XI

Społeczna myśl Romana Turskiego wzięła w łeb całkiem ordynarnie i dokładnie. On sam za to wziął się do budowania teatru. Nabył obszerny szmat gruntu na wzgórzu, zamykającym zakopiańską osadę od wschodu — i nie zwłócząc129 dłużej tam, naprzeciw Tatr, pobielonych już ponad czarnymi, leśnymi reglami wczesnym śniegiem jesiennym, kazał przed zimą zakładać podwaliny pod budowę.

Wzgórze całe wraz ze stokami miało być zamienione w leśny park, dołem szerokim liściem w lecie szumiący, wyżej czarny i pachnący żywicą drzew szpilkowych. Jeno zbocze południowe, ku Tatrom otwarte, miało zostać niezalesione.

— Będzie tu łąka — mawiał do znajomych — wczesną wiosną fioletowa od wydostających się spod śniegu krokusów, jak dywan turecki różnymi barwami kwiatów na zielonym tle tkana w lecie, pod jesień coraz więcej błękitna od goryczek... Potem złota i rdzawa, aż biel śniegu wszystko pokryje...

Szczyt wzgórza łysy zrównano, tworząc obszerną platformę, od wschodu, północy i zachodu ogromnym półkręgiem lasu ciemnego zamkniętą.

Główna oś budynku, greckim perystylem z jońskich kolumn otoczonego, miała iść w kierunku igły magnetycznej, w ten sposób, że wejście przez wyniosły portyk zwrócone by było ku północy, a scena umieszczona w południowej części, kończącej się razem z platformą tuż przy opadającej ku Tatrom łące.

Wbrew radom inżynierów i architektów Turski uparł się nie przeprowadzać z tyłu poza sceną zwyczajnego w nowożytnych teatrach korytarza. Jedynym jej zamknięciem w głębi miała być ściana, dająca się na całej szerokości rozsunąć i otwierająca wtedy widok na góry.

Całymi godzinami Turski siedział nad planem i śnił o tym teatrze. Widział już w myśli gotowy gmach do greckiej świątyni podobny, z co najbielszych, niepożytych garnitów tatrzańskich nad ciemną masą leśnego wzgórza wzniesiony. Wyobrażał sobie jak widzowie, zdążający na pierwsze, uroczyste przedstawienie, będą wstępować wężowymi drogami w górę — spomiędzy brzóz, jesionówi jaworów w dole między buki czerwone, między modrzewie, coraz gęściej smrekami przetkane, aż ich ogarnie na chwilę surowy, poważny, chłodny bór świerków i jodeł, zakończony nagle wieńcem czarnych limb przed otwierającą się płaszczyzną szczytową i białym szlachetnego gmachu portykiem. Po stopniach szerokich, przez drzwi z brązu odlane, pomiędzy kolumny pójdą przez atrium z sadzawką po środku, po mozaikowej posadzce, około kutych w marmurze posągów największych twórców dramatycznych świata, aż tam pod purpurową zasłonę, salę widzów od przedsionka dzielącą...

W sali wznoszące się amfiteatralnie rzędy siedzeń z ciemnego, dębowego drzewa, bez złoceń, bez pluszów czerwonych, kością tylko na rzezanych poręczach wyłożone, dokoła ścian balkon jeden na korynckich słupach oparty, z kamienną u góry balustradą. Na stropie peplon ogromny, fałdzisty, ciemno-purpurowy, z elektrycznem słońcem po środku. Dla orkiestry miejsce zostawiono półkoliste, niezbyt wielkie i nieznacznie tylko wgłębione — i drugie, do wyboru lub równoczesnego użytku w głębi wysoko, ponad balkonem, jak chór kościelny, w otwartej niszy czy loży...

— Mogę zrzucać cichą muzykę na głowy zadumanych ludzi, lub dwóm orkiestrom kazać z sobą poprzez salę widzów rozmawiać — myślał Turski i patrzył znów na rysunek ujęcia scenicznego otworu, przedstawiający portyk nad poziom sali czterema szerokimi, od orkiestry idącymi stopniami wzniesiony, z korynckim belkowaniem i wypełnionym rzeźbą naczółkiem. Miejsce nudnej kurtyny zajmowała znowu ciężka, na brązowych pierścieniach zawieszona i rozsuwana zasłona. Po obu bokach stać miały trójnogi z brązu z czarami dla palenia kadzideł, na przodzie, wśród stopni, w miejscu budki suflera, ołtarz grecki niewielki.

Zastał go raz na takich rozmyślaniach, nad planami schylonym, dyrektor Malinowski, który od czasu, jak budowa zaczęła realne przybierać kształty, coraz częściej zaglądał do Zakopanego, niby to dla wypoczynku i „odetchnięcia świeżym powietrzem”, a w rzeczywistości ze źle ukrywanym zamiarem wymyszkowania, czy by się nie dało nowego teatru objąć w zarząd lub w dzierżawę. Turski udawał, że nie domyśla się celu jego odwiedzin i przyjmował go grzecznie oraz dawał wszelkie wyjaśnienia, jakich tenże niby mimochodem zażądał.

Malinowski pytał wiele i krytykował jeszcze więcej. Nie podobał mu się grecki plan budynku i wystawione na wiatry miejsce, na którym miał być wzniesiony; co do wewnętrznego urządzenia i rozkładu miał mnóstwo zarzutów, przeważnie praktycznej natury, i dawał Turskiemu dobrotliwie fachowe rady, dziwiąc się prawdziwie i głęboko, że on nie chce uznać ich słuszności. Patrzył na niego wtedy z politowaniem i uśmiechał się dyskretnie, mając go snadź za człowieka zgoła straconego i niezupełnie z głową swoją w porządku.

Tym razem rozmowa zeszła na przestrzeń, dla gry aktorów przeznaczoną.

— Naturalnie scena będzie obrotowa? — upewniał się Malinowski.

Turski potrząsnął głową.

— Nie. Nie myślę nawet o tym.

— Jak to? Ostatni wyraz techniki teatralnej...

— Nie chodzi mi o ostatni wyraz, choć i to, nawiasem mówiąc, jest już przestarzałe. Nie mam zamiaru pokazywać sztuczek magicznych ani zadziwiać niby doskonałymi złudzeniami rzeczywistości i szybkością zmian.

— Więc... o co panu właściwie chodzi, mistrzu kochany?

— O sztukę.

— Aha. Rozumiem. Chce pan stylizować. Można, można... Nie wiem, czy pan widział, przed kilku tygodniami właśnie tak jedną współczesną rzecz wystawiłem... A więc tak zwana Reliefbühne130 i gra świateł elektrycznych...

— Owszem. Światłem elektrycznym będę się obficie posługiwać i w razie potrzeby zamknę scenę na płytko jedną tylną dekoracją, dającą się łatwo zmieniać, ale na ogół nie to dla mnie jest najważniejsze.

— Ciekaw jestem.

Turski się uśmiechnął.

— Niech pan patrzy: to jest narys budynku, a to jego przekrój podłużny.

— Doskonale — potwierdził Malinowski, nie mogąc się zorientować, co właściwie przedłożone mu rysunki mają oznaczać.

— Otóż widzi pan — ciągnął Turski dalej — że zniwelowany grunt, na którym gmach stoi, wznosi się jednak ku południu nieco ku górze, tak, że tylna część sceny jest już na równym poziomie z łąką, zaczynającą tutaj łagodnie opadać w stronę gór... Dzieli ją od niej tylko ta ściana, dającą się rozsunąć lub w razie potrzeby zastąpić olbrzymią taflą szklaną.

— Taflą szklaną? Czekajże, mistrzu kochany, toż taka szybka parę tysięcy będzie kosztowała...

— Może i więcej. Mniejsza o to.

— Tak, tak, ja wiem, że pan ma pieniądze — rzekł Malinowski z pewnym politowaniem, jakby wątpiąc, czy równą ilością rozumu Turski rozporządza.

On tymczasem uśmiechnął się do swojej myśli.

— Pomyśl pan teraz, że w jakąś słoneczną, przedwieczorną godzinę zbierają się widzowie w moim teatrze. Scenę zalega mrok; świateł nie kazałem zapalać, majaczą tylko na niej czarne gałęzie smreków, ustawionych po bokach zamiast kulis i dekoracji... Naraz tylna ściana się rozwiera — i jako przedłużenie sceny, ukazuje się ta łąka, a za nią wzgórza lesiste, a za niemi ozłocone zachodzącym słońcem Tatry... A w nocy mogę otworzyć teatr na gwiazdy i na księżyc...

— Zimno będzie — wtrącił Malinowski.

— Dam każdemu kołdrę! — krzyknął Turski z pasją...

— W zimie i to nie pomoże.

— Na zimę mam taflę szklaną!

— Bardzo ładnie, bardzo ładnie. Ale co to za uciecha będzie dla widzów, gdy za tą taflą ujrzą gapiów, cisnących się, aby widowisko podglądać, w baranich kożuchach, z nosami o szkło rozpłaszczonymi...

— Cała łąka będzie ogrodzona.

— Aha. W lecie aktorzy będą musieli mieć tuby, aby ich na widowni słyszano, gdy głąb sceny będzie otwarta... Ja to wiem z praktyki, jak głos w takich sytuacjach ucieka. A przecież będą musieli przekrzyczeć hałasy z zewnątrz dochodzące, ryk bydła, turkot wozów na gościńcu w dole, melodyjne echa pijanych śpiewek góralskich...

Turski chodził zły po pokoju.

— Jakoś to będzie.

— Pewnie, pewnie; pan ma pieniądze. Dekoracja w każdym razie prześliczna. Tylko dziwię się, że pan przed chwilą nastawał na wywoływanie złudzeń rzeczywistości na scenie, a teraz sam...

— Nie! — przerwał Turski. — Ja złudzeń nie wywołuję, nie udaję rzeczywistości, ale wciągam ją żywą do teatru, gdy mi tego potrzeba.

— Ano, można i tak. Więc wszystkie sztuki, w pańskim teatrze wystawiane, będą się dziać w górach, zimą w zimie, latem w lecie, dniem we dnie, a nocą w nocy. Któż to panu takie sztuki będzie pisał?

— Nie mam zamiaru wyłącznie i zawsze korzystać z tego urządzenia.

— Pańska fantazja, śliczna pańska fantazja! Mojemu Zarembie to by się spodobało, — zakończył dyrektor i postanowił w duchu zaczekać, aż teatr Turskiego zbankrutuje lub sprzykrzy się właścicielowi i dopiero wtenczas objąć go w dzierżawę. Obliczał w myśli, ile będzie musiał włożyć w to cudactwo, aby je przerobić na przyzwoity, europejski teatr nowożytny.

Zarembie za to — jak przewidział Malinowski — rzeczywiście podobały się fantastyczne plany Turskiego. Widywali się często w Krakowie, gdzie Turski przyjeżdżał osobliwie131, aby z dawnym dyrektorem rozmawiać. Przy pierwszych spotkaniach był on powściągliwy i małomówny, jak gdyby nieufny, ale w miarę, jak dzieło postępowało i nowe pomysły się rodziły, stary pan ożywiał się coraz więcej i nawet zapalał. Jakaś młodzieńcza, niepożyta siła promieniowała z niego wtedy, przygasłe, badawcze oczy nabierały szczerego blasku, usta się uśmiechały z przedziwną, głęboką miłością dla sztuki: rzucał nowe myśli, podsuwał projekty, ożywiał, zachęcał, podpierał, chociaż nie łudził, że przedsięwzięcie jest dosyć szalone i o wiele rzeczy trzeba będzie ciężko walczyć, wiele przezwyciężyć, w wielu może nawet ulec.

Wytworzyła się między nimi na tym gruncie serdeczna zażyłość. Były takie wieczory w długie jesienne szarugi i później, gdy śnieg już zaczynał prószyć, że siedzieli we dwóch całymi godzinami, rojąc i licząc, budując i śniąc zarazem, a zawsze tworząc. Zaremba, człowiek olbrzymiej i wytwornej kultury, znał doskonale Zachód, umiał niejako na pamięć wszystkie jego teatry, pochłonął całą dramatyczną literaturę Europy, od najdawniejszych greckich tragików począwszy aż do doby współczesnej. Z wyszukanym smakoszostwem artystycznym pomagał Turskiemu układać program tak zwanego repertuaru, a raczej układał go sam za niego: przypominał rzeczy zapomniane i cenne, wyszukiwał arcydzieła nieznane, w sztukach ogranych i lekceważonych pokazywał piękno, kreśląc plan ich nowej, a naprawdę jedynie słusznej inscenizacji. A potem sięgał do swoich tek i wydobywał rękopisy dramatów, komedii, widowisk autorów nieznanych, których nikt nie chciał wystawiać od czasu, gdy on prze­stał być dyrektorem. Były tam nieraz rzeczy dziwaczne i niespodziewane, ale uderzające śmiałością pomysłu, po­czuciem życia sceny nadzwyczajnym, nigdy nie banalne, zawsze zaciekawiające.

Autorowie, odpędzeni od progów oficjalnych „przybytków sztuki”, często wyśmiani, składali te manuskrypty wzgardzone w jego ręce.

— Ależ ja nie jestem dyrektorem! — mawiał wtedy Zaremba.

— To nic — odpowiadano mu. — Pan jeden mógłby to wystawić, a gdy pan tego zrobić nie może, to i tak rzecz jest skazana na zagładę.

I miano słuszność. W ten chaos pomysłów twórczych on patrzył jak na szkic jakiegoś dzieła muzycznego, które trzeba dopiero zorkiestrować, na instrumenty rozłożyć i mądrą ręką dyrygenta wydobyć ton właściwy, właściwe tempo i napięcie. Gdy Turskiemu niektóre rękopisy pokazywał, ten wzruszał nad nimi ramionami; skoro mu jednak swój plan inscenizacji rozwinął, Turski oczy szeroko otwierał: widział wstające przed sobą arcydzieło — sztuki nie tyle dramatycznej, ile scenicznej, nie przez pisarza, ale przez Zarembę, reżysera doskonałego, stworzone i zdumiewał się coraz więcej nad wielkością geniuszu tego człowieka.

Kiedy indziej znowu Turski opowiadał. Mówił o teatrze w Indiach, w Chinach i w Japonii, na który własnymi patrzył oczyma, a nade wszystko chętnie przypominał sobie przedziwne, na Jawie wśród malajów widziane przedstawienia... Przy dźwiękach gamelanu132, orkiestry na poły barbarzyńskiej a jednocześnie wyrafinowanej, hałaśliwej i dziwnie tęsknej zarazem, wpadają na scenę płytką kolejno pary aktorów w hieratycznych, jako wspomnienie z Indii zachowanych strojach, przedstawiają się stosownie do charakteru tańcem poświętnym, wojowniczym lub miłosnym i siadają na długiej ławie z przodu, w nieruchome posągi zamienieni, robiąc miejsce parze następnej. A gdy wszyscy, co w przedstawieniu brać mają udział, miejsca już zajęli, występuje na podium między muzyków i zastygłych aktorów bard, starzec zazwyczaj ogromny i siwobrody.

Wznosi ręce i gamelan wita go dziesiątkami rozszalałych instrumentów muzycznych, które milkną nagle na dany znak.

Bard rozpoczyna opowiadać. Snuje ze siebie powieść bohaterską, dawną, dramat dziwny, pełen bogów i ludzi, słońca i krwi, dając niekiedy znak instrumentowi któremuś, aby zajęczał z cicha, rozśpiewał się miłosnym snem, zaśmiał dzwonkami, albo uderzył w grom, stosownie do jego słów...

Epopeja z wolna nabiera życia, tętno w niej szybsze, akcja wyrazistsza; już nie tylko muzyczne narzędzia, ale i ludzie grać poczynają.

Oto bard skinął dłonią: z ławy wstają rycerze i w rytm słów jego walkę krwawą przed oczyma widzów ropoczynają — w gamelanie bęben gra, chrzęszczą zbroje żelazne. Znów cisza. Walka minęła jak sen, tylko przyciche słowa barda snują opowieść dalej... Mówi o miłości, o cud-królewnie, w lesie przez wygnanego księcia spotkanej. Tancerki wionęły przez scenę; ruchem rąk i torsów nagich, pląsem nóg młodych pokazują wszystko, o czym bard opowiada...

— Pierwotna to budowa dramatu — mówił Turski — ale jest w niej jakaś moc dziwnie sugestywna. Długie noce, w teatrach jawańskich spędzone, pozostały mi w pamięci na zawsze, jakby widzenie fantastyczne. I kto wie, czy tam nie kryje się jakaś wielka prawda sztuki. Ruch, słowo i dźwięk wiążą się tutaj razem, ale w walorach swoich pozostają nienaruszone, nie niszczą się wzajemnie i nie zacierają, jak na przykład w najbardziej barbarzyńskim, nonsensownym wytworze europejskiej cywilizacji, w operze. Przecież to jest potworność, kazać aktorowi jednocześnie śpiewać za orkiestrą, wygłaszać zdania o pewnej treści i znaczeniu, i grać ruchami i tańcem! To jest sztuczka cyrkowa a nie sztuka; nienawidzę opery! Tam, na Jawie, w społeczeństwie o starej kulturze, które nam się spodobało nazwać barbarzyńskim dlatego, że jest inne niż nasze: słowo ze swą treścią wiedzie prym, ale muzyka jemu poddana, idzie z nim razem, a aktor, uwolniony od konieczności mówienia, tym swobodniej i głębiej może się we właściwej swej dziedzinie, to jest w ruchu wyrażać... Zmiana dekoracji w takiej sztuce jest niepotrzebnym głupstwem. Śnię o stworzeniu u nas czegoś podobnego, w scenie mojej na przestrzał otwartej, na tle śnieżnych Tatr. Pan by mi to urządził — ale kto mi napisze potrzebny tekst?

— Niech to pan zrobi sam — wtrącił Zaremba, nie spuszczając wzroku z twarzy Turskiego.

Turski poczerwieniał mimo woli.

— Nie potrafię, a zresztą... nie chcę. Boję się, że zrobiłbym to niedoskonale, może nawet niedołężnie; nie ufam już sobie, a mam jeszcze dość miłości własnej...

Więcej nie było o tym mowy.

Z częstych rozmów z Zarembą zyskiwał Turski niezmiernie wiele i tym goręcej pragnął, aby on objął artystyczne kierownictwo jego teatru. Ale stary pan odmawiał niezmiennie i stanowczo.

— Owszem, pracować z panem jestem gotów — rzekł mu raz — ale tylko, że tak powiem, jako nieoficjalny doradca. Zobaczy pan, że i tak mnie będą robili odpowiedzialnym za niepowodzenia, jakich pan dozna.

— Czyż muszą być niepowodzenia?

— Muszą, panie Turski, muszą! Na to niech pan będzie przygotowany. Program pański i artystyczną działalność będą krytykowali bez litości — ci wszyscy, których pan do współkierownictwa nie zawezwał, gdy im się zwidziało, że są do tego powołani. A ponieważ takich będzie daleko więcej, niż tych, których pan istotnie może potrzebować, ergo133 — et cetera134!

— Niech będzie. Wytrzymam.

— Do przedsiębiorstwa będzie pan grubo dopłacał...

— I na to jestem przygotowany.

— Tak... rozporządza pan znacznym bardzo kapitałem, ale i to się w końcu wyczerpie.

— Ha, trudno.

Zaremba się roześmiał.

— Tak było ze mną. Wie pan, przypomniało mi się zdarzenie... Spotkałem niedawno po długiem niewidzeniu jednego z naszych wielkich pisarzy dramatycznych, w wiecznej biedzie żyjącego. Pan go zna zresztą... Otóż rozmawiamy o różnych rzeczach. Pyta się mnie w końcu, czy nie myślę o objęciu jakiegoś teatru na własną rękę. Mówię, że nie mogę. — „Dlaczego?” — Bo nie mam pieniędzy. — Widzę uśmiech niedowierzania. — „Jak to? Naprawdę już nie masz?” — Nie mam. — „Nic?” — Nic, mówię. Odetchnął z ulgą. — „Nareszcie! Jesteś teraz artystą!” — i rzucił mi się z rozrzewnieniem na szyję! Był dumny, bo pierwszy raz w życiu kupił mi wtedy flaszkę wina.

Śmiali się obaj i obliczali w przybliżeniu, kiedy Turski przy swoim przedsięwzięciu zostanie „nareszcie artystą”.

Zresztą dość było takich, którzy mu usiłowali pomóc do tego w jak najkrótszym czasie. Po prostu nie mógł się opędzić tabunom aktorów płci obojga, którzy chcieli się angażować u niego — za bajeczne sumy naturalnie, dekoratorom, mechanikom, doradcom literackim, dramatycznym autorom żądającym zaliczek, kasjerom, sprawozdawcom, wzmiankarzom, krawcom i fryzjerom.

Rozpoczął się około niego ten śmieszny taniec ludzi, którzy poczuli w czyjejś kieszeni grosz, gotowy do wypłynięcia na świat, a suponując u jego właściciela brak wszelkiego doświadczenia, starali się ubiec rzeczywistych i urojonych konkurentów w korzystaniu ze złotej patoki. Łaszono się Turskiemu obrzydliwie w oczy, poza oczyma za to mówiono wzgardliwie, że jest idiota i osioł.

Budowa tymczasem, na którą nie skąpił pieniędzy, postępowała w szybkim tempie; architekci zapewniali go, że gmach za rok, na przyszłą jesień, będzie już gotów. Turski więc spieszył się ze swej strony, aby sobie podczas zimy złożyć trupę według swego serca, z którą już w lecie zamierzał rozpocząć próby.

Nie było to zadanie łatwe ani proste. W ogóle sił naprawdę dobrych — jak zawsze — mimo ogromnej ilościowo podaży, trudno było dostać, do tego dołączała się ta jeszcze okoliczność, że ani Turski, ani wspierający go radą i doświadczeniem Zaremba nie chcieli dawać w składzie personalu przewagi aktorom uznanym i rutynowanym.

— Byłoby dla mnie ideałem — mówił Turski do Zaremby — nie mieć ani jednego artysty z tych, którzy przed istnieniem mego teatru byli już wielcy, a natomiast złożyć trupę z ludzi prawdziwie zdolnych, którzy dotychczas nic nie umieją, może nawet desek scenicznych nie oglądali.

Zaremba podzielał jego zdanie, ale lubił się droczyć, więc odpowiadał na to:

— Chce pan, aby się od pana wszystko zaczynało!

— Nie, dyrektorze — tak zawsze starego pana nazywał — naprawdę nie o moją zarozumiałość tu idzie. Raczej jest w tym może trochę nieufności we własne siły. Chodzi mi o to, że mam pewne myśli, będące stanowczo innowacją ze względu na dotychczasową sztukę sceniczną, i chcąc je przeprowadzić u aktorów uznanych i gotowych, muszę przełamać wpierw ich rutynę, do czego nie zbyt się czuję na siłach. Obawiam się, że wobec niezaprzeczonego i już wyrobionego artyzmu tego lub owego aktora znanego, ulegnę i będę miał teatr może doskonały, ale nie taki, jaki mieć chciałem.

— A więc eksperymenty?

— Może. Ale pan mi chyba z tego zarzutu nie postawi. Wszakże pan sam przez całe życie nic innego nie robił.

Zaremba się zaśmiał.

— Zgoda! Ma pan słuszność. Ale nie jest tak źle, jak pan sądzi. Wszystko się da zrobić. Przede wszystkim między wybitnymi i rzeczywiście wielkimi aktorami znajdują się ludzie dużej artystycznej inteligencji, którzy z największą łatwością i ochotą poddają się nowatorstwom i wskazany im ton chwytają, gdy tylko widzą w nim sztukę, a u kierownika chęć szczerą stworzenia nowych jej walorów. Mówię to z długiego doświadczenia. Z takimi ludźmi da się pracować, trzeba ich tylko umieć wynaleźć. Chętnie panu w tym pomogę. Poza tym może pan myśl swoją urzeczywistnić i szukać materiału poza teatrem, gdzie także niewątpliwie cenne perły pan może wyłowić.

Jakoż Turski szukał i znalazł sporo, nieraz tam, gdzieby się najmniej tego można spodziewać. Stal się po prostu rybitwą ludzi. Rozglądał się w towarzystwie, na balach, wieczorkach i zebraniach, bywał na zgromadzeniach ludowych, śledził pilnie uczestników amatorskich teatrzyków po zapadłych mieścinach — i tak powoli uzupełniał i kompletował swymi „obiecującymi nieukami” to, co Zaremba z teatrów mu zgarniał.

Brakowało mu tylko aktorki — takiej, jaką sobie wyśnił, która by mogła stać się osią jego trupy. Wszystko to, co miał, przez swoje i Zaremby starania, nie odpowiadało jeszcze jego życzeniu, i zwątpił był już prawie, aby znalazł kobietę, jakiej pragnął.

— Snadź wszystkie są w życiu poniekąd aktorkami — mówił do Zaremby — i może dlatego właśnie tak trudno znaleźć taką, która by była zdolną wyłącznie do czystego, świętego kłamstwa sztuki.135

Zaremba się uśmiechał.