XII
W jakiś czas po śmierci starego księcia, kiedy już było powszechnie wiadomo, że młoda i piękna wdowa po upływie okresu obowiązkowej żałoby ma zaślubić niejakiego pana Rohityna, wszyscy, którzy ją bliżej znali, usiłowali jej to wybić z głowy, tłumacząc, że ówże Rohityn zgoła nie jest osobą dla niej na męża odpowiednią. Robiono mu zarzuty słuszne i niesłuszne. Rozpatrywano jego pochodzenie, majątek, stanowisko, badano przeszłość, stawiano horoskopy na przyszłość, wyciągano na jaw szczegółowo jego wady, przywary i niedostatki towarzyskie, słowem w pewnych kołach zajmowano się nim w owym czasie więcej, niż przez całą resztę jego życia dotąd.
Księżna w ślicznym stroju wdowim słuchała zarzutów, mając pełno łez w oczach i melancholijny uśmiech na ustach. Nie przeczyła niczemu. Zdawało się nawet, że sobie podoba w tej roli ofiary, że współczucie i żal, które jej towarzyszą, jako istocie skazanej przez swe zaślepienie na nieodpowiednią i pewno w przyszłości nieszczęśliwą partię, mają dla niej pewien osobliwy i smutny urok.
— Cóż robić — mawiała. — Kocham go. On ma tak piękną duszę...
(Piękna dusza Rohityna stała się już przysłowiową w całym Krakowie).
— Ależ pani będzie nieszczęśliwa! — odpowiadano.
— To już widocznie mój los. W pierwszym małżeństwie także szczęśliwa nie byłam.
— Nie wart jest pani! Pani jest nadzwyczajna, pani jest wyjątkowa... — i tak dalej, chwalono ją bez końca.
Ocierała rożkiem batystowej chusteczki łzę z oka i przyznawała, że to wszystko może prawda, ale Rohityn wywiera na nią nieprzezwyciężony urok, któremu ona już oprzeć się nie może.
Zdarzyła się taka rozmowa raz w przytomności profesora Butryma. Jakaś starsza dama, ponoć krewna księżnej, przedkładała jej z wielkim zapałem, że popełnia szaleństwo, którego kiedyś w przyszłości gorzko będzie żałować.
Profesor milczał i uśmiechał się.
Dama wyliczyła wedle ustalonego już tekstu całą litanię wad Rohityna, którą księżna właśnie setny raz słyszała, zaklęła ją na wszystkie świętości, na dziecko i prochy dostojnego męża w grobie, aby nie kalała nazwiska i nie robiła rzeczy, która ją musi zdyskwalifikować w towarzystwie, po czym uniesiona duchem proroczym poczęła jej w niezmiernie czarnych barwach malować okropne obrazy z przyszłego jej pożycia z drugim (co nie daj Boże!) mężem.
Zakończyła prawie że przekleństwem i zapewnieniem, że jej noga więcej tego progu nie przestąpi, i wyszła, obiecując przyjść jeszcze nazajutrz.
Profesor ciągle milczał i uśmiechał się.
Księżna zwróciła na niego oczy pełne przerażenia i łez.
— I co pan mówi na to wszystko? Co pan mówi! Widzi pan, co ja muszę cierpieć... To jest okropne.
— Naprawdę bardzo okropne.
— Pan sobie żartuje!
— Nie, księżno. To jest naprawdę tak okropnie nudne, że ja na miejscu pani byłbym już dawno wyjechał z Krakowa.
Westchnęła.
— Ach! Gdybym to mogła...
— Cóż panią trzyma?
— To tak trudno powiedzieć. Na pozór niby nic, a jednak jest tyle rzeczy...
— Ha, to niech pani cierpi.
Księżna zerwała się z błyskami w oczach.
— Nie mogę już dłużej! Nie mogę! Spokoju mi nie dają, męczą mnie, przeklinają mnie i dziecko moje. Za co? Dlaczego? Cóż komu do tego?
Chodziła po pokoju żywymi krokami, z namarszczoną brwią jak burza.
— Naturalnie. Cóż komu do tego.
— I niech pan powie jeżeli nawet Ludwik, to pan Rohityn jest dla mnie nieodpowiedni...
— Wcale tego nie myślę.
Zatrzymała się zdumiona.
— Jak?136
— Nie myślę wcale, aby pan Rohityn był dla pani nieodpowiedni, księżno. Owszem, o ile go znam, sądzę, że jest to najwłaściwszy narzeczony, jakiego pani sobie mogła wybrać.
— Jak to pan rozumie? — zapytała trochę niepewnie.
Butrym poprosił o pozwolenie zapalenia papierosa.
— To jest właściwie wcale niezły człowiek — zaczął, wpatrzony w błękitny dymek. — Zbyt wiele zwraca się uwagi na pewne, że tak powiem, zewnętrzności jego charakteru. Młody jest. Pod wpływem pani zmieni się w nim jeszcze niejedno. A sądzę, że ma w sobie pewne dane, które pozwalają przypuszczać, że będzie to mąż dla pani doskonały.
— Jakież to dane? — spytała z mimowolnym i zgoła nieopatrznym przekąsem.
Profesor uśmiechnął się leciuchno kącikami ust. Księżna musiała to zauważyć i zmieszała się, co jej się zresztą bardzo rzadko zdarzało.
— Tak, tak, ma pan słuszność — podjęła z nienaturalną trochę żywością — to jest rzeczywiście człowiek... Tak jest, ma w sobie naprawdę coś niemal demonicznego, jakąś dziwną moc, silny jest, nieposkromiony, jak koń bez wędzidła i piękny...
Profesor strząsał powoli popiół z papierosa do popielniczki.
— Nie myślę tego.
Spojrzała nań pytająco i niespokojnie.
— Ja sądzę — ciągnął dalej — że właściwie jest całkiem inaczej. Demonicznego nie ma w nim nic, ani szatańskiego nawet, z wyjątkiem chyba miny. Ale z tego można się poprawić. Nie jest także nieposkromiony, a w stosunku do kobiet, zwłaszcza do pani, prawdziwie i dziecinnie słaby. To są duże zalety, zwłaszcza gdy na pozór wygląda inaczej. Robi się bardzo przyjemna zabawa, rodzaj gry, bo, księżno droga, trzeba przyznać, że my się w życiu zawsze najlepiej grą, byle dobrą, bawimy. On będzie pani jako mąż słuchał z najgłębszą i najuleglejszą pokorą, która jednakowoż nie będzie nudna, bo dla własnego zadowolenia zachowa całkiem mimo woli pozory, że jest „szatanem”, którego pani cudem ujarzmia i pokonywa. A przy tym dla urozmaicenia czasem małe, maleńkie wybuchy, czasem gniew i potem te przeprosiny z całowaniem zgrabnych pantofelków... Nie wiem, czy będzie bardzo cierpiał, gdy mu pani krzywdę zrobi, ale to pewna, że krzyczeć będzie bardzo głośno i da pani miłe złudzenie odczuwanego przez miłość czy zazdrość bólu. To wszystko są rzeczy, których lekceważyć nie można, i dla tego sądzę, że Rohityna, tego doskonałego człowieka, naprawdę źle wszyscy znajomi pani oceniają.
Mówił, a księżna patrzyła nań z boku, jakby się chcąc upewnić, czy nie drwi. Gdy jednak spostrzegła, że profesor ma zupełnie poważny wyraz twarzy, a w głosie jego nie drga ani cień ironii, ruszyła ramionami nieznacznie i trochę niecierpliwie.
On kończył tymczasem:
— Rozumiem dobrze, że takiego człowieka, właśnie takiego mogła pani pokochać tak głęboko i na przekór wszystkiemu. Jestem przekonany, że zrobi pani bardzo, bardzo dobrze, wychodząc za niego za mąż.
Księżna zwróciła rozmowę na inny przedmiot, a Butrym zauważył, że jest chłodna i jakby urażona. Przy pożegnaniu, które nastąpiło prędko wobec rwącej się wciąż dalszej rozmowy, podała mu wyniośle sztywną dłoń do pocałowania i nie zachęcała go wcale do ponownych odwiedzin.
Butrym śmiał się, powtarzając pewnego dnia żonie w domu tę rozmowę.
— Złośliwy jesteś, Mietku — rzekła pani Zośka.
— Wcale nie jestem złośliwy. Nie uważam bynajmniej, aby wdowa po księciu Hazarapelianie robiła znowu taki nadzwyczajny mezalians, wychodząc za Rohityna. Jest on sobie taki, jak tysiące innych, ani lepszy, ani gorszy. Irytuje mnie to poniewieranie zupełnie przeciętnego człowieka i łamanie rąk nad krokiem księżnej, jakby ona była czymś innym jak również przeciętną kobietą.
— Nie mów! Ona jest po prostu nadzwyczajna.
— W czym?
— Choćby w tym, że jest piękna, cudowna i że tak sobie umie przygiąć do nóg, zdeptać was wszystkich...
— Jak to: nas wszystkich?
— O, ciebie nie! Naturalnie. Ty jesteś człowiek nieskazitelny.
Pogardliwa ironia zgrzytnęła w głosie słodkiej pani Butrymowej.
Profesor ruszył ramionami.
— Gotowaś mi robić zarzuty, żem się do jej rydwanu nie zaprzągł — rzekł lekko i z humorem.
Żonę jego to podrażniło.
— Nie bój się, nie byłoby tam miejsca dla ciebie. Cóż by z tobą robiła? Zresztą... starzejesz się znacznie w ostatnich czasach.
Profesor wziął jakąś książkę w rękę i nie chcąc prowadzić dalej tej rozmowy udawał, że czyta.
Pani Zośka milczała przez jakiś czas, przerzucając nuty na fortepianie. Wreszcie zagadnęła niespodziewanie:
— A wiesz, ten Turski, to jest skończony osioł.
— Co mówisz?
— Że Turski jest osioł.
— Niech będzie.
— Naturalnie. Bo żeby mieć taką kobietę i uciec przed nią i pozwolić sobie zabrać ją innemu...
— Przede wszystkim: nie widzę w niej nic nadzwyczajnego, a następnie: cóż on mógł na to poradzić.
— Nie! Z tobą nie można dzisiaj mówić. W ogóle nigdy. Udajesz zawsze, że uważasz na to, co ja mówię, a w rzeczywistości myślisz o czym innym. Nie wiem nawet, dlaczego się fatygujesz, aby mi odpowiadać!
Butrym odłożył książkę.
— Słucham cię.
— Nie mam już nic więcej do powiedzenia. Możesz czytać.
Jakoż chciał czytać dalej, ale w tej chwili oznajmiono wizytę.
Profesor rzucił okiem na bilet i podał go żonie.
— To do ciebie. Golimski.
— Dlaczegóż do mnie?
— Bo ja z nim nie mam nic do mówienia — rzekł i wyszedł z książką z pokoju.
Pani Zośka w jak najfatalniejszym humorze kazała prosić przybyłego do salonu. Gdy jednak za chwilę podawała mu zgrabną i małą, choć trochę za krótką dłoń do pocałowania, wdzięczny uśmiech igrał jej już na ustach, a z przymrużonych filuternie z odrobiną kokieterii oczek nikt by nie był poznał, że miała niedawno sprzeczkę z prawowitym małżonkiem. Nie lubiła wprawdzie Golimskiego, którego uważała za przykrego zarozumialca, ale lubiła za to przedstawiać się zawsze i wszystkim „z lepszego profilu”, jak mawiał nieboszczyk Poleski. Była więc uprzejma nawet może ponad konieczną potrzebę.
Golimski przypisywał to wyłącznie własnym zaletom, które, jak sądził, na „tej poczciwej profesorowej” głębokie wywarły wrażenie. „Poczciwa profesorowa” widziała to i śmiała się z tego troszeczkę w duchu, ale postępowania swego nie zmieniała.
Na brak tak zwanego powodzenia u kobiet Golimski w ogóle nigdy uskarżać się nie mógł — był tęgi, dobrze wyrosły, bardzo układny, przystojny i niezbyt inteligentny, od czasu jednakowoż bliższej jego znajomości z księżną Heleną spadła na niego jakaś aureola niezwyciężonego zdobywcy serc niewieścich, którą nosił z wielką godnością i pewnością siebie, jako rzecz zasłużoną i należną. Patrzył na kobiety przejmująco i trochę wyniośle, i wysuwał w uśmiechu naprawdę piękne, czerwone usta o dziewczęcym zakroju warg, ponad którymi golił starannie wąsy, aby ich linii nie psuły.
Koło księżnej Heleny kręcili się tymczasem ludzie inni, przede wszystkim Rohityn, i o Golimskim poczynano już zapominać, kiedy pojedynek z Poleskm przypomniał go na nowo i na powrót niejako na świeczniku postawił.
Rzecz na pozór dziwna: wśród kobiet nie mówiono i nie myślano o tym, że dostał w twarz od ułomnego człowieka za publiczne znieważenie imienia byłej swojej kochanki, a natomiast patrzono na głęboką szramę, lewy policzek jego żłobiącą, jak gdyby ją w jakiej zaszczytnej i rycerskiej sprawie otrzymał. Golimski zauważył wnet, że to, co się obawiał sam, iż go w towarzystwie pognębi, raczej nowego mu dodaje blasku i coraz chętniej i częściej opowiadał o walce swej z garbatym lekarzem, o której początkowo nie śmiał nawet wspominać. Ułożył sobie już nawet osobną o tym legendę.
I teraz w rozmowie z panią Butrymową rychło na ten zeszedł temat.
— Ach, proszę pani — mówił, uśmiechając się tajemniczo — zrozumie mnie pani łatwo, że w tym wypadku musiałem być słabszym...
Pani Zośka udała zdziwienie.
— Nie rozumiem pana.
— Przecież to takie proste. Miałem przed sobą kalekę, nie mogłem więc użyć całej swojej przewagi, nie mogłem się stać po prostu mordercą...
— Raczej więc zamordowanym — rzuciła Butrymowa nie bez pewnej zjadliwości.
— Tak — rzeki Golimski z głębokim i szlachetnym patosem i zamyślił się bardzo widocznie.
— Nad czym pan duma?
Ocknął się, jakby ze snu zbudzony.
— Myślę, że jest jednak jakaś sprawiedliwość losu...
— Że pan został pokonany? — spytała niby naiwnie.
— Nie, ale... ta śmierć Poleskiego...
— Ach!
— Wyjawię pani tajemnicę. To był dalszy ciąg naszej walki.
— Jak to?
— Poleski nie był pozbawiony pewnej... powiedzmy sobie szlachetnej dumy.
— Nie wątpię o tym ani na chwilę — rzekła pani Zośka poważnie.
— Otóż to. Spostrzegł on, że mu się dobrowolnie dałem pokonać i to go tak dotknęło, że po skończonym spotkaniu zaproponował mi sam jeszcze... amerykański pojedynek — kłamał Golimski.
— Co pan mówi!
— I los chciał, że on czarną gałkę wyciągnął.
— Natychmiast po spotkaniu?
— Tak jest. W godzinę miał się zabić i ostatecznie dotrzymał słowa, choć to tam podobno więcej trochę upłynęło, niż godzina. Ale trudno, do życia jest się tak przywiązanym!
— Panie Golimski!
— Słucham.
— Przecież... po pojedynku był pan nieprzytomny...
— Ach, to się tak opowiada!
Pani Zośka stała teraz przed nim wyprostowana. Dotychczasowa uprzejmość zniknęła jej z twarzy, usta miała zaciśnięte, w oczach zimny błysk wzgardy. W chwili jednak, kiedy spojrzał na nią, uśmiechnęła się znowu, ale jakoś dziwnie. Z nieznacznym, jakby powątpiewającym ruchem głowy wyciągnęła kąty zaciśniętych, wąskich ust i wzniosła brwi cokolwiek ku górze. Cała twarz jej wyrazem swym syczała jak żmija, do której się prawie stała podobną.
— Co pan mówi — powtórzyła z chłodną ironią — to pan jest człowiek po prostu nadzwyczajny! Ta szlachetność...
Golimski mało był skłonny do tego, aby się mieszać — zmieszał się jednak naprawdę, posłyszawszy jej głos.
— Jak to pani rozumie? — wybąknął, usiłując jeszcze nadrabiać miną.
Pani Zośka, zamiast odpowiedzieć, zapytała niespodziewanie:
— Czy to bardzo bolało, gdy Poleski w kawiarni uderzył pana w twarz?
Golimski zerwał się z krzesła. Trochę odstające uszy poczerwieniały mu nagle.
— Proszę niech pan siada. Jakie wino piliście wówczas? Veuve Cliquot? Moet et Chandon? Perier Jouet? A może Pol Roger137? Ach, ja przepadam za marką Pol Roger!
— Przecież to nie należy do rzeczy...
— A więc, może opowie mi pan coś o księżnej. To przecież miało związek bezpośredni. Jestem ciekawa, a pan chyba z właściwą mężczyznom... otwartością, wszak to się tak nazywa, co?
Golimski przypomniał sobie nagle, że właśnie na tę godzinę gdzieś z kimś się umówił, po czym ukłoniwszy się pierwszy raz w życiu nader niezgrabnie, wyszedł z salonu, usiłując bez powodzenia zachować minę wyniosłą i lekceważącą.
Ledwo drzwi się za nim zamknęły, pani Zośka zaczęła się uśmiechać do siebie z wielkim zadowoleniem. Przechodząc koło zwierciadła, rzuciła weń okiem i na moment — jakby mimowolnie — przybrała ten srogi wyraz twarzy, którym gościa wystraszyła. Po czym skinęła samej sobie głową z uznaniem i zaczęła oglądać swój nosek, nie wiadomo dlaczego z jednej strony troszkę zaczerwieniony. Oględziny uspokoiły ją snadź138, że nic poważnego jej twarzy nie grozi, więc uśmiechnęła się jeszcze raz do zwierciadła, zrobiła doń oczy naiwne i dobre i poszła się pochwalić mężowi, jak się gościa pozbyła.
Nim jednak doszła do jego pokoju, ogarnęła ją jakaś niechęć i przykre uczucie niesmaku. Ponieważ zaś nie wiedziała dokładnie, o co jej chodzi, więc wpadła w złość na męża, jako na istotę w domu najbliższą, że to on „zaprasza i przyjmuje tego błazna, którego ona dopiero musi bawić”. Szła więc dalej z zamiarem dania mu odpowiedniej bury.
Ale profesor Butrym na swoje szczęście już był wyszedł139 z domu. Obawiał się po prostu, że go żona może wezwać do niemiłego mu Golimskiego i uciekł. Wałęsał się trochę po mieście bez celu, aż w Rynku spotkał się z Rogockim. Były adwokat mimo chłodu ubrany był w lekką, wyszarzałą pelerynę, łydki miał owinięte angielskimi powijakami, co wysokiej postaci jego nader śmieszny nadawało wygląd, zwłaszcza że pod pachami niósł całe mnóstwo zawiniątek i paczek. To przeszkodziło mu także przywitać się z Butrymem, nie mógł się ani ukłonić, ani ręki mu podać pod grozą uronienia części swego ciężaru w błoto pokrywające krakowski Rynek, wybrukowany po staremu „kocimi łebkami”, gwoli zachowaniu „historycznego charakteru miasta”.
Butrym podszedł ku niemu.
— Cóż pan tak objuczony? Czy pan połowę sklepów krakowskich zrabował?
Rogocki zaczerwienił się wstydliwie.
— Nie... ja tylko... to jest... księżna Helena prosiła mnie o załatwienie przy sposobności kilku drobnych sprawunków, a że przy tym mam jakieś swoje rzeczy przy sobie...
— Może panu pomóc nieść? — zaofiarował się profesor.
— Dziękuję panu, dam sobie radę. Ale dobrze, żem pana spotkał! Mam coś, co pana zainteresuje. Wstąpimy... ot tu do handelku, mają doskonałe tanie wino austriackie, pokażę panu przy sposobności...
Butrym chciał się wymówić, ale było już za późno. Rogocki nie puszczając pakunków, chwycił go za płaszcz wskazującym i środkowym palcem dłoni i pociągnął za sobą do ciemnej i niezbyt czystej izby. Przywitano go tutaj jak stałego bywalca z odrobiną rażącej Butryma poufałości.
— Sługa pana mecenasa dobrodzieja — mówił brudny subiekt, pełniący obowiązki kelnera — jak zawsze: ósemka czerwonego, kompot z bruśnic, rydze kiszone i w końcu kuropatwa z kaszą tatarczaną. Stasik! Nakryj no prędko dla pana mecenasa!
Rogocki zwrócił się do profesora z niejakim zakłopotaniem.
— Pan się zapewne dziwi, że ja o tak niezwykłej porze... ale widzi pan, ja mam swoją metodę. Jadam właściwie tylko raz na dzień, około piątej...
— Czy zawsze kompot z bruśnic140 i rydze kiszone?
— Tak jest i kuropatwę! Przekonałem się, że najlepiej jadać codziennie to samo, a ten porządek potraw sobie ułożyłem, bo to mojemu żołądkowi odpowiada...
Butrym zauważył w duchu, że Rogocki może raz na dzień jada, ale z pewnością więcej razy pija, gdyż biła od niego skombinowana woń wódki i piwa. Chciał wstać i pożegnać się, ale to mu się nie udało.
— Siadaj pan! Przecież ja panu jeszcze nic nie pokazałem! — zawołał „pan mecenas dobrodziej” głosem rozdrażnionym i zmusiwszy Butryma przemocą, aby usiadł, począł z miną wielce tajemniczą wydobywać z przyniesionej z sobą teki i licznych kieszeni ubrania, różne świstki papieru, pokryte notatkami i rysunkami.
Gdy to wszystko już leżało na stole, przykrył cały stos szeroką łapą i uśmiechnął się z dumnym zadowoleniem pod sumiastymi wąsami.
— Niech pan zgadnie, co to jest?
— Nie wiem. Świstki papieru.
— Tak, ale co na nich?
— Tego już żadną miarą przeczuć nie mogę.
Rogocki nie kwapił się z wyjawieniem tajemnicy, chcąc snadź ciekawość towarzysza podniecić, która w istocie była bardzo mała. Ale on tego nie uważał. Zabrał się do jedzenia kompotu, przegryzając niekiedy kiszonym rydzem i tylko spod oka pilnował profesora, aby mu nie uciekł. Wreszcie gdy mu podano kuropatwę, przy czwartej lub piątej „ósemce” wina jak śmierć cierpkiego, odsapnął i wyrzucił jak bombę z siebie:
— To są materiały do dzieła o początkach samodzielnej sztuki cechowej w Polsce!
Profesor uśmiechnął się grzecznie i udał, że wierzy, ale gdy rzucił okiem na podsunięte mu przemocą papiery, zainteresowało go naprawdę to, co zobaczył. Notatki, choć niesystematycznie ułożone, miały dużą wartość, niektóre kopie rysunków zadziwiały wprost mistrzostwem. W miarę jak przeglądał materiał, z rzeczywistym już teraz zajęciem, zdumiewał się coraz więcej. Uwagi rzeczowe i krytyczne, jakie tu i ówdzie były adwokat robił, uderzały niespodziewaną trafnością i głębią, świadcząc o umyśle autora żywym, bystrym i subtelnym, choć niewątpliwie chaotycznym. Wprawdzie niekiedy między najpoważniejsze zdania wpleciony był jakiś ustęp cudacki i dziwacznie od treści odbiegający, wiele myśli było tam nieskończonych, urwanych w połowie, gdzie indziej znowu pojawiał się wniosek, może nawet w istocie swej przekonywający, ale zgoła niczym niepoparty, mimo to wszystko razem było czymś nowym i niepospolitym.
— Robota wariata, ale genialnego — pomyślał profesor i wzniósł od papierów oczy na Rogockiego.
Siedział posępny, z namarszczoną brwią, z rękami głęboko wsuniętymi w kieszenie.
— Warto naprawdę, aby pan z tych notatek opracował dzieło. Można by się pokusić o wydanie w Akademii...
Rogocki kiwnął ręką z lekceważeniem.
— Nie, to głupstwo jest wszystko. Ot tak sobie czasem, gdy nie mam co robić...
Przed chwilą dumny jeszcze ze swoich papierów, zaczął je teraz zgarniać pogardliwie z brudnego stołu i zapychać nimi kieszenie marynarki. Kilka kart spadło na podłogę, nie schylił się po nie nawet.
— Co pan robi? — zawołał Butrym, podnosząc świstki — przecież tego szkoda!
Rogocki nie odpowiadał długo. Wreszcie spojrzał profesorowi prosto w twarz z jakimś błyskiem bezradnej i lękliwej rozpaczy.
— Panie, ja nie jestem zadowolony z siebie! — wykrztusił stłumionym głosem, z dziecinną niemal skargą.
— Co się panu stało?
— Ja nie wiem, ja nie wiem! Ja przecież mam dużo w sobie energii, życia — mówił, jakby to wszystko sobie samemu opowiadając — a czasem taki jakiś przestrach... Co się ze mną dzieje, może się już stało... ja nie wiem.
Butrym nie odpowiadał. Przyszło mu na myśl, że ma przed sobą człowieka, który prawdopodobnie wkrótce znajdzie się w domu obłąkanych i to jeszcze, że ten człowiek nieszczęśliwy, w pewnych momentach, zdaje sobie z tego sprawę, choć mu tak trudno przyznać się do tego przed samym sobą. Znać było, że czasem broni się przeciw tej świadomości wszelkimi siłami i sposobami wszelkimi: winem, gorączkową a krótkotrwałą pracą, chwalbą własnej wartości, przez którą sam się chce okłamać, i czasem lękliwą, do wyznania podobną skargą, której zaprzeczenia oczekuje.
Ale Butrym nie mógł się zdobyć na zaprzeczenie. Schylił głowę przygnębiony, choć to, co odczuwał, nie było zgoła podobne do litości ani współczucia. Był tylko smutny, że widzi człowieka ginącego i zna przyczynę jego zguby, niewartą w istocie jednego dnia życia ludzkiego. Przypomniał sobie wyczytane gdzieś w Talmudzie141 słowa rabbiego Tharfena, dzieciobójcy, który mówił do swej córki: „Bóg stworzył kobietę, aby mężczyzna szczęście z niej miał, iżeś się stała cierpieniem dla człowieka, umrzyj!”
Ha, ha! Czy miał słuszność rabbi Tharfen dzieciobójca? Czy nie powinni by raczej umierać ci, co w naczyniu rozkoszy boleść jeno i zatratę znaleźć umieją?
Myślał tak, a Rogocki tymczasem mówił dalej, wsparłszy łokcie na stole i wcisnąwszy kudłatą głowę między dłonie.
— Znalazłem poważne, wielkie zadanie życiowe: uratować kobietę, która by może zginęła beze mnie, porzuciłem dla tego celu wszystko, kancelarię, pan wie... nie miałem czasu zajmować się sprawami innymi, a teraz...
— Dajmy temu pokój — przerwał Butrym — to pana drażni.
Ale Rogocki pod wpływem wina, czy też jakiegoś przebytego wzruszenia, był dzisiaj skłonniejszy do zwierzeń niż kiedykolwiek. Przybliżył się teraz ku niemu i wytrzeszczywszy oczy, pochwycił go trzęsącą się ręką za klapę surduta.
— Pan myśli, że ja się upijam? — zaczął znów — Nie, nie! Ja tylko muszę sztucznymi środkami podniecać siłę nerwową, która opuszcza mnie czasem, bo to takie trudne, tak strasznie trudne zadanie. Męczy mnie to wszystko i boję się, by mi nie brakło... Pan nie wie, pan nie wie nic!
Urwał i począł się z lękiem rozglądać dookoła, aż nagle, bez żadnego widocznego powodu, chwycił rozpaczliwym ruchem rękami za głowę.
— Panie Mieczysławie! Ja nie jestem zadowolony z siebie — powtórzył znowu i ryknął płaczem jak małe dziecko.
Subiekt, stojący w rogu pustego o tej porze pokoju, przypatrywał się tej scenie z obojętnym półuśmiechem na wargach, był snadź u stałego bywalca do podobnych wybuchów przyzwyczajony.
Butrym wstał i zapłaciwszy swój drobny rachunek wyszedł, nie żegnając się nawet z płaczącym wciąż Rogockim.
W kilka minut po jego wyjściu Rogocki, uspokojony już, wzniósł głowę. Nie spostrzegłszy profesora, nie zadziwił się nawet, jeno, jakby sobie coś przypomniał, gwałtownym ruchem wyrwał z kieszeni mizerny niklowy zegarek.
— Płacić! — krzyknął nerwowo.
Subiekt podbiegł natychmiast, ale okazało się, że wykrzyk Rogockiego był zgoła retoryczny. Pogrzebawszy nieco w dziurawej kieszeni od kamizelki, krzyknął, że jutro rachunek załatwi i wyszedł spiesznie, jakby w obawie, żeby go nie zatrzymano.
Objuczony pakunkami, roztrącając ludzi po drodze, biegł niemal pędem w stronę mieszkania księżnej Hazarapelianowej. Na schodach skakał w górę po trzy stopnie od razu, aż wreszcie zdyszany, spotniały, czerwony od wina, płaczu i zmęczenia, zadzwonił do drzwi przedpokoju.
Księżna przyjęła go jak najfatalniej. Nie czekając nawet, aż położy przyniesione jej sprawunki, wpadła nań od razu przy drzwiach z wyrzutami:
— Co pan robi? Czemu się pan tak spóźnia? Pan już przed godziną powinien być tutaj!
Usprawiedliwiał się poważnie.
— Proszę pani, nie mogłem. Pani mi kazała kilka rzeczy załatwić, a potem spotkałem kogoś znajomego...
— Wiem. Czuję. Wino pan pił.
— Jedną szklaneczkę tylko.
— A pij pan sobie i dziesięć, to mi nie szkodzi, ale gdy pana proszę, aby pan tu był dość wcześnie, bo około siódmej ma przyjść Rohityn...
— Czy przyszedł już może? — przeląkł się Rogocki.
— Nie. Na szczęście spóźnił się. Niechże mnie pan teraz słucha. Niech pan nie mówi, żem ja panu przyjść kazała i niech pan nie wychodzi ode mnie, dopóki on tu będzie.
— Ależ, proszę pani...
— Już ani słowa. Niech pan tylko zrobi tak, jak proszę.
— Dobrze. Myślę jednak, że jeżeli pani nieprzyjemnie go przyjmować, to można powiedzieć, że pani wyszła, albo zresztą niech mnie to pani zostawi...
Wyraz zaciekłej, tępej nienawiści przemknął mu po twarzy.
— Nic panu nie zostawię. Niech się pan nie wtrąca do niczego, tylko mnie słucha. A teraz przejdźmy do jadalnego pokoju.
Rogocki zasępiony, ruszył ramionami i ociągając się szedł za księżną. Zauważyła to i odwróciwszy się, rzuciła mu przez ramię uśmiech krótki i dobry, który podziałał na jego mroczną duszę, jak promień słońca na mglisty, deszczowy krajobraz. Rozjaśnił się natychmiastowo, nabrał pewności siebie, czy też jednego z tych złudzeń, którymi biedne życie swe podpierał.
W jadalni postawił przed nim służący talerz owoców i pękatą, oplataną butlę chianti142 o długiej szyjce. Rogocki spojrzał na księżną z wdzięcznym zdziwieniem; podróżował niegdyś wiele po Włoszech i lubił to wino nade wszystko, nie tylko dla smaku jego, zapachu i mocy, lecz że mu przypominało ubiegłe i najpiękniejsze lata życia...
Wiedziała o tym.
— Chciałam — rzekła, na wzrok jego odpowiadając — żeby się panu dzisiaj zdawało, że pan siedzi gdzieś we Fiesole143, ponad gwiaździstą, cudną, kwiatami pachnącą Florencją tam w dolinie.
Pochylił głowę. Był tam niegdyś z nią razem, dawno, strasznie dawno temu... On, młody, zamożny, szerokiem wzięciem cieszący się już adwokat, który oszalał i rzucił wszystko, i zrujnował się materialnie i moralnie w przeciągu jednego roku czy dwóch, goniąc po świecie za nią, za cudną, za najpiękniejszą, która mu wówczas mówiła: „Jesteś moją ostoją w życiu, moim oparciem, mym sterem... i zawsze nim będziesz...”
Drżała mu ręka, kiedy nalewał krwawy płyn w kryształową, rzniętą szklankę...
— Fiesole, Fiesole — powtórzył w zamyśleniu. — Czy pamięta pani ten krużganek na górze pod franciszkańskim klasztorem i ową ławkę kamienną, z której widać Florencję, całą w złotej śreżodze144, w czarne ramy cyprysów ujętą?...
— Pamiętam.
— I stare, rosochate drzewo oliwne, ponad białą drogą schylone, pokryte pyłem... Jest tam w pobliżu za wysokim, odwiecznym murem jakiś tajemniczy ogród, z którego na wiosnę wyglądają jeno rozkwitłe drzewa migdałowe...
Przerwał suchym, nerwowym spazmem, który targnął jego szeroką piersią, na szczęście dość wcześnie opanowany, aby nie zamienić się w wybuch oszalałego płaczu.
Księżna zdawała się tego nie uważać.
— I róże — mówiła, snując dalej obudzone wspomnienia — cale mnóstwo tak niesłychanie, tak nieprawdopodobnie pachnących róż...
— Nie ma róż — warknął — powiędły już, powiędły...
— Są róże — odrzekła z niespodziewanym uśmiechem, wskazując ogromną więź kwiatów w kącie pokoju na małym stoliku stojącą. — Przysłał mi je dziś rano pan Rohityn.
Rogocki zamruczał coś niewyraźnie. Twarz jego rozświetlona przez pewien czas wspomnieniami, przybrała znowu wyraz osowiały i tępy. Coś jak gdyby odruch nienawiści przemknęło znów po niej i zgasło. Księżna śledziła spod oka grę uczuć na jego twarzy.
— Męczy mnie — rzekła cicho.
— Rohityn?
— Tak. Boję się go. Nie chcę być z nim sam na sam.
Oczy Rogockiego stały się ojcowsko dobrotliwe i stanowcze.
— Niech się pani nie obawia. Ja tu będę. Pani wie, że ja czuwam nad panią.
— Proszę o to.
Nim zdążył cośkolwiek odpowiedzieć, służący oznajmił przybycie Rohityna.
Wszedł uśmiechnięty i zadowolony z siebie jak zawsze i stanął jak wryty, spostrzegłszy Rogockiego w pokoju. Przywitał się z nim kwaśno i usiłował mu zaraz na wstępie dać do zrozumienia, żeby sobie jak najprędzej poszedł do kroć stu tysięcy diabłów. Ale Rogocki zdawał się zgoła nie rozumieć jego aż nadto przejrzystych uwag. Owszem z jak największą flegmą zasiadł sobie wygodnie w dużym fotelu i popijając wciąż wino, zaczął jakieś długie i nudne opowiadanie, którego zresztą nikt nie słuchał. Księżna przeglądała świeżo jej przysłane dzienniki mód, Rohityn przysiadał na różnych krzesłach, wstawał, chodził po dużym pokoju i przysiadał znowu, nie starając się wcale ukryć zniecierpliwienia i złego humoru. Wreszcie przystanął tuż za księżną.
— Helu... — szepnął.
Spojrzała nań surowo.
— Proszę mi nie mówić po imieniu, on słyszy...
— Niech go licho weźmie! Skąd on się tu wziął?
— Nie wiem. Przyszedł. Nie mogłam go przecież za drzwi wyrzucić...
— Ja oszaleję! Obiecałaś... obiecała pani postarać się, że dzisiaj będziemy sami, że nam nikt nie przeszkodzi...
— Cóż ja winna jestem? I ja też chciałam... Zresztą może on sobie wnet pójdzie.
— Zabiję go!
— Lutek! Miej rozum.
Więc Lutek usiłował mieć rozum i usiadłszy w kącie, pożerał nienawistnym, wściekłym wzrokiem gadającego wciąż bez przerwy i końca Rogockiego. Zrazu skracał sobie czas czekania wymyślaniem mąk, na jakie rad by skazać tego zawadzającego mu człowieka; potem zaczął wytężać niezbyt silną głowę nad rozwiązaniem problemu, dlaczego dawniej tak łatwo księżną Helenę samą w domu zastawał, a teraz stało się to po prostu niepodobieństwem? Nie doszedł do żadnego wyniku i postanowił natręta bądź co bądź przetrzymać. Liczył w myśli do stu, do trzystu, wreszcie do tysiąca i zaczynał znowu od jednego. Rogocki gadał ciągle, księżna wciąż nie słuchała.
Zjedli u księżnej kolację i wyszli od niej razem, certując się we drzwiach o pierwszy krok, coś około wpół do drugiej w nocy, zmęczeni obaj i zarówno nierozumiejący nic z tego, co się dzieje.