PODWORZEC ZAMKOWY

Faust, Mefistofeles-Forkiada, Linceusz-Strażnik. Helena, Pantalis Chórowi przewodnicząca. Chór niewolnic trojańskich. Wokoło fantastyczne budowle średniowieczne.

PANTALIS

O, głupie i nieoględne, rozumy iście niewieście,

od każdej chwili zależne, wiatrem podszyte jesteście.

W szczęściuli391, czy też w nieszczęściu postępujecie opacznie,

gdy jedna zacznie „tak” mówić, to druga zaraz „nie” zacznie.

Tak jedna drugiej zaprzecza, pieni się, swarzy i złości,

jednakie jeno w boleści, jednakie tylko w radości,

Teraz zamilczcie! Czekajcie, co postanowi władczyni,

w sercu sumuje i waży — więc stańmy posłuszne przy niej.

HELENA

Wróżbitko, gdzież ty jesteś? Twojego imienia

nie znam; wyjdź z tych krużganków, z mrocznego sklepienia.

Czyliż poszła, przezorna, zamku tego pana

prosić, by mi gościna zacna była dana?

Jeśli tak — dzięki tobie! Wiedź mnie doń! Dość znoju

i dość tułactwa — łaknę ciszy i spokoju.

PANTALIS

Próżno królowa nasza spoziera dokoła,

zniknęła ta szkarada; któż ją znaleźć zdoła?

Może we mgle przepadła, co nas nagła, biała,

jakimś dziwnym sposobem w to miejsce przywiała?

A może właśnie po tym labiryncie błądzi

krużganków zagmatwanych, którym kaprys rządzi —

i szuka księcia, by mu hołd złożyć należny.

Lecz spójrz! Tam w górze pogwar, ruch jakiś rozbieżny

w galeriach, oknach! — Służba krzątaniem ogłasza,

że nas zamek łaskawie w gościnę zaprasza.

CHÓR

O, jakże sercu memu naraz świetliście!

Orszak pięknych młodzieńców zszedł uroczyście

z wyżniego piętra; idzie ku nam w pochodzie

kształtny, zgrabny — o! w niezwyczajnej urodzie.

Na czyj rozkaz młodzieńców chór ku nam kroczy?

na co patrzeć mam? na co? — gubią się oczy!

Czy na kształty urocze, czy na krok skory,

na czoło bieliste, złote kędziory?

czy na liczka rumiane, skraszone ruchem,

jak soczyste brzoskwinie omglone puchem?

O, jakże chęć bierze ugryźć — nie można!

smak popiołu mam w ustach! będę ostrożna.

Lecz najpiękniejsi niosą już oto

stopnie, tron cudny, zasłonę złotą,

namiot, a białe wysmukłe ręce

wiążą girlandy, wieszają wieńce

ponad królową. — O, pani miła

jużeś nam, piękna, na tron wstąpiła

— nadobnym ruchem przez nich proszona;

bielą się cudnie twoje ramiona!

My jej też orszak utwórzmy chyży,

stańmy na stopniach, wyżej, to niżej.

Błogosławiona trzykroć gościna,

co nam nad głową wieńce rozpina.

Pantonomicznie dzieje się to wszystko, co w słowach Chóru. Skoro chłopcy i giermkowie długim korowodem zeszli schodami w dół — zjawia się na krużganku w dworskim, rycerskim odzieniu średniowiecznego kroju — Faust. Z godnością, powoli zstępuje ze schodów.

PANTALIS

bacznie go mając na oku

Jeżeli temu mężowi bogi pozwolą żyć dłużej,

niźli zazwyczaj to czynią — wyczucie moje mu wróży,

zważywszy wzięcie392 królewskie i słodycz jego istoty —

los najpiękniejszy, spełnienie każdej najmniejszej tęsknoty.

I czy to w bitwie rycerskiej wśród szczęku białych oręży,

czy w bialogłowskich utarczkach — tu i tam zawsze zwycięży.

Czemużby nie miał, wspaniały, raźno do swego dojść celu,

moc jego mężów przewyższa, a znałam dostojnych wielu.

Z powagą dworską, w skupieniu i z pochyloną w czci głową

w dól schodzi zgrabnie, powoli — o! podnieś oczy, królowo!

FAUST

zbliża się do tronu, obok niego człowiek w pętach

Zamiast hołd wdzięczny nieść w dani

tej chwili niezapomnianej,

wiodę do kolan twych, pani,

człowieka skutego w kajdany.

A jaki popełnił czyn —

opowiem; wpierw klęknij przy tronie,

słów szukaj ku swojej obronie

i wyspowiadaj się z win.

Wzrok ma tak bystry jak sokół,

więc go stawiłem na wieży,

by dawał baczenie wokół,

jak trzeba i jak należy;

czy to na ziemi, czy niebie

fakt jaki — wszerz i wzdłuż,

od zamku do modrych wzgórz,

w każdej okazji, potrzebie,

czy to, że trzoda skądś bieży,

czy to o zjawie393 rycerzy —

zdawać miał pilny rachunek,

ostrowidz, ten strażnik mój,

bym wiedział, czy biec na ratunek,

czy szyki sprawować na bój.

Dziś opieszałość nie lada!

Przybywasz, królowo, do wrót,

a on mi nic nie powiada!

Milczący zastajesz gród!

Wszak bym słał wici394 przez włość,

otrąbił na cztery strony,

że w święty dzień — wytęskniony

zawitał w progi me gość.

Strasznie zawinił! — I ninie395

u twoich przeświętych stóp

klęczy! — Rozstrzygaj o winie —

w twych rękach żywot i grób.

HELENA

Zaszczyt nie lada; szczęśliwą się mienię

twą łaskawością; mam sprawować sąd?

Czyli396 mnie, panie, wieść chcesz w pokuszenie?

Lecz wpierw wysłucham; — jakiż był twój błąd?

STRAŻNIK LINCEUSZ397

Cóż istnienie? Cóż mi grób?

Życie szczęsne! Zgon szczęśliwy!

U przeświętych klęczę stóp

pani cudnej, miłościwej.

Dziś rano w blasku zórz

słońca szukam w barw powodzi —

aż tu nagle spoza wzgórz

na południu słońce wschodzi!

Więc w tę stronę ślę mój wzrok,

a tu góry, lasy płyną!

Ziemię, niebo chłonie mrok —

widzę tylko ją! Jedyną!

I na próżno w bezmiar lśnień

oczy moje wpijam rysie —

nie wiem, czy to noc, czy dzień,

czy to jawa, czy sen śni się.

Gwiazd zawieja! Tęcze! Skry!

Blaski się na wieże tłoczą —

mgły się wiją — nikną mgły —

cud się boski jawi oczom!

A modlitwa moich rąk

idzie ku jasności onej;

wszędzie jasność! Słońce w krąg!

I tak stoję — oślepiony.

Przeto mój strażniczy róg

zamilkł w tej świetlistej porze —

zjawił mi się piękna Bóg!

Cóż mnie złego spotkać może?!

HELENA

Jakże mi karać twoje przewiny?

Z mojej-ci one, z mojej przyczyny!

O, ja nieszczęsna! — Kędy się zjawię,

błądzą mężowie w złości, w niesławie;

bo takie we mnie zgubne wyroki,

iż mężnych pchają w pomrok głęboki.

Tak idą za mną od urodzenia

rabunki, zbrodnie i uwodzenia;

po wszystkie lata na wszystkie strony —

bohaterowie, bogi, demony

muszą się swarzyć. Z mego kochania

jeno zło snują i zamieszania.

I tak się wszystkich przekleństwem staję

i jeno nędzę nędzy przydaję.

Oczarowany, stałeś bezwładnie —

włos ci, strażniku, z głowy nie spadnie.

FAUST

Ze zdumieniem, królowo, patrzę i niegniewnie

na rannego i ciebie, co trafiasz tak pewnie.

Widzę łuk, który wysłał tak niechybne groty,

z których jednym ten trafion! A strzał tych przeloty

migają — we mnie mierzą! W uskrzydlonym gwarze

łecą ponad basztami, poprzez krenelaże398.

I czymże teraz jestem? Bunt rzuciłaś w sługi,

już i mury niepewne, zluźniłaś kolczugi.

Obawiam się, że wojsko, by uniknąć klęski —

niezwyciężonej pani podda się — zwycięskiej!

Cóż uczynię? — Już chyba przed twą królewskością

złożę to, co niebacznie zwałem był własnością —

i siebie! U twych kolan hołd złożę potędze

twej i wierność potwierdzę w wieczystej przysiędze.

LINCEUSZ

wraca ze skrzynią, za nim niosą słudzy skrzyń sporo

Znów mnie, królowo, do stóp twych żenie399,

do ócz, co słońcem się złocą!

Bogacz o jedno żebrze spojrzenie,

nędzny, lecz możny twą mocą.

Czymże dziś jestem? Czym wczoraj byłem?

Na cóż me oczy sokole?

Spojrzałem na cię, wzrok mój straciłem

i sprawność czynu, i wolę.

Przyszliśmy z wschodu, w walnej potrzebie

prąc ku zachodnim wyrajom;

naród nasz liczny jak gwiazdy w niebie,

pierwsi ostatnich nie znają.

Padł pierwszy szereg, już wstawał wtóry,

trzeci na pomoc wraz bieży;

wzmożeni sobą lecim jak chmury,

któż padłych liczy żołnierzy!

Jak burza mkniemy błyskaniem krwawem,

grodem i borem, i łanem,

gdzie dziś mój jeno rozkaz był prawem,

jutro kto inny jest panem.

Zagon szeroki! Zwycięskie szlaki!

Czas krótki na pohulanki!

Ten wołów stada, tamten rumaki,

ów najpiękniejsze kradł branki.

Lecz ja wśród znojnych rycerskich biegów,

najrzadsze zbierałem wiano;

te wszystkie łupy moich kolegów,

to dla mnie omłot i siano.

Chytry na skarbów lśniące pożytki,

jak sowa szukałem wśród cieni —

w lot odkrywałem skrzynie i skrytki

i tajemnice kieszeni.

Rychło w bród miałem drogich kamieni,

klejnotów cennych, złotości:

a oto szmaragd zacnej zieleni,

godny twej, pani, piękności.

O, niechaj wzrok twój cudny nie stroni

od tych szlachetnych łez morza;

wierzaj, rubinu czerwień przysłoni

różana lic twoich zorza.

Oto pokłosie bitw srogich wielu,

pokłosie bardzo szczęśliwe —

u stóp twych leży, a więc u celu —

tu jego miejsce właściwe.

Niosę ci ciężkie, okute skrzynie,

w skarbcu ostało ich sporo;

pozwól mi uczcić w tobie władczynię —

niech skarby ręce twe biorą.

Zaledwieś, pani, na tron wstąpiła,

chyli się w hołdzie i korzy

Rozum, bogactwo, męstwo i siła —

przed zjawą władzy twej bożej.

Przeto dziś skarby strzeżone w dumie,

stają się twoją własnością.

Jakżem je cenił! — Dzisiaj rozumiem,

że były tylko marnością.

Wszystko, co zwałem skarbem i mieniem

poszło jak plewy na nice;

wskrzesić ich wartość zdolą spojrzeniem

twoje przeczyste źrenice.

FAUST

Odsuń co rychlej łupy, plon potrzeby hardej,

ostaną bez nagrody, dobrze, że bez wzgardy.

Już to wszystko jej własność, ta grodu wspaniałość,

po cóż więc dawać szczegół, gdy już jej jest całość.

Idź, strażniku — zbierz, ułóż wielkie nasze skarby

i niewidzialny przepych ustrój w kształt i farby

urocze! — Spraw, by stropy jak niebios sklepienie

zbłękitniały pogodnie, z martwych zbudź olśnienie,

a poprzez korytarze, sale, wieczerniki,

pod stopy jej rzuć wonne kobierców kwietniki;

niechaj krok jej nie dotknie posadzek ni progów,

oczy jej paś przepychem godnym wiecznych bogów.

LINCEUSZ

Sługa musi, pan każe —

siły nie poradzą —

drobiazg! Wszakżeśmy w jej czarze!

wszystko pod jej władzą!

Wojsko hart swój mężny traci,

stępiały brzeszczoty —

ba! — przed zjawą jej postaci

gaśnie promień słońca złoty!

Przed bezcennym jej obliczem

wszystko pustką jest i niczem.

Wychodzi.

HELENA

do Fausta

Pragnę z tobą pomówić, wszak ten tron na dwoje,

miejsce czeka na władcę — zapewnia mi moje!

FAUST

Wpierw pozwól, pani cudna, klęknąć i twe ręce

łaskawe ucałować w hołdzie i podzięce.

Przyjm mnie jako współwładcę niezmierzonych włości,

który ci służyć pragnie wiernie i w miłości —

razem: czciciel i sługa, i strażnik szczęśliwy.

HELENA

Na wielkie dziwy patrzę, słyszę jeno dziwy!

Pełna zdumienia pytać chciałabym tak wiele,

lecz o jedno zagadnąć jeno się ośmielę:

czemu ta mowa twoja melodią uroczą

poi mnie tak radośnie? — dźwięki słów się toczą

jak złotodźwięczne kręgi — nim zadrży rozgłośnie,

już drugi mknie pierwszemu na sukurs400 miłośnie.

FAUST

Jeśli ci dźwięk mej mowy przemawia do duszy,

jakżeż cię śpiew dopiero zachwyci i wzruszy!

A więc pocznijmy zaraz — wszak w myśli wymianie

śpiew zrodzi się najłatwiej i pośród nas wstanie.

HELENA

Więc powiedz, jak mi składać tak urocze słowa?

FAUST

Najpiękniejsza jest serca nieuczona mowa;

gdy się i oczu tęsknota poprzez myśli snuje

patrzysz wkoło i pytasz —

HELENA

— kto z tobą współczuje.

FAUST

Czymże wtedy dla ducha mijanie i czas?

Jedynie teraźniejszość —

HELENA

— uszczęśliwia nas.

FAUST

Tak, to jest skarb nad skarby, wian wieńczący skroń

ale któż go uwije, miła —

HELENA

— moja dłoń.

CHÓR

Czyliż poczytać można za błędy

te pani naszej dla pana względy?

Wszakże wyznajcie — wszystkie w niewoli

żyjem od czasu złowieszczej doli,

gdyśmy z Ilionu, nieszczęsne płaczki

ruszyły w odmęt groźnej tułaczki.

Branki na męską chuć zawsze zdane

mogąż wybierać? — Są wybierane!

Cóż, znawczyniami są; — a sposobność

nastręcza już-to zacną dorodność

młodych i złotowłosych pasterzy,

indziej Faun sprośny zęby swe szczerzy —

tym, tamtym branka równo rozdziela;

przelewne ciało pod nich podściela.

Lecz oto spójrzcie! Mocno wtuleni

siedzą miłośnie w siebie wpatrzeni;

tak ramię w ramię, noga do nogi,

ręka ku ręce szuka swej drogi.

Tak się nad tronem społem kołyszą

i nic nie widzą, i nic nie słyszą!

W obliczu ludu, aż nazbyt śmiele —

do cna wtopieni w miłosnym dziele.

HELENA

Jakobym-ci daleko, a przecież tak blisko!

Dziewosłębią401 me słowa upojnym uściskom.

FAUST

Serce bije, drżę cały, słowo mrze wśród pieszczeń!

To śnienie niepojęte! Znika czas i przestrzeń.

HELENA

Wszakżem-ci już nie żyła! Otom odrodzona!

Wierna nieznajomemu i w niego wpleciona.

FAUST

Niechaj dociekać przyczyn myśli się nie silą

obowiązkiem dziś byt nasz — chociażby był chwilą.

FORKIADA

wchodzi gwałtownie

Ach! miłostek pierwsze zgłoski

to nauka bardzo lekka;

łacno402 czulić się bez troski —

czas nie czeka — czas ucieka!

Nie słyszycie? — Dudnią grzmoty!

Granie surm i walk łoskoty!

Zguba wasza niedaleka!

Zbrójcie się! Do walki srogiej

już Menelaus w nasze progi

idzie — za nim tłum — jak rzeka!

Tu pośród zgrai niewieściej

wróg cię schwyci i zbezcześci —

na złeć wyjdzie dziew opieka!

Stryk dla trzódki gotów marnej,

dla niej zładzon stos ofiarny,

pień i ostry topór czeka!

FAUST

Bezczelne przeszkadzanie! wstrętni! nierozważni!

Nawet w niebezpieczeństwach bezmyślność mnie drażni

Najpiękniejszego szpeci zła wiadomość posła —

ciebie, najszkaradniejsza, wieść nieszczęsna niosła,

jak zawsze! Lecz tym razem nie uda się sztuka,

niech sobie mowa twoja wiatru w polu szuka!

Nie ma niebezpieczeństwa za tymi murami,

a gdyby nawet było — ja gardzę groźbami!

Sygnały, eksplozje na basztach, hejnały trąb i surm, muzyka wojenna, gromki przemarsz wojsk.

FAUST

Wraz się wysypią dzielni z bram,

w rycerskim staną kole,

ten jeno godzien względów dam,

kto je obronić zdole403.

do wodzów, którzy spośród hufców wychodzą i w kole stają, Faust tak przemawia

Oto północy młode lwy,

tu wschodu kwiat-potęga —

w ślepiach ich gniewu płoną skry

moc ich po laury sięga!

Zakuta w stal błyskaniem lśni

brać mężna i zwycięska,

idą, a zda się w chmurach grzmi:

„sława!!” — a wrogom: „klęska!”

W Pylos wysiedliśmy na brzeg

— nie żyje Nestor404 stary —

państw drobnych związek u stóp legł

zdobywców pełnych wiary!

Teraz mi chybko405 sprzed tych bram

przepędźcie Menelaja

na morze! Niech korsarzy tam

i on, i jego zgraja!

Królowej Sparty złóżcie ślub,

zwycięskich serc orędzie —

kraj wolny rzućcie jej do stóp,

a państwo waszym będzie!

Rycerze! Piersi waszych wał

Koryntu zbawi włoście,

a u achajskich starych skał

las dzid, mur tarczy wzroście.

A wy w Messenie406 dzierżcie straż!

Wy idźcie do Elidy407!

Rycerski obowiązek wasz

to wielkość Argolidy408.

Tedy wrócicie w domu schron

w obronie powołani —

i sławą skwitnie Sparty tron,

ojczyzna waszej pani!

Wszyscy i każdy suty łup

ożeni z wieczną sławą —

zyszczecie w zgodzie u jej stóp

świetlany mir i prawo.

Zstępuje z tronu. Wodzowie otaczają go zwartym kręgiem, wysłuchują rozkazów i rozporządzeń.

CHÓR

Ten, co piękną niewiastę pragnie posiadać,

niechaj w mieczu nadzieję umie pokładać.

Umizgami409 ją zdobył — skarb przedostojny —

nic zażyje go w ciszy, nijak bez wojny;

chytrzy zdrajcy ją zmamią; obleśni zbóje

zechcą ją uwieść, wykraść; niechaj pilnuje.

Księcia naszego chwalę, wysoko cenię,

możni bacznie na jego patrzą skinienie;

mądrze i mężnie czyni! — Przeto słuchają —

tym jego dzięki skarbią i korzyść mają; —

tak więc i wilk jest syty, i owca cała,

dla obu sława rośnie, zakwita chwała.

Któż mu ją wydrze ninie410, władcy możnemu?

już to jemu należna i tylko jemu!

Dwakroć cześć mu! Z nią razem wyrwał nas z toni,

wewnątrz nas murem, zewnątrz wojskami broni.

FAUST

Dary rozdane rycerzom —

każdemu udzielne księstwo;

pójdą i światy przemierzą —

pawężą411 naszą ich męstwo.

Bronić cię będą, kraino412,

wyspo-niewyspo w fal więzi —

spięta pasmem z gór rodziną

Europy ostatnia gałęzi.

Kraju! O, niechże z twej dani

wszystkim lśni słońce i chwała!

Otoś zwrócony mej pani,

co na cię ongi spojrzała,

gdy wśród szelestu szuwaru

zrodzona w chwili przeźroczej,

urzekła potęgą czaru

rodzeństwa i matki oczy.

Do stóp twych łany pól żyzne

kłonią się, bory i gaje —

niechaj twe serce ojczyznę

nad wszystkie ukocha kraje.

A gdy się góry na wierchach zrumienią

w zimnym zalewie skośnych słońca strzał —

zaledwie skała omszy się zielenią,

kozica skubie swój chudobny dział413.

Źródło wytryska, żwawy bieg strumieni —

już się zielenią hale414 i manowce —

na stu pagórkach falistej przestrzeni

pasą się w dzwonków rozdzwonieniu owce.

Rozważnie, wolno idą trzody w rzędzie,

nad przepaściami przez zbooza urwiste —

schron przyładzony dla wszystkich i wszędzie:

w sto grot się sklepią ściany gór skaliste.

Pan je tam strzeże; nimfy wód ochocze

rzeźwiący chłodem zamieszkują parów —

drzewa z tęsknotą w błękitne przeźrocze

prężą ramiona rozchwianych konarów.

Puszcze prastare! Głuche dębów bory

stoją jak hufy z dumą i protestem!

Sokiem słodzistym spęczniałe jawory

łagodnie szumią na wietrze szelestem.

W leśnych podcieniach, w zielonej pomroce

rodzą wymiona białe, ciepłe mleko;

zasobne łęgi podają owoce,

a dziuple grają złotych pszczół pasieką.

Błogość tu mieszka w urodzie weselnej,

uśmiech na wargach, uśmiech w oczach lśni —

nikt tu nie cierpi, nikt nie jest śmiertelny,

w zdrowiu radosne lud przeżywa dni.

Urocze chłopię dojrzewa świetlanie,

już się ojcowski w nim słoneczni cud;

w podziwie sercu nadajesz pytanie:

czyli to ludzie, czyli bogów ród?

Ponoć Apollo415, jak klechda416 powiada,

pośród pasterzy żył pięknych jak on!

bo gdzie przyroda nieskalanie włada —

wszechświat ma zgodny, harmonijny ton!

usiadł obok Heleny

Więc społem nas krajobraz ten zachwyca,

ostaw za sobą, miła, przeszłość wszelką;

praojca bogów miałaś za rodzica,

złotego wieku cna obywatelko.

Nie dla cię murów cień i baszt strzelistych!

Jeszcze młodzieńczy cudów świat otwarty —

i tam nasz przebyt, wśród łanów kwiecistych,

w wonnej Arkadii przy granicach Sparty.

Tobie znaczono w rajskim mieszkać czarze,

przetoś podana ku wielkiej radości!

Trony się mienią w kwietne wirydarze417!

O, szczęście arkadyjskie! O kraju wolności!

Tu następuje zupełna zmiana scenerii.