IX
Turski nie przyjął wyzwania Rohityna. Obydwu czarno ubranym panom, którzy do niego przyszli, oświadczył spokojnie ale stanowczo, że nie przypomina sobie zgoła, aby obraził czymkolwiek zacną osobę ich klienta, dla jego zaś urojeń nie ma zamiaru bawić się w mniej lub więcej krwawą, ale zawsze w tym wypadku śmieszną komedię pojedynku. Czarno ubrani panowie byli innego zdania, a młodszy i zapalczywszy z nich przebąknął nawet coś o „dalszych krokach”, jakie pan Rohityn „ewentualnie” będzie musiał przedsięwziąć, aby opornego przeciwnika zmusić do dania mu „satysfakcji”. Turski podniósł na niego twarde, stalowe oczy, a potem uśmiechnął się leciuchno kątami ust. Młody i zapalczywy pan zrozumiał snadź. Zamienił ze swym towarzyszem szybkie spojrzenie i oświadczył następnie, że „wobec tego” oni jako zastępcy pana Rohityna przyjmują do wiadomości, iż pan Turski nie miał go zamiaru niczym obrazić i mają nadzieję, iż klient ich będzie w ten sposób uważał sprawę za załatwioną.
Turski oświadczył zimno, że również ma tę niepłonną nadzieję.
Na drugi dzień Rohityn, spotkawszy w kawiarni Turskiego (który był wrócił z gór na pobyt do Zakopanego), przywitał się z nim uprzejmie i skorzystał z pierwszej sposobności w rozmowie, aby wyrazić radość z powodu usunięcia nieporozumienia, jakie między nimi zaszło.
— Czyż zaszło nieporozumienie? — rzekł Turski obojętnie, ruszając ramionami i sięgnął ręką po jakiś dziennik, leżący obok na stole.
— No, właściwie, widzi pan — mówił Rohityn — ja czułem się cokolwiek dotkniętym. Helena, to jest księżna — poprawił się — jest moją narzeczoną; prawdopodobnie już w jesieni się pobierzemy...
Turski powstał.
— Pan wychodzi?
— Nie, panie. Usiądę tylko przy innym stoliku, ponieważ nie mam zamiaru prowadzić rozmowy na temat pańskich... stosunków familijnych.
— Ależ panie!...
Zerwał się, twarz mu nabiegła krwią, oczy zabłysły groźbą i przerażeniem.
Turski położył mu na ramieniu rękę ruchem przyjaznym i dobrotliwym.
— Panie Rohityn, niech się pan nie oburza. Lepiej tak będzie dla nas obu. Ja zdziczałem trochę w Azji i teraz mniej kłamię, aniżeli potrzeba. Dlatego radzę panu całkiem po przyjacielsku: niech pan mnie nie wtajemnicza w swoje sprawy osobiste, gdy ja pana o to nie proszę.
Powiedziawszy to, skłonił lekko głową110 i usiadł z gazetą w ręku na uboczu.
Rohityn mruknął za nim jeszcze: „Pan zdziczał naprawdę i dlatego się panu przebacza”, ale Turski udał pobłażliwie, że nie słyszy.
Zły był jednak i prawdziwie niezadowolony z siebie, że się dał wciągnąć w historie, które go stawiały z Rohitynem na jednym poziomie.
— Miłe koleżeństwo — wzdrygnął się. — Wkrótce mi gotów zaproponować, abyśmy sobie mówili po imieniu...
Ale ostatecznie nie o Rohityna mu chodziło. Czuł, że coraz mniej panuje nad wypadkami — owszem, daje się raczej porywać prądowi, w którego środku znalazł się wbrew chęci, nie wiadomo jak i kiedy. Księżna, wyjeżdżając przed paru dniami do umierającego męża, prosiła go, aby się zajął jej w pośpiechu opuszczonym domem, wysyłką niektórych rzeczy i tym podobnymi sprawami, które mógł doskonale załatwić ktokolwiek inny, bodaj ktoś ze służby.
Nie łudził się, że to obarczenie go drobnymi zleceniami miało jakiś cel, księżna chciała zaznaczyć swoją niby nieprzerwaną z nim zażyłość i zmusić go niejako w zupełnie prosty sposób, aby o niej myślał...
Dlaczego jej jednak na tym zależało? Tutaj kończyła się jego męska przenikliwość. A zwłaszcza że wiedział, iż nic nie jest tak dalekie księżnej, jak jakakolwiek chęć nawiązania z nim dawnego stosunku. Nawet przypuszczenie samo czegoś podobnego byłoby śmieszne. Owszem, był przekonany, że najlżejsze bodaj usiłowanie jego w tym kierunku (do czego zresztą wcale nie miał ochoty), spotkałoby się niewątpliwie z jej strony z chłodną i stanowczą odprawą.
— O co jej więc chodzi właściwie? — mruczał nieraz do siebie, gniewając się, że w ogóle o tym myśli.
W kilka dni po rozmowie z Rohitynem spotkał na jakimś samotnym spacerze panią Irenę. Była śmiesznie ubrana w letnią różową suknię, zgoła dla cery jej i koloru włosów nieodpowiednią, w słomkowym kapeluszu i z lekkim czarnym szalem na ramionach. Poznała go z daleka i poczęła mu dawać radosne znaki. Zbliżył się i przywitał. Zagadnęła go od razu, czy nie ma wiadomości od księżnej Heleny.
Nie, wiadomości nie miał.
— Ach, naturalnie, biedaczka! Tyle przykrości tam musi przechodzić... To anioł, nie kobieta! Przecież z mężem jest rozwiedziona, a jednak na pierwsze jego wezwanie...
Urwała i wpatrzyła się Turskiemu w oczy z dziwnym, jakby drwiącym półuśmieszkiem.
— Poleciła panu pewno zająć się tutaj domem? — rzuciła nagle i nielitościwie.
Turski uczuł, że czerwieni się, nie wiadomo dlaczego.
— Tak, dała mi rzeczywiście jakieś drobne zlecenia...
Opanował się i spojrzał bystro w podmalowane oczy pani Ireny.
— Skąd pani wie o tym? — spytał.
— Ach, Boże! Czyż to trudno się domyśleć? Hela jest tak dobra, rzeczywiście tak dobra...
Zmusił się do uśmiechu.
— Cóż to ma do rzeczy? W tym przypadku, zdaje mi się, to ja raczej dobry jestem... że się zajmuję...
— Ach, naturalnie, naturalnie! Pan jest dobry... Pan nie szczędzi czasu ani fatygi, aby się tu różnymi drobiazgami zająć, gdy ona musiała do męża — chorego, pan wie, tak ciężko chorego...
— Co prawda, mógł mnie zastąpić jej lokaj.
— O, nie! To jest właśnie przedziwna delikatność i subtelność uczucia tej wyjątkowej kobiety... Ona czuła, że w tak ciężkiej chwili musi dać panu sposobność okazania swej dla niej pieczołowitości, zadokumentowania niejako przed światem, że pan jej nie jest obcy, że pan mimo wszystko, co zajść mogło, zawsze z... tą samą przyjaźnią... I wierz mi pan, to nikogo nie zdziwi! Wiedzą wszyscy, że Hela, ten anioł dobroci, ma w sobie dziwną — duchową! — duchową moc przyciągającą i nikt jej nie może być wrogiem, nikt się na nią gniewać nie może. Kochają ją wszyscy... są jej przyjaciółmi... Pan przyzna, że to rzecz nadzwyczajna, z dawnych... miłośników umieć sobie zrobić przyjaciół...
Trzepała te obojętne na pozór zdania głosikiem cienkim, z widoczną słodziuchną przesadą, a równocześnie w oczach jej skrzył się jakiś nienawistny, szyderczy blask...
Turski zdumiał się i przeraził. Patrzył na nią jakiś czas z uwagą, a potem zapytał nagle bez ogródki:
— Dlaczego pani jej tak nienawidzi?
Z kolei przestraszyła się pani Irena. Zatrzymała się naraz — na ustach błąkał jej się jeszcze słodki półuśmiech, ale z szeroko rozwartych, pociemniałych oczu wyjrzało jakieś wypłowiałe, nad ludzkie siły ciężkie znużenie, przemocą dotychczas ukrywane. Westchnęła kurczowo i spuściła wzrok ku ziemi.
— O to mnie jeszcze nikt nie posądził — rzekła po chwili, uderzając końcem parasolki zeschłe liście jesionów, leżące na drodze.
— Ja nie posądzam. Ja widzę.
— Owszem, ludzie się dziwią, że ja ją tak kocham... — szepnęła trochę nieśmiało.
— I pani chce, aby tak sądzono?
Zapanowała już nad sobą. Roześmiała się swobodnie i spojrzała Turskiemu śmiało wprost w oczy. Zauważył, że pod pokrywą bielidła wystąpiły jej na twarzy ceglaste wypieki.
— Co też pan mówi! Jest to najlepszy dowcip, jaki mi się zdarzyło w życiu usłyszeć! Ja ją tak kocham, tak strasznie kocham... Czyż inaczej mogłabym jej przebaczyć to wszystko...
Urwała nagle, usta zadrgały jej skurczem... bólu? Okrucieństwa? Czy też tłumionego płaczu?
— Co jej pani ma do przebaczenia?
— Źle się wyraziłam. Nic jej nie mogę przebaczać, bo ona nic nie zawiniła. Trudno jej robić zarzut z tego, że jest tak niesłychanie piękna, że taki urok nieprzezwyciężony posiada, że wszyscy, wszyscy, którzy się do nie zbliżą, muszą dla niej oszaleć! Och, to jest jedyna kobieta, na całym świecie jedyna. Czyż pan sam nie przyzna? Zawsze taka była.
— Pani zna ją od dawna?
— Nie wypada mi liczby lat wymieniać; wszakże ona ciągle tak młodo wygląda... Ale znamy się prawie od dziecka. Dziewczętami — och, nie była wtenczas jeszcze księżną! — kochałyśmy się bardzo, bardzo. Zawsze byłyśmy razem. Deux inseparables111 — mówiono o nas... Tylko wie pan? To takie zabawne! Wówczas ja miałam włosy czarne, a ona jasne, bardzo miłe, chociaż trochę w przykry, lisio-żółtawy kolor wpadające. Ostatecznie dobrze, że je później zaczęła czernić... Zresztą była dla mnie zawsze ideałem piękności, dobroci. Patrzyłam w nią, jak w obraz... Krwi bym jej swojej była utoczyła...
— I cóż? Rozstała się pani z nią, wychodząc za mąż — badał Turski, niby mimochodem i bez zainteresowania, choć czuł, że pani Irena opowie mu tylko to, co zechce — i dlatego, że zechce.
Uśmiechnęła się nieco wstydliwie.
— Ja wcale za mąż nie wyszłam.
— Jak to? Wszakże słyszałem...
— Ach, to jest taka rzecz... Stanowisko panny, gdy się nie jest już tak najzupełniej młodą, jest trochę śmieszne i krępujące. Wymyśliłam sobie więc tego męża, który nigdy nie istniał. Hela wie o tym, ale ona umie milczeć, gdy chce. Jej można każdą tajemnicę śmiało powierzyć. Nie sądzi pan?
— A mnie? Skąd pani wie, że ja umiem tajemnicy dochować?
— O! Ja pana znam. Może nawet lepiej, niż pan sam siebie.
Ruszył ramionami na ten dość banalny i zwykły frazes. Szli jakiś czas wolno, w milczeniu.
— Ale byłam zaręczona — zaczęła znowu po chwili — i tutaj stało się właśnie to nieszczęście...
— Nieszczęście?
— A tak. Trudno to nazwać inaczej. Nikt nie był winien przecież. Ja byłam młoda i... kochałam narzeczonego. Mniejsza o to. Chciałam się Heli pochwalić... Był taki cudnie piękny, tak pełen życia, młodości, śmiał się zupełnie jak dziecko pełnymi, czerwonymi usty i oczy mu tylko błyszczały pod rozwichrzoną płową czupryną. Hela nie znała go jeszcze.
— Ach! — Turski przystanął i wpatrzył się w panią Irenę z nagłym zainteresowaniem.
— I co, co się stało? Teraz niech pani mówi...
Uśmiechnęła się blado.
— Nic się nie stało, a raczej to, co się musiało stać. Przywiozłam go do niej na wieś. W lubelskiem112 wtenczas jej rodzice mieszkali. Pan wie, ona jest taka piękna, tak szatańsko piękna...
— A potem?
— Och, drobnostka. Wróciłam do Warszawy sama. Młode dziewczęta łatwo płaczą, więc ja też przez długi czas płakałam.
— A on?
— Niech pan pomyśli! Zastrzelił się, gdy Hela uparła się wyjść za księcia. Młody był, niedoświadczony, zdawało mu się, że kobieta tak piękna mogłaby być jego żoną, gdy on nawet majątku znaczniejszego nie posiadał.
Turski zagryzł wargi aż do krwi. Czuł, że go w gardle coś dusi.
Pani Irena zaśmiała się naraz jak gdyby nieprzytomnie. Z oczu wyzierało jej obłąkanie.
— Wie pan? Widziałam! Ot tu — taka duża dziura na skroni, oko jedno wysadzone, ust nawet nie zamknął. Brzydki był, och, brzydki był po śmierci!
Załkała krótko bez łez.
— Pani Ireno!
— Dzieciństwo. To już było tak dawno. Ale odtąd ja tak się boję o Helę... Mam zwidzenia, że ją ktoś zastrzeli albo zresztą inaczej zabije. I że będzie taka brzydka po śmierci... Początkowo niewiele o tym myślałam, lecz później, teraz... Staram się ciągle być przy niej...
— Pani czyha na jej śmierć?
— Nie, nie! A niechże mnie Bóg broni. Raczej nad jej życiem czuwam. To tak łatwo mogłoby się zdarzyć. Ktoś pijany albo doprowadzony do rozpaczy — bez jej winy, naturalnie — mógłby dobyć rewolweru, noża albo — bo ja wiem? — chwycić ciężką butelkę szampańską ze stołu... Dobrze, jeśli ja przy tym będę, abym mogła zbrodniczą rękę powstrzymać. A jeśli mi się już to nie uda, to przynajmniej oczy przerażone jej zamknę — krwawą, brudną ranę w tej pięknej głowie własnymi jej włosami zasklepię...
Zwróciła się wprost ku Turskiemu.
— Panie Romanie, czy pan myśli, że jej grozi niebezpieczeństwo? Czy ją może kto zabić? Tak się obawiam.
Turski zmarszczył brwi.
— Niech pani wraca do Warszawy — rzekł brutalnie. — Księżnej Helenie nic się nie stanie. Da sobie zawsze radę.
— I ja tak myślę! I ja tak myślę! — rzekła na pozór wesoło, ale w jej głosie zadrgał jakiś cień rozczarowania i znowu to okropne, bezradne znużenie...
Obok ścieżki wiodącej dnem wąskiej doliny u stóp Giewontu113, nad brzegiem huczącego po skałkach potoku, wśród buków, jesionów i górskiej jarzębiny, leżał stary, omszały pień zwalonej burzą jodły. Usiedli na nim odruchowo i oboje równocześnie. Słońce przechyliło się już ku zachodowi i cień lesistego grzbietu począł wypełniać wnętrze wąwozu. Wschodnie zbocze błyszczało jeszcze w słońcu, na ciemnej zieleni buków i czarności jodeł rdzawiły się liście jesionów, przedwczesnymi przymrozkami nocnymi powarzone.
Od wody potoku, od omszałych kamieni i ziół wilgotnych bił już przedwieczorny chłód...
Turski zamyślił się, zapomniawszy na chwilę o swojej towarzyszce. Naraz — jak gdyby sobie przypomniał, że jest ona ciągle tuż blisko przy nim — wzniósł głowę i zaczął jej się przyglądać badawczo, z ciekawością i zdziwieniem zarazem. Musiała być piękna, nawet bardzo piękna kiedyś. Znacznie niższa od księżnej Heleny, miała coś nerwowego w subtelnej i harmonijnej budowie, w ruchach ciało jej się wyginało linią doskonałą jak grzbiet skradającej się łasicy. Spod sukni wysunęła jej się nieco noga, wąska w kostce o stopie drobnej, rasowej, wysokiej w podbiciu.
Spojrzał na jej strzeliste, szczupłe ramiona, na przywiędłe lica, które niegdyś musiały mieć owal przecudny, dziś nazbyt znaczącymi się kośćmi twarzy zepsuty, na oczy jej czarne, znużone, a jeszcze przedziwnym, gorączkowym ogniem błyszczące.
— Niepotrzebnie włosy utleniła — pomyślał. — Powinny być czarne jak chmura. A może to zrobiła dopiero wówczas, gdy tamta poczerniła swoje? Aby nie być do niej nawet barwą włosów podobną?
— Dlaczego mi się pan tak przypatruje? — spytała naraz, poruszywszy się niespokojnie pod jego badawczym spojrzeniem.
Miast odpowiedzieć, zapytał, nie spuszczając z niej oka:
— Po co mi pani to wszystko opowiadała?
Spuściła skromnie wzrok ku ziemi.
— Mój Boże, tak się jakoś złożyło...
— A więc bez celu?
Ruszyła114 ramionami, ale zaraz podnosząc głowę, uśmiechnęła się swoim zwyczajnym, trochę sztucznym uśmiechem.
— Pan mnie nic nie miał do powiedzenia, więc musiałam ja panu...
— Nie rozumiem.
— To takie proste. Wszyscy, to jest ci wszyscy z otoczenia Heli mają do mnie zupełnie nadzwyczajne zaufanie. Nie lubią mnie, wiem, choć nie rozumiem dlaczego, lecz gdy mnie który spotka, zwierza się natychmiast, opowiada o swojej miłości... do niej, do niej! Skarży się, wylewa łzy, paskudne, śmieszne męskie łzy przede mną, prosi o radę. Ha, ha, ha! A ja muszę wszystkiego wysłuchać, pocieszyć, współczucie okazać. Pan wie, że mnie mają za mężatkę, wdowę, rozwódkę — więc się nie krępują. Bardzo ciekawych rzeczy dowiaduję się czasem. Och! Jakież to wszystko obrzydliwe!
— I pani się dziwi, że ja nic nie mówiłem?
Przypatrzyła mu się badawczo i zrobiła nieokreślony ruch głową.
— Nie miałbym nic do powiedzenia — dodał po chwili — nic ciekawego, niech mi pani wierzy.
Nie odpowiadała. Przechyliła się w tył, na głaz tuż za zwalonym pniem sterczący i oparłszy się oń barkami, patrzyła wciąż z natężeniem w twarz Turskiego. Ale on zauważył, że ona go wcale nie widzi. Był w tej chwili tylko przedmiotem, przypadkowym punktem oparcia dla jej oczu, aby błąkając się, nie przeszkadzały chwytanymi obrazami jakiejś jej myśli uporczywej i samotnej. Miał wrażenie, że ma przed sobą lunatyczkę czy kobietę w hipnozie pogrążoną, oczy jej powlokły się jakimś szkliwem — spoza rozchylonych nieco warg błyszczały drobne, równe, białe zęby...
— Pani Ireno — szepnął, chcąc przerwać ten przykry stan.
Nie poruszyła się wcale, jeno brwi jej ściągnęły się z lekka, jak gdyby szukała czegoś w pamięci z natężoną uwagą.
Naraz zadrżała gwałtownie całym ciałem, jakby pod wpływem wstrętu czy przestrachu.
— Co pani jest? — zapytał z mimowolnym niepokojem.
Spojrzała nań przytomniej.
— Zimno mi, och, zimno...
Pochylił się nad nią, aby ją odziać zsuniętym z ramion szalem.
I naraz — zatrzęsły się w nim wszystkie nerwy jakimś przewrotnym prądem pożądania: pociągnęły go jej malowane usta, zwiędłe pod warstwą bielidła policzki, zapadłe, podczernione oczy lunatyczki...
Nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co robi, chwycił jej wątłą postać w ramiona i przywarł ustami do jej szyi.
Sprężyła się i krzyknęła przeraźliwie z przestrachu i zdumienia — w tejże jednak chwili opuściła bezwładnie ramiona po bokach i przymknąwszy oczy, szybkim ruchem głowy podała mu rozwarte nieco, wilgotne, pragnieniem drgające wargi.
Nieoczekiwana, nieprzeczuta słodycz rozeszła się po żyłach Turskiego. Te usta nie całowały go same, lecz poddawały się pocałunkom jego przedziwnie, chłonęły je, łasiły się koło jego twarzy, miękkie, chłodne, niespodziewanie pachnące i żądne.
Obłąkanie go ogarnęło. Zsunął wargi po jej licu na szyję i cisnąc ją ramionami ku sobie, prawie bezwiednie targnął zębami zapięcie lekkiej różowej bluzki...
Jęk czy westchnienie wydarło jej się z ust, ruchem ramion wyrzuciła z rozerwanego odzienia dwoje piersi drobnych, krągłych, świeżych jak u młodego dziewczęcia, czystą, szlachetną krwią w ukryciu pachnących.
Przypadł do nich nienasyconymi wargami, znacząc krwawe piętna pocałunków na białej, nieskazitelnej skórze.
Krew zaczynała mu słonić115 oczy...
Nagle pani Irena odepchnęła go obiema rękami od siebie tak silnie i niespodziewanie, że się zatoczył i upadł na jedno kolano.
Wróciła mu przytomność, spojrzał na Irenę z przerażeniem. Stała przed nim wyprostowana, z szeroko rozwartymi oczyma, bledsza jeszcze niż zazwyczaj, mimo że puder z jej lic starł swymi pocałunkami.
Ogarnęło go zmieszanie i wstyd, chciał coś powiedzieć — usprawiedliwiać się, czy przepraszać — czując równocześnie, że wszystko będzie zarówno głupie jak bezsensowne.
Ona patrzyła przez chwilę na niego, jak klęczał bezradnie na jednym kolanie — tak jak był upadł116 — i naraz wybuchnęła zupełnie wariackim śmiechem. Śmiały się jej oczy, śmiały się usta — zanosiła się, dusiła się spazmami niepohamowanego śmiechu.
Zerwał się na nogi.
— Pani Ireno!
— Ach, ach, ach! A więc nareszcie! Całował mnie jej dawny kochanek, tak jak tamten — mój — ją niegdyś musiał całować! Och!
Zakryła oczy rękoma i nie oglądając się za siebie, odbiegła szybko.
Gdy znikła w gęstwinie, zdawało się Turskiemu, że słyszy jeszcze łkanie, coraz bardziej się oddalające.
Został sam.
Wieczór już zapadał; chłodno było naprawdę. Machinalnym ruchem wyciągnął zegarek.
— Szósta...
Przypomniał sobie, że za pół godziny ma decydujące zebranie w sprawie swojego teatru. W pierwszej chwili skrzywił się z niechęcią. Iść w tę zgraję ludzi, co zdążyli mu już obrzydnąć najgruntowniej i słuchać znowu głupstw, wygłaszanych z niesłychaną powagą, oglądać znowu dostojne rybie oczy pana Jutrasinkiewicza, który każde przemówienie zaczyna jednakowo: Ja państwu bynajmniej swojego zdania nie narzucam, lecz... — i w końcu obraża się, gdy zgromadzenie uchwali coś wbrew temu zdaniu jego, którego niby nie narzucał; nie! Dość, dość, już dość tego!
Otrząsnął się ze wstrętem jak pies, który przebiegł przez zimną wodę, i szedł dalej, zupełnie mimowolnie układając sobie w głowie plan całej kampanii na tym nudnym zebraniu. Wyszukiwał zwrotów, których trzeba użyć, dobierał argumentów, przygotowywał sposoby odparcia przypuszczalnych zarzutów — wszystko, aby nareszcie ci ludzie pozwolili mu wyświadczyć sobie dobrodziejstwo z zachowaniem pozorów, że to oni sami pewnego społecznego i kulturalnego czynu dopełniają.
Z tego stanu rzeczy zdawał sobie najzupełniej sprawę. Ale uśmiechał się pobłażliwie nad sobą samym. Wszakże przez tyle lat był przerażająco praktyczny i wyrachowany — dlaczegóż by teraz nie mógł sobie wreszcie pozwolić na fantazję zrobienia czegoś... wprost przeciwnego?
Nie spostrzegł nawet, kiedy i jak myśli jego wzięły inny obrót. Po pewnym czasie dopiero zauważył ze zdziwieniem i złością, że rozmyśla o rozmowie z panią Irą i o tej scenie ostatniej, której wspomnienie napełniało go uczuciem nieznośnego wstydu. Co go właściwie opętało? Co skusiło? Jak można było w ten sposób...
— Ech! — warknął z zawziętą niechęcią i przyspieszył kroku na leśnej ścieżynie, potykając się w cieniu o wystające wśród kamieni korzenie smreków.
— Ostatecznie musiała być jakaś wewnętrzna przyczyna — próbował rozumować spokojniej — która w danej chwili pchnęła mnie do zrobienia tego nadzwyczajnego i śmiesznego głupstwa. Nie uświadamiałem jej sobie wówczas i teraz jeszcze nie mogę jej znaleźć. Ani wyglądem swoim, ani zachowaniem pani Irena nie mogła wywołać u mnie jakiegoś zaćmienia zmysłów, boć przecie o czymś więcej nie może być nawet mowy, gdy ja jej prawie nie znam. Więc cóż? Litość wywołana jej opowiadaniem? Ale przecie człowiek zdrowy na umyśle — a za takiego chcę jeszcze uchodzić — z litości nie rozrywa kobiecie sukni pod szyją i nie zjada warstwy pudru z jej twarzy? Parsknęła mi śmiechem w oczy: ty, tamtej dawny kochanek...
Doznał naraz wrażenia, że pod ciemnymi drzewami tuż nad jego ramieniem jak cichy, szary ptak nocny — sunie myśl Poleskiego. I znowu te dziwne, raz już słyszane słowa, bez głosu wprost w duszę mówione:
— Głupcze, głupcze! Hipokryto! Przecież ty ją całowałeś z nienawiści do tamtej, o której twierdzisz, że ci jest już obojętna!...
— Więc cóż? — odparł Turski myślom — Jeślibym jej nawet nienawidził...
— Ha, ha, ha! Ha, ha, ha! — śmiał się cichy, szary ptak, wciąż nad ramieniem jego lecący. — Nienawiść to śliczne słowo, taka doskonała, blaszana pokrywka na różne inne rzeczy. Widzisz, ja także kobiet nienawidziłem...
— Cóż to ma do rzeczy?
— Nic — szydził cień — tylko że jesteś podobny do żaka, który, nie znalazłszy łaski u ukochanej panienki, z bajronicznym gestem „kala się w rozpuście”, ściskając spotkaną w sieni pokojówkę. A często jeszcze od niej dostaje po nosie. Och, Romanie Turski! Och, Romanie Turski, któryś z Azji „nowym człowiekiem” powrócił!
Zatrząsł się i pędem prawie wybiegł z lasu na otwarte pole.
Na przekór sobie, z uporem i zawziętością zaczął znowu myśleć o czekającym go zebraniu, które go w tej chwili właściwie nic nie obchodziło.
— Po co mi teatr budować — ironizował — kiedy sam teatr robię i to jeszcze ze strony lichej komedii?
Ale w duszy było mu naprawdę smutno i nad wyraz głupio.
Naturalnie — spóźnił się. Pełno już było w dużej, drewnianej sali, której zwykłe przeznaczenie dawały niedwuznacznie poznać ściągnięte pod pułap na linach gimnastyczne przyrządy. Ponieważ światło elektryczne tego dnia „wyjątkowo odmówiło” (co mu się zresztą dość często zdarzało), paliły się po kątach jakieś stare lampy naftowe, z których jedna uporczywie i nieuleczalnie kopciła.
A na podium, za stołem, nieodzownym zielonym suknem przykrytym, stał pan Jutrasinkiewicz i przemawiał.
Turski zdziwił się trochę, że obrady rozpoczęto bez niego, ale ostatecznie nie mógł wymagać, aby czekano, gdy na czas nie przyszedł. Usiadł cicho na jednym z wolnych krzeseł i słuchał.
Jutrasinkiewicz, spostrzegłszy, że wszedł, chrząknął z powagą, cofnął w tył lewą nogę, a wysunął natomiast prawą, w również srodze żelazem okuty but ubraną, przesunął dłoń na piersiach o jeden guzik wyżej — i po niewielkiej pauzie cienkim głosem eunucha117 zaczął widocznie resumé118 swego przemówienia.
— Otóż ja państwu zdania swojego nie chcę narzucać, ale mniemam, że w Zakopanem teatr nie jest jeszcze potrzebny. Dobrze jest bawić się sztuką, ale na razie są rzeczy ważniejsze. Przede wszystkim trzeba spełnić obowiązek społeczny: starać się o tężyznę fizyczną, która niewątpliwie przyczyni się do podniesienia ducha narodowego. Tutaj nie powinno się znajdować nic takiego, coby oczy przyjezdnych odwodziło od Tatr. Ta skalista pustynia powinna nam się stać szkołą życia... Wyłożyłem już obszernie w swym przemówieniu, jak to rozumiem. Żałuję, że pan Turski, lekceważąc nas i sprawę, spóźnił się i nie słyszał tego. Trzeba nam iść tam w góry, na trudy i niebezpieczeństwa, wyrabiać w sobie hart, odwagę i siłę woli. To jest moje zdanie, którego zresztą państwu nie narzucam. Otóż tu jest pole do działania. I dotąd wprawdzie ludzie w góry chodzili, ale nie tak, jak trzeba. Myśmy właśnie zawiązali towarzystwo (którego prezesem mnie raczono wybrać), celem uprawiania racjonalnej turystyki letniej, zimowej, wiosennej i jesiennej, pojętej jako tyleż kategorii służby społecznej. Bo proszę ja panów, każda pora roku przynosi z sobą pewne...
— Tośmy już słyszeli! — przerwał mu zgoła niegrzecznie jakiś głos z głębi.
Pan Jutrasinkiewicz zdziwił się, oniemiał na chwilę i zaczął znowu nie bez pewnej melancholii w głosie:
— Więc dobrze. Nie będę powtarzał, choć to są rzeczy nadzwyczaj ważne. Streszczę się. Towarzystwu wzmiankowanemu brakuje jeszcze wielu rzeczy, dla których zdobycia są potrzebne środki materialne. Jeśli tedy pan Turski chce być ofiarnym dla dobrej sprawy, to... niech rozważy to, co powiedziałem. Takie jest przynajmniej moje zdanie, którego zresztą nie narzucam nikomu... Gdyby jednak panowie sądzili inaczej i wbrew mojej radzie postanowili teatr tu utworzyć, ja — jak nigdy nie wymawiam się od służby publicznej — tak i teraz, mimo mnóstwa zajęć i istotnego braku czasu, gotów jestem dla dobra ogółu wziąć udział w projektowanym komitecie, bez względu nawet na to, czyby mnie panowie zaszczycili w nim stanowiskiem przewodniczącego, czy też jaki skromniejszy nałożyli obowiązek. Ja, proszę panów, nie mam osobistych ambicji, lecz pragnę tylko zawsze wedle sił służyć dobru społecznemu.
Huczne oklaski były oznaką, że nienarzucane nikomu zdanie miało w zgromadzeniu pewną, nie tyle liczną, ile głośną grupę zwolenników.
Turski uczuł, że mu się chce spać — i że sprawa teatru stała mu się w karygodny sposób diabelnie obojętną.
Na podium wystąpił mały człowieczek o żywych ruchach z płonącym, przenikliwym okiem. Turski poznał jednego z miejscowych lekarzy, inteligentnego i gorącego zwolennika swej myśli. Zrobił mimowolny ruch, jakby go chciał powstrzymać od bezcelowego przemawiania, ale się opamiętał, że tego przecież nie można.
Lekarz mówił żywo i z zapałem. Tłumaczył, że stanowisko pana Jutrasinkiewicza, „który zresztą jest bardzo godny i szanowny człowiek” (Brutus is an honourable man!119), w tym przypadku nie da się utrzymać. Turystyka swoją drogą, a swoją drogą teatr! Pan Turski, mogąc zrobić sam, wzywa nas do współudziału... Chodzi o to, aby się stał wielki czyn kulturalny... Mamy zadokumentować, że chcemy, aby tu stworzono idealną „świątynię sztuki” dla całej Polski, że rozumiemy jej potrzebę i znaczenie. O kapitał troszczyć się nie potrzeba — pan Turski daje go do rozporządzenia, zastrzegając sobie tylko odpowiedni wpływ na kierownictwo...
— Otóż to! — wtrącił półgłosem ze swego krzesła pan Jutrasinkiewicz z gestem beznadziejnym i boleściwym...
— Ciekaw jestem, czy ona świadomie od początku dawała mi się całować jako dawnemu wielbicielowi tamtej — myślał Turski, straciwszy z uwagi wątek dalszego przemówienia lekarza...
Dziwna ociężałość spadła mu na powieki. Widział poprzez rzęsy kopcącą lampę w kącie; w uchu dźwięczały mu głośne słowa mówcy, nie oznajmując się jednak w mózgu żadnym sensem.
— Po co ja tu przyszedłem?... Aha, niepotrzebnie wszcząłem tę rozmowę w automobilu... Jestem ciągle śmieszny od chwili, kiedym tu przyjechał... To jeszcze doktor przemawia... Kto by powiedział, że ona włosy farbuje; wyglądają, jakby były z natury czarne.
Drgnął i wyprostował się w krześle.
Doktor skończył właśnie mówić, rzuciwszy na ostatek gorące wezwanie do obecnych, aby poparli usiłowania pana Turskiego, wezwanie, które zresztą bardzo słaby odgłos znalazło — po czym miejsce jego przy zielonym pulpicie zajął jakiś młody człowiek o bardzo stanowczej fizjonomii i mocno rozwichrzonych włosach.
Pojawienie się jego powitano długotrwałymi oklaskami, które zgłuszyły słabe brawa, jakie doktor za przemówienie swoje otrzymał.
On zaś — młody człowiek, o minie srogiego lwa — poszukał płonącymi oczyma wśród siedzących Turskiego i zwrócił się, jakoby wprost ku niemu.
— Czego pan Turski od nas chce? — mówił. — On chce po prostu, żebyśmy mu pomogli zrobić karierę! Wiemy, że był niegdyś literatem, a gdy nie znalazł powodzenia w tym zawodzie, gdy społeczeństwo odrzuciło z niechęcią, że nie powiem wzgardą, jego poetyckie elukubracje120 bez sensu i głębszej myśli, gdy się przekonał, że na tej drodze ani wieńca laurowego, ani groszy nie znajdzie, wyrzekł się pierwszego, a po drugie pojechał podobno gdzieś do Azji, przerzuciwszy się z lekkim sercem do mniej patetycznego, ale intratniejszego121 za to zawodu kupca. Nie wiemy niestety — a może na szczęście? — jakimi środkami grosz tam zdobywał, czyją krew, czyj pot na złoto zamieniał, ale ostatecznie wrócił tutaj człowiekiem, jak sam twierdzi, majętnym122. Nie mam powodu wątpić o tym, pytam się jednak, po co wrócił? On sam odpowiedziałby prawdopodobnie, że zatęsknił, jak się to mówi, za ojczystą ziemią, macierzystym językiem, bratnią dłonią, siostrzaną łzą — i tak dalej, że zapragnął pracować między swoimi i dla swoich — znamy te wszystkie piękne i puste frazesy! Ja powiem, dlaczego pan Turski wrócił! On sobie przypomniał o wieńcu laurowym, którego znowu tam w Azji nie mógł zdobyć. On ma już pieniądze i chce teraz jeszcze zostać wielkim człowiekiem, o ile możności dobroczyńcą kraju, ojczyzny, społeczeństwa! Ale ludzie, którzy mają pieniądze, lubią robić dobrodziejstwa w ten sposób, aby się oni sami trochę zabawili — toteż pan Turski, nieszczęśliwy literat i kupiec szczęśliwy, nie pomyślał o wybudowaniu szpitala, nie ofiarował swego, nieznanymi nam środkami zdobytego kapitału na jakiś fundusz agitacyjny politycznej partii na przykład, na oświatę ludową, na przytułki dla bezrobotnych, lub w ogóle na coś rzeczywiście pożytecznego, lecz pomyślał za to o budowie teatru! Pański i estetyczny pomysł, znać dawnego, zbogaconego na kupiectwie literata i podobno szlachcica! Znajcie mnie! Nie chcieliście dawniej moich sztuk wystawiać, teraz ja sam je sobie będę wystawiał w moim własnym teatrze! A przy tym — przyjemna zabawa, aktoreczki, coś tam... Wiemy, wiemy! Te wszystkie jego fantazje i plany mogłyby nas ostatecznie nic nie obchodzić, gdyby nie chytrość jego, dalibóg zbyt daleko już posunięta. Pan Turski chce, abyśmy właśnie my zbudowali teatr za jego pieniądze. Chce naszej firmy, chce uświęcenia przez społeczeństwo swojej, do niczego mądrego nieprowadzącej zachcianki... Hola, panie Turski! Nie tędy droga — i społeczeństwo nie da się brać na kawał! Gdy lud zapragnie teatru, to sobie go zbuduje sam, a twoich krwią i potem ociekłych groszy azjatyckich nikt nie potrzebuje... Baw się na swój rachunek i pod własną firmą — my zachowamy sobie nie skrępowane niczym prawo sądu o tym, co będziesz robił — i skorzystamy z niego w razie potrzeby!...
Pienił się i rzucał, i mówił tak coraz zapalczywiej, gniewając się nad miarę i potrzebę, zwłaszcza że nikt mu nie oponował.
Turskiego przemówienie to zaciekawiło istotnie. Słuchał tak, jakby to nie o niego chodziło w tym przypadku: podziwiał sofistyczną wprawdzie ale niezaprzeczoną logikę mówcy, umiejętność działania na słuchaczy i zręczność, z jaką każdą okoliczność umiał wyzyskać, każdy fakt do swego sposobu przedstawienia rzeczy nagiąć, każdy zamiar przeciwnika (Turski nie wiedział, czemu on jest tym przeciwnikiem) w złym świetle przedstawić.
Ta formalna strona mowy tak go zajęła, że nie miał nawet czasu zdziwić się tą napaścią, ani zastanowić nad jej pobudkami. W istocie bowiem tego człowieka nie znał, nic mu złego nie zrobił ani nie poczuwał się w sumieniu do żadnej zbrodni wobec tego społeczeństwa, którego on tak zajadle bronił.
Młody człowiek skończył nareszcie mówić i z miną dumną otarł pot z uznojonego czoła. Zaległa chwilowa cisza. Snadź nawet zwolennicy jego wahali się ze zbyt hałaśliwym wyrażeniem oklaskami swego uznania ze względu na obecność Turskiego.
Wtedy Turski powstał z miejsca i skłoniwszy się lekko w stronę znużonego mówcy, dał mu sam krótkie brawo, które rozpętało w jednej chwili niebywałą burzę oklasków. Ci jeno, co bliżej Turskiego stali i spostrzegli, że on pierwszy w dłonie uderzył, sykali z pogardą, patrząc na niego i mówili dość głośno, aby mógł słyszeć, że to jest bezwstyd i wyzywająca bezczelność z jego strony, za którąby mu się właściwie nauczka porządna należała.
Turski poszedł do domu, straciwszy najzupełniej ochotę przemawiania na tym, przez siebie samego zwolanym zebraniu.