ARKADIA

Faust, Mefistofeles, Forkiada, Helena, Euforion Pantalis, Chór, Dziewczyna. Rozległe uroczysko leśne ujęte w strome ściany skał. Liczne groty, altany zasłonięte bluszczem i winem. Faust i Helena niewidoczni, Chór, rozdzielony na grupy.

FORKIADA

Jakże już długo śpią dziewczynki w cieniu!

Nie wiem, czyli418 dojrzały w sennym przywidzeniu

to, co wyraźnie me oczy widziały?! — a no

trzeba je zbudzić! Ejże! Zdziwią się, gdy wstaną!

Brodacze! Zbudź się i ty, gromado zaspana!

Cuda niewiarygodne! Spójrzcie, co za zmiana!

Hej! Wstawać! Przetrzeć oczy! Włosy gładźcie prędko!

cóż ślepia tak bałuszysz? — Idę z pogawędką —

CHÓR

Mów nam, mów nam! Opowiadaj, jakie dziwa? jakie czary?

Chcielibyśmy coś zasłyszeć, coś takiego nie do wiary!

bo nas nuda żre okrutna — wciąż spozierać po skał szczycie —

FORKIADA

Ledwoście otwarły oczy, dzieci, a już się nudzicie?

A tam w grotach i altanach, i jaskiniach, w wiecznej wiośnie —

ślubne łoża i komnaty, gdzie z królową pan miłośnie

pieści się w spokoju, w ciszy —

CHÓR

— jak to? tutaj?

FORKIADA

W samotności!

Tylko mnie ze służby całej przywołali, bo ufności

byłam godna; w kornej czci stałam na boku; aż w momencie

pewnym poszłam zioła zbierać na czary i na zaklęcie;

miłość żąda samotności.

CHÓR

Mówisz, jakby w tych grotach całe światy właśnie

były: lądy i łąki, stawy, rzeki! — Baśnie!

FORKIADA

Oczywiście, niewierni! W tej bezbrzeżnej dali

podwórze przy podwórzu i sala przy sali.

Raz szłam cichcem galerią pośród kolumn cieni,

aż tu pogłosy śmiechu zadzwonią w przestrzeni —

patrzę: — aż ci to chłopczyk miły, cale419 gładki420

z ojcowych kolan skacze na kolana matki.

Uściski, przymilania przekornej miłości,

przeplatają się z śmiechem prawdziwej radości.

Nagus, geniusz421 bez skrzydeł, Faun422 bez zwierzęcości,

skacze po pawimencie423 w wiewiórczej zwinności,

podłoga go odrzuca, podbija — a mały

po drugim, trzecim skoku już sięga powały.

Matka zstrachana woła: „drogą dookolną

wkoło komnaty biegaj, lecz latać nie wolno!”

Ojciec roztropny mówi: „ziemia, jak odskocznia,

skok twój w loty zamienia i wraz podobłocznia;

dotknijże stopą ziemi jak Anteusz424 drugi,

poczujesz w krew płynące przemożne sił strugi”.

A nasz chłopaczek skacze, jak piłka pomyka

po skałach, turniach — ledwo stopą skał dotyka.

Aż w jakiejś rozpadlinie znika niezgłębionej,

my wszyscy w krzyk! A echo powtarza: zgubiony!

Matka płacze, a ojciec, choć zgnębiony srodze,

pociesza ją — ja stoję bezradna i w trwodze.

Aż tu nowe zjawisko! Przecudne! Świetliste!

Wraca odziany w szaty jak łąka kwieciste!

Ręce, piersi we wstęgach! Opleciony cały

szarfami! W rękach lutnia! Słowem — Febus425 mały.

Dziw wielki! Tak tam stoi na wyżnim kamieniu!

Rodzice się całują w szczęsnym uniesieniu,

a wkoło głowy chłopca promienie się złocą —

czy to diadem? czy światło ducha skwitłe mocą?

A już-ci w każdym ruchu wielki dźwięk się ziszcza,

gest każdy wieści piękno — piękna tego mistrza,

który nie stwarza pieśni, bo cały jest pieśnią!

Lecz wnet się cuda oczom waszym ucieleśnią.

CHÓR

Nie maż426 poezji wieszczej na Krecie?

Czemuż więc cudem zjawisko zwiecie?

Czyliż ci rytmem złotym nie dzwoni

pieśń starych podań Hellady, Jonii?

Wszystko, co dzisiaj dzieje się, stwarza —

przebrzmiałym echem wielkość powtarza.

Jakoż nam równać treść twej powieści

z wzniosłym nad prawdę kłamstwem, co wieści

o sprytnym synu Mai uroczej427,

o czynach jego w dziejów pomroczy.

Ledwo się zrodził zgrabny i hoży428,

już niańki, mamki — każda go łoży

na lniane płótna — rączki i nóżki

krępują, wiążą w pulchne pieluszki —

klaszcze i śpiewa stróżek gromada,

z każdego ruchu dziecięcia rada.

Hożo i zgrabnie lepak429 swe członki

gibkie wyciągnął z lnianej osłonki,

chytrze wyłazi na przekór chustom —

frunął. — Kołyskę ostawił pustą;

jak motyl, który z poczwarki swojej

wyjdzie, skrzydełka suszy i stroi,

prostuje — wzlata w przestwór słoneczny,

lekkoduch zwinny, latawiec wieczny.

Tak i syn Mai od dni początku

był wichrzycielem ładu, porządku;

patron złodziei, frantów430 i łgarzy —

swawoli, psoci, gdzie się przydarzy.

Prędko mórz władcy trójząb wykradnie,

Ares431 bez miecza stoi bezradnie,

Febus432 bez łuku i bez kołczana,

Hefajst433 bez obcęg; — dziecina szczwana

na kradzież gromów Dzeusa się waży,

ale się cofa, bo ogień parzy.

W wyścig z Erosem skrzydlatym bieży

podstawia nogę — już Eros leży!

Cypryjskiej pani podczas pieszczoty

wykrada sprytnie pas szczerozłoty.

Z głębi wydzwania się urocza melodia arf434, wszyscy podają się ku niej wzruszeni. Odtąd akompaniament pełnobrzmiącej muzyki towarzyszy dalszej akcji.

FORKIADA

Miłe dźwięki, każdy przyzna;

z czaru klechd435 umkniecie wcześnie,

Wasze bogi to starzyzna,

co minęło — już nie wskrześnie.

Nikt ich już nie potrzebuje,

żądza nasza wiecznie żywa:

ta pieśń serca oczaruje,

która z serca wprost wypływa.

Skrywa się poza skałami.

CHÓR

Jeśli ty, o, przeraźliwa,

skłaniasz słuch ku dźwięków mowie —

nas ogarnia niemoc tkliwa,

z każdym tonem wraca zdrowie.

Czemu blask słońca? — Niechaj gaśnie!

Dusze nasze jutrznią dnieją,

wszystkie ziemi zgasłe baśnie

w sercach naszych kwieciścieją.

Helena, Faust i Euforion.

EUFORION436

w znanej nam z opisu szacie

Pieśni wygrywam dziecięce,

a wam się dziecięctwo śni;

bierzcie mnie za ręce

jak za najrańszych dni.

HELENA

Miłość człowiecza dwa serca sprzęga

i uszczęśliwia dwoje,

bożych zachwytów żywa potęga

słoneczni się we troje.

FAUST

Serca ku sobie dążą,

w tym się treść bytu znaczy;

jedne ogniwa nas wiążą,

mogłożby być inaczej?

CHÓR

Świetlisty, taneczny krąg

szczęsnej parze błogosławi —

dar dziecięcych, małych rąk.

Któż to pojmie! Któż wysławi?!

EUFORION

Pląsy wołają,

tańce czekają —

wichry mnie niosą!

kędy w błękicie,

modrzy się życie —

tam ku niebiosom!

FAUST

Serce się boi,

byś w żądzy swojej

nie upadł w locie!

O, dziecię lube,

wpędzisz nas w zgubę

zmrzemy w tęsknocie!

EUFORION

Ziemia mnie nuży!

Nie stać mi dłużej!

Już nie ustoję!

Puśćcie me ręce,

szaty i wieńce

moje są! moje!

HELENA

Nie jesteś przecie

sam jeden na świecie!

Pieśń twa przestrasza!

W smutku przekwita

z trudem zdobyta

troistość nasza.

CHÓR

O, szczęsny związku! Lękam się, trwożę

Żądza podniebna zetrze go, zmoże!

HELENA I FAUST

Cud miłowania

niech ci zabrania —

powstrzymaj loty!

Nuć pieśni sielskie —

tym rodzicielskie

ukój zgryzoty.

EUFORION

Dla was jedynie, rodzice drodzy,

moje tęsknoty trzymam na wodzy.

przewija się poskroś chóru, do tańca zniewala

Wichru powiewem

dziew zmierzwię łan

— do wtóru z śpiewem

zawiedźmy tan.

HELENA

Tańcom sposobne

splataj nadobne

tęczami przędzy.

FAUST

Oby się, miły,

tańce skończyły —

oby najprędzej!

Euforion i Chór poczynają korowód taneczny. Wtórują śpiewem.

CHÓR

Ruch twych ramion nadobny, rąk twych oploty!

kędzierzawej glowiny miękki włos zloty!

Gdy twoja stopa powiewna nie muska ziemi,

gdy cię gonimy krok w krok pląsami swemi —

osiągnęłeś cel wdzięczny, dziecię kochane,

już wszystkie serca nasze tobie oddane.

Pauza.

EUFORION

O, sarnionogi chórze płochliwy!

Do mnie! Na nowe wołam cię dziwy!

Wyście zwierzyną, a jam myśliwy!

CHÓR

Chcesz nas ułowić? — O, żądzy płona! —

Toćże z nas każda ciebie spragniona,

na twojej szyi splecie ramiona!

EUFORION

Przez las, dąbrowy — niech się pląs snuje!

łup bez mozołu mnie nie smakuje —

to, co zdobyte, jeno raduje!

HELENA I FAUST

O, lekkomyślne, młodzieńcze szały!

Któż je poskromi! — Słyszycie granie?

Poprzez doliny, dąbrowy, skały

huczy głos rogu! Wrzawa! Wołanie!

CHÓR

wraca grupkami; szybko

Wzgardził nami! Jedną ściga!

Pognał w gęsty las!

Wraca — wraca — kogoś dźwiga —

ach! — najdzikszą z nas.

EUFORION

wnosi młodą dziewczynę

Rwiesz się z rąk? — czyliż cię straszę?

Zwyciężyłem i miłuję!

Pragnę ciebie, trwożne ptaszę,

piersi twoje wycałuję —

lśnienie ócz, ust słodkie zdroje

po sile i woli — moje!

DZIEWCZYNA

Puść mnie! Puść mnie! W moim ciele

siły się płomienne złocą!

Wolę twoją w proch spopielę —

nie mnie, nie mnie brać przemocą!

Myślisz — że jestem w udręce —

myślisz — że silne twe ramię —

0! za słabe twoje ręce,

ciało twoje, wolę — złamię!

rozgorzała płomieniem zanika w górze płonąca

Wzlatuj za mną pod obłoki!

Zatępuj za inną do pieczary!

Szlak wysoki — szlak głęboki —

leć za marą! Szukaj mary!

EUFORION

strąca z siebie ostatek płomieni

Skały za mną i pode mną,

w koło gęste, zwarte krze437

oczy moje się nie zdrzemną,

młodość we mnie kipi, wrze!

Wichry grają na mych włosach!

Szumi, huczy przypływ fali!

Płoną stepy na niebiosach!

Dalej, dalej, dalej, dalej!!

Pnie się po skałach coraz wyżej.

HELENA, FAUST I CHÓR

Z turni438 na turnię skacze jak kozica.

Groza serce przejmuje! O! zasłońmy lica!

EUFORION

Coraz wyżej, wyżej dążę!

Wzrok ogarnąć musi światy;

ziemię z niebem pieśnią zwiążę!

Jakże kraj tu przebogaty:

kraj Pelopsa439 — wyspy — morza —

woda, ląd — jedne przestworza!

CHÓR

Wróć do nas, w miasta i sioła,

gdzie żyjemy w szczęsnym śnieniu;

cisza, spokój dookoła

w przyrodzie i w naszym sumieniu!

Damy tobie winne grona,

wonne jabłka pozłociste —

wróć — wołają cię ramiona —

wróć nam chłopię, wróć świetliste!

EUFORION

Ciągle śnicie o pokoju;

śnijcie tę glorię przygasłą.

Wojna! Wojna w wiecznym znoju

i zwycięstwo — moje hasło!

CHÓR

Kto w czasie pokoju tęskni za wojną,

dzień ma beznadziejny, noc nieukojną.

EUFORION

Kto się w wolnym kraju rodzi,

wolnym, chociaż w klęskach tonie,

kto wolności tej przewodzi,

w kim odwagi ogień płonie,

kto pośród smętnych chorałów

jasną nadzieją króluje

i krwi swej nie pożałuje,

i nie zapiera się szałów —

ten walczącym błogosławi orężom,

a ci, którzy z nim pójdą — zwyciężą!

CHÓR

Spójrzcie! Spójrzcie! Jego droga coraz górniejsza —

postać jego nie maleje, nic się nie zmniejsza!

Jak w złocistym pancerzu, cały w skrach woli,

w spiżu błyskach i stali, w skrach, w aureoli.

EUFORION

Nie marne mury, nie wały!

Świadomość woli wystarcza!

Zamek strzelisty, wytrwały —

to pierś mężna —: mur i tarcza!

Stań w potrzebie440 w polu szczerem

u granic wolności, u mety —

dziecię — stań się bohaterem —

amazonkami441 — kobiety!

CHÓR

Poezjo święta — napowietrzna twoja jazda!

Z dali, z bezbrzeżnej dali — błyszczysz jako gwiazda!

Promień twej łaski w nas mierzy — a w serca ciszy

każdy twą pieśń skrzydlatą, radosną słyszy.

EUFORION

Zjawiłem się nie dziecięciem,

lecz młodzieńcem w zbroi złotej —

wolności, zwycięstwa orlęciem

uskrzydlonym ogniami tęsknoty.

Lot mój, wielka ducha sprawa,

lot, który się nie naniży,

a w błyskańcach coraz wyżej

mknie, gdzie słońce: sława!

Sława!!

HELENA I FAUST

Ledwo, synu, wszedłeś w życie

już się radość w smutek mieni;

w tęsknocie stanąłeś na szczycie

w obliczu zawrotnej przestrzeni.

A my z tobą patrzymy

z zapartym w piersiach tchem —

o, już my nic nie znaczymy!

Nasz związek był tylko snem!

EUFORION

Burze mierzwią mórz głębiny —

grzmią, a grzmotom góry wtór!

I idzie dudniący chór

ku granicy mglistosinej,

kędy442 huf się w hufy wpiera,

kędy gwałty gwałt odpiera,

kędy bój,

kędy znój,

kędy w oczyn śmierć zaziera.

HELENA, FAUST I CHÓR

Przerażenie! Serce kona!

Czyliż tobie śmierć znaczona?!

EUFORION

Z dali patrzeć mam? w spokoju?

Nie! — Mnie odmęt trosk i znoju!

HELENA, FAUST I CHÓR

Szaleństwo! — Klęską — przestworze!

Gorze ci! Gorze!

EUFORION

Uwolniony z ziemskich sideł,

w kołysaniu bożych skrzydeł

w przestrzeń, w światło, w wolność lecę!

Rzuca się w przestrzeń. Unoszą go szaty na chwilę. Głowa świetliścieje. Za nim smuga światla.

CHÓR

Zagłada!

Światło ostawia nam w darze!

O! Biada!

Ikarze! Ikarze443!

Piękne chłopię runęło do nóg rodzicielskich; w zabitym dopatrują się wszyscy rysów znajomych, lecz powłoka cielesna niebawem znika, aureola wznosi się jak kometa ku niebu. Ostaje jeno: odzienie, płaszcz i lira.

HELENA I FAUST

Po dniach szczęścia — boleść droga —

o! żałości!

GŁOS EUFORIONA

z głębi

Nie ostawiaj, matko droga,

syna w mroku, samotności!

Pauza.

CHÓR

chorał żałobny444

O nie mów, nie mów, żeś jest samotny,

choć odgrodzony niewidną mgłą;

choć lot twój górny, lot bezpowrotny —

uczucia nasze ku tobie lgną.

Jakoż nam wytrwać w tej żalu siępie445?

Z zazdrością tobie rzucamy zew,

w dni świetlistości i w dni posępie

moc twoja wielka, wzniosły twój śpiew.

Do szczęścia jeno byłeś stworzony,

syn zacnych ojców — twoim był świat!

Zbyt wcześnie lotny, snem zagubiony,

złamałeś wątły młodości kwiat.

Ziemia otwarta! Wzrok bystry, jasny!

Najlepszych kobiet miłość i żar!

Śpiew nieuczony, serdeczny, własny,

jednania uczuć wrodzony dar.

Duch tobie szeptał: „w swobodzie butnej

ponad praw złudę wzlatuj i leć!” —

z tobą skłócony i bałamutny

wpadłeś, bezwolny, w niewodną sieć.

Chciałeś ludzkości całe ogromy

przeniknąć w dumie, w nadmiarze sił —

leciałeś w błękit, słońca łakomy,

jak Ikar padłeś w przyziemny ił.

Któż byt ogarnie w żądzy zwycięskiej?

pytanie puste; losy z nas drwią!

Na próżno ludzkość w strasznych dniach klęski

w proch kornie pada i ścieka krwią.

Lecz niech serc waszych ból nie oniemia,

zbyjcie żałości! Kwieci się glob!

Niezwyciężona, wciąż młoda ziemia,

podaje sercom pszeniczny snop.

Długa pauza. Muzyka milknie.

HELENA

do Fausta

Słusznie mówi przysłowie i mądrze bezsprzecznie,

że ani szczęście, oni piękno nie trwa wiecznie.

Zerwane więzy życia i więzy miłości!

Jedno i drugie żegnam — a ciebie w żałości

raz ostatni oplotą znużone ramiona!

Niechaj wraz z synem matkę przyjmie Persefona446.

Obejmuje Fausta, cielesność jej znika, szata jeno i zasłona zostają w jego rąku.

FORKIADA

do Fausta

Dzierż447 mocno Fauście! Chociaż zniknęło jej ciało,

jest jej odzienie; trzymaj mocno, co zostało!

Już demony gromadą nadleciały nocną —

wydrzeć pragną ci szatę! Trzymajże ją mocno.

Zapadła się bogini! Na wieki stracona!

Lecz boską jest jej szata i boską zasłona;

umiejże mądrze zażyć bezcennego daru,

wznieś się z jego pomocą do skał tych wiszaru,

wznieś się nad pospolitość zrzędną i skrzeczącą —

w eter czysty się unieś świetlisty i lekki —

dopóki nie poczujesz, że się zmysły mącą...

Spotkamy się gdzie indziej! W krainie dalekiej...

Szaty Heleny zmieniają się w obłoki. Otaczają Fausta, unoszą go i odpływają z nim.

FORKIADA

podnosi ubranie Euforiona, płaszcz i lirę, wkracza na proscenium, unosi tę śmiertelną puściznę448 i mówi

Puścizna szczęśliwie ostała —

i płaszcz, i lira, i szata —

dusza jak płomień zetlała —

niewielka szkoda dla świata!

Wystarczy! Zdołam poswarzyć

poetów i zawiść w nich wzbudzić;

nie mój dział — talentem ich darzyć,

lecz mogę tą szatą łudzić.

Siada przy kolumnie na proscenium.

PANTALIS

Nuże dziewczęta! Nareszcie prysły mamidła!

Podarte wiedźmy tesalskiej upiorne sidła!

Cisza po szorstkiej niestrojnych brzmień zawierusze,

która słuch nasz raniła — co gorsza — duszę!

A teraz do Hadesu449! Panią naszą stopy

tam właśnie w mroki niosły; chodźmyż więc w jej tropy.

Wiernych służebnic orszak towarzyszy pani;

w nieodgadłej znajdziemy królową otchłani.

CHÓR

Królowom dobrze jest wszędzie

nawet w hadesowej ciszy;

dostojna w jednym rzędzie

z Persefoną towarzyszy.

Lecz my zdane na przedpole,

na asfodelowej450 łące,

jak nieruchome topole,

lub jak wierzby będziemy płaczące

stały nad wód czarną topielą;

a jeśli się wargi ośmielą

słowo wyrzec — to słowo to właśnie,

jak pisk nietoperzy lękliwy,

jak poszum jesiennej iwy451

zaszeleści żałośnie i zgaśnie.

PANTALIS

Kto nazwiska nie zyskał w mozole,

kto nie łaknie tego, co szlachetne —

niech się rychło rozpłynie w żywiole!

Bezimienne, żegnajcie, bezświetne!

Ja tam idę, gdzie królowa moja;

wierną jestem, kochającą sługą;

dziś zasługa to nasza ostoja,

lecz największą jest wierność zasługą.

Odchodzi.

CHÓR

Światłości wrócone słonecznej

u osobowości kresu —

dzień będziem miały bezpieczny;

nie wrócimy do Hadesu.

Stoimy u przyrody nieśmiertelnej bramy,

przyroda żąda nas, a my jej pożądamy.

CHÓRU CZĘŚĆ PIERWSZA

My pośród harf konarowych w poszepty, w szelest, w rozdrżenie

zaklęte — pląsem wieczystym cicho żywotne strumienie

z korzeni wabimy w gałęzie — aż drzewo w liście i kwiaty

strojne jak drużka krakowska — swe barwy i aromaty

w owoc zamienia; już owoc dojrzewa! Rumiane gody

nęcą natychmiast radosny lud, nęcą ochotne trzody;

zewsząd zbiegają się chętni, łasi na owocobrania;

jak przed bóstwem gromada się schyla i w pas się nam kłania.

CHÓRU CZĘŚĆ DRUGA

My, w tle przestworzy zbłękitnionych, u turni ściany gładkiej,

cichym wiewem kołysane — mgieł i świateł czujne swatki

— gór słuchamy! — Czy dźwięk fletni, czyli452 orłów gniewna zwada,

czy krzyk Pana453 przeraźliwy — głos nasz echem odpowiada.

Gdy bór szumi — my szumimy! Grzmi — odkrzykujemy grzmotem

i walimy w wierchów ściany dziesięćkrotnie burzy młotem.

CHÓRU CZĘŚĆ TRZECIA

My, siostry zwinne i płoche — płyńmy w rzek lśniące przeźrocza!

wabią nas dale błękitne i olśnione gór zbocza.

Coraz warciej, coraz głębiej, w meandrycznym pląsie wody

syćmy sobą łąki, niwy i osiedla, i ogrody;

a topole nadwiślańskie niechaj nad brzegami rosną,

niechaj znaczą szlak, niech patrzą w żwawych nurtów grę radosną!

CHÓRU CZĘŚĆ CZWARTA

Dążcie wedle waszej woli, siostry nasze, latawice —

my krążymy zwiewnym pląsem, kędy w słońcu lśnią winnice.

Tam z dnia na dzień serca cieszy żmudna praca, trud winiarza,

co w pilności miłującej z niepewności wiarę stwarza;

kopie, miali, wiąże, prości, tnie, przycina wciąż, bez końca.

Modli się do wszystkich bogów — najmocniej do boga słońca.

A ladaco Bachus454 gnuśny mało wzrusza się trudami

sługi swego; — leży w cieniu, pogziwając się z faunami,

w wiecznym półśnie i zawianiu; bo już jego dba drużyna,

by w piwnicach w zacnym chłodku nie zabrakło w dzbanach wina.

Lecz bogowie nie próżnują: Helios455 sam się żwawo zwija,

winne grona wietrzy, rosi, złotym żarem opowija;

kędy winiarz skrzętnie baczył, plon stokrotny daje praca —

nich się wszczyna na dojrzeniu, każdy krzew się gnie i zzłaca.

Skrzypią kosze, dzwonią wiadra — lud się krząta, śpieszy, ładzi456,

zbiera grona, w znojnym trudzie znosi do ogromnej kadzi;

tam jagody ciepłe, wonne, naciepane w beczek mroczy

bezlitośnie zgniata, spienia i na miazgę mięsi, tłoczy.

Aż tu zewsząd brzmi muzyka, kotły, fletnie i cymbały —

już z misteriów się wyłania Dyoniza457 krąg wspaniały.

Idzie orszak kozłonogów, kozionóżek chybotliwy,

a pośrodku — zatkaj uszy! — kłapoucha ryk chrapliwy:

I już wszystko pomierzwione! Wstyd do kąta! W koło drepce

nóg i kopyt, racic rzesza; — każdy cmoka, siorbie, chłepce;

pcha się zgraja, ręce pręży, bełkotliwie woła: wina!

Czasem się ktoś opamięta — alić rychło tumult wszczyna

i na umór pije dalej, aż się zwali z nóg pijany!

Na moszcz458 miejsce! Na moszcz miejsce! Trza wypróżnić stare dzbany!

Zasłona spada.

Na proscenium Forkiada prostuje się, olbrzymieje, zstępuje z koturnów, zdejmuje maskę i zasłoną, poznajemy Mefistofelesa, jeśli potrzeba, z całą gotowością wypowie objaśniający epilog.