XIII

Podczas pewnej bytności Turskiego w Krakowie145 wręczono mu sądownie w spuściźnie po Poleskim żelazną szkatułkę, na której podstawie znaleziono wyskrobane jego imię.

Turski doznał niewytłumaczenie przykrego wrażenia, że ta rzecz do niego powraca. Chciał jej zrazu nie przyjąć i wmówić w wysoki sąd, że była jego podarunkiem, nieboszczykowi ofiarowanym, ale zabrakło mu jakoś odwagi, aby to powiedzieć.

Po wyjściu urzędowego doręczyciela został w pokoju hotelowym sam ze starą i próżną szkatułą, z zatrzaśniętym wiekiem. Odsunął ją zrazu, jako coś zgoła nieużytecznego i bez znaczenia i zabrał się do roboty, miał bowiem przygotować listę aktorów do wspólnego przejrzenia z Zarembą. Ale robota mu nie szła, choć tak prosta i łatwa na pozór. Wstawał i chodził po pokoju, rzucając okiem mimo woli w tę stronę, gdzie postawił był146 przemocą oddaną mu szkatułkę. Drażniła go i pociągała, miał wrażenie, że wydobywa się z jej szczelnie zamkniętego wnętrza jakiś subtelny i zdradziecki jad, który mu odbiera zdolność spokojnego myślenia.

Wziął ją w rękę z trochę niejasnym postanowieniem wyrzucenia jej za okno, ale zamiast to zrobić, usiadł na krześle i począł jej się bacznie przyglądać. Z tym martwym kawałkiem żelaza łączyły mu się jednak wspomnienia dziwne i długotrwałe, niegdyś, gdy była jeszcze pełna, tylekroć głowę na niej opierał i przymykał oczy, zasłuchany w szepty, podobne do tętna gorącej krwi, jakie z niej szły, odurzony wonią niewypowiedzianą słów w niej zamkniętych, które umiał na pamięć...

Pochylił się nad szkatułką w nagle ogarniającym go zamyśleniu. Przypomniał mu się szereg wypadków z tą martwą rzeczą związanych: cała jej historia zwykła, nic nieznacząca na pozór, uboczna...

Kupił ją był147 pewnego dnia w jakimś sklepie żelaznym, gdy trzeci czy czwarty list od niej był otrzymał. Nie przywiązywał jeszcze wówczas wagi do tych listów, nie myślał, że je będzie chował jako skarby lub kiedykolwiek powtórnie odczytywał: szalona, odświętna rozkosz życia i miłości zanadto pełnym, zanadto bujnym i żywym tętnem mu wtedy biła, aby mógł myśleć o wartości martwych kartek papieru... Jeśli je chował w ogóle, to tylko dlatego, że trudno mu było niszczyć cokolwiek, co z nią związek miało bezpośredni, a nie mogąc się zdobyć na to świętokradztwo, tym więcej nie chciał pozwolić listom leżeć pod nie dość pewnym zamknięciem, gdzie by przy jego ustawicznych włóczęgach i krótkich popasach mogły się dostać w ręce ciekawej służby hotelowej lub kogoś z jego znajomych...

Z czasem listów przybywało, stało się to już jego nałogiem, aby je zbierać wszystkie, po porządku, nie opuszczając najmniejszej obojętnej kartki pocztowej ani świstka wydartego z karnetu z gorącem słowem miłości, które słyszał tak często. Stawał się już zazdrosnym o ten skarb, choć nie odczytywał go jeszcze nigdy powtórnie i szkatułkę woził wszędzie z sobą jakby jakiś zwariowany kolekcjoner, mający chorobliwą miłość do swoich zbiorów...

Przypomniało mu się, jak w dniu, kiedy szkatułka poczynała być za ciasną, wyrzucił pewną ilość kopert, chowając po kilka listów do jednej, jak je grupował wedle dat, miesięcy, miejsc, gdzie je otrzymywał...

— Muszę rzadziej pisywać do ciebie! — śmiała się księżna, gdy jej się raz żartem skarżył, że listów jej już pomieścić w swojej „ogniotrwałej szafie” nie może.

— Niech Bóg broni! — rzekł z udanym komicznym przestrachem. — Wybieraj tylko cieńszy papier listowy!

Byli oboje rozbawieni jak dzieci...

Ale przyszedł naprawdę czas, kiedy ona pisywała rzadziej i coraz rzadziej, że zmuszony przez nią dla jakichś niezrozumiałych sobie powodów do opuszczenia jej na pewien czas, dniami całymi czekał w obłędnej tęsknocie na krótki jej list, a otrzymawszy go, odwlekał nieraz godzinami chwilę rozerwania koperty i odczytania jej słów, napawając się naprzód tą tylko radosną świadomością, że list już ma i za chwilę będzie chłonął oczyma i duszą jej słowa nieprzepłacone i słodkie, do szału całe jestestwo jego upajające...

Były wypadki, że po długim oczekiwaniu list jej już otwarty kładł przed sobą na stole i przeciągał z jakimś rozpaczliwym wyrafinowaniem bolesną rozkosz cierpliwości, jakby w obawie, że z chwilą, gdy treść listu posiądzie, zacznie się znowu długa udręka potwornej tęsknoty za następnym, który nie wiadomo kiedy przyjdzie...

A ileż razy zdarzało się, że ten drugi i w takiej udręce wyglądany list przynosił tylko kilka obojętnych, suchych słów z pośpiechem, w roztargnieniu na papier rzuconych...

Czasami jednak — niespodziewanie — bywały jej listy jak puchary tęgiego wina lub odurzające snopy kwiatów podzwrotnikowych. Odczytywał je wtedy dziesiątki razy i chował do szkatułki, aby je wyjąć znów po godzinie i znowu chwytać oczyma słowa, na pamięć już umiane...

Tam, w tej żelaznej skrzyneczce, próżnej w tej chwili, był niegdyś krwawy, żywy strzęp jego serca zamknięty. Tam była jego rozkosz i jego ból: jej miłość tam była lub to, co się miłością jej zwało, morze ruchliwe i zmienne, miotające łodzią jego na toń rzuconego serca, lub kołyszące ją w pieszczocie najsłodszej, pociągające jak wszelka otchłań, a wewnątrz niezbadane, nie wiadomo nawet czy przepastnie głębokie, czy na mieliznach się jeno, pianą zakrytych, rozlewające...

Przypomniał sobie, jak raz mówiła doń ona, że kiedyś, gdy się już na zawsze połączą (och! wierzył w to jeszcze wówczas!), będą w jakiś cichy wieczór razem odczytywać te listy z wiernej, milczącej żelaznej szkatułki dobyte...

Spalił je i szkatułka — niewołana — wróciła doń teraz, próżna.

Nie miał odwagi niszczyć tych dokumentów, odjeżdżając w świat, a bał się brać je ze sobą, bał się rozkosznej, przegryzającej serce, zabójczej ich trucizny.

Zostawił je u przyjaciela, który już nie żyje.

Powrócił i spalił je.

Właściwie dlaczego to zrobił?

Dlaczego udawał przed sobą, czy przed tamtym, patrzącym nań wówczas człowiekiem, że są mu obojętne? Do czego zmierzała ta komedia, że nie pamięta nawet, iż tu tę szkatułkę zostawił, gdy wówczas — naprawdę — przyszedł po nią i dlatego jeno tak późno, że wcześniej przyjść nie miał odwagi? Przecież to nie była ta dzisiejsza księżna Helena, to była tamta dawna, dziś już nieistniejąca, jego, jego na całym świecie jedyna!

Rozpętała się w nim straszna tęsknota za tym, co zniszczył.

Trwał przez chwilę z twarzą zakrytą rękami, z czołem na wieku szkatułki opartym.

A jednak zniszczyć to musiał. Wówczas był to raczej odruch mimowolny, owo rzucenie listów w ogień, rozpalony własnymi jego rękami, teraz mimo wszystko zrozumiał jasno, że to było nieuchronne i konieczne i że najgłębsza rozwaga do czego innego nie byłaby go mogła doprowadzić.

Stać się to musiało nawet nie dlatego, jakoby jad przedziwny i upojny, w dawnych kartach miłości ukryty, był mu jeszcze niebezpieczny, lecz po prostu, aby mógł zachować niezamąconą czystość swojego wspomnienia.

To powinno było zginąć tak, jak zginęło: nieczytane. Gdyby dzisiaj skuszony odczytał te karty, niegdyś zakochanymi oczyma swymi całowane i znalazł w nich to, czego może tylko nie dostrzegł był148 w dawnym zaślepieniu: płytkość, nieszczerość albo obłudę?...

— Dobrze się stało — szepnął, podnosząc czoło. — Niech przynajmniej tamta, umarła, pozostanie mi taką, jak była.

Uśmiechnął się do siebie z melancholią i wyrozumiałością, jakby do dziecka, i zaczął nieświadomie pieścić lekkim dotknięciem dłoni zimną stal szkatułki. A potem wydobył znowu mały, zardzewiały kluczyk z kieszeni i nie zdając sobie sprawy, po co to robi, otworzył wieko.

Drgnął nagle.

W mroku zimowego, wcześnie zapadającego wieczora dojrzał na dnie szkatułki coś jak gdyby strzęp zakrzepłej krwi. Sięgnął odruchowo palcami...

Zeschła, purpurowa róża zaszeleściła mu w dłoni.

Przez pewien czas trzymał ją w ręce z zapartym oddechem, pod wrażeniem jakby dokonanego cudu...

Czy to woń jej słów, które uleciały, w ten smutny, krwawy kwiat się ścięła? Czy zakwitnęła nim mogiła dawnej, już przeminionej, miłości?

Naraz...

Tak, tak! Z przestrachem przypomniał sobie, że w ów dzień, gdy ostatni raz ułomnego swego przyjaciela odwiedził, wpadła mu w oczy róża — taka sama? Ta sama! — w kącie klęcznika pod krucyfiksem ukryta...

— To krew — tamtego!

Z mimowolnym okrzykiem rzucił kwiat na powrót w skrzyneczkę.

Wstał i począł chodzić po pokoju niespokojnym krokiem.

Ogarnęła go nagła, nieprzeparta ochota spojrzenia księżnej w oczy właśnie w tej godzinie. Z nerwowym pośpiechem uporządkował ubranie i narzucił płaszcz. Wyszedł z pokoju, jak gdyby uciekał zeń przed czymś...

Gdy się znalazł na ulicy, posłyszał bicie dzwonów wieczornych. Przystanął i zasłuchał się przez chwilę w tę szeroką, razem z mrokiem ulicę zalewającą muzykę...

Na Anioł Pański biją dzwony 149— przypomniał mu się dziwny, przedziwny wiersz o wlokącej się po polach, bezdomnej, nieukojonej tęsknocie wielkiego, niegdyś tak smutnego poety.

Spokój go ogarniał powoli głęboki, zawieszony zda się w tym mroźnym, ruchem dzwonów rozkołysanym powietrzu wieczornym.

— To już wszystko przecie umarło — powtórzył sobie z ulgą prawie głośno, może już po raz setny.

Ale z drogi nie zawrócił. Szedł powoli ze schyloną głową w stronę mieszkania księżnej Heleny.

Od czasu śmierci jej męża widział ją zaledwie dwa czy trzy razy, przelotnie i zawsze w liczniejszym towarzystwie. Co prawda sam trochę unikał rozmowy z nią w cztery oczy. Wstydził się za siebie — owej pamiętnej rozmowy nocnej w automobilu, gdzie zanadto wiele słabości okazał — i za nią również, że patrzyć na nią musi jako na oficjalną narzeczoną pana Rohityna.

Ale tym razem, wchodząc do niej, nie myślał o tym...

Służący zaprowadził go do znanego mu już wscho­dniego saloniku. Zastał tam niespodziewanie Borzyckiego. Młody chłopak, na widok wchodzącego Turskiego, powstał nieco zmieszany i zaczął się witać serdeczniej niż było potrzeba, aby snadź150 pokryć swe zakłopotanie.

— Wszak księżną zastaję w domu? — zapytał Turski.

— Owszem, jest... Wyszła właśnie z pokoju. Przypuszczam, że powróci za chwilę.

Turski, rzuciwszy okiem dookoła, spostrzegł na sofie, przed którą stał, niski taboret Borzyckiego, zgniecione jeszcze ciężarem ciała poduszki, snadź księżna siedziała tutaj i wstała w tejże chwili dopiero może właśnie, kiedy on wchodził do pokoju. Miał wrażenie, że ciężka portiera, drzwi do sąsiedniego pokoju zasłaniająca, kołysze się jeszcze z lekka jakby ramieniem jej w szybkim przejściu trącona.

— Dlaczego przede mną uciekła? — pomyślał z niewytłumaczoną przykrością.

Miękki włos puszystego dywanu, sofę pokrywającego, był w jednym miejscu nieco zmierzwiony jakby dotknięciem bucików, widocznie księżna, z Borzyckim rozmawiając, zarzuciła swobodnie nogi na sofę, przyjmując jedną z tych swoich ulubionych póz, na wpół siedzącą, na wpół leżącą, kiedy ciało jej w przecudną i doskonałą linię się wyginało. Błysnęły mu w zwidzeniu stopy jej spod czarnej, żałobnej sukni na krwawym dywanie wyciągnięte, targnęła go jakaś złość, prawie że do zazdrości podobna a nienawistna.

Borzycki tymczasem mówił już od paru chwil. Turski począł słuchać jego słów.

Młody chłopak, zrazu nieśmiało, potem coraz entuzjastyczniej opowiadał bez żadnego celu i powodu, jaka księżna Helena jest nadzwyczajna, jaka piękna i dobra a nieszczęśliwa, jak wyjątkowa...

— Po co on się tak... usprawiedliwia? — pomyślał Turski i uśmiechnął się melancholijnie, choć chciał tylko ironicznie usta skrzywić.

Księżna nie przychodziła i Borzycki zaczął się niepokoić.

— Może lepiej będzie, gdy ja już odejdę — powiedział niezręcznie, poglądając na Turskiego, jakby go pytał o radę.

Turski ruszył ramionami.

— Czy zastał pan tutaj dzisiaj kogo u księżnej?

— Owszem, było kilka osób... Także ten aktor.... zapominam zawsze nazwiska. Poznałem go wówczas przy Morskim Oku, kiedy to był i pan.

Turski chodził po pokoju.

— Proszę pana...

Przystanął i zwrócił się ku pytającemu Borzyckiemu.

— Proszę pana — ciągnął młody chłopak z pewnym wahaniem w głosie — niech mi pan wytłumaczy, dlaczego księżna pozwala takim ludziom jak ten aktor...

— Co?

— Ach! Może byłbym głupstwo powiedział. Ale, widzi pan, mnie to boli po prostu. Ona jest taka nadzwyczajna, tak dziwnie cudna na ciele i duszy, a to przecie jest człowiek...

— Więc cóż takiego?

— Nic. Już nic. Mnie się może zdaje tylko. Ona jest dobra, chce być uprzejma dla wszystkich. Podobno to teraz tak wypada...

I naraz wybuchnął:

— Ja bym go nawet w moim studenckim pokoju nie przyjął!

Turskiemu teraz udał się wybornie uśmiech ironiczny.

— Dostojna, szlachecka krew w panu gra, panie Borzycki?

— Może! — rzucił chłopak z pewną dumą i pożegnał się, aby wyjść, poprosiwszy jeszcze Turskiego, aby go przed księżną usprawiedliwił.

Ledwo drzwi się za nim zamknęły, gdy księżna Helena pojawiła się w progu. Miała na ustach uśmiech smutny i niewinny.

Turski, zamiast się przywitać, zagadnął wręcz:

— Pani czekała, aż Borzycki wyjdzie?

— Tak — odparła przeciągle. — Wiedziałam, że pan dzisiaj przyszedł do mnie samej.

— Zgadła pani jak zawsze — odrzekł, tracąc nieco pewności siebie.

— Więc niech pan siada.

Usiadł na taborecie, na którym siedział niedawno Borzycki i patrzył, jak w niedbałej a przepysznej pozie wyciągnęła się na miękkich poduszkach sofy. Była w żałobie, bardzo blada, oczy jej wydawały się jeszcze większe niż zazwyczaj.

Turski zaczął się w milczeniu zastanawiać, po co tu przyszedł właściwie i od czego ma zacząć rozmowę?

Nareszcie spojrzał na nią i zapytał najniespodziewaniej dla samego siebie:

— Dlaczego pani farbuje włosy?

Patrzyła mu w oczy bez śladu zdziwienia.

— Ira panu mówiła?

Zmieszał się.

— Ostatecznie to obojętne...

— Biedna Ira — szeptała niby do siebie, rozwiązując jakby mimo woli ogromny węzeł włosów, splątany na karku. Lśniąca, czarna powódź zalała jej ramiona i spłynęła kaskadą po matowej, czarnej materii jej żałobnej sukni.

— Dlaczego jej pan nie daje spokoju?

— Ja?!

— Tak. Całował ją pan. Po ustach i... Mówiła mi.

Turski poczerwieniał jak żak.

— Nie, ja panu tego ostatecznie nie mam za złe. Ona jest bardzo ciekawa kobieta i życzyłabym jej z głębi duszy trochę szczęścia. Jeśli ją pan kocha...

— Ależ ja nic do niej nie czuję! — krzyknął przerażony.

— To źle — uśmiechnęła się. — Ona jest dużo warta, mimo wszystko. Gdyby pan zechciał przekonać się...

Bawiła się włosami swymi, muskała nimi twarz, to znów poglądała na nie pod światło, jak błyszczą kruczym odblaskiem.

— Czy pan wie — odezwała się, zmieniając naraz ton — że ona czasami nie chce się przyznać do męża, którego rzeczywiście posiada, zwierzając się znajomym niby w wielkiej tajemnicy, że jest panną?

Spojrzał jej badawczo prosto w oczy.

— Mnie mówiła tylko... o swoim narzeczonym.

Żaden rys twarzy jej nie drgnął, przesypywała obojętnie przez białe palce krucze, pachnące zwoje włosów.

— Co się z nim stało? — zapytał Turski twardo.

— Z kim?

— Z jej narzeczonym.

— Jak to, co się stało? Wyszła za niego za mąż. Bawi, o ile wiem, teraz na Uralu. Jest inżynierem.

— Przecież... podobno się zastrzelił!

— Jej mąż?

— Jej narzeczony!

Ruszyła ramionami z lekkim zniecierpliwieniem.

— Znam ją od dziecka. Nie słyszałam nigdy o innym jej narzeczonym.

Turski milczał przez chwilę.

— Która z was kłamie? — zapytał wreszcie z zupełnie naiwną szczerością.

Błędny półuśmiech plątał się po ustach księżnej.

— Co na tym zależy? Przecież i tak nie temu się wierzy, kto mówi prawdę, lecz temu, komu się chce wierzyć. Niech pan wybiera.

A potem zapytała nagle:

— Czy pan zna profesora Butryma?

— Owszem, bardzo dobrze — odparł Turski, nieco zdziwiony.

— To podobno doskonały chemik?

— Tak jest. Obok astronomii, w której podobno jest znakomitością, zajmuje się także chemią.

Uśmiechała się ciągle.

— Niechże mu pan zaniesie pasmo moich włosów. Może wykryje, jakiej ja to farby do ich czernienia używam.

Rozglądała się po pokoju, jakby szukając jakiego ostrego narzędzia.

— Ma pan może w scyzoryku nożyczki?

— Dziękuję pani. Nie potrzeba.

Patrzyła na niego z filuternym uśmiechem, jakby zdziwiona jakimś przypomnieniem.

— Ach, prawda! Przecież pan z dawien już włosy moje posiada. Jeśli więc tamten splot jeszcze nie wypłowiał...

— Nie mam go już.

— O! Cóż się stało?

— Spaliłem go. Wraz z listami pani.

— Szkoda... dla pana. Wiem, że te listy pan niegdyś bardzo lubił.

Pochylił czoło mimo woli.

— Kochałem je — szepnął i uczuł, jak nagle krew rozlewała mu się palącym rumieńcem po twarzy.

Coś, jak gdyby cichy jej szept:

— A widzisz, Romek, a widzisz...

Spojrzał na nią.

Oczy miała szeroko rozwarte, w nieokreślony punkt gdzieś wpatrzone, jakby pełne łez.

— Spaliłem je po powrocie — mówił — w mieszkaniu Poleskiego, w ten dzień...

— Kiedy się zabił.

— Tak. I wie pani, co znalazłem w szkatułce z listów opróżnionej, gdy mi ją dzisiaj zwrócono?

Spojrzała nań z pytaniem w oczach.

— Różę. Krwawą, zeschłą różę...

— ...którą ja mu przesłałam — dokończyła cicho.

— Domyśliłem się — szepnął Turski.

Księżna patrzyła ciągle łzawymi oczyma kędyś151 przed siebie.

— On czytał moje listy do pana i dlatego się zabił.

— On? — krzyknął niemal z przerażeniem. — Czytać ich nie mógł!

Zamiast odpowiedzi sięgnęła do nieodstępnej czarnej, perłami naszytej torebki i podała mu zwitek papieru. Rzucił nań okiem...

— Twój list!

— Tak — odrzekła księżna.

— Skąd to masz?

— Byłam tam w godzinę po wypadku. Znalazłam na podłodze. O, tu jeszcze krwawa plama.

— Po coś tam chodziła?

Powstała wyprostowana dumnie.

— Aby podziękować umarłemu. On był jedyny, który bronił mojej czci, choć nie miał ode mnie ani dłoni uścisku, gdy wy wszyscy mnie zniesławiacie!

Zaległo na pewien czas głuche milczenie. Księżna chodziła po pokoju, ocierając niekiedy łzy, które jej napływały powoli do szeroko rozwartych oczu i nie spadając na policzki, zatrzymywały się między rzęsami do małych, smutnych stawków podobne.

— Kiedy pani wychodzi za mąż? — zagadnął po chwili Turski bez myśli, aby w ogóle coś powiedzieć.

Ruszyła obojętnie ramionami.

— Przecież pan widzi, że jestem w żałobie.

Turski wzniósł naraz głowę, jakąś myślą uderzony.

— Pani Helo152 — zaczął nieśmiało, z wahaniem w głosie — ja mam do pani prośbę, myślę, że pani mnie zrozumie...

— Słucham pana.

Nie mógł jakoś znaleźć słów.

— Za kilka miesięcy, czy za rok, będzie pani żoną innego człowieka...

— Nie jest wykluczone, choć także nie ma żadnej pewności...

— Jednakże... na wszelki wypadek... To nie jest nawet brak zaufania do pani, ale łatwo zrozumiała drażliwość w tych okolicznościach...

— Czegóż pan chce nareszcie?

— Ja zniszczyłem listy pani, niech pani również zniszczy moje! Teraz, tu, przy mnie!

Po twarzy księżnej przebiegł wyraz mimowolnego zakłopotania. Przez moment namyślała się, jakby ze zdziwieniem szukała czegoś pamięcią...

Spojrzała mu w oczy głęboko i przeciągle.

— Nie, panie Romanie.

— Dlaczego? Dlaczego?

— Bo mi to jest... drogie.

Żachnął się niecierpliwie.

— Niech pani takich rzeczy nie mówi! Ja przecież wiem...

— Co pan wie?

Zamilkł. Chciał powiedzieć, że to, co było, prawdopodobnie nie obchodziło jej nigdy tak głęboko jak jego, a teraz już na pewno nie ma dla niej żadnego znaczenia, nawet jako wspomnienie, chyba że myśli o tym jako o jednym z tych swoich triumfów, ostatecznie łatwych, w których się potwierdza moc jej kobiecości wobec głupiego, męskiego zwierzęcia i ślepej męskiej duszy... Przestraszył się jednak tych słów, na jakiś wyrzut czy skargę zakrawających; wstyd mu się ich zrobiło. Zwiesił głowę w milczeniu.

Ona tymczasem podeszła ku niemu.

— Czy pan wie, tam w sypialni mojej, w jednej z szuflad sekretarzyka, nieotwieranej przez nikogo, są wszystkie listy pańskie i ja ich panu nie oddam! To jest moje! Tam pan był sobą, tam pan do dziś dnia jest taki, jakim ja pana... kochałam! I ta najlepsza cząstka duszy pańskiej do mnie należy.

Turskiego zadrasnął jakiś fałszywy ton w jej głosie. Powstał i ziewnął zgoła niegrzecznie.

— Ach, księżno! Obawiam się, że jesteśmy śmieszni oboje. Moja wina, bo ja wszcząłem tę zabawną rozmowę, w której oboje nastrajamy się na ton nieszczery. Nie śmiem sobie pochlebiać, aby listy moje miały dla pani jakiekolwiek znaczenie, ale mnie na nich jeszcze mniej zależy i jeśli przez kaprys chce je pani zatrzymać, nie mam nic przeciw temu.

Spojrzała wyniośle i chłodno.

— Widzę, że panu na nich naprawdę zależy, kiedy aż takim sposobem zmusza mnie pan do ich wydania. Chcę wierzyć, że pan moje zniszczył naprawdę. Proszę, niech pan idzie ze mną.

Upięła pospiesznie włosy, dotychczas po ramionach rozpuszczone.

Przeszli przez salon, gabinet i buduar, aż do sypialni. Turski postępował za nią w milczeniu, z niesmakiem w duszy, ale jednocześnie rad, że odebrawszy swe listy, zerwie tym niejako ostatnią, z dawien pozostałą nić, jaka ich łączyła. W progu sypialni Helena przystanęła i zwróciła się ku niemu.

— Jaka szkoda — rzekła z ironicznym nieco triumfem, jakby myśli jego czytając — że pan nie może odebrać jednak wszystkiego, co mi pan dał...

Spojrzał na nią trochę zdziwiony.

— Jak to? Cóż jeszcze zostanie?

— Syn.

Rzekła to krótko i poważnie, po czym zbliżyła się ku stojącemu naprzeciw łóżka sekretarzykowi, starą, włoską intarsją pokrytemu. Otworzyła klapę zasłaniającą różne sztuczne schowki i szufladki. Przez chwilę zdawała się namyślać, wreszcie z trochę błędnym i smutnym półuśmiechem zwróciła się ku Turskiemu.

— A wie pan, że mało brakowało, a byłby mi pan i syna odebrał?

— Nie rozumiem.

Zamiast odpowiedzi sięgnęła do jednej z szufladek i podała mu duży, we czworo złożony papier.

Turski rzucił nań okiem.

— Testament księcia!

— Tak jest. Proszę, czytaj pan.

— Ależ... cóż mnie to obchodzi?

Uśmiechnęła się znowu łzawo.

— Może jednak cokolwiek. O, ten ustęp tutaj, jak pan widzi, ręką konającego przekreślony.

Turski przebiegł pismo oczyma i pobladł. Podniósł na księżną wzrok pełen zdumienia i strachu. Skinęła głową powoli.

— Tak jest. Na przypadek, gdybym ja wyszła za mąż, książę opiekę nad Iwonem oddawał panu. Właśnie panu.

— Ależ dlaczego?

— Pan się pyta o to? On się domyślał, że pan... ma do tego prawo.

Turski złożył papier i począł nerwowym krokiem chodzić po niewielkim pokoju.

— Jeśli tak było — mówił — Jezus Maria! Cóż ten człowiek musiał wycierpieć! I jak to podle, jak podle!...

— Roman...

Usiadł w niskim fotelu i zakrył oczy rękami. Zbliżyła się do niego z wolna i położyła mu dłoń na włosach. Ujął te jej białe palce i przycisnął do ust, jakby ją za coś przepraszał.

— Ja ci daję to prawo opiekowania się Iwonem — mówiła szeptem.

Spróbował ironizować.

— Mimo że ten ustęp w testamencie skreślono?

— Tak. I mimo, że ja... nie wychodzę za mąż.

— Co? Więc Rohityn?

— Owszem, lubię go bardzo, ale przekonałam się, że to nie jest człowiek mnie wart. Za mąż za niego nie wyjdę...

— Więc cóż ty.... więc cóż pani będzie robiła?

Patrzyła na niego poważnie i badawczo.

— Wstąpię do teatru, który pan założył.

Turski, zdumiony, poderwał głowę w górę.

— Co? Pani? Do teatru?!

— Pan mnie nie chce angażować?

— Ależ... nie mogę tego brać poważnie!

Filuterny, pewny siebie uśmiech przebiegł po jej wargach.

— Czyżby pan sądził, że nie mam w tym kierunku zdolności?

A potem dodała poważnie i nieco dwuznacznie:

— Przygotowuję się od dawna.

Nie słuchał już jej słów. Szeroko rozwartymi oczyma wpatrzył się w nią z uwagą i zastanowieniem. Jak gdyby przedziwne, wymarzone a niespodziewane rozwiązanie problemu: przecież ona jest właśnie tą kobietą, której on do teatru swego potrzebuje! Tak! Tak! To niepojęte, że dotąd sobie tego nie uświadamiał...

Zgubił się w nim mężczyzna, zapomniał o swoim osobistym do tej kobiety stosunku, pamięć jego natomiast pracowała z nadzwyczajną jasnością, przywodząc mu przed oczy wszystkie momenty z jej życia, które popierały to objawienie, że ona ma być tą wybraną i stworzoną dla niego artystką. Chłodnymi i bystrymi oczyma badał jej postać, twarz, ruchy, jak gdyby po raz pierwszy ją widział.

Zaczęli naraz mówić ze sobą pospiesznie, stanowczo, poważnie, jak dwoje ludzi, których tylko interes sztuki wiąże ze sobą...

Gdy za jakiś czas Turski wyszedł od księżnej, przypomniał sobie na schodach, że od chwili pokazania testamentu nie było już mowy o listach i że ich nie odebrał. Zawahał się na moment, jakby chciał wrócić, ale potem machnął ręką.

— Wszystko jedno!

Czym innym miał w tej chwili głowę zajętą.

Na ulicy zobaczył niespodziewanie panią Irenę, idącą snadź do księżnej. Na widok jej ogarnęła go pasja. Pierwszym odruchem chciał skręcić w bok, aby uniknąć spotkania, ale było już za późno. Pani Irena dostrzegła go również i podeszła ku niemu z przyjaznym uśmiechem na twarzy.

— Jak się pan miewa, panie Romanie! Tak pana dawno nie widziałam.

Serdeczny ton przywitania rozzłościł go jeszcze więcej. Ogarnęła go głupia i zarozumiała obawa, że ta wymalowana kobieta chce wyciągnąć jakieś konsekwencje z owego wieczornego spotkania w Dolinie Białego pod Giewontem i rości sobie pewne prawa do poufałości.

Przywitał ją chłodno i z wyszukaną grzecznością.

Nie zmieszało jej to bynajmniej ani z tropu nie zbiło. Owszem, patrzyła na niego troszkę wyzywająco z drażniącym uśmiechem na przesadnie czerwonych wargach.

— Gdzież się to pan podziewał? Mógłby kto sądzić, że mnie pan unika!

— Och! Dlaczegóż by?...

— Jak to: dlaczego? Ponieważ pan nie wie, co robić ze wspomnieniem tej niepoczytalnej chwili, kiedy mnie pan całował.

— Zaznaczam, że o tej „niepoczytalnej chwili” teraz nie ja pierwszy wspomniałem.

— A, nie, nie! To ja byłam na tyle nietaktowna.

— Nie mogę zaprzeczyć.

Zaśmiała się cicho i chytrze.

— Grzeczny pan nie jest.

— Mówiła pani o tym księżnej Helenie?

— Ależ naturalnie! Jak pan może pytać nawet o to? Przecież pan wie, że my nie mamy tajemnic przed sobą. Czy to panu co szkodzi, że mówiłam?

— Bynajmniej. Ale zastanawiam się, dlaczego to pani uczyniła?

Pani Irena zrobiła minę zakłopotaną i niepocieszoną.

— Wyrządziłam panu przykrość? Ach! Gdybym się była domyśliła153, że pan nie chce tego. Trzeba mi było szepnąć, że to ma być w tajemnicy zachowane...

— Niech pani ze mnie nie szydzi!

Przystanęła i zapytała poważnie:

— Dlaczego?

Spuścił głowę.

— Ma pani słuszność. Zasłużyłem na to, aby pani szydziła.

— A widzi pan. Trzeba się przecież zastanowić nad tym, że gdybym ja nie szydziła, to szydziłby pan. Nieprawdaż? No, niech się pan przyzna!

— Więc tylko dlatego?

Z oczu jej wyjrzało znowu wielkie, nie mogące sobie znaleźć miejsca znużenie.

— Nie, nie. Właściwie nie szydzę wcale. Ach, gdyby pan wiedział...

— Co?

Nie odpowiadała. Szli długi czas w milczeniu, dalej i dalej, nie wiadomo dokąd i nie wiadomo właściwie, po co idąc razem z sobą. Turski spróbował myśleć znowu o niespodziewanej, artystycznej propozycji, jaką mu księżna zrobiła, ale wnet spostrzegł, że mu się to w tej chwili nie udaje: stawała mu raczej przed oczyma wyłącznie jako kobieta, w czarnej sukni na czerwony dywan otomany rzucona, z falą lśniących włosów na ramionach...

Wyrwał go z zamyślenia głos pani Ireny:

— Och! Dokądże to...

Dalszych słów nie dosłyszał. Obrócił się żywo.

— Co pani mówi?

— Nic. Smutno jest. Tak okropnie, tak beznadziejnie smutno.

— Pani Ireno!

Zaśmiała się naraz z jakąś przykrą, sztuczną kokieterią.

— Nawet wcale nie to chciałam powiedzieć. Ale to wszystko jedno... Zimno jest. Trzeba już wracać.

Odeszli daleko od miejsca, gdzie się byli spotkali. Turski rozejrzał się z uwagą, nie zdawał sobie dokładnie sprawy z tego, gdzie się znajdują. Towarzyszka jego zauważyła to.

— Widzę, że pan pobłądził? Nic nie szkodzi. Spodziewam się, że się to panu nie pierwszy raz w życiu zdarza. Dzisiaj ja będę pańską przewodniczką.

Ujęła go pod ramię.

— Ot, tędy. Tam jest duża i jasna kawiarnia. Wyszliśmy prawie poza miasto, w nowe dzielnice na Błoniach.

Dał się prowadzić bez oporu. Szli już całą drogę rozmawiając o rzeczach obojętnych. Mijali ulice coraz ludniejsze i coraz lepiej oświetlone. Nareszcie gdzieś około plant zabłysnęły przed nimi ogromne, żółtym światłem rozognione szyby kawiarni.

— Wejdziemy na chwilę.

— Zdawało mi się, że pani szła do księżnej...

— Głupstwo. Pójdę kiedy indziej.

Usiedli w dużej sali na uboczu, przy jedynym bodaj jeszcze wolnym stoliku. Pani Irena kazała sobie podać herbaty, Turski szklankę wisky z wodą sodową. Pił powoli, małymi łykami, rozglądając się z roztargnieniem dokoła. Jakaś myśl uporczywa zaczęła mu w głowie świdrować...

— Słucham pana — odezwała się niespodziewanie pani Irena.

Zwrócił się ku niej twarzą.

— Ma pani słuszność. Rzeczywiście chciałem coś powiedzieć.

— Nareszcie!

— Raczej zapytać...

— Niech pan więc pyta.

Zamilkł na chwilę...

— A zatem?

— Dlaczego... księżna... nie chce mi oddać moich listów?

— Bo ich nie ma.

— Jak to?

— Są u mnie.

Drgnął nieprzyjemnie dotknięty i zmarszczył brew. Żałował prawie, że nie zdołał się opanować i zaczął pytać.

— To nie jest przeszkodą — mruknął, usiłując przybrać ton jak najobojętniejszy. — Może ich przecie zażądać od pani z powrotem.

— A, nie! Gdyż zapomniała, że mi je dała do przechowania wówczas, wie pan? Kiedy się zaczęło to z Wierzbicem...

— To jest tylko pani przypuszczenie.

— Pewność. Przed kilku tygodniami, gdy po śmierci księcia papiery w mej obecności porządkowała, zastanowiła się naraz i spytała mnie, czy nie wiem, co się z tymi listami stało.

— Pani jej nie przypomniała? — rzekł z lękiem.

— Nie. Po cóż?

— Dziękuję pani. Teraz pani mnie odda te listy.

— O, nie! Tego nie zrobię!

— Ależ dlaczego? Przecież one naprawdę nie mają już właściciela. Księżnej chyba na nich nie zależy, kiedy nie pamięta nawet, komu je dała do przechowania.

— Nie o Helę tu idzie.

— Więc o cóż?

— Ach, panie! One są takie piękne!

— Jak to?

— Naturalnie, czytałam je. Wszystkie, wszystkie!

— Pani?

— A jakże pan myślał? Oddano mi je zresztą niezamknięte, w starym pudełku od kapelusza obwiązanym zaledwie tasiemką. Pełniuteńkie pudło...

Turski zagryzł wargi i kazał sobie podać jeszcze jedną szklankę whisky. Pani Irena spojrzała nań z udanym współczuciem.

— O! Cóż to? Czyżbym panu znowu przykrość wyrządziła? Ach, Boże, tyle razy sobie wyrzucam, że jestem nazbyt szczera..

Patrzył na nią uważnie, badawczo.

— Dlaczego mi się pan tak przypatruje?

Turski, miast odpowiedzieć, powtórzył rzucone już dzisiaj księżnej pytanie:

— Która z was kłamie?

Zaśmiała się cicho, radośnie.

— Czyż nie możemy obie mówić prawdy?

A po chwili widząc, że Turski milczy zasępiony, dodała:

— Panie Romanie, pan powinien przecież Helę zrozumieć. Ona jest naprawdę anielska kobieta! Ja nie mówię tego przez ironię... Nawet jeżeli czasem powie... niezupełnie prawdę, to dzieje się to w dobrym celu, aby uniknąć czyjejś przykrości. Niech pan tylko pomyśli, gdyby panu była powiedziała: nie mam pańskich listów, zapomniałam, gdzie są — czyżby to nie było dla pana wielką, wielką przykrością?

Turski słuchał i zastanawiał się nad tym, co do niego mówiono, jakoś dziwnie bezinteresownie, jak gdyby tylko chodziło o pewien problem psychologiczny.

— Wie pani, że gdyby tak była powiedziała, nie byłbym jej właśnie uwierzył.

— Nie byłby pan wierzył?

— Nie. Sądziłbym, że to tylko wymówka, aby mi listów z jakiejś niezrozumiałej przyczyny nie oddać.

— Ależ... w takim razie, o cóż panu idzie właściwie? Przecie również dobrze może pan i teraz nie wierzyć mnie na przykład. Niech pan pomyśli, że cała historia jest moim wymysłem, w pudełku od kapelusza, które mam w przechowaniu, znajdują się stare rękawiczki, a listy swoje otrzyma pan kiedyś z rąk Heli, która ich dotychczas z największą pieczołowitością strzegła. Voila!154

Zaśmiała się nagle.

— O, Boże! I wy chcecie, aby was nie okłamywać!

Mówiła to, naciągając rękawiczki, gotowa już do odejścia. Turski jej nie zatrzymywał. Gdy pozostał w kawiarni sam, opanowało go znużenie, niedające się po prostu przezwyciężyć.

— Ta kobieta mi je zostawiła — myślał. — Rzuciła na mnie jak urok znużenie i wyczerpanie swojego własnego, biednego życia...

Wsparł twarz na dłoniach i trwał tak prawie bez myśli długi przeciąg czasu. Wyrwał go wreszcie z odrętwienia głos profesora Butryma, który wszedłszy do kawiarni spostrzegł go przy ustronnym stoliku. Przywitali się.

— Czy można usiąść koło pana?

— Proszę.

Profesor uśmiechnął się.

— Widzę z tonu zaproszenia, że panu właściwie nie na rękę jest moja obecność. Ale to nic nie szkodzi... Ja także przyszedłem tutaj, aby być samotnym i dlatego może właśnie lepiej, że sobie... będziemy wzajemnie przeszkadzać.

— Ma pan słuszność — poświadczył Turski żywo. — Niech pan siada.

Zrazu nie mówili do siebie. Turski zauważył, że profesor jest czymś wzburzony: na twarzy miał wypieki, oczy błyszczały mu gorączkowo, to znów zdawały się zachodzić jakąś przejrzystą mgłą. Nie pytał jednak o nic, nie chcąc być nawzajem pytanym. Zresztą wkrótce przestał obserwować towarzysza i pogrążył się we własnych myślach.

Po pewnym czasie wyrwało mu się jakby mimo woli:

— Wie pan, dziwię się...

Butrym spojrzał na niego.

— Czemu się pan dziwi, panie Romanie?

— To tak trudno ściśle powiedzieć. My właściwie nic nie wiemy, co to jest kobieta...

— Ach! Ten temat — syknął Butrym.

— Może go nie w porę poruszyłem. Niech się panu tedy zdaje, żem nic nie powiedział. To i tak wszystko jest nad wyraz głupie.

— Ma pan słuszność — rzekł profesor poważnie — nad wyraz głupie. A wie pan, dlaczego?

— Powodów może być wiele.

— Zasadniczy — jeden. My wszyscy, ludzie mądrzy, przeciętni czy głupi, wszyscy my mężczyźni, chcemy w kobiecie mieć towarzyszkę, przyjaciela, powierniczkę, opiekuna, władcę, służącą, dziecko, słowem różne, różne rzeczy, tylko nie to, czym ona jest naprawdę i jedynie. A tymczasem ona, choćby chciała życzeniom naszym odpowiedzieć (co już jest przewrotne, bo w istocie swej nie chce! ), nie potrafi! Może ona być tylko czymś daleko mniej, lub czymś więcej bez porównania.

— To znaczy?

— Naszą nałożnicą lub matką naszych dzieci.155

— Stary dowcip! — mruknął Turski z umyślną przekorą.

— Niemniej jest to prawdą, niestety!

— A może, tylko... czemuż to tak trywialnie nazy­wać? Można powiedzieć to samo, mówiąc: naszą kochanką lub żoną.

— Tak... jeśli to jest to samo, — rzeki profesor, zapadając w zamyślenie.

Naraz Turski odezwał się znowu, żywo głowę podnosząc:

— A jeśli kobieta jest... artystką?

— Jeśli jest artystką?

— Tak. Wtedy co? Gdzie dla niej wówczas miejsce w tym weiningierowskim 156podziale?

— Ha, w takim razie jest poza naszymi kategoriami. Wówczas jest nie dla nas, tylko dla siebie.

— Dla siebie — powtórzył Turski poważnie. — Może pan ma słuszność...

I Butrym, jakiejś własnej myśli odpowiadając, rzekł jeszcze raz w zamyśleniu:

— Dla siebie...