XIV
Płażyński nigdy nie był właściwie zbyt wybitnym aktorem, ale — jak to mówią — miał szczęście. Z okrągłą, pucołowatą i różową gębą, niezbyt wysoki i mięciutki, wyglądał nieuleczalnie na osiemnaście czy dziewiętnaście lat, chociaż dochodził pono trzydziestki. Aktorki i nieaktorki psuły „to chłopiątko”, które na ich cześć ubierało się bardzo starannie i z wyszukaną wedle własnego rozumienia wytwornością, która za kulisami uchodziła za niemającą sobie równej. Na scenie lubiano go, bo był wesoły i w lot zgadywał, co może zabawić p. t.157 publiczność! Za wzięciem u publiczności poszło nieuchronnie wzięcie u dyrekcji teatrów, które go sobie wyrywały, płacąc mu gaże, do rzeczywistych zasług jego nieproporcjonalnie wysokie.
Mimo to Turski nie miał ochoty przyjmowania go do składu swego pesonalu i zdziwił się niepomiernie, gdy księżna Helena wprost tego odeń żądała, stawiając to nawet poniekąd za warunek swego na scenę wstąpienia.
Turski nie znosił nacisku i miał moment, że gotów był nawet zerwać z tego powodu nawiązane z księżną układy, choć w istocie bardzo mu na jej pozyskaniu zależało.
— Ja pana Płażyńskiego w teatrze swym nie potrzebuję — odparł szorstko na nalegania.
— A mnie? — zapytała księżna.
— Im więcej panią z nieznanej mi, lub raczej nie dość jasno widzianej dotychczas strony poznaję, tym goręcej pragnę, aby teatr mój pani służył...
— Więc czemu pan nie chce wziąć tego chłopaka?
— Czy jedno z drugiem nierozłącznie związane?
— A gdyby tak było?
— Cieszę się, że tak nie jest, gdyż tego, co w odniesieniu do pana Płażyńskiego powiedziałem, cofnąć bym nie mógł.
— Nawet gdybym pana prosiła? Gorąco prosiła?
Turskiego ogarnęła złość. Wzniósł szare oczy na księżną i rzekł dobitnie, patrząc jej prosto w twarz:
— Mógłbym go angażować w jednym tylko przypadku...
Urwał, jakby zawahawszy się przed ostatnim wyrazem.
— Mianowicie? — podchwyciła księżna.
Turski poczerwieniał.
— Nie, nie. Pani daruje. Przyszła mi zła myśl do głowy. Nie powiem tego.
— Więc ja za pana dokończę. Chciał pan powiedzieć, że weźmie go pan, jeśli przyznam, że to jest mój kochanek i ja go w teatrze chcę mieć przy sobie? Czy tak?
— Tak.
— A więc niech mnie pan szybko przeprosi, nawet nie za myśl złą, bo taka myśl naprawdę w głowie pańskiej nie powstała, lecz za słowa, którymi mi pan chciał dokuczyć.
— Przepraszam — rzeki Turski z prawdziwą skruchą.
— Wstydzi się pan?
— Wstydzę się.
— Dobrze. Za karę zaangażuje pan Płażyńskiego natychmiast. Muszę tego wymagać, aby nie wyglądało tak, że pan swoją obelgą zamierzony cel osiągnął. A pan teraz odmówić nie może.
To powiedziawszy, zadzwoniła na służącego i kazała prosić pana Płażyńskiego.
— To on jest tutaj? — zdziwił się Turski.
— Tak. W gabinecie.
(Rozmowa toczyła się w małym salonie).
— Ależ...
— Dziwi to pana? Wszak pan wie, że od dłuższego czasu biorę u niego lekcje. Jest nieoceniony jako nauczyciel.
— Na miłość boską! Co pani robi? Przecież on panią tylko zepsuć może!
— Niech się pan nie obawia! Ja uczę się od niego właśnie, jaką na scenie być nie wolno! — zaśmiała się.
Płażyński wchodził już do salonu. Zobaczywszy Turskiego, skłonił mu się z grzeczną rezerwą i otarł swobodnie kącik ust palcem, na którym błyszczał pierścień z dużym choć pono niezupełnie prawdziwym brylantem.
— Panie Karolu — rzekła księżna — pan Turski właśnie chciał z panem mówić. Pragnie pozyskać pana do swojej trupy.
Płażyński skłonił się jeszcze raz, bardzo pospiesznie i uniżenie i poczerwieniał z uciechy, mimo że usiłował zachować wyraz zimnej choć łaskawej obojętności...
— Szkoda tylko, że dyrektor tak późno się do mnie zwraca — zaczął, siadając na wskazanym mu przez księżną krześle.
— Czyżby pan był już gdzie indziej związany? — rzekł Turski z radosną nadzieją w głosie. — Nie chciałbym w takim razie...
— O nie, nie! — zaprzeczył Płażyński skwapliwie — to znaczy... miałem propozycje na najbliższy sezon, nawet z kilku stron, ale nie odpowiedziałem dotychczas... Nie spieszę się w ogóle...
— Jeśli jednak tamte propozycje są lepsze od mojej...
Płażyński zapewnił go łaskawie, że choćby nawet były lepsze pod względem materialnym, on jemu daje pierwszeństwo, nie wątpiąc zresztą, że praca jego i talent, „którym się nie chwali”, będą odpowiednio wynagrodzone.
Turski był wściekły, że się dał złapać w taki głupi sposób i ostatecznie przez własną winę, gdyż cała rzecz była konsekwencją niegrzeczności, której nawet nie wypowiedział wobec księżnej. Przysiągł sobie w duchu, że na przyszłość będzie się wystrzegał nawet pomyślanych impertynencji odnośnie do kobiety, umiejącej za każdym razem broń sobie z nich ukuć przeciw temu, kto sam nimi z nią chciał walczyć. Ale na to nie było już rady: zaangażowanie Płażyńskiego było bądź co bądź faktem dokonanym.
Zły i zdenerwowany wyszedł od księżnej, zapewniwszy ją jeszcze raz na odchodnym, że o jej planach scenicznych, stosownie do jej usilnego życzenia i nadal zachowa najzupełniejszą dyskrecję. Czuł sieć pajęczą, zadzierzgającą się coraz ciaśniej koło siebie, oplątującą go przedziwnymi nitkami, na pozór słabymi i nic nieznaczącymi, których jednak zerwać nie był w stanie.
W wysokiej sklepionej sieni domu dobiegł go głos Iwonka, bawiącego się w niewielkim ogrodzie poza domem. Zatrzymał się na chwilę, a potem, jakby mimowolnie, zamiast wyjść na ulicę, zwrócił się ku przeciwnej stronie i stanął we drzwiach, do ogrodu wiodących.
Była wczesna wiosna. Liście na drzewach rozwijały się dopiero, znacząc się jasno zielonymi, przejrzystymi chmurkami na ciemnym błękicie nieba. Na rabatach pod murami domu kwitnęły całą masą różnobarwne hiacynty. W głębi ogrodnik przekopywał czarną, tłustą ziemię, kilka ptasząt ćwierkało zawzięcie w gorącym słońcu, skacząc po młodych, kwietnymi pączkami nabrzmiałych gałęziach wisien.
W pośrodku, na obszerniejszym nieco od innych trawniku, stał Iwo z biczem w ręku.
Opodal na ławce siedząca ochmistrzyni zdawała się drzemać. Chłopak nie zważał na nią. Szerokim ruchem ręki strzelał z długiego bicza i opowiadał sobie przy tym głośno jakąś nadzwyczajną historię, pełną rozhukanych koni, wojsk idących do ataku i czynów bohaterskich.
Turski przez jakiś czas słuchał w milczeniu. Przypomniała mu się własna jego młodość, nieuskromiona i swobodna, wakacje przecudne, spędzane w domu rodzicielskim, na wsi, w ogromnym, starych drzew pełnym parku, dziś już od dawna nieistniejącym. Ojciec jego, niegdyś ciężkimi warunkami zmuszony, majątek rozparcelował, wycięto drzewa w ogrodzie, wyrąbano lasy, pokrajano na kawałki szerokie, kwieciste łąki i pola, gdzie nieraz po żniwach przez ścierniste zagony hasał na nieokulbaczonym koniu... Myślał o tym, patrząc na Iwona, i zdjął go żal, że to książątko bogate i pieszczone, dzięki fantazji swej matki zmuszone jest chować się w mieście lub po zapchanych ludźmi letniskach i wśród dóbr swoich rozległych nie ma jednak żadnego kąta, z którym by mogło w przyszłości związać miłośnie swoje jasne dziecięce wspomnienia, jak on, Turski, z ową, dawno już między ludzi podzieloną wioską.
Chłopak spostrzegł go tymczasem i przerwawszy samotną zabawę, podbiegł szybko ku niemu.
— Nie wiedziałem, że pan tu jest — rzekł, podając mu drobną rękę na powitanie.
Śmiały mu się usta, bo Turskiego, wbrew pierwotnej niechęci, z czasem bardzo polubił, ale oczy miał jeszcze jakby senne i rozmarzone, pełne dotąd wywołanych dziecięcą fantazją obrazów...
— Byłeś, widzę, na wojnie — zażartował Turski.
Chłopiec się zmarszczył.
— Ach, proszę pana, taka wojna! — Ja sam się biję, a nikt mi nie stawia oporu...
— Zbierz sobie towarzyszów.
— Nie pozwalają mi bawić się z nimi. A zresztą ja bym chciał wojny prawdziwej. Kiedy pan wraca do Azji?
Turski zdumiał się tym niespodziewanym pytaniem.
— Ja? Do Azji? Wiesz, chłopcze, że nie myślałem o tym, że mógłbym naprawdę wrócić do Azji...
Mówił to poważnie, do siebie samego raczej.
— Naturalnie, że powinien pan wrócić — ciągnął Iwo. — Co pan ma tu do roboty? Podobno teatr pan buduje? To jest, przepraszam pana, ale to jest takie same głupstwo, jak ta moja zabawa: wszystko się dzieje nie naprawdę.
— Ty byś chciał, abym odjechał?
— Tak. Chcę. I ja z panem pojadę. Umiem jeździć konno, strzelam bardzo dobrze, tak jak Staś W puszczy i na pustyni158...
— Tam trzeba pracować.
— O! Niekoniecznie, można także zdobywać — rzekł chłopiec z niespodziewanie twardym akcentem w głosie.
Turski przyciągnął chłopca do siebie i patrzył mu długo w rozgorzałe oczy. Dostrzegł tam snadź coś, jak gdyby odbłysk swoich własnych dziecięcych rojeń, snów, zamiarów... Poczuł dalszy ciąg własnego istnienia i ogarnęła go naraz nieprzemożona tęsknota, aby to dziecię mieć w swoich rękach, patrzeć, jak się w bujny kwiat życia rozwija, czuć w nim przedłużenie swojej istoty, uczynić nim to wszystko wielkie i doskonałe, czego sam uczynić zaniedbał, nie zdążył, czy nie zdołał. Na dłoniach, którymi kibić chłopca opasywał, czuł bijące, przyspieszone tętno jego młodej gorącej krwi, oczyma, w źrenice jego wpatrzonymi, przeglądał niemal na wskroś tę duszę, rozwijać się dopiero poczynającą i czuł coraz głębiej, że jest mu bliska, dziwnie zrozumiała, jasna i kochana.
Szalone myśli poczęły mu przez mózg przebiegać. Przez jeden moment chciał porwać chłopca od tej całej zgnilizny niezdrowej, obok której się chował i unieść ze sobą rzeczywiście gdzieś do Azji czy Australii, na twardy życia trud, na wyrobienie w ciągłej walce wszystkich władz ciała i duszy... A przede wszystkim, aby go ustawicznie, nieustannie mieć przy sobie, cieszyć się jego życiem i urabiać je na jakąś modłę olbrzymów.
Potem jednak zaraz pomyślał, że — poza wszelkie — mi trudnościami takiego planu — byłby to przecież ogromny egoizm z jego strony, oderwać tak przemocą dziecię od matki, od kraju ojczystego, od kultury całej, która bądź co bądź może mu wiele dać w życiu. Ale dlaczegożby go nie miał adoptować na przykład? Jego znaczny majątek, większy niż pozostałość po księciu, i dobre, szlacheckie, szczeropolskie imię usprawiedliwiałyby dostatecznie przed światem ten postępek wobec dzieciaka, które polubił, a księżna by się chyba zgodziła...
— Chciałbyś ty być mój? — zapytał chłopca znienacka.
Iwo, który się już długiem milczeniem niecierpliwił, potrząsnął głową.
— O, co to, to nie. Ja chcę być całe życie swój własny.
Turski wypuścił chłopca z objęcia.
Tak, on miał słuszność! Swój własny. Dzieci tylko wtenczas naprawdę należą do rodziców, gdy same niewiele są warte. W przeciwnym razie — to tylko złudzenie. To strzała puszczona z łuku, która — własnego pędu nabrawszy — dostaje naraz żywych skrzydeł i leci, kędy zechce, daleko, daleko poza widnokrąg, oczyma strzelca zakreślony... Strzała z bajki, która się zamienia w gołębia czy w orła. Tak być powinno.
Skinął głową chłopcu na pożegnanie i wyszedł w zamyśleniu powoli na ulicę.
Przed domem minął go pędzący na oślep Rohityn. Potrącił go prawie, nie pozdrowiwszy nawet i wpadł w bramę. Turski przystanął na chwilę i obejrzał się za biegnącym, słyszał pospieszne kroki na schodach, potem za moment stuk otwieranych drzwi... Ruszył ramionami i zwrócił się w stronę teatru, gdzie się spodziewał zastać Zarembę.
Rohityn tymczasem wpadł do mieszkania księżnej, pytając służby zaraz u wejścia o panią domu. Nim mu zdążono odpowiedzieć, ukazała się sama w drzwiach przedpokoju, a zobaczywszy przybyłego, cofnęła się szybko do salonu.
Rohityn pobiegł za nią. Zastał ją już siedzącą w fotelu i rozmawiającą z kręcącym się trochę niespokojnie Płażyńskim.
Podała mu z pobieżnym nieco uśmiechem lewą rękę do pocałowania, nie przerywając rozmowy.
Rohityn zawahał się.
— No, całujże pan prędzej! — zawołała z bardzo miłym zniecierpliwieniem.
Pocałował i wyprostował się godnie.
— Spodziewałem się zastać panią samą — rzekł, nie patrząc Płażyńskiego.
Księżna spojrzała ukradkiem na brązowy zegar, stojący w rogu pokoju.
— Spóźnił się pan. Nie wiedziałam, czy pan przyjdzie i dlatego pana Płażyńskiego, który przed dwiema czy trzema minutami zaszedł mnie odwiedzić, przyjęłam z ochotą.
Po czym zwróciła się do aktora.
— Obiecałam panu Rohitynowi rozmowę w cztery oczy. Prosił o nią od dawna, ponieważ ma mi podobno coś ważnego do powiedzenia.
Płażyński powstał żywo.
— Ależ w takim razie... ja w tej chwili... Jeśli tylko przeszkadzam...
— Nie, nie przeszkadza pan. Niech pan jeszcze zostanie.
Rohityn zgrzytnął zębami.
— Owszem, jeśli mam być otwartym, wolałbym, aby nas pan w tej chwili pozostawił samych.
Księżna zwróciła się doń z łagodnym acz głębokim wyrzutem.
— A! Któż to widział wypłaszać mi gości, zwłaszcza tak miłych...
— Ja chętnie! — powtarzał Płażyński, nie bardzo zdecydowany, co ma robić.
— Nie, panie Karolu, nie „chętnie”, bo mam nadzieję, że chętnie pan u mnie pozostaje, a nie wychodzi. Dlatego proszę usiąść i posiedzieć! Pójdzie pan stąd dopiero za pół godziny.
Mówiąc to, wskazała ręką brązową tarczę zegara z dwiema białymi wskazówkami z kości słoniowej.
Rohityn — może mimo woli — poszedł wzrokiem za jej dłonią, a przypatrzywszy się ze złością zegarowi, wziął krzesło i usiadł na nim ostentacyjnie z twarzą na leniwie wlokące się wskazówki zwróconą. Znać było, że postanowił bohatersko milczeć, dopóki nie nadejdzie godzina odejścia nieprzyjemnego aktora.
Księżna nie wiele sobie z tego robiła. Zaczęła żywo i z zajęciem rozmawiać z Płażyńskim o teatrze, o planach swych i zamiarach scenicznych, o Turskim wreszcie i Zarembie, słowem, o tym wszystkim, co Rohityna jak najmniej obchodziło i o czym nie miałby ani słowa do powiedzenia.
Czasem, gdy księżna odezwała się z jakimś swoim teatralnym planem, poruszał się na krześle niecierpliwie i rzucał szybkie, wściekle spojrzenie na mówiącą, jakby jej chciał przerwać, ale ostatecznie wytrwał w niewygodnej a dobrowolnie przyjętej na siebie roli obrażonego milczka, choć w końcu sam już czuł jej śmieszną niedorzeczność.
Wreszcie pół godziny upłynęło i Płażyński, rzuciwszy okiem na zegarek, powstał, aby się pożegnać. Miał uśmiech na ustach, gdy wyciągał dłoń do Rohityna. Rohityn podał mu ozięble końce palców, a ledwie drzwi się za nim zamknęły, wpadł z furią na księżną.
— Dosyć mam tych komedii! Proszę cię...
— Ciszej!...
— Błagałem cię, zaklinałem, że chcę dzisiaj nareszcie sam na sam z tobą pomówić...
— Niech mi pan nie mówi po imieniu.
— Jak to? dlaczego?
— Może kto słyszeć.
— Nie ma nikogo.
— Służba...
— Głupstwo! Wiedzą przecie wszyscy, że jestem twoim narzeczonym!
— Tak, ale ja nie chcę. Więc, co mi pan miał do powiedzenia?
Rohityn był nieco zbity z tropu. Usiadł na fotelu blisko księżnej i zaczął pokorniej oraz znacznie ciszej:
— Proszę cię, to jest proszę panią od dawna o chwilę poufnej rozmowy, czekam na nią tygodnie i zawsze ktoś...
— Płażyński nadszedł przypadkiem. Nie mogłam mu przecież drzwi pokazać!
— Tak! Dzisiaj Płażyński, wczoraj Wierzbic, przedwczoraj jakaś dama z piekła rodem, kiedyś znowu ten wariat Rogocki! Nigdy nie mogę...
— Tak się jakoś składa. Zresztą nie wiem, co tu jest do mówienia.
— Owszem. Chcę wiedzieć nareszcie, co znaczy to nowe twoje szaleństwo.
— Szaleństwo?!
— No, z tym teatrem. Nie myślisz przecie naprawdę wstąpić na scenę!
— Wstępuję.
— Ja nie chcę! Nie pozwolę na to!
— Jakże to?
— Masz być moją żoną!
Księżna patrzyła nań przez jakiś czas chłodno i badawczo.
— Panie Ludwiku, niech się pan opamięta. Gdyby pan tak sprawę stawiał rzeczywiście, mogłabym mieć tylko jedną odpowiedź...
— Jaką?
— Niech mnie pan nie zmusza, abym ją dała. Ja na scenę wstąpię, bo przekonałam się, że to jest właściwa linia mojego życia. A gdyby mi pan stawiał przeszkody, to raczej... Czy pan rozumie?
Powstała i podeszła ku oknu, udając, że przypatruje się pilnie czemuś na ulicy. Rohityn został na środku pokoju po prostu oniemiały. Przez chwilę patrzył na księżną w osłupieniu, a potem naraz rzucił się przed nią na kolana.
— Helu, Helu! Na miłość boską...
Bełkotał jakieś słowa bez związku, prosił ją i chwytał za kraj sukni.
Odwróciła się ku niemu powoli i spojrzała z góry.
— Czego pan chce?
— Ja tego nie przeżyję, nie zniosę! Ja cię kocham! Ja nie mogę, abyś ty... na scenie... wszystkim ludziom... by każdy, kto za bilet zapłacił... Ja oszaleję! strzelę w łeb tobie i sobie!
Uśmiechnęła się.
— Panie Ludwiku...
— Nie, nie, nie! Nie chcę! — powtarzał z uporem rozkapryszonego dzieciaka. — Nie pozwolę, by za kulisami byle aktor... żeby cię na scenie publicznie całowano...
Zakrył oczy rękami i zaczął płakać.
Przesunęła dłoń po jego włosach, a potem, ziewnąwszy ukradkiem, pociągnęła go za sobą na środek pokoju, gdzie usiadła w głębokim fotelu. Dał ze sobą robić bez oporu wszystko, co zechciała. Skulony u jej nóg, oparł czoło o jej kolana i powtarzał do znudzenia:
— Kocham cię, kocham, kocham...
Księżna ziewnęła jeszcze raz, po czym wziąwszy głowę Rohityna w obie ręce, uniosła ją nieco ku górze tak, że musiał spojrzeć jej w oczy.
Wyglądał nader śmiesznie, zapłakany i czerwony, z pomierzwionymi na skroniach włosami, ale ona, jakby tego nie spostrzegała, patrzyła nań czule i głęboko.
— Dzieciaku, ty, dzieciaku! I o cóż to tobie chodzi? Wyobraź sobie tylko, sam będziesz rad i dumny, gdy mnie zobaczysz na scenie, wśród oklasków, wśród wieńców i pomyślisz, że wszyscy się mną zachwycają, wszyscy szaleją, a ja do ciebie jednego należę! A propos, jaki mi bukiet przygotujesz na pierwszy występ? Chcę wiedzieć!
Rohityn żachnął się znowu.
— Kobieto! Nie doprowadzaj mnie ty do szału!
Odsunęła go lekko od swych kolan.
— Ach, jeśli się złościsz znowu, możemy o tym nie mówić. W ogóle możemy nie mówić o niczym, nawet nie widywać się wcale.
— Więc co będzie z nami?
— To, co widocznie chcesz sam, aby było. Ja dla twoich śmiesznych uwidzeń nie wyrzeknę się tego, co mi może dać jedynie szczęście w życiu. Ja chcę, rozumiesz mnie? Chcę władać, ludzi porywać, zachwycać, panować nad nimi, nad tłumem, nad całym ogromnym tłumem, ponad wszystkimi!... Ach, co ty wiesz...
— To ten kabotyn159 Płażyński winien temu! — ryknął Rohityn, zrywając się z kolan.
Spojrzała na niego z niewysłowionym lekceważeniem.
— Cóż tu Płażyński ma do rzeczy?
— Kochasz się w nim!
Ruszyła ramionami bez odpowiedzi.
Rohityn tedy zaczął chodzić po pokoju, udając lwa, miotającego się w klatce. Potrącił kilka krzeseł, przewrócił mały stoliczek z bukietem kwiatów (były od Płażyńskiego, tanie), a gdy się wreszcie zmęczył, poszukał kapelusza i stanął przy drzwiach w pozie tragicznej.
— Więc koniec? — rzekł po chwili oczekiwania grobowym głosem.
Zwróciła nań roztargniony wzrok.
— Jaki koniec?
— Z nami.
— Jak pan chce.
— Żegnam panią.
— Kiedy przyjdzie pan znowu?
— Nigdy.
— W takim razie niech pan lepiej jeszcze zostanie.
— Kobieto! Miej ty miłosierdzie nade mną i nad sobą!
Parsknęła naraz srebrzystym śmiechem, który go zmieszał niewymownie.
— Ludwik! Bałwaniątko małe! Chodźże, chodź! Przeproś. O tak, pocałuj jedną rękę i drugą... A teraz klęknij, pocałuj w kolano...
— Helu! Ja cię tak kocham! — mówił znów na klęczkach.
— Wiem o tym. Dlatego pójdziesz dzisiaj do Płażyńskiego, rozumiesz mnie? Powiesz mu, że zapomniałam go zawiadomić, iż jutro o trzeciej chcę mieć lekcję. I bądź grzeczny dla niego, uprzejmy, przyjacielski. Ja go potrzebuję... Nie tylko teraz, ale i później w teatrze...
— Więc to nieodwołalne?
— Ma się rozumieć. W październiku pierwszy mój występ.
— W październiku miał być nasz ślub!
— Odłożymy na później.
— Hela!
— Tak jest. Nie chcę wstępować na scenę, jako twoja żona. Później, gdy się już wszystko ustali...
— I ja jeszcze muszę czekać?
— Będziesz czekał grzecznie — i żadnych zazdrości wobec nikogo nie będziesz okazywał, bo bym się pogniewać musiała. A tymczasem wstań, bo zdaje mi się, że ktoś idzie.
Jakoż przyszedł Wierzbic wraz z Golimskim, od jakiegoś czasu znowu w towarzystwie księżnej się pokazującym. Okazało się, że zamówieni na tę godzinę, przychodzą z relacją z wykonania danych im poleceń.
Golimski zaraz na wstępie zaczął opowiadać, że puścił dyskretnie w kurs wiadomość, iż księżna już niechybnie — na razie pod obcym nazwiskiem — wystąpi w jesieni na scenie i chwalił się, że zrobił to tak zręcznie, że nikt nie domyśli się nawet, aby z jej wiedzą i wolą ta pogłoska się rozeszła.
— Wszyscy są zelektryzowani — mówił. — Cały świat się na owo przedstawienie wybiera. W tym dniu ręczę, że Turski będzie miał teatr wyprzedany do ostatniego miejsca — przynajmniej raz w życiu, bo poza tym, nie wiem... Dziś by już ludzie bilety kupowali. Jedni przez ciekawość, drudzy z oburzenia. Gdyby Turski na ten dzień rzymskie koloseum wynajął, albo którą z dolin tatrzańskich na amfiteatr zamienił, i tak by miejsc zabrakło...
Mówiąc to, śmiał się i był okropnie dumny, nie wiadomo z czego. Księżna zaczęła go wypytywać o szczegóły i dawać różne dalsze zlecenia, zwracając się także czasem i do Rohityna, jak gdyby dla zaznaczenia, że to wszystko, co się dzieje, dzieje się z jego wiedzą i zgodą.
Wierzbic, usiadłszy opodal, nie przeszkadzał rozmowie. Dopiero po jakiej pół godzinie, gdy księżna wzrokiem go poszukała i zapytała, podał w milczeniu przyniesioną ze sobą tekę. Księżna, rzuciwszy w nią okiem, wydała mimowolny okrzyk radości.
— Tak, tak! To właśnie jest to, czego mi potrzeba. Och! Jak mnie pan zna...
— Pochlebiam sobie — odparł malarz z ukłonem i krzywym na ustach uśmiechem.
Pogroziła mu filuternie palcem na nosie.
Golimski się przysunął.
— Czy można zobaczyć, co to takiego?
Zakryła papiery obiema rękami.
— O, nie nie! Ani pan, ani pan Ludwik! Zobaczycie dopiero w październiku — na scenie!
Zamknęła tekę i powstając, zwróciła się do Wierzbica:
— Przejdźmy do gabinetu. Tam pomówimy o tym... Panowie tutaj zaczekają — wszak prawda? Każę podać koniak i cygara. Panie Ludwiku, proszę być gospodarzem!
W gabinecie wyrzuciła z teki na stół rysunki dekoracji i kostiumów.
— Czy mówił pan Turskiemu co o tym? — rzekła, dotykając ręką papierów.
— Ani słowa. Wszak pani tak chciała.
— Naturalnie.
— Ale...
— Co takiego?
— Czy to on sam wybrał tę rzecz, Elen hrabiego Villiers de Isle Adama160 na pierwszy pani występ?
— Nie. To ja sama wybrałam. A raczej...
— Co?
— Rogocki.
Wierzbic spojrzał na księżną i zaśmiał się krótko.
— Z czego się pan śmieje?
— Ot, tak sobie. Rogocki...
— Żeby pan wiedział, że zrobił nawet więcej. On mi ułożył całą przedziwną inscenizację sztuki, wedle której zrobił pan te oto nadzwyczajne, naprawdę nadzwyczajne rysunki!
— Ha! — uśmiech złośliwy znów mu się zaplątał na wargach. — Biedak! Wybierając tę zapomnianą a rzeczywiście genialną sztukę, czuł się zapewne Samuelem, który odchodzi w końcu w ciemność i w noc...
— O! On mnie nie przeklął jak Samuel księżniczkę Elen w trumnie przeklina — rzuciła księżna mimochodem, przeglądając znowu rysunki.
— Raczy pani zauważyć, że, niestety, w trumnie pani jeszcze nie leży.
Zaśmiała się.
— Dlaczegóż niestety?
Wierzbic nie odpowiedział. Sięgnął ręką po książkę, leżącą obok na stole. Było to francuskie wydanie dramatu.
— Kto pani sztukę będzie tłumaczył?
— Turski sam.
— Przyobiecał?
— Nie, ale zrobi to.
Zaległo znowu na chwilę milczenie. Malarz przerzucał kartki książki.
— Podoba się pani postać księżniczki Elen?
Wzniosła na niego powoli spojrzenie ogromnych, chłodnych oczu.
— Panie, przecież to ja jestem sama — rzekła dziwnie poważnie i głęboko.
Drgnął.
— Może.
Ona tymczasem, odrzuciwszy w tył głowę, szeptała strofy ze wstępnego wiersza autora:
„Autrefois, autrefois, quand je faisais partie
des vivants, leurs amour, sous les pâles flambeaux
des nuits, — comme la mer au pied de ces tombeaux
se lamentaient, honteux, devant mon apathie!
J’ai vu de longs adieux sur mes mains se briser!
Mortelle, j’accuiellais sans désir et sans haine
les aveux suppliants de ces âmes en peine:
le sépulcre à la mer ne rend pas son baiser...” 161
Wierzbic poruszył głową:
— Czy ja wiem, czy ja wiem, czy się to może naprawdę do pani odnosić...
A potem zaczął czytać sam z książki słowa Andrzeja:
„D’autres l’ont possédé, je le sais... Oui, le premier connut sa vigne vierge aux grappes dorées par le soleil d’Orient! Le second s’est baigné dans ses fleves paisibles! Le troisieme s’est enivreé avec une goutte de sa nuit remplue d’étoiles attristées!... Que m’importent les autres! Seul je sais ce qu’elle m’a donné...”162
Rzucił książkę gwałtownie na stół.
— Więc czegóż chcesz jeszcze? — szepnęła.
— Żebyś ty umarła — odparł i zakrył oczy.
Zamiast odpowiedzi, powstała i nim się mógł spostrzec, na jeden przelotny moment przycisnęła usta do jego ust...
Rzucił się w tył i wyciągnął ręce...
Była już daleko, przy drzwiach.
— Przejdźmy do salonu. Czekają tam na nas. O kostiumach pomówimy innym razem.
Powstał — blady jak śmierć — i szedł za nią posłusznie.