obrócił się znowu twarzą ku Rysom. Księżyc schował się już za skłębiony strzęp chmury, stający nieruchomo dęba u Czarnego Szczytu Mięguszowieckiego; woda w stawie przygasła i sczerniała, słychać było jeno jej plusk o nadbrzeżne głazy, jakby przyspieszony, niespokojny, namiętny. Była krótka chwila ciszy i naraz zatrzęsło się wszystko naokoło. Woda plusnęła gwałtowniej, zaskrzypiały trące się o siebie konarami drzewa, po kosodrzewinie jak gdyby przeszedł tabun niewidzialnych, rozszalałych rumaków...

Ciepły, nieposkromiony wiew szarpnął Turskiego za odzienie. W górze zarechotało coś i jękło94 — po żlebach przepaścistych rozległ się huk, łomot i gruchot, jakby turnie lawiną kamieni miały się zsypać w dół...

I znowu cisza pod błyszczącymi niespokojnie na niebie gwiazdami.

Turskiemu nagle zrobiło się chłodno. Powoli, ze zwieszoną głową, skacząc przez głazy nad brzegiem wody, zwrócił się ku schronisku.

Gdy wchodził, uderzyło go jaskrawe światło na werandzie i gwar zmieszanych głosów.

Uprzedzili go dwaj spóźnieni młodzi turyści i stali teraz na środku dużej, oszklonej werandy, otoczeni kołem dopytujących się ich ciekawie o przejście taterników. Wśród ludzi młodych mieszali się także brodacze, nierzadko o siwiejących włosach, wszyscy przeważnie w zniszczonych manczesterowych kurtach, z czerstwymi95, ogorzałemi twarzami... Poprzez ich głowy dojrzał Turski siedzących gdzieś w głębi „ludzi z miasta” w wytwornych, niby sportowych ubraniach, z białymi rękami, odbijającymi zabawnie od twardych, spękanych, pokaleczonych na skałach dłoni taterników.

U niektórych z grupy, otaczającej przybyłych turystów, znać było tylko żywe i szczere zainteresowanie zdobyciem niepokonanej dotąd ścianki na zachód od Żabiego Konia96, z oczu innych wyglądał mimowolny żal, że „problem” taterniczy został bez ich współudziału „rozwiązany”, dwóch czy trzech spoglądało na zdobywców ze źle ukrytą zawiścią, powątpiewając półgłosem o dokonanym czynie, bo „oni prawdopodobnie ściankę obeszli od południa, co ostatecznie każdy by potrafił”.

Młodzi nie słyszeli tego. Promienieli dzikim, taterniczym szczęściem, młodością, zdrowiem. Jeden z nich, jasny, szczupły blondyn o mięśniach ze stali, z rozpiętą na uznojonych piersiach wełnianą koszulą, nie miał nawet czasu zrzucić z pleców worka; odczepił jeden rzemień, a drugi trzymał jeszcze na ramieniu i opowiadał z żywą gestykulacją, jak w wąziuchnej rysie na końcach palców u rąk dźwigać się musiał wzwyż, nie wiedząc, czy dźwignąwszy się bez możliwości powrotu, dosięgnie znikomego chwytu, widniejącego ponad nim. Mówiąc to, wydłużał mimowolnie swą postać, unosił się na końcach stóp i zakrzywionymi jak szpony palcami dłoni jak gdyby wyszukiwał punktu oparcia gdzieś na powietrzu.

Drugi turysta zdjął worek i ocierając chustką spocone czoło, gryzł jakąś schwyconą naprędce ze stołu bułkę i z pełną gębą potakiwał szczerym uśmiechem i rozognionymi oczyma opowiadaniu towarzysza.

Turski, stojąc na uboczu, słuchał przez jakiś czas, zajęty nie tyle szczegółami opowiadania, najeżonego technicznymi, taterniczymi wyrażeniami, jak raczej samym sposobem, w jaki ci chłopacy mówili: znać było, że cała dusza ich krąży jeszcze tam na skalnych wyżynach i nie umie odczuć nic ważniejszego w tej chwili nad rzut jakiś nadzwyczajny ponad przepaścią lub wspięcie się po ścianie, dla orłów na pozór jedynie dostępnej. To, co w tym dniu zrobili, było rzeczywiście ponad ludzką miarę zuchwałe, ale z ust opowiadającego brzmiała tylko rozszalała uciecha, że tego dokonali, bez śladu jakiejś chełpliwości.

Naraz Turski uczuł, że ktoś dotyka ręką jego ramienia. Stał poza nim Wierzbic.

— Pan tutaj? — wyrwało mu się z ust nie bez odcienia niechęci.

Malarz uśmiechnął się.

— Przyjechaliśmy pod wieczór wraz z księżną... i tam dalej automobilem, który Rohityn kupił przed trzema dniami całkiem rzeczywiście.

— A! Więc i księżna tu jest.

— Owszem. Siedzi z towarzystwem w tamtym końcu werandy. Zobaczyła pana i przysyła mnie z zapytaniem, czemu się pan z nią nie wita.

— Owszem. Przywitam się.

— Doskonale. Tymczasem wypełnić mogę drugie polecenie. Mam zaprosić do jej stołu tych dwóch młodych bohaterów, ale koniecznie natychmiast, dopóki są brudni, podrapani, okryci potem i czerwoni na gębie. Czy pan nie wie przypadkiem, jak się ci wielcy ludzie nazywają?

Turski nie wiedział.

— Mniejsza o to. Przedstawię im się sam lege artis97. Mam nadzieję, że mi wyjawią sławne nazwiska.

Młodzi taternicy byli wielce zakłopotani zaproszeniem. Blondyn, który się przedstawił Wierzbicowi jako Borzycki, spojrzał pytająco na towarzysza.

— Jak myślisz, Makuch?

Makuch nic nie myślał. Zjadał właśnie czwartą bułkę i był zły, że jakiś „ceper”98 wtrąca się w ich ściśle taterniczą rozmowę.

Borzycki zwrócił na Wierzbica nieporadne spojrzenie błękitnych oczu. Cały zapał i dumna pewność siebie zgasły w nim teraz.

— Nie wiem, co panu odpowiedzieć... Jesteśmy brudni, trzeba się umyć, przebrać...

— Chodźcie panowie tak, jak jesteście.

— Wielki to dla nas zaszczyt, ale...

— Ale my jesteśmy w swoim towarzystwie i nie mamy zamiaru zawierać w tej chwili znajomości — rąbnął Makuch, połknąwszy szczęśliwie ostatni kęs suchej bułki, po czym zaczął wołać na kelnera, aby mu podał piwo i „małą wieprzową” z kapustą.

Borzycki poczerwieniał, czując niegrzeczność odpowiedzi swego towarzysza.

— Proszę pana nie mieć nam za złe. Zmęczeni jesteśmy naprawdę i głodni, ale gdy mnie pan raczy przedstawić księżnej, będę niezmiernie rad... przynajmniej na krótką chwilę...

Turski witał się już z księżną i Rohitynem oraz kilku nieznajomymi osobami, siedzącymi przy długim stole, kiedy Wierzbic zbliżył się z Borzyckim, usiłującym przez drogę na gwałt zapiąć koszulę pod szyją na ś.p. guzik, który się był urwał99.

— Połowę zadania spełniłem — rzekł Wierzbic, przedstawiając — pan Borzycki.

Księżna podała mu długą, białą, wypieszczoną dłoń. Nie uszło uwagi Turskiego, że przeszedł ją lekki dreszcz, gdy młode, spalone całodziennym trudem usta chłopca dotknęły jej ręki. Spojrzał mimo woli na Wierzbica: malarz miał zły uśmiech na wargach.

Tymczasem Borzycki jasnymi oczyma dziecka patrzył w twarz księżnej. Zakłopotanie chwilowe ustąpiło, w naturalnym, zręcznym ruchu, jakim się jej skłonił, znać było powściągliwą swobodę towarzyską młodzieńca, umiejącego zarówno nosić na sobie frak, jak teraz manczesterową bluzę turysty. Turski, stojąc nieco na uboczu, przyglądał się z przyjemnością jego smukłej, sprężystej postaci, mogącej się z czasem w kwiat męskiego piękna rozwinąć.

Księżna niedługo z nim rozmawiała. Drażniło ją to widocznie, że Borzycki wciąż z niezmąconym, rzec by się chciało: naiwnie niewinnym spokojem patrzył w jej oczy, nie poddając się odurzającemu urokowi jej kobiecości. Wydęła usta wzgardliwie i po kilku uprzejmych słowach zaczęła rzucać roztargnionymi oczami wokoło.

— Ach tak, turystyka... To bardzo piękne... Znam nawet blisko jednego z najdzielniejszych taterników u nas...

Borzyckiemu zaświeciły się oczy.

— Czy można księżną zapytać o nazwisko?

— Owszem. Golimski.

— Golimski? Golimski? Ten bła...

Urwał, przypomniawszy sobie na czas, że nie jest w towarzystwie kolegi Makucha.

— Przepraszam księżną, ale to nie jest w ogóle taternik poważny, choć dużo lubi podobno mówić o sobie. Łazi wprawdzie trochę po górach...

Księżna okazywała widoczne znudzenie. Borzycki snadź to spostrzegł, gdyż powstał z miejsca:

— Księżna raczy darować...

Ożywiła się naraz i uśmiechnęła powabnie.

— Bardzo, bardzo mi było przyjemnie! Rada bym usłyszeć coś więcej o tych waszych szalonych przeprawach...

— Może kiedyś... jeśli to pani nie nudzi...

Była znów roztargniona.

— Owszem, proszę. Niech mnie pan odwiedzi.

Pożegnała taternika lekkim, troszeczkę wyniosłym skinieniem głowy i zwróciła się do Turskiego:

— Pan nie siada z nami?

— Usiądę, jeśli pani sobie życzy.

— Pozwalam.

Na stole stały flaszki szampana, a z błogiej miny Rohityna można było poznać, że on im się tu kazał pojawić. Snadź korzystał też z nich najwięcej, bo poczciwe jego oczy bez wyrazu zachodziły już jakąś przyjemną mgłą, a na ustach kwitnął mu uśmiech dobroduszny i łaskawy. Nawet za odchodzącym Borzyckim patrzał z życzliwością.

Z mężczyzn było jeszcze przy stole dwóch młodych ludzi o niewyraźnych, choć mocno poprawnych fizjonomiach i trzeci, pono aktor, wszyscy w jasnych tenisowych strojach, o ile możności jak najmniej dla górskiej wycieczki odpowiednich.

Turski patrzył na kobietę siedzącą obok księżnej. Niepierwszej już młodości, o rudych utlenionych włosach i dużych, czarnych, jak gdyby zmęczonych oczach w subtelnej, szczupłej twarzy — z uprzejmym, zastygłym nieco uśmiechem na przywiędłych wargach błądziła wzrokiem po obecnych, zdając się właściwie nie widzieć nikogo. Mówiono do niej „Pani Ireno”, nazwiska Turski nie dosłyszał. Na pytania odpowiadała żywo, ale z widocznym roztargnieniem, sama natomiast nie rozpoczynała wcale rozmowy.

W wyglądzie jej i trochę dziwnym zachowaniu było coś niepokojącego. Zdawało się Turskiemu, że musi ona odgrywać w tym śmiesznym towarzystwie jakąś rolę, której na razie nie mógł wyrozumieć.

Z zamyślenia wyrwał go głos księżnej:

— A pan co o tym sądzi?

— O czym?

Zaśmiano się.

— Zgoła nieprzytomny! Robi pan konkurencję Irze!

Pani Irena zwróciła się ku księżnej z najprzyjemniejszym w świecie uśmiechem:

— Przepraszam cię, moja droga. Ja zawsze wiem, co mam o czym sądzić!

Turskiemu zdawało się, że w głosie jej zabrzmiał jakiś ton nienawistny i kłujący, prawie groźny — jednocześnie zaś oczy jej duże wpatrzyły się w Helenę z głębokim, niekłamanym, miłosnym niemal zachwytem.

— Dziwni ludzie, dziwne kobiety — pomyślał z niesmakiem, który nagle zajął w nim miejsce ciekawości.

Wierzbic nachylił się doń przez stół.

— Idzie o to, że księżna pani — powiedział ten tytuł z naciskiem — upiera się wracać na noc, to jest na resztę nocy do Zakopanego, gdy my proponujemy przespać się w schronisku... Jest kilka wolnych pokojów... A tam na dworze wichura. Słyszy pani?

Rzeczywiście wicher targał węgłami domu i trząsł całą werandą tak, że zdawało się chwilami, iż rozniesie drewnianą budowlę jak pęk chrustu na drodze porzucony. Gdy wśród obecnych zrobiła się na moment cisza, słychać było, jak trzeszczą wiązania dachu. Szyby w dużych oknach dźwięczały cicho i żałośnie przy każdym silniejszem uderzeniu.

Księżnej rozdęły się nozdrza, jak chrapy u rasowego konia, który step poczuje przed sobą.

— Lubię to — rzekła jakby do siebie.

A potem zaraz dodała żywo:

— Muszę wracać. Już postanowiłam. Zresztą Iwo byłby niespokojny.

— Synek jest z panią? — zdziwił się Turski.

— Tak — odrzekła powoli, cedząc wyrazy. — Przyjechał z ochmistrzynią100 przed kilkoma dniami...

Powstała nagle.

— Jadę natychmiast. Państwo tutaj zostańcie. Pan mi da swój samochód? — zwróciła się do Rohityna.

— Pod warunkiem, że mi panią wolno będzie odprowadzić!

Zaczęto ją prosić, aby pozostała jeszcze, wszak towarzystwo tak dobrze się bawi i jest tak przyjemnie. Choćby godzinę, choć pół godziny tylko!

Usiadła niechętnie i natychmiast roześmiała się swobodnie, wyzywająco;

— Hej, wina jeszcze! Musimy oszaleć. Na przekór panu Turskiemu, który jest posępny. Tylko pan niech nie pije za wiele, panie Ludwiku, wszak mnie ma pan odprowadzić.

Rohityn przysiągł, że nie będzie pił i jakoby dla otrzeźwienia wychylił pół szklanki koniaku, który trzeba było koniecznie zapić znów szampanem. Język mu się już dobrze błąkał w gębie, gdy po chwili przysiadł się do Turskiego.

— Co pan myśli o tej bestii? — zaczął poufale.

— O jakiej bestii!?

— No, o tej czarownicy, co siedzi przy Helenie...

— Przy księżnej...

— Naturalnie. Miałbym wielką ochotę skręcić jej kark.

Turski miał znowu ochotę poradzić mu, aby to z własnym karkiem zrobił, ale zamiast to powiedzieć, skorzystał ze sposobności i zapytał:

— Kto to jest właściwie?

— Licho ją wie. Wdowa jakaś czy coś podobnego. Przyjechała tutaj moim własnym samochodem, który przedwczoraj kupiłem — za gotówkę!

Turskiego oczy spotkały się z oczyma rudowłosej, jakby w przelocie.

— Bardzo ciekawa kobieta... — rzekł dość obojętnie.

Rohityn ryknął nieprzystojnym śmiechem.

— Cóż ona pana obchodzi, kiedy się pan kochasz w księżnej Helenie!

Pierwszym odruchem chciał Turski chwycić śmiejącego się właściciela automobilu za kark i wytrzeć jego buzią rozlane na obrusie wino. Pohamował się jednak. Wzgarda bezbrzeżna rozprężyła mu mięśnie.

— Cóż pan możesz o tym wiedzieć? — szepnął prawie smutno.

Rohityn był rozbrajająco pijany. Z natarczywością człowieka mało przytomnego zarzucił rękę na poręcz krzesła Turskiego i plótł, nie zważając zupełnie, jakie słowa jego robią na słuchaczu wrażenie. Zresztą Turski prawie nie słuchał. Obijały mu się o uszy obleśnie i nieszczerze bełkotane zapewnienia przyjaźni, zmieszane bezładu z niesmaczną chwalbą, co to on, Rohityn, za majątki posiada, i że właściwie nic w życiu robić nie potrzebuje, bo „ojciec za niego pracował”. Potem naraz rozczulił się i zaczął prosić Turskiego, aby mu przebaczył, iż on mu „zabrał szczęście jego życia”. Przecież on wie, że Turski kochał się w księżnej Helenie i kocha się w niej dotąd rozpaczliwie...

Turski zwrócił ku niemu powoli wygoloną, brązową od słońca i wichru twarz i zaczął mu się pilnie przypatrywać. W oczach miał jakiś zimny i groźny spokój. Rohityn zbyt był słowami swymi zajęty, aby to zauważyć. Odetchnął dumnie i nabrawszy w pierś powietrza, począł go nauczać, nie miarkując już głosu:

— Pan jesteś stracony, panie Turski! Pan się zbyt długo kocha w jednej kobiecie. Ja, panie, mam do kobiet szczęście po prostu szalone, ale umiem żelazną ręką... A gdy która nie jest dla mnie dobra, to po prostu: won! I przepadło... Ho, ho!

Księżna spostrzegła snadź oczy Turskiego i nerwowy, ostatkiem siły woli powstrzymywany ruch jego muskularnej dłoni.

— Panie Ludwiku...

— Co?

Turski spojrzał mimo woli w oczy księżnej i zdumiał się, niemal przestraszył, nie spostrzegłszy w nich żadnego błysku oburzenia. Patrzyła na Rohityna spokojnie i uważnie.

— Niech pan tu przyjdzie. Tak. Proszę usiąść koło mnie.

Rohityn, rzuciwszy tryumfujące spojrzenie na Turskiego, spełnił prośbę łaskawie.

Ale teraz księżna zaczęła go dręczyć przedziwnie i celowo. Zajmując go niby ciągle, obchodziła się z nim w widocznie wzgardliwy sposób, a gdy do niej mówił, zwracała się wtenczas z najpowabniejszym uśmiechem do kogoś innego. Ci inni promienieli; zwłaszcza aktor był w siódmym niebie. Był przekonany, że zrobił na księżnej wrażenie i usiłował przybrać jak najbardziej zdobywczy wyraz na pyzatą, ogoloną twarz. Był zresztą młody, zarozumiały, źle wychowany, w miarę głupi i w miarę przystojny.

Wierzbicowi dostało się również kilka przyjemnych słów i długich spojrzeń, snadź jakieś dawne historje przypominających. Znać było, że poddaje się ich urokowi, choć nie chce tego. Pobladł; w sarkastyczny uśmiech wygięte usta drżały mu nerwowo — spojrzenie zachodziło smutną mgłą...

Tylko na Turskiego nie zwracała uwagi — jakby z umysłu. Umożliwiło mu to zbliżenie się do pani Ireny.

— Pan mi chce coś powiedzieć? — zagadnęła go, gdy tylko znalazł się koło niej.

— Nie, pani. Chciałem tylko z panią rozmawiać.

— A, tak. Rozmawiać. Widocznie to, co pan ma do powiedzenia, powie pan później.

— Bardzo żałuję, że pani rzeczywiście nie mam nic do powiedzenia.

Zaśmiała się.

— Czyż to możliwe? Wszyscy mi mają coś do powiedzenia...

Było coś złego w tych obojętnych słowach, a jednocześnie oczy jej stały się naprawdę bezbrzeżnie smutne i w jakąś dal zapatrzone. Ale natychmiast zmieniła ton i zaczęła z ożywieniem trochę nienaturalnym opowiadać Turskiemu o swojej głębokiej, serdecznej przyjaźni, ba, miłości do księżnej Heleny, z którą znają się od dawna, od bardzo dawna, choć rzadko mają sposobność być dłużej z sobą. Przy sposobności dowiedział się Turski, że nie jest wdową, owszem ma męża gdzieś na Kaukazie czy Uralu, którego bardzo kocha, ale „tak się jakoś złożyło, że nie żyją z sobą”.

Mówiła to wszystko żywo, z uśmiechem, wodząc roztargnionymi oczyma po sali i — jak Turski zauważył — z uszyma ciągle i podstępnie napiętymi na każde słowo księżnej.

— Po co ta kobieta tak się męczy? — pomyślał. — Wszakże nie obchodzi ją zgoła nic z tego, co mówi. Co ją jednak obchodzi? Czemu tu siedzi?...

Powiódł okiem dookoła. Rohityn siedział ponury, usiłując rzucać na księżną demoniczne spojrzenia, właściwie jednak był podobny do obitego psiaka i pił zapamiętale. Dwaj młodzi kawalerowie zanosili się śmiechem z powodu jakiegoś dowcipu, aktor przymilał się głupio i obrzydliwie księżnej (patrzącej teraz na niego z drwiącym uśmiechem w lekko zmrużonych oczach), ciągle w przekonaniu, że robi na niej potężne i upoważniające do słodkich nadziei wrażenie.

Wzrok Turskiego skrzyżował się z oczyma Wierzbica.

— A co? Czy nie mam słuszności? — mówiły te oczy zapamiętałe, szydercze i bezbrzeżnie smutne zarazem.

Zupełnie mimo woli skinął Turski głową potakująco i uczuł, że rumieniec na twarz mu występuje.

Zawstydził się i spojrzał na panią Irenę. Ale ona rumieńca jego nie widziała. Z rozdętymi nozdrzami i wyrazem jakiejś diabelskiej radości w oczach patrzyła na księżną i jej na wpół pijanych, ordynarnych, samczo podnieconych adoratorów.

Turski uczuł, że tego dłużej nie wytrzyma. Inną znał księżną Helenę przed laty. To, co tu widział, było jakimś wyzywającym pokalaniem się, jakąś ohydą bez miary i sensu. Wolałby widzieć tę kobietę przecudną w szalonej orgii, nagą, w szatańskim rozpasaniu, niż w tym tanim tryumfie, wśród tanich wielbicieli, z uśmiechem taniego zadowolenia na dumnych niegdyś ustach.

— Tadzik, Tadzik! Czyż to było warto? — szepnęło w nim coś i załkało, a jednocześnie przejmujący, fizyczny niemal ból ścisnął go za piersi.

Rozległ się stuk i brzęk. To Rohityn bez żadnego widocznego powodu rzucił flaszką w duże okno werandy.

Młodzież zaśmiała się pijacko. Wierzbic z niesłychaną uprzejmością podał mu drugą butelkę.

— Proszę. Jeszcze tamto okno jest całe — rzekł.

— Co pan robisz? — zawołała księżna po jednym momencie milczenia.

Rohityn wstał i starając się trzymać prosto na nogach, wlepił „demoniczne” oczy w księżną. Odpowiedziała mu twardym, nad wyraz wzgardliwym spojrzeniem. Turskiemu zrobiło się niemiło; czuł, że może przyjść do zupełnie karczemnej sceny. Rohityn mełł jakiś wyraz na zębach, jakby nie mogąc go z ust wyrzucić — nabrzmiałe krwią żyły wystąpiły mu na karku i skroniach. Aktor przezornie usunął się w kąt — pani Ira zaśmiała się z cicha, pochłaniając Rohityna nadmiernie rozszerzonymi źrenicami.

— Lutek...

Turski nie był pewien, czy to księżna szepnęła to zdrobniałe imię, czy też jeno złudzenie mu je w ucho rzuciło. Zobaczył tylko, że usta jej z lekka rozchylone wysunęły się nieco naprzód, a ciężkie powieki z długimi rzęsami opadły do połowy źrenic.

Rohityn zatrząsł się i z rykiem płaczu upadł nagle na kolana przed jej nogami.

— Niech się pani na mnie nie gniewa! Ja już naprawdę nie mogę...

— Wstydź się pan. Proszę wstać natychmiast!

— Nie wstanę, dopóki mi pani nie przebaczy! Ja dla pani...

Porwał szklankę ze stołu i gruchnął się nią w czoło aż okrwawione szczerby prysnęły dokoła.

— Ja dla pani... — powtórzył i czerwoną od posoki głowę chciał skłonić na jej kolana.

Zerwała się.

— Jesteś pan ohydny. Proszę mnie puścić.

— Księżno!

Uśmiechnęła się naraz z łaskawą pobłażliwością.

— Czas już na mnie — rzekła, zwracając się do obecnych — muszę jechać do domu. Dobrej nocy państwu życzę.

I on już stał na nogach.

— Ja panią odprowadzę! Wszak mi pani przyobiecała...

— Nie. Jesteś pan nazbyt pijany.

— Ależ zaręczam, księżno!... Zresztą nie mogę puścić szofera samego... W taką noc...

— Ach!... W takim razie ktoś z panów będzie nam jeszcze towarzyszył. Sam na sam z panem dziś nie pojadę.

Spojrzała po obecnych, a widząc snadź, że ze wszystkich Turski jeden nie miał ochoty jej towarzyszyć, wyciągnęła rękę ku niemu.

Skłonił się jej w milczeniu, czując, że nie może odmówić.

— Umyj się pan z krwi — rzuciła Rohitynowi, który wyglądał rzeczywiście okropnie z czerwonymi smugami, płynącymi mu po oczach i nosie, aż na strzyżone wąsy.

On jednak patrzył na Turskiego.

— Pan z nami nie pojedzie!

— Pojadę, panie drogi, gdy księżna sobie tego życzy!

— Automobil jest mój!

Turski miał ochotę powiedzieć, że go może w tej chwili kupić od niego, ale nie chcąc zaostrzać niesmacznej sprzeczki, skinął na służącego.

— Proszę zawołać waszego szofera i niech zakładowy samochód będzie za kwadrans gotowy.

Księżna — już w płaszczu — wmieszała się.

— Nie potrzeba. Automobilem pana Rohityna ja dziś rozporządzam — wszak tak? Proszę pana.

Podała ramię Turskiemu.

W otwartych drzwiach werandy rzucił się na nich od razu wiatr, jak zły zwierz, czyhający jeno na ich wyjście. Woal księżnej zatrzepotał się gwałtownie na powietrzu i musnąwszy Turskiemu twarz, wionął nań duszącą falą zapachu jej włosów. Turski usunął się ruchem trochę niechętnym i spojrzał na księżną. Stała na najwyższym stopniu schodów, w lekkim czarnym płaszczu, w małym czarnym kapelusiku z czarnym woalem na czarnych włosach. Wyprostowana, nieruchoma, podając twarz smagającemu ją wichrowi, patrzyła jakimś dalekim wzrokiem na góry, przygniecione potwornym kłębem trwających na nocnym niebie czarnych chmur. Usta jej wpół otwarte piły wiatr; pierś wznosiła się chciwie za każdym oddechem.

— Czy to ta sama kobieta? — pomyślał.

Za nim ozwało się skomlenie Rohityna, który, wytrzeźwiony nagle, wyszedł wraz z nimi, aby obudzić szofera.

— Księżno...

— Czego pan chcesz? — rzekła, jakby zbudzona i nie czekając odpowiedzi, poczęła schodzić ze schodów, kierując się wprost ku stojącemu nieopodal samochodowi.

Rohityn szedł za nią.

— Księżno — błagał jeszcze, pomagając jej wejść na stopień — ja będę posłuszny... Bóg świadkiem, że trzeźwy jestem.

— O co panu chodzi?

— Obiecałaś... — szepnął głosem dziecka, dławionego przez łzy. — Obiecałaś... dziś ze mną... Helu!

Zmarszczyła brwi. Szybkim rzutem oka poszukała w cieniu Turskiego.

— Proszę, niech pan siada, panie Romanie. Tu, obok mnie. Panie Ludwiku, pan na przedzie. Prędzej.

Rohityn nie wsiadł. Zacisnął tylko zęby tak, że w świetle powozowych latarni widać było skurczone mięśnie żuchw... Wolnym ruchem oparł dłoń na kierownicy i zatrząsł się naraz jak w febrze...

— Jedź! — krzyknęła księżna na szofera.

Ten spojrzał bezradnie na swojego pana.

Z piersi Rohityna wyrwał się jakiś zdławiony, nieludzki ryk; odwrócił się naraz i z hałaśliwym płaczem za­czął bić pokaleczonym czołem o węgieł101 drewnianego domu.

Szofer, nie czekając dłużej, przerzucił dźwignię; wóz pędem ruszył z miejsca.

Jechali w milczeniu. Szofer pewien, że o tej porze nie spotka żadnej przeszkody na drodze, puścił wóz, używając mało hamulca, pełną szybkością po wijącym się w ostrych wężowych zakrętach gościńcu w dół ku Roztoce. W pewnym miejscu księżna nagłym zwrotem samo­chodu w bok rzucona, wsparła się, chcąc utrzymać równowagę, o ramię Romana.

— Przepraszam — szepnęła, cofając się. Głos jej był cichy, lękliwy i przedziwnie miękki.

Jakby w odpowiedzi, zwrócił na nią twarz i spojrzał jej twardo w oczy.

— Czego pani chce od tego biednego półgłówka? — zapytał niespodziewanie.

Wyprostowała się. W jednej chwili zrobiła się dumna i niedostępna.

— O kim pan mówi?

— Ach, pani wie. Czemu go pani tak dręczy? W jakim celu trzyma go pani przy sobie?

— Ach...

Patrzyła przed siebie, na mknące, czarne sylwety smreków.

— Jeśli pan ciekaw... — zaczęła z wolna po chwili — wyjdę za niego za mąż. Jesteśmy zaręczeni.

— Co?!

Umilkł, spostrzegłszy, że krzyknął niepotrzebnie zbyt głośno.

— Tak. Jestem wolna. Wszak pan wie, że jestem rozwiedziona. Mogę wyjść za kogo mi się podoba. Książę zna moje plany i nie ma nic przeciw temu...

— Ha, jeśli książę się zgadza — rzekł głośno, nadając umyślnie słowom grzecznie ironiczny ton.

Ale w duszy zrobiło mu się niewypowiedzianie smutno. Uczuł pustkę, powstałą nagle, nie wiadomo skąd i po czym...

— Za Rohityna, za Rohityna — śmiało mu się coś w piersiach przez łzy.

— Co pan mówi?

— Nie mówię nic, księżno. Nie mam nic do powiedzenia. Wszak pani rozporządza sobą wedle woli.

Myślał, że przerwie tym przykrą rozmowę, którą sam wszczął nieoględnie, ale teraz księżna zaczęła mówić.

— Dziękuję, że to pan raczył stwierdzić. Ale ja wiem, że w duszy pan mnie potępia.

— Cóż pani na tym zależy?

— Może mi nic nie zależeć, ale pytam, jakiem prawem pan to czyni? Skąd pan przychodzi do tego? Czego pan wreszcie ode mnie chce?

Turski milczał, wsłuchany w świsty wiatru halnego, który po krótkiej przerwie poczynał się znowu zrywać, gniotąc gorącą duchotą piersi i gnąc drzewa przydrożne.

Czego on od niej chce? Rzeczywiście, czego chce? Czyż mu to nie powinno być najzupełniej obojętne, za kogo pani Helena, primo voto102 księżna Hazarapelianowa, wychodzi za mąż? Cóż go ostatecznie łączy z tą kobietą, poniewierającą się dobrowolnie w towarzystwach cudacznych i zgoła dla siebie nieodpowiednich? Czy to, że kiedyś, pono przed dziesięciu laty, całował jej usta i pił rozkosz z jej ciała, jak inni przed nim i po nim robili i jeszcze inni robić będą?

A jednak, a jednak...

Spuścił głowę na piersi. Przecież ona była mu niegdyś jedna i jedyna — przecież jedyne, obłąkane, bolesne szczęście jego życia niegdyś jej zwało się imieniem!...

Ocknął się, posłyszawszy głos księżnej.

— Więc cóż ja mam? — zaczęła znowu, milczeniem jego snadź podniecona. — Dzieckiem prawie wydali mnie, sprzedali raczej staremu księciu; nie miałam jednego dnia szczęśliwego w calem moim życiu. Jeśli już nie szczęścia szukając, ale po prostu choćby oparcia, zwróciłam się od kogo, to płacono mi zawsze egoizmem, zazdrością, podejrzeniami, pretensjami urojonymi i niesprawiedliwością, poniewierano mnie, moją dobrą sławę dla chełpliwości po ulicach włóczono, krzywdzono mnie na każdym kroku, każdej chwili i przy każdej sposobności...

Turski wiedział, że to wszystko nieprawda. Za bogatego księcia sama uparła się wyjść, wbrew radom swojej rodziny, podupadłej ale uczciwej, nie poniewierał jej nikt, nie krzywdził, nie szargał, aż chyba teraz dopiero ci ludzie, zmysłów zdrowych przez nią pozbawieni.

W słowach jej jednakże brzmiała taka szczerość i tak głęboki żal, że Turskiemu szyderczy uśmiech rozpłynął się i zgasł na wargach.

— Może ona tak czuje naprawdę — pomyślał.

Schwyciła tę myśl jego w zwróconych na siebie oczach i zaczęła znów, jeszcze goręcej:

— I cóż, że zapragnęłam nareszcie mieć swój dom, prawdziwy dom swój, choć bez mitry książęcej i dopókim młoda, człowieka, który mnie kocha, rozumie pan? Kocha rzeczywiście, nie egoistycznie i będzie mi towarzyszem, przyjacielem, opiekunem.

Turski chwycił się za głowę.

— Pani, pani, pani Helu! Niechże się pani opamięta! Przecie —

Chciał powiedzieć: przecie ja panią znam i wiem, co myśleć o tym wszystkim, wiem, że w najlepszym razie łudzi się pani, tak mówiąc, ale żal mu się jej zrobiło i zamiast tego rzekł tylko, jakby myślom swym odpowiadając:

— A jednak mimo wszystko, szkoda mi pani...

— Dlaczego?

Wzniósł głowę i spojrzał jej prosto w oczy.

— Kochasz go?

Nie zauważył nawet, że mówi jej: ty.

Zawahała się.

— On mnie kocha bardzo.

— Tak. Więc wyjdziesz za niego i będziesz go zdradzać, tak zresztą, jak i on ciebie...

— O nie! On mnie zdradzać nie będzie!

— Więc ty, ty! I to będzie owo szczęście i ów dom!

— Nie — rzekła po chwili z wolna — myślę, że i ja go nie będę zdradzać. On by nie zniósł tego.

— Ale czy ty jego zniesiesz, o to idzie! Przecie się zastanów! Spotkałem cię teraz w dziwnym otoczeniu, ale przecież ty w innym świecie żyłaś, do innych przywykłaś ludzi! To jest dzieciak, a przy tym człek nieokrzesany, gruboskórny, głupi i nade wszystko — dziki!

— Podoba mi się to właśnie!

— Tak, dzisiaj, dopóki go trzymasz oczyma na uwięzi jak zwierzę. Ale pomyśl, że on może jutro czy za rok, po pijanemu, z pięścią stanąć nad tobą!

— Nie będzie pił, nie będzie się miotał! Szczęście mu dam.

Wyprostowała pierś, wzniesioną na wiatr głowę zwróciła ku Turskiemu.

— I cóż pan myśli! Że ja nie potrafię sobą zapłacić mu wszystkiego, co chcę mieć od niego? I że on nie będzie mi jeszcze dłużny? Piękna jestem zawsze, o! Dzisiaj o wiele piękniejsza niż wtedy, gdyś ty mnie znał. Zdumiałbyś się, gdybyś mógł ujrzeć... Czuję, że dopiero teraz rozkwitam jak kwiat, nie! Raczej jak owoc dojrzewam. Zrobię go najbogatszym z ludzi i będzie mi wdzięczny za to...

— Jeśli się zdoła poznać na tym, co mu dasz.

— Jakżeby mógł się nie poznać?

— Głupi jest.

— A! Pan nie wie, jaką on ma piękną duszę!...

— Ha! — rozrzucił ręce bezradnie, nie umiejąc znaleźć już słowa. Jakiś bolesny śmiech zatargał się w nim i gasł pod padającą coraz grubszą warstwą smutku... Szary, miałki popiół, grzebiący pod sobą wszystko.

Więc był niegdyś Rogocki, wspaniały, dziś zmarnowany człowiek i ofiarował jej pono wszystko, życie swe, silne męskie ręce i wielką, wyrozumiałą, prawie macierzyńską miłość, a odepchnęła go po pewnym czasie... Był on sam z nieposkromionym szałem kochania ponad ludzką miarę potężnego — i z rąk mu się wydarła. Odtrąciła Wierzbica, artystę przedziwnego, któremu mogła się stać naprawdę natchnieniem i dobrą wróżką życia, bo ten sarkazmem zabijający się człowiek był dzieckiem w duszy i potrzebował kochających opiekuńczych dłoni... Ale Rohityn został i jako mąż przy niej zostanie i o nim się mówi, że ma piękną duszę, bluźniąc temu wszystkiemu, co było.

Co było! Co było...

Wicher huczał nieustannie. Drzewa, schylając się, zaglądały w przelocie w błyskliwe ślepia samochodu i chichotały przeciągle, powtarzając sobie nawzajem: Wiesz? Rohityn ma piękną duszę! wiesz? Rohityn ma piękną duszę, hu, hu, huuu!

Coś jak gdyby szept daleki, daleki:

— Romek...

Turski oprzytomniał.

— Przepraszam panią, że o tym wszystkim mówiłem — zaczął po chwili głosem, jak gdyby zmęczonym. — Mogła mi pani przerwać jednym słowem, że mi nic do tego.

— Owszem, niech pan mówi. Wolno panu mnie obrażać. Choćby ze względu na... Iwonka.

Syknął mimo woli i zagłębił się w poduszki siedzenia. Samochód wydostał się właśnie serpentynami na szczyt Porońca103; wiatr huczał po świecie, zupełnie znów rozszalały. Widno było104 teraz cały łańcuch Tatr, nakryty potwornym, skłębionym wałem nieruchomych chmur, czarniejszych wewnątrz od nocy, srebrnych brzegami od skrytego za nimi miesiąca105. Reszta nieba była czysta i wyiskrzona gwiazdami.

Czasem, poprzez świst wichru, dochodził z lasu jękliwy trzask łamanego drzewa, druty telefoniczne rozpięte wzdłuż gościńca dźwięczały nieustannie i ponuro.

Turskiemu przypomniały się burze, gdzieś na północ od Japonii na niewielkim pobrzeżnym statku kupieckim przebywane w chłodne, blade noce, kiedy wicher ryczał w wałach morskim pod niebem tak samo jak teraz gwiaździstym. I przypomniało mu się, jak w jedną taką noc przyszło do niego z daleka wspomnienie tej oto kobiety, która siedziała teraz obok niego, dalsza mu w istocie, niż wówczas na wodach Oceanu Spokojnego. Tam w świście wichru czuł wiew rozszalałej, długo duszonej swojej tęsknoty, w pianie morskiej, obryzgującej mu rozpaloną twarz — łzy, których jego oczom brakowało. Przypomniał sobie, jak w myśli tulił tam do ust jej ręce, jak błagał ją, aby wargami jeszcze raz, raz jeden jedyny dotknęła jego czoła. Mówił do niej wśród obcych, dalekich ludzi, w noc na dalekim morzu, iż to jego jest wina, że nie umiał w niej widzieć li tylko tego, co jest pięknem, światłem, jasnością i kwiatem życia...

Posłyszał naraz, że płacze cicho.

— Pani Heleno!

— Niech mi pan da spokój!

— Pani Heleno, ja nie mówię dlatego, że pani płacze. Już mi to może jest nawet obojętne...

— Więc czego pan chce ode mnie?

— Zdaje mi się, że trzeba jeszcze jedną rzecz powiedzieć. Kto wie, czy nieświadomie nie po to właśnie przyjechałem tam z daleka... Cokolwiek jest, cokolwiek by się jeszcze stało, pani była jedyną, jasną pięknością w moim życiu. Mówię o tym wszystkim, bo to już umarło. Tęskniłem za panią długie lata do obłędu, do szału, zwidywały mi się pocałunki pani w chwilach... nie! Po co już o tym mówić!

— Więc co? Więc co?

Uczuł naraz, że nie wie, jak to powiedzieć, co myśli. Chciał ją właściwie prosić, zaklinać, aby pozostała piękną, taką, jak on ją widział w śnie swoim i we wspomnieniu, żeby przez pamięć, jak mu niegdyś była ubóstwiona, odrzuciła od siebie precz tę banalną ohydę życia, która ją kala i poniża, gorzej — pospolituje — i zrozumiał zarazem całą bezdenną śmieszność i głupotę podobnej prośby.

Z lekka położył dłoń na jej ręce. Drgnęła gwałtownie.

— Niech pani ręki nie cofa. Mówię z panią w tej chwili jak przyjaciel. Niech pani zapomni o tym, co powiedziałem. To było głupie i niepotrzebne. Pani ze względu na samą siebie powinna być piękną. Rozumie pani? Piękną! Nic więcej: piękną! Czemu pani taka nie jest?

Milczała przez chwilę.

— A kto temu winien, jeśli nie ty?

Głos jej był niski, nabrzmiały, jakby gdzieś z poza dalekich łez przychodzący.

Zamyślił się.

— Obawiam się, że jednak naprawdę ja winien nie jestem.

— Przecież ty wiesz, żem ja ciebie jednego kochała.

— Nie wiem tego.

— Nie obrażaj mnie! — krzyknęła.

Spojrzał jej w oczy.

— Jeśli tak było... — zaczął powoli.

Nie dała mu skończyć.

— Było tak. Nikt mnie nie znał takiej, jaką się tobie oddałam. Nie wstydzę się tego, co mówię. Kochałam cię. Tyś jeden mi był mężczyzną i w twoim tylko uścisku poznałam... co to jest... rozkosz...

Słowa te wyszły jej z gardła jakimś niskim, zdławionym szeptem, zaledwie dosłyszalnym wśród wyjącego wiatru.

Czuł, że fala ognia przelała mu się przez żyły i płomieniem wybuchła na czoło.

— Moja głupia próżność samcza — pomyślał sobie samemu na przekór.

— Wszakże wiesz, że i ja ciebie jedną kochałem — odrzucił jej głośno, siląc się na ton obojętny.

— I co ze mnie zrobiłeś? Mogliśmy być szczęśliwi, rozumiesz? Gdybyś był miał cierpliwość, gdybyś mnie nie był naglił106, zadręczał, gdybyś nie był uciekł przed dziesięciu laty tak głupio, dziecinnie, niepotrzebnie! I cóżem ja miała robić?

Milczał, nie znajdując odpowiedzi. Tego, co myślał, powiedzieć jej nie mógł. Zresztą nie miałoby to żadnego celu.

A ona zasunęła dłonie na twarz i mówiła cicho, jakby skarżąc się sama przed sobą:

— I co ja winna, że tęsknię odtąd, że szukam i nie znajduję? Och, takam zmęczona, och, taka sponiewierana życiem! Spokoju chcę za jaką bądź cenę. Wszystko mi jedno, kto to jest, bo to już... nie będzie... to samo! Niech mnie tylko kocha, niech mnie uciszy, niech zahipnotyzuje, abym spała, spała, spała...

Zrobiło mu się jej naraz żal, straszliwie, niewypowiedzianie żal. W tym nagłym uczuciu zgasły wszystkie inne i rozpłynęły się bez śladu. Było mu jej żal w tej chwili tak, jak kogoś, co już umarł, o kim nie myśli się inaczej, jak tylko dobrze — i jeszcze, że nie był szczęśliwy.

Ujął obie jej ręce i wzniósł do ust. A potem chciał przygarnąć jej głowę, nie jak głowę kochanki, lecz dziecka, z którym się żegna, bo idzie na zatratę, a niepodobna już zwrócić go z drogi...

Lecz ona snadź źle sobie ten ruch jego wytłumaczyła. Łagodnie ale stanowczo odsunęła go od siebie.

— Nie, nie... Dzisiaj już nie mogę... Jestem cudza.

— Przepraszam panią — rzekł oschle.

Wjeżdżali w Capowski Las długą, wśród drzew prosto wyciągniętą linią szosy. Wiatr bijący ich w twarz nie dochodził już do nich; zaplątany w szczytach smreków107 targał się wśród nich i miotał, łomocąc ciężkimi skrzydłami, jak orzeł, zrywający się gdzieś z gęstych chaszczy. Czasem jęczały pod jego uderzeniem wszystkie drzewa, czasem trzask krótki i suchy, po którym następował długi łoskot łamiących się gałęzi, dawał znać, że któryś wynioślejszy smrek naporu nie wytrzymał i położył się przed mocą rozszalałego wichru.

W pewnem miejscu automobil musiał się zatrzymać: zwał potrzaskanych drzew leżał na drodze. Z trudem tylko udało im się tę przeszkodę objechać bokiem i minąć. Ledwo jednak z powrotem na gościniec wjechali, jakiś świerk potężny zakołysał się i momentalnie runął tuż poza wozem na drogę. Księżna odwróciła głowę.

— Czemu nie jedną chwilę wcześniej! — rzekła z trochę sztucznym żalem.

Turski uśmiechnął się blado, ale przyszło mu na myśl, że by to może dobrze było: jedno gwałtowne uderzenie olbrzymiego pnia, trzask łamiącej się maszyny i cudna głowa księżnej zmiażdżona, od życia wyratowana...

O sobie nie myślał wcale. Obraz ten tak go zajął, iż spojrzał mimo woli na jej twarz, jakby szukając zamkniętych już na zawsze oczu, bladych, krwią ociekłych ust.

Naraz błysły mu w pamięci źrenice pani Ireny, w podmalowanych oczach rozszerzone przerażeniem i... dziką radością pijane. Przestraszył się tego zwidziska, nie wiedząc, skąd przyszło.

— Kto jest pani Irena? — zapytał nagle.

— Czemu pan o nią pyta?

— Ma złe oczy.

Wzruszyła ramionami.

— Moja przyjaciółka. Kocha mnie bardzo, bardzo.

Nie mówili już więcej z sobą.

Jeszcze chwil kilka i ze szczytu Cyrhli108 poczęły błyskać w dole światła Jaszczurówki109 — a dalej, jakby gwiazdeczkami drobnymi w czarnej dolinie znaczone, długie ulice Zakopanego. Wiatr ustawał; deszcz drobny i gęsty poczynał mżyć na świecie.

Księżna rzuciła szoferowi adres swojej willi.

— Koniec — pomyślał Turski i, nie wiadomo dlaczego, jakaś bezdenna gorzka żałość ogarnęła go całego.

Nie spostrzegł nawet w zadumie, jak minęli oświetlone ulice i zatrzymali się przed ustronnym domem. W dwóch oknach na dole błyszczało światło. Księżna podniosła się niespokojnie.

— Ochmistrzyni czuwa. Czy aby Iwonek nie chory...

Zwróciła się do Turskiego.

— Niech pan wejdzie ze mną na chwilę.

We drzwiach oddano jej czekającą na nią depeszę. Rzuciła na nią okiem i w milczeniu — wymownym ruchem podała otwarty papier Turskiemu.

Lekarz o znanym nazwisku telegrafował z Krakowa:

„Książę umierający. Chce widzieć żonę i syna”.