XV

Księżna Helena, leżąc na sofie, przeciągnęła się nerwowo. Czuła jakiś dreszcz niespokojny, przechodzący szeroką falą wszystkie jej żyły i unicestwiający ją prawie na jeden moment.

Zerwała się i rzuciła z gniewem na dywan zeszyt z wypisaną rolą.

Szeroko rozwartymi, zdumionymi oczyma spojrzała przed siebie.

Co to jest? Na miłosierdzie boskie, cóż to jest?

Płażyńskiego wyrzuciła po prostu za drzwi. Tak nie postępował z nią jeszcze nikt i nigdy.

Drżała z oburzenia, kiedy stąd wychodził, z głupim, na poły kłopotliwym, na poły cynicznym uśmiechem na szerokiej gębie, a oto teraz znowu drży... mimo woli...

Czy z oburzenia?

Ha, ha!

Zaśmiała się sucho i zaczęła chodzić po pokoju wielkimi krokami, w tył założywszy ręce.

A! Więc to tam za kulisami tak patrzą na kobiety, na te aktorki, przebiegające nieraz pół nago przez korytarz od garderoby na scenę, aby się pokazać tłumowi...

Czy to wszyscy tak robią? Czy to może tylko wyjątkowo u tego — jakże tam? — Płażyńskiego? Powinna go była w twarz uderzyć. Jak pokojówka na schodach zaczepiona, ponieważ tylko pokojówkę tak się zaczepia.

To będzie jej kolega! Właściwie po co się uparła postawić na swoim i wpakować go Turskiemu do teatru, gdy jej istotnie nic na tym nie zależało? Przecież można było ostatecznie w jakiś inny sposób spróbować, jak dalece Turski woli jej się podda.

Zatrzęsła się cała.

Jakże to było? Czytali wespół rolę, właśnie w tym miejscu, gdzie Samuel wyciąga ręce po księżniczkę Elen... I nagle...

Och! Gdy ją Płażyński ujął nagle za ramiona, miała wrażenie, że dotykają jej ręce jakiegoś pół-człowieka, murzyna, małpy... Jakie to wstrętne! Tak, wstrętne — a równocześnie...

Zastanowiła się. Jest jednak coś dziwnie, dziwnie, niepojęcie słodkiego w uczuciu zadawanego sobie gwałtu — przez kogoś, kto tylko siłę fizyczną ma do rozporządzenia. Może by taki zwierz rodzaju męskiego umiał nareszcie okiełznać, panować, bodaj nawet poniżyć?

Głupstwo! Cofnął się jak żak, gdy się zerwała i spojrzała na niego... Był zmieszany... Prawda, że jej nie przepraszał, że odchodząc, rzucił chełpliwie: Powrócę! — Ach! Nie powróci. Ona nie pozwoli na to. A gdyby się poważył, każe lokajowi za drzwi...

I znowu ten dziwny, niezrozumiały dreszcz ją przeszedł...

Nie chciała o tym więcej myśleć. Podjęła rzuconą na dywan rolę i siadła na otomanie163, aby pracować. Ale nauka jej nie szła. Słowa roli plątały jej się w głowie, jak bezduszne, nic niewyrażające dźwięki.

Zadzwoniła na pokojową. Kazała sobie podać filiżankę mocnej herbaty i pocztę popołudniową. Przyniesiono jej na tacy jakiś tygodnik ilustrowany i kilka listów. Jeden z nich ujęła w dłoń i zaczęła się pilnie przypatrywać pismu na adresie.

Lekki uśmiech przebiegł jej po wargach.

— Ach! To chłopię...

Rozdarła kopertę i leniwym wzrokiem zaczęła czytać.

„Pani najpiękniejsza i dobra! Pachną mi akacje przez otwarte okno, a tam naprzeciw gra ktoś na skrzypcach dziwną, przeciągłą, smutną melodię, której nazwać nie umiem... Ciepły, gwiaździsty wieczór pełen jest tej woni i tego dźwięku nieznanego. To śmieszne jest powiedzieć, że dusza moja podobna jest do tego wieczoru, prawda? Pachnie w niej coś i płacze, jak te struny niewidzialną ręką tam trącane... Poskarżyć Ci się chcę, Pani, że Cię kocham. Nie mówiłbym tego i nie pisał, gdybym... Ach, wszystko jedno! Dość, że napisałem już. Wyjeżdżam stąd za kilka dni za granicę i po wakacjach tam zostanę dla ukończenia studiów, nie będę więc już Pani widział i nie będę się potrzebował wstydzić przed Panią, żem napisał rzecz, która się Tobie, Pani, musi wydawać bardzo, bardzo śmieszną. Ale tak nie jest w istocie. To byłoby śmieszne wtenczas, gdybym czego pragnął lub spodziewał się... Niech Ci się więc, Pani, zdaje tylko, że ktoś Ci rzucił snop kwiatów pod stopy, gdyś przechodziła ulicą, że ktoś ukląkł, widząc Cię zdała i nakrył twarz, abyś nawet nie poznała, kto klęczy. I ja sam, Pani, nie chcę z bliska patrzyć na Ciebie. Tak oddalona jesteś mi cudem, jesteś zorzą, płonącą gdzieś na niedosiężnym firmamencie, która jednak rozświetla mi twarz, gdy ją wzniosę ku górze...”

Księżna ziewnęła lekko i nie kończąc dość długiego listu, opuściła go na kolana. Przed oczyma stanął jej znów Płażyński z bezczelnie zuchwałą, cyniczną gębą lokaja...

— Ach! Jakże się nazywała ta cesarzowa rzymska164, co uciekała w noc z pałacu w kapturze ulicznicy, aby się oddawać przechodniom, poganiaczom mułów i drążkarzom? Czuła uścisk brutalny, poddawała się ich żądzy, żadnymi względami nieokiełzanej i twardej, nielitościwej pięści...

Zerwała się przerażona.

— Boże jedyny! Cóż mi do głowy przychodzi? —

Nie! Nie! Nie! Nie poddawać się, ale panować i nad takim dzikiem zwierzęciem, być jak ta pogromczyni w klatce, co z uśmiechem kładzie złotą głowę w cuchnącą paszczę lwa...

A! Niech przyjdzie tutaj! Owszem, trzeba, aby przyszedł. Niech się na kolanach włóczy jak tamci wszyscy, a gdy ona zechce, niech skacze jak niedźwiedź, tańca pod batem wyuczony...

Naraz ogarnęło ją rozczulenie.

Mój Boże! Cóż on winien, ten biedny Płażyński, że jest tak niezręczny i... nieokrzesany? Gdyby miał więcej znajomości świata, nie byłby postąpił w ten sposób, umiałby owszem łasić się, podchodzić, przyczajać... A poza tym jest przecież cudowny! Nie można go nawet porównać z Rohitynem, który jest przysadkowaty, krępy i błazen. Płażyński wygląda jak wykuty z marmuru i głos ma tak przejmujący... Młody jest bardzo.

Ukryła twarz w rękach na miękkiej poduszce otomany.

Czuła, jak przypływa jej do serca szeroka, dobra i litościwa fala wyrozumiałości, przebaczenia, łaski.

— Dobra jestem — myślała. — Dopomogę mu. Umieściłam go u Turskiego. Ja tam zajmę wybitne stanowisko i pociągnę go za sobą ku wyżynom. Teraz on jest niczym, ale miłość ku mnie zrobi z niego artystę. Będę mu siostrą, opiekunką, matką...

Na przekór tym określeniom wyobraźnia mimowolna przywoływała jej przed oczy aktora w takiej postaci, jak widziała go ostatnio: z zaciśniętymi szczękami, chwytającego brutalnie zuchwałą ręką jej wątłe, królewskie ramiona... Dreszcz ją znowu przebiegł gorący, którego się już poskromić nie starała. Gwałtownym rzutem ciała przewróciła się na otomanie na wznak i zaplotła ręce pod głowę. Patrzyła w sufit prawie bezmyślnie, z błędnym na wpół otwartych ustach uśmiechem.

Gdy po jakimś czasie, powstając, trafiła końcem stopy na porzucony list Borzyckiego, uśmiechnęła się z pogardą.

— Osioł — szepnęła i trąciła nogą zmięty papier w kąt pokoju.

W tejże prawie chwili w przedpokoju ozwał się dzwonek.

Służący oznajmił „jakiegoś młodego pana, który nie powiedział swego nazwiska, ale chce się z księżną panią widzieć na jeden moment”.

Przyszło jej na myśl, że to może Płażyński, ale tego wszak znała jej służba...

Zawahała się trochę; ciekawość przemogła. Kazała prosić. Wszedł Borzycki.

— Pan? Pan?

— Księżno proszę mi darować...

— Cóż bym ja panu miała do darowania? Owszem, rada jestem bardzo, że pana widzę.

Podała mu swobodnie rękę do pocałowania.

— I nie gniewa się pani na mnie? Za moją... zuchwałość?

Udała, że nie wie, co on ma na myśli.

— Nic pan nie zrobił takiego, o co musiałabym się gniewać.

Usiadł na wskazanym krześle.

— Wyjeżdżam już jutro. I miałem zamiar nie widzieć już pani...

— Bardzo by to było z pańskiej strony niegrzecznie, gdyby się pan był nie pożegnał.

— Może by to jednak było lepiej dla mnie.

— Dlaczego?

Mówił dalej, nie zważając na jej pytanie:

— Ale naprawdę nie mogłem się przemóc. Chociaż jeszcze raz... jeden, jedyny, ostatni raz... Gdyby mi pani nawet drzwi miała pokazać...

Pochylił się na krześle i ukrył twarz w dłoniach.

Patrzała nań z pewnym wzrastającym zajęciem.

— Dziecko! — szepnęła i jakby mimo woli dotknęła dłonią jego jasnych, falistych nieco włosów.

— Niech pani ręki nie cofa! — jęknął błagalnie ledwo dosłyszalnym głosem.

— Dziecko — powtórzyła tym razem głośniej. — Trzeba żeby dziecko jechało w świat i nie myślało o niczym, o niczym, co nie ma sensu...

Osunął się na dywan i oparł skroń o jej kolana.

— Tak, pojadę... jutro... pojadę, ale tymczasem — niech mi pani pozwoli — jeszcze jedną chwilę, jeszcze niech mi się śni...

— A piękne rzeczy panu się śnią? — pytała cicho z pobłażliwym uśmiechem.

Wzniósł głowę.

— Zna pani dramat jeden... stary?... Pyta się w nim tak kasztelanowa schylonego u nóg swych pazika...

— I co on odpowiada?

— „Dziwna, dziwna bajka...

Śni mi się w zamku zaklęta królewna

biała i złota

i święta,

co len srebrzysty na wrzeciono mota

i śpiewa:

O, szczęście, o jasne szczęście!

Z dalekich krajów tam

ciągną hufami rycerze pancerni,

jej wierni

i stają u bram,

lecz ona

głowę swą kłoni

ku pacholęciu, co u stóp jej kona

z miłości — i śpiewa:

O, szczęście...”

Przypadł nagle ustami do rąk jej złożonych i jął je — całować gorąco, zachłannie, obłędnie...

— To ładny sen — mówiła.

Po pewnej chwili usunęła mu dłonie delikatnie.

— Dość już snów. Dosyć. Teraz proszę wstać i iść już i zapomnieć...

Podniósł się — posłuszny — z pełnymi łez oczyma.

— Albo nie, nie zapominać — szepnęła jeszcze — tylko myśleć o mnie zawsze dobrze i jasno...

Chciał coś odpowiedzieć, wargi mu się jeno poruszyły — przycisnął ręce do piersi i wybiegł z pokoju.

Stała chwilę, patrząc przed siebie.

Naraz pochwyciła kartkę papieru. Nerwowym ruchem skreśliła na niej ołówkiem cztery słowa: „Proszę przyjść — dzisiaj — wieczorem”.

Na kopercie położyła adres Płażyńskiego.

Zadzwoniła na służącego i oddając mu bilet do wysłania, kazała sobie równocześnie przywołać Iwonka.

Chłopiec wszedł, ociągając się, zły, że mu przerwano właśnie jakąś nadzwyczajną zabawę. Księżna ujęła go za ramiona i patrzyła mu długo w bystre, szare oczy. Wreszcie poruszyła głową z lekkim zniecierpliwieniem.

— Mój Boże, żeby to można wiedzieć na pewno...

— Czego mama życzy sobie ode mnie?

Objęła go tkliwie rękoma.

— Niczego synku. Chcę, żebyś był trochę ze mną. Biegasz wciąż po ogrodzie, nie widuję cię prawie w ciągu dnia.

Ogarnął ją jeden z tych rzadkich napadów czułości, podczas których zdawało jej się istotnie, że żyje jedynie i wyłącznie dla syna, że jest on dla niej wszystkim i że wszystko dlań poświęcić gotowa. Poczęła zdziwionego niezwykłym wybuchem dzieciaka okrywać pocałunkami, a potem, kazawszy przynieść książki jego i zabawki, rozłożyła to wszystko na dywanie i usiadła na ziemi, aby się z nim bawić. Ale zabawa nie szła. Nie umieli jakoś oboje bawić się ze sobą. Iwo czuł się skrępowanym a wkrótce i znudzonym, księżna zaś czuła coraz więcej swą niezaradność wobec dzieciaka, którego duszy w istocie prawie nie znała. Chwilami mówiła z nim, jak z czteroletnim malcem, to znowu zaczynała rozmowy, jakby już był dorosłym człowiekiem.

Porzuciła ołowianych żołnierzy i zwierzęta z masy papierowej, rekwizyty z dawnych lat, którymi chłopiec od dawna się już nie bawił i przygarnąwszy go znów do siebie, zaczęła pytać z wymuszoną, rozpaczliwą czułością, czy on kocha swoją mamusię i czy chce odtąd zawsze, zawsze być z nią razem?

Iwo potrząsnął głową.

— Nie, mamo. Ja nie mogę zawsze być z tobą.

— Dlaczego, synku, dlaczego?

— Jadę do Azji — rzeki z bardzo poważną miną.

— Do Azji?!

— Tak jest. Z panem Turskim. A gdyby on się tutaj zasiedział, to nawet sam.

— Synku! I nie tęskniłbyś?... Nie żal by ci było...?

Chłopiec namyślał się przez chwilę.

— Nie. Chyba jednego pana Rogockiego, bo ci inni już mi się sprzykrzyli. Ale jego ostatecznie mógłbym wziąć ze sobą...

— A mnie? A mnie?

— Cóż ty, mamo... Ty i tak zawsze jesteś w swoim pokoju. Pisywałbym zresztą listy do ciebie i przysłałbym ci skórę upolowanego tygrysa...

Gdy nieco później Turski zaszedł do księżnej, zastał ją we łzach. Długo nie chciała nawet powiedzieć, o co płacze, aż wreszcie wybuchnęła:

— Wszystkiemu pan jest winien. Tyle dzisiaj miałam przykrości...

— Co takiego?

— Prosiłam pana, aby zamiar mój wstąpienia na scenę był na razie tajemnicą. Tymczasem musiał się pan o tym wygadać, bo wszyscy w mieście już wiedzą. Zepsuł mi pan niespodziankę.

— Ależ na Boga! Przed nikim nie wspominałem!

— Więc któż by?...

— Nie wiem. Może ten pani protegowany, Płażyński.

— Ach, Płażyński!... Pogniewał się, sama nie wiem o co i zostałam teraz w pracy bez pomocnika. Był mi w nauce naprawdę tak potrzebny, jako partner...

Zaczęła znowu płakać.

— Opuszcza mnie wszystko, nawet syn! Uwiódł mi pan syna. Marzy teraz o podróży do Azji i powiada, że nawet tęsknić za mną nie będzie.

Turski roześmiał się mimo woli.

— A tak, dobrze się panu śmiać, gdy pana w istocie nikt i nic nie obchodzi. Przez pana jestem samotna, opuszczona, pozbawiona przyjaciół i rodziny, nawet syn już nie do mnie należy.

Nie mógł żadną miarą zrozumieć, jaka jego w tym wszystkim ma być wina, ale dla przyzwoitości zaczął ją pocieszać, jak umiał.

Otarła łzy i uśmiechnęła się jak słońce spoza wilgotnej chmury deszczowej.

— Niech będzie. Taki już widocznie mój los. Pozostaje mi w życiu tylko jedno: sztuka!

Wyciągnęła ku niemu ręce.

— Pan mi w tym dopomoże. To pański obowiązek dzisiaj.

A gdy ją zaczął zapewniać, że tego „obowiązku” nie zaniedba, dodała jeszcze, patrząc gdzieś w dal przed siebie.

— A Iwonka nie wolno panu opuszczać. Ja, poświęcając się sztuce, nie będę mu już mogła być matką taką jak dotychczas. Pan mu teraz musi oboje rodziców zastąpić...

Po czym spojrzawszy na zegar, dała mu do zrozumienia, że godzina jest późna i musi pracować.

Po wyjściu Turskiego odprawiła służbę i przebrawszy się w lekki strój domowy, chodziła długo niespokojnie po pokoju. Wreszcie Płażyński zadzwonił. Otworzyła drzwi sama i zaraz na progu chwyciła go drapieżnie za rękę.

— Ty! przyszedłeś... Chodź! chodź...