INTERMEZZO PANTOMIMICZNE

Herold zapowiada przybycie Poetów różnego autoramentu: Poetów przyrody, Panegirystów, Piewców rycerstwa, wdzięku i entuzjazmu.

Pchają się na wyprzódki, trudno też komukolwiek dojść do słowa. Zaledwie jeden dziwnym trafem przemyca czterowiersz; to:

SATYRYK

Obym, bracia, tego dożył,

— to jedno mnie kusi i łechce —

abym taką pieśń ułożył,

której wysłuchać nikt nie zechce.

Poeci nocy i cmentarzy przepraszają bardzo, że to nie mogą wziąć udziału w zebraniach wieszczów, lecz nazbyt są zajęci interesującą rozmową z nowo wylęgłym upiorem96; kto wie, czy z tego dyskursu nie powstanie nowa szkoła poetycka; Herold, acz niechętnie, godzi się na ich wywody i przywołuje postacie mitologii greckiej, które, jakkolwiek w modnym przebraniu, nie utraciły nic a nic z wdzięku właściwego i charakteru.

Gracje.

AGLAJA

Wdzięk wnosimy zawsze, wszędzie;

dar wasz niechaj wdziękiem będzie.

HEGEMONA

I wdziękiem też przyjmowanie,

gdy się chęciom zadość stanie.

EUFROZYNA

W dnia cichego zachód miękki

najwdzięczniejsze złóż podzięki.

Parki.

ATROPOS

Po starszeństwie tu przychodzę;

nić się snuje, nić żywota —

— i oczami po was wodzę —

nić się snuje jak tęsknota.

Miękka, wiotka nić — bom oto

len wybrała pierwszej próby —

niespsowany mgłą ni słotą,

nie za cienki, nie za gruby.

Umiar głoszę wam — strwożona!

koniec nici któż odgadnie?

nitka nazbyt naprężona —

nagle pęknąć może snadnie97.

KLOTO

Dzisiaj jam nożyce wzięła,

spójrzcie! każdy z was uwierzy;

poprzedniczka moja cięła

jakoś nie tak, jak należy;

bywa — snuje długie dzieje

rozwlekle i opętanie,

indziej znów piękne nadzieje —

ciach! — przecięła niespodzianie.

Alić i ja, moi drodzy,

zbyt rozwagą się nie szczycę,

przeto trzymam się na wodzy —

i w puzdrze98 skrywam nożyce.

Tak spętana z dobrawoli

zaniechałam swojej pracy —

a więc bawcie się do woli,

chociaż wszyscy jacy — tacy.

LACHEZIS

Z siostrzyc moich, żwawych prządek,

— najrozsądniejsza w ich gronie —

powierzony mam porządek,

w porządku staję obronie.

Nić się snuje, nić się mota

w wyznaczonym sobie torze,

lccz z wartkiego kołowrota

bez mej wiedzy spaść nie może.

Trwam uważnie na tej straży,

chociaż świat się przeinacza —

— aż się koło me przeważy

wolą wieczystego tkacza.

HEROLD

Tych trzech, które idą oto

nie poznacie, o, uczeni,

przybrane w jedwab i złoto —

krok się każdej tęczą mieni;

któż by odgadł pod tą szatą,

że z złem idą i z zatratą?

to Furie! — I któż bo uwierzy —?

piękne, gibkie, hoże, młode;

jaki wonny, śpiewny, świeży

czar oplata ich urodę?

Baczność! — podła, śliska żmija

pod kwiatami się przewija

chytrze, skrycie; — lecz w tej porze,

gdy się błazny spowiadają —

niosą upomnienie: gorze!

ludziom gorze — gorze krajom!

Furie.

ALEKTO

Cóż — zawierzycie nam, kochani?

wszakże was piękność nasza wzruszy?

każdemu z was o jego pani

kochanej coś szepniemy w uszy;

wreszcie w rozmowie oczy w oczy

powiemy: — tego ma — i tego —

— brzydka, garbata — krzywo kroczy

ach! narzeczona?! — do niczego!

Lecz jej powiemy też, żeś plotkarz,

że o niej mówisz coś nieładnie,

gdy przypadkowo tamtą spotkasz —

tak się niewiara w serca wkradnie.

MEGERA

To nic! — Lecz gdy się już pobiorą,

wtedy ja stworzę im gehennę99,

zatruję każdą chwilę zmorą;

zmienne jest serce i dnie zmienne.

A kto tęsknotę jedną ziści,

tęskni do nowych chwil urody,

porzuca pełen nienawiści

słońce — i pragnie rozgrzać lody.

Diabeł ogniska domowego

mnie jednej dochowuje wiary —

wspólnie dodajem złe do złego;

mym działem w przepaść gnać ofiary.

TYZYFONA

Ja tropię zdrajców — tam się wśliznę,

kędy się przeniewierstwo lęgnie;

sztylet podrzucę i truciznę —

— dziś — jutro zguba cię dosięgnie.

Chwile słodkie zapomnienia

bez apelu, bezpowrotnie

władza moja w żółć przemienia,

zawiniłeś — cierp stokrotnie.

Przebaczeniem ni pociechą

w strasznej nie łudź się godzinie;

Słysz! Słysz! „Zemsta” woła echo —

kto się zdradą para100 — ginie!!

HEROLD

Proszę, odsuńcie się co nieco,

bo oto nowe maski lecą —

zgoła101 odmienne! — w swej posturze102

obraz podobny wielkiej górze.

Boki okryte dywanami —

— góra nadchodzi! — Góra żywa!

łeb smoczy — błyskający kłami —

wężowy ryj — ogniowa grzywa —!

Na karku siedzi wdzięczna dama

subtelna i przybrana ładnie,

a lejce w rączce dzierży103 sama,

laską kieruje smokiem składnie.

A za nią druga — istna łania —

królewska, dumna, znać w niej butę104

tęcza świetlana ją zasłania —;

pobok105 niewiasty kroczą skute:

jedna strwożona, w sobie drżąca,

druga radością gorejąca —

pierwsza wolności zewsząd woła,

szuka w tęsknocie dookoła,

a wolność w drugiej jest niewieście —

powiedzcie same, czym jesteście?

BOJAŹŃ

Świec, lamp, pochodni blask się żarzy,

a wszędzie mroczno, straszno, ciemno;

śród masek stoję, obcych twarzy,

— w kajdanach — groza skuta ze mną.

Precz, kpiarze! — Lęku bladolicy!

Szydercy! — Co się ze mną stanie —

zewsząd mnie zdradni przeciwnicy

strącają w przepaść, w mrok, w otchłanie!

Wszędy — z przyjaźni wróg się rodzi;

znam ciebie, masko! — tyś zagłada!

Ten mnie chciał zabić! — a —! uchodzi!

twarz jego krzyczy: zdrada! zdrada!!

Ach! uciec! uciec! przed tą zgrają —

na koniec świata! — Noc przeklęta!

Już zewsząd mroki napierają,

groza mnie więzi, trwoga pęta!

NADZIEJA

Bądźcież mi, siostry, pozdrowione!

A chociaż w maskach dziś i wczora

niejako jesteście zgubione

i dusza w was smętem chora

w tej ćmie dymiących pochodni —

wierzę, że przyjdzie ta pora,

w której słońca, kwiatów godni

chodzić będzie po łące,

brodzić w trawie po kolana,

parami albo w rozłące

pod zorzą złotego rana;

wedle woli śnić, rozprawiać —

bez chmur groźnych i beztroski,

nigdy sobie nie odmawiać,

jeno spokój chwalić boski.

Wszędzie radośnie witani,

już dziś szeroko rozgłoście,

że pragnieniem przywołani

jesteśmy słoneczni goście —

że wieść dobrą niesiem w dani106!

Wierzajcie — szukajcie — znajdziecie —

najszczęśliwszą chwilę w świecie!

ROZWAGA

Najwięksi wrogowie człowieka:

Bojaźń, Nadzieja — skowane;

z daleka stójcie, z daleka,

tłumy słowem opętane.

Jedzie kolos — ja przewodzę!

Wysoczysta na nim wieża —

jedzie po znaczonej drodze —

krok w krok ku szczytowi zmierza. —

A na barkach dumnej wieży

bogini w skrzydeł sztandarze

lotem w zwycięstwo mierzy —

zwycięstwo niesie wam w darze.

Światłość ją broni i gloria

i gwiazd diadem wspaniały;

to ona — ona — Wiktoria107!

bogini czynów i chwały!

ZOILO-TERZYTES-MEFISTOFELES

Tere-fere! — W porę właśnie

idę, niech was piorun trzaśnie!

A najgorsza ta wywłoka108,

Wiktoryjka czarnooka.

Rozwijasz swe skrzydła, szelmo,

niby orzeł w nieba jasność,

na oczy zarzucasz bielmo,

że to wszystko twoja własność —

i lud, i kraj! — Hola! Hola!

jeszcze żyje moja wola —

nasza wielka mała wola —!

To, co niskie, podnieść trzeba,

ku ziemi naniżyć nieba,

skrzywić proste, sprościć krzywe,

wyrównać wzniesienia wszędzie;

czasy równe i szczęśliwe!

Tak być musi i tak będzie!

HEROLD

Już ciebie do milczenia zmuszą

te kije — wynoś się psiaduszo!

niech cię pokręci, sjamski miocie —

w nawozie miejsce twe i w błocie!

O, jak się kurczy obrzydliwie,

kupą się gnoju naraz staje.

Lecz cóż to? — patrzcie — dziwo w dziwie!

ten gnój się zmienia w duże jaje!

rośnie — nadyma się i pęka!

Ze skorup — para wraz bliźniacza

mątwi się, skuczy i pojęka —

już się wynurza i wytacza —

już widzę — już — pełzącą żmiję —

kształt drugi? — widzę — nietoperza!

Jedno się w pyle ślini, wije,

drugie ku pułapowi zmierza!

O! — giną — już — w nocnej otchłani!

Źle trzecim w takiej być kompanii.

GŁOS Z TŁUMU PIERWSZY

Dalej, żywo! Już tam tańczą.

GŁOS Z TŁUMU DRUGI

Do diaska z wrzawą opętańczą.

GŁOS Z TŁUMU TRZECI

Czujesz, jak skrzydeł sfera

w myśl i serce nam się wpiera?

GŁOS Z TŁUMU CZWARTY

W włosach moich łka i jęczy —

GŁOS Z TŁUMU PIĄTY

Ból mnie srogi w nodze dręczy —

GŁOS Z TŁUMU SZÓSTY

Przecież nikt z nas nie ma rany —

GŁOS Z TŁUMU SIÓDMY

Ale każdy zestrachany —

GŁOS Z TŁUMU ÓSMY

Do zabawy brak ochoty —

GŁOS Z TŁUMU DZIEWIĄTY

Tego chciały te huncwoty109

HEROLD

Znojny zawód wodzireja

sprawuję z dość tęgą miną;

w sercu mym żywie110 nadzieja,

że godziny jakoś miną

tych mięsopustnych szałów,

że więc do białego ranku

nikt z nich nic poniesie szwanku

i jakoś wyjdzie z opałów —

chociaż noc niesamowita

strachami jak piaskiem sieje;

Spoza okien wciąż wykwita

jakiś duch, straszydło, zmora. —

Ej! strzygowe wodzireje,

któż się z wami dziś upora!

Karzeł podał takt kaduczy111

za nim zgraja strzyg się włóczy! —

I w tej chwili cóż ma znaczyć

tych postaci szereg długi —?

— Wytłumaczyć —? na usługi —

— lecz jakże mam wytłumaczyć,

gdy sam zgoła nie rozumiem;

oto staje w masek tłumie

rydwan — świetny — czwórka koni —

— nie rozpycha — nie roztrąca —

jeno się szkarłatem płoni,

a tęczaność migocąca

pośród wartkich szprych zawiei

lśni jak gwiezdne zbiorowiska,

gdy zza czarnej ściany kniei,

w lipcu cicha noc rozbłyska!

Czar magiczny — świateł rój —

— tętni — pryska —

EFEB112-WOŹNICA

— prrr! — hoo —! stój!

Posłuszne ważnym nakazom,

rumaki, wstrzymajcie skrzydła,

lejce was mocne prowadzą,

znajcie moc mego wędzidła,

splendor tej wspaniałej sali

niechaj zjawa113 nasza chwali;

oto tłum się wkoło toczy

tłum ciekawy, zachwycony —

hej, heroldzie, podnieś oczy

i ogłaszaj na wsze strony,

zanim odpłyniemy stąd —

kim jesteśmy, co zacz, skąd;

mitologiczną znasz historię,

myśmy jej żywe alegorie.

HEROLD

Nie wiem, co zjawa wasza znaczy,

opisać mógłbym ciebie raczej.

EFEB-WOŹNICA

Więc mów!

HEROLD

Trza przyznać, że z urody

mógłbyś zasłynąć — pięknyś, młody —

wyrostek wprawdzie, lecz kobiety

ocenią właśnie twe zalety;

kto zalotnisiem jest za młodu —

pisze się z kobieciarzy rodu.

EFEB-WOŹNICA

Owszem! niezgorzej to waszmość wywodzisz —

krok, a już ciekawości swej dogodzisz.

HEROLD

Czarnych błyskawic pełne twoje oczy,

moc gęstych włosów na czole,

urok przed tobą swawolący kroczy

z młodości wdziękiem w zespole.

Szaty cię stroją, purpura i złoto,

czar w tobie iście niewieści,

szept słyszę zewsząd nabrzmiały tęsknotą,

to echo miłosnych powieści.

EFEB-WOŹNICA

A kimże mąż ten w majestacie

siedzący na rydwanie?

HEROLD

To widać król, w królewskiej szacie,

a oczy jego — otchłanie.

Dobroć mu patrzy znaczna z lica

i szczodra jego jest prawica;

pod władzą jego mrą niesnaski,

szczęsny, kto w jego dworze stanie,

stokrotnie dozna, niespodzianie

jego królewskiej łaski.

EFEB-WOŹNICA

Niewiele —; rozważ dokładnie —

więcej powiedzieć wypadnie.

HEROLD

Jakżeż godności sprostać słowem!

zachwycam się tą pełnią lic,

wykwitającą pod turbanem,

spojrzeniem jasnym, wzięciem zdrowem

okryciem złotem bramowanem —

i cóż mam rzec — nie mówię nic —;

stworzon na władcę wielu sług.

EFEB-WOŹNICA

To Pluton114 — wszystkich bogactw bóg —!

Cesarskiej woli czyniąc zadość —

wnosi tu splendor swój i radość.

HEROLD

A kto ty jesteś — powożący?

EFEB-WOŹNICA

Ja? — sny rozchwiane wciąż łowiący,

jestem poezją, rozrzutnością,

poetą, co swój skarb najrzadszy

rozdaje wszystkim z miłością —

i przez to coraz jest bogatszy —!

Choć ci się złudą to wydaje:

ten się bogaci, kto rozdaje;

przetom bogatszy od Plutona

i od koronowanych głów,

mam to, czego im nie dostaje115,

bez czego próchnem jest korona —:

radość żywota, przepych snów.

HEROLD

Zakwitasz chełpliwością — płoniesz w każdym słowie,

okaż, czy dzieła twoje dorównają mowie!

EFEB-WOŹNICA

Ach, panie! — starczy jeden szczutek116

— spójrz jeno, jaki chyży skutek!

oto pawiment117 gra perłami —

słyszysz, jak dzwonią, brzęczą, dźwięczą?

z palców wokoło strzela

Tak oto sieję pierścionkami,

drogich kamieni migam tęczą —

— dorzucam płomyk — niech się pali —

pośród szmaragdów i opali.

HEROLD

Tłum cały zwija się i kręci —

jak to zmiarkował118, co się święci!

Ten się raduje — tamten śmieje

do skarbów, które młodzian sieje.

Jak w śnie, jak w śnie, w całej przestrzeni

kamieni skrzy się blask i mieni.

Lecz oto zawód nowy czeka!

— ktoś już miał w ręku pierścień — swój! —

a klejnot mu ucieka —

— schyla się — znika — próżno goni —

innemu z pereł — chrząszczy rój

stonoży się na dłoni —

— strąca je — zrzuca z rąk co ducha,

a one brzęczą koło ucha.

Inny skrył kolię do kabata —

patrzy — aż tu motylek wzlata —;

okpił ich wszystkich frant ladaco —

mamidłem119 się nie ubogacą!

EFEB-WOŹNICA

Na maskach, mniemam, znasz się, wodzireju,

lecz trudniej z łupki wyłuskiwać ziarno —

tu trzeba tęższej głowy, dobrodzieju —;

lecz po cóż tracić czas na żmudę marną —?

Do ciebie apeluję! — twa władza mnie chroni.

do Plutona

Kto mi oddał w włodarstwo moc i rączość koni?

czyż nie kieruję nimi wedle woli twojej?

dla kogoż pierś zakuwam w hart zwycięskiej zbroi?

dla kogóż walczę? kogóż to palmami zdobię?

laury zdobywam — komu? nie sobie, lecz tobie!

PLUTON

Żądasz — daję świadectwo — kto wola120, niech słucha:

tyś, synu, duchem jest z mojego ducha —

bogatszyś niżli ja — a już nad wszelkie mienie

tę przez ciebie zdobytą gałęź sobie cenię —;

żądałeś, synu, mówię —; gromada pojęła —

upodobałem sobie ciebie i twe dzieła.

EFEB-WOŹNICA

do tłumu

Patrzcie — o patrzcie — patrzcie w krąg,

jak płoną dary moich rąk —

płomyk unosi się nad głową —

raz tu — raz tam — znowuż na nowo

to wzlata — to się zaczyna —

— tam jeno mignie przed oczyma —

— rzadko się wzbija — rzadziej żywo

zakwita z nagła w nim paliwo —

najczęściej jego świetlna krasa

zaniża się — chłodnie — przygasa.

PLOTKARKA I

Spójrz no — widzisz obok pana

tego cudaka, szarlatana?

PLOTKARKA II

A za nim — jakaż kwaśna mina!

głodomór — okropna chudzina.

PLOTKARKA III

Jeszczem takiego nie widziała.

PLOTKARKA IV

Ani uszczypnąć — ni krzty ciała.

GŁODOMÓR

Precz! Precz! Nie stać mi na drodze —

wam, baby, nigdy nie dogodzę.

Niegdyś, gdy się kobiety warzeniem parały —

łakomcem mnie, z łacińska Avaritią, zwały.

Lecz wtedy — klnę się Bogiem — niezgorzej się działo;

dużo do dom wnoszono — wynoszono mało.

Dbałem o szafy pełne, o wypchane skrzynie —

— mówiono — przewrotności! — że niedobrze czynię.

Lecz rychło się zmieniło! — zaczęła się nędza —

wiecie odkąd? — odtąd, gdy baba nie oszczędza;

odkąd więcej pożądań ma niż złotych w kasie —

chłopu długi i weksle121 każda chwila niesie.

Ano — przed chudą nędzą baba czuje stracha —

jeść chce, ubrać się pragnie — dalejże do gacha122

ten płaci! — Obrzydło mi do jasnej cholery!

Wszak chłopem jestem! Wolę nazwę sknery.

HEROD-BABA

Z smokami idź się, smoku, kłócić.

Zgłodniałe myśli mu się troją.

Przyszedł nam mężów bałamucić —

i tak nam kością w gardle stoją.

KOBIETY

gwarnie; na raz

1. Patrzcie go — jak to szczęką klapie!

2. Która tam bliżej — wal po papie!

3. Głodomór! huzia — huź — do dziury.

4. Razem, na smoka! — to z tektury!!

HEROLD

Cicho! Do kroćset — Ćmo przebrzydła!...

Lecz niepotrzebny jestem zgoła.

Spójrzcie, jak smok podnosi skrzydła,

ślepiami toczy dookoła,

otrząsa się, chrzęści łuskami,

ogniami sieje, straszny, srogi —

krok stawia, pobłyskuje kłami —

rum123 sobie czyni — wszyscy w nogi —!

Pluton zstępuje z wozu.

Zstępuje — z królewską godnością!

skinął, zbliżają się smoki —

i skrzynię niosą z złotością

i ukłon oddają głęboki:

u nóg mu kładą tę skrzynię

w miraży cudacznej godzinie.

PLUTON

do Efeba-Woźnicy

Więc jesteś wolny! trud był nad twe siły;

oby się skrzydła twoje w jasny błękit wzbiły!

Nic tu po tobie! — Odejdź! — Duszne tu opary,

w których jak w mętnej wodzie roją się maszkary.

Tyś czysty — jasność wielka potrzebna twej duszy,

która jeno tym żyje, czym się w głębiach wzruszy.

Więc kędy piękno, dobro, kędy żywie ład —

leć! — tam, w samotność swoją, własny tworzyć świat!

EFEB-WOŹNICA

Więc idę — lotny poseł napowietrznej sfery —

w miłującej pamięci chowam cię i szczerej;

gdzie ty jesteś, jest pełnia, kędy ja, są żniwa —

błogosławiona droga wolna i szczęśliwa.

Przeto niejeden w sercu czuje niepokoje,

czy twoje obrać ścieżki ma, czy moje;

na twoich jest spoczynek, na moich ruch wieczny,

u mnie się ogniem spali, u ciebie bezpieczny.

Bądź zdrów! Czekają drogi na ziemi i niebie,

lecz zaszeptaj najciszej — powrócę do ciebie.

Odchodzi.

PLUTON

Więc oto nadszedł czas! otwieram skrzynie —

spójrzcie — tu do mnie! śpiżowe naczynie,

a w nim złota patoka124, żywe jak krew złoto,

pierścienie, kolie sławne cudowną robotą,

oto kolczyki, oto ogniwa łańcucha —

bezmiar złota wre, kipi, iskrzy się i bucha!

OKRZYKI TŁUMU

1. Spójrz, co za war i ściek —

złota po brzeg!

2. Złotych ogniw ciężkie wieńce —

dźwięczą, złocą się czerwieńce125.

3. Dukat w dukata pcha się, tłoczy —

blask roziskrzony rani oczy.

4. My zasłuchani — patrzym — niemi —

ile tu złota na tej ziemi!

5. Nuże! wraz! czasu nie tracić —

schylać się! — zgarniać! bogacić!

6. Uwijajmy się, a w pędzie!

Cała skrzynia nasza będzie.

HEROLD

Głupcy, łasi! Kąsek tłusty!

Wierzę! — Lecz to mięsopusty,

karnawałowy jeno żart;

myślicie: tu pieniędzmi sieją,

a oni tylko tak się śmieją —

dobry żart tynfa wart.

Oni się bawią tak feerią,

a wy to zaraz tak na serio

i głośno — byle robić szum!

Plutonie, masek bohaterze,

wodzirej radzi tobie szczerze:

wyrzuć do diaska swarny tłum!

PLUTON

Pożycz mi laski swej na chwilę

— najlepiej będzie tak —

Oto ją w wrzątek końcem chylę —

Uwaga! Daję znak!

Błyska i pryska — laska płonie

kto się przybliży, w własnym łonie

poczuje taki żar, zawoła —:

ratunku! — lecz nikt nie przybieży,

bo sam by spłonął w tej obierzy126;

baczność! żar płonie — dookoła!

KRZYKI I ZAMIESZANIE

1. Już po mas!

2. Chroń się, gdzie kto może!

3. Uchodź! Pawiment cały gorze!

4. Twarz płonie!

5. Kij przypieka!

6. Z daleka! Uciekać! Z daleka!

7. Nie robić ścisku! — Maski! — Gorze!

8. Rozstąp się, zgrajo przebrzydła!

9. Och, uciec! skrzydła mieć, skrzydła!!

PLUTON

A więc pierzchli w rozsypce — napad ich odparty;

kij płonący ich żwawo nauczył rozumu.

Krzywdy nikt z nich nie poniósł. Uprzedźmy złe żarty —

kręgiem się odgrodzimy niewidnym127 od tłumu.

HEROLD

Aleś im łupnia zadał! brawo!

Spójrz, jak cofają się z obawą!

PLUTON

O, cierpliwości, przyjacielu,

jeszcze tu z nich powróci wielu.

SKĄPIEC-MEFISTOFELES

Niechże się ja pogapię nieco,

wśród tej karnawałowej fety128;

widzę: zbliżają się i lecą —

gdzie ścisk, tam zawsze są kobiety.

Na wdzięk niewieści jestem łasy!

z tym ciężko! — coraz droższe czasy!

Lecz dziś pogrucham, potokuję —

dziś darmo, nic to nie kosztuje.

Za duży gwar, jak zawsze w tłumie;

jakże dam znać, że stoję, jestem?

Już wiem! — Oto się porozumiem

pantomimicznym, jurnym gestem;

wymowę nóg i rąk rozwinę

— lecz to za mało — trza z ostrożna —

ugniotę złoto tak jak glinę —

złoto we wszystko zmienić można.

HEROLD

Któż to tu włazi znów w paradę?

chce dowcipkować —; lica blade,

chudy okrutnie —; mięsi złoto,

jak ciasta w dzieży, albo błoto —

no cóż? — jest kupa — lecz bez kształtu;

teraz do niewiast się odwraca —

— cofają się — wołają gwałtu —

coś nieprzystojna jego praca;

już wstydem płoną — stają z dala,

a on się mocniej rozzuchwala;

podaj no laskę moją, panie —

kosterze129 sprawię tęgie lanie!

PLUTON

Ostaw kuglarza, niech błaznuje;

wszakże do czasu starczy przędza

i miejsca braknie — zgasną ruje;

prawo ma mniejszą moc niż nędza.

ZGIEŁK I ŚPIEW

Z dolin cienistych, z turni130 gór

kroczy zdziczałych ludów chór.

Jak prąd rwą ku wam, niewstrzymanie,

to Pan131 z orszakiem —

— Panie! Panie!!

Wasz orszak między nas się zmieści —

niesiecie z stron dalekich wieści.

PLUTON

Znam dobrze waszego Pana!

odwaga wasza mi znana;

rozumiem co nieco, po trosze —

niechże się szczęście wam darzy!

Chwila się dziwna przeważy —

krąg tajny otwieram — tu! — proszę!

ŚPIEW DZIKICH MĘŻÓW

Tłum dzikich mężów kroczy tu,

tłum szerokiego w piersiach tchu;

w podrzutach krzepkich, silnych nóg,

z gromkim okrzykiem: Pan, nasz bóg!

FAUNOWIE132

Gromada faunów idzie w tan,

na łbie kudłatym z dębu wian,

szpiczaste uszka, kręty włos,

zadarty nochal, gruby głos,

opasła gęba, czerstwość lic,

— cóż to kobietom szkodzi? — nic!

Faun prosi w tan kudłatą łapą,

a baba na to jak na lato.

SATYR

Satyr po perci133, stromej dróżce,

żwawo na koziej skacze nóżce;

spoziera z turni lodem szklanej

na kraj daleki, niepoznany.

Pijany dalą, tam na szczycie

w pogardzie dzieci ma, rodziny,

co wśród zatęchłej mrąc doliny —

myślą, że żyją! — takie życie!

Tak myśli satyr o szczyt wsparty —

przed nim bezmierny świat otwarty.

PODZIOMKI

Nowa drobi tu gromadka,

po jednemu z dala, z rzadka;

z mchu kubraczek, lampka w ręce

— ty się kręcisz — ja się kręcę —

każdy sobie

rzepkę skrobie,

wspak i w poprzek, wprost, na przełaj —

ty mnie nie kop, ty mnie nie łaj!

Błyszczy, skrzy się mały chór,

jak robaczki świętojańskie.

Nasze groty są tatrzańskie,

my doktorzy skał i gór:

z żył podziemnych ciągniem zyski;

czy daleki kto, czy bliski,

niech korzysta, niech się wzmoże,

więc: szczęść Boże! — więc: — daj Boże!

My kochamy wszystkich ludzi —

gnom się dla ogółu trudzi;

choć tam czasem jest nieładnie:

człek frymarczy134 złotem — kradnie;

żelazo mąż niespokojny

na sprzęt zmienia bratniej wojny —;

a no cóż robić — kto przekroczy

raz przykazanie, sto przekroczy!

Nie nasza wina; cisi, prości

czekamy, pełni cierpliwości.

OLBRZYMY

Gór karpackich depcąc zręby,

wyrośliśmy jak modrzewie

waligóry, wyrwidęby.

Twardzi w pięściach, straszni w gniewie.

Smrek135 strzelisty laską naszą,

głową dotykamy chmur,

matki dzieci nami straszą.

idziem — gwardia czarnych gór.

CHÓR RUSAŁEK

otaczają bożka Pana

Pochwalony niech będzie ukwiecony łan!

Pochwalony przyrody bóg, nasz wielki Pan!

Otoczmy go zwinnym kołem,

a weselnie, siostry, społem,

pląs zawiedźmy — tan!

Pełen ciszy i miłości,

pod sklepieniem wymodrzonem. —

kocha się nasz Pan w radości

i rytmicznym cieszy gonem.

Gdy zaszemrze pieśń strumieni

w przyczajonej, wonnej głuszy,

w czas południa krótkich cieni

gdy się listek nie poruszy —

na konicze skłania głowę

i zasypia w słodkiej woni;

nad nim niebo skwarem płowe,

pobok w trawie świerszcz zadzwoni —

A z nas każda tam, gdzie stała,

zasłuchana, cicha drzemie,

jak kolumna smukła, biała

wrosła w kwiaty, wrosła w ziemię.

Pan się budzi!! — Gromkim głosem

woła, jak błyskanie, burza!

Kierdel136 nimf z stąpaniem bosem

przed swym władcą się wynurza.

Pochwalony niech będzie ukwiecony łan!

Pochwalony przyrody bóg, nasz wielki Pan!

DEPUTACJA PODZIOMKÓW

przed Panem

Kędy cudownych skarbów złocą się otchłanie

które czarowna różdżka jeno odkryć zdoła —

tam my się wkopujemy tak jak krety, Panie,

abyś mógł siać skarbami rozrzutnie dokoła.

Co dopiero odkrylim nową żyłę złota —

bogactwo jej ogromne, cały świat zadziwi —

weź ją w opiekę swoją, to twoja robota,

Skarb taki w twojej ręce ludzi uszczęśliwi.

PLUTON

do wodzireja

Odwagi! Radzę ci, uzbrój się w męstwo —

idzie dziwna godzina, wielkie czarnoksięstwo!

Odwagi! Nie codziennie rzecz się taka zdarza

stanie się, czemu przyszłość sceptyczna zaprzeczy;

lecz ty, heroldzie, człekiem zdasz mi się do rzeczy —

patrz bystro, zakonotuj — wpisz do raptularza137.

HEROLD

chwyta za laskę, którą Pluton w ręku trzyma

Widzę —: karły wiodą Pana

do wyognionej studni,

co płomieniami zalana

żywymi iskrami się ludni,

że zda się ognistym słupem! —

— a oto z nagła opada,

by jamą grobową przed trupem

i językiem podziemi zagada.

Aż oto wznosi się znowu

jak nurek z morskiego połowu —

wyrzuca perły, korale

— a Pan się raduje zabawą.

Przystanął pewnie, zuchwale

w tym pereł rzęsistym deszczu,

ciekącym na lewo, na prawo —

Cierpię i cały-m jest w dreszczu,

bo oto Pan się pochyla

— cóż za ciekawość niezgadła —

zagląda — bada — ach! — chwila —

broda w przepaście zapadła! —

Czyjeż to lica znajome —

— ręka zakrywa — przypomnę —

— żar brodę zżera jak słomę —

Nieszczęście! Nieszczęście ogromne! —

bo oto studnia wyrzuca

snop iskier z groźnej gardzieli,

jakby spod spodu dął w płuca

sam diabeł! — O, święci anieli —

wieniec zapłonął i piersi,

głowa — w płomieniach stanęła —

— lecą z szeregu co pierwsi,

lecz już ich pożoga objęła!

Żar huczy i po nich się kładzie,

zapadły piersi i głowy

i tak jak stali w gromadzie

w stos się zwichrzyli ogniowy!

Słyszę, o słyszę już wieści —

z ust do ust szeptane słowa —

o, nocy straszna! boleści!

o, straszna nocy ogniowa!

Słyszę naszepty — rozumiem

te słowa zgubione w skrach, w tłumie.

Groza mnie zmaga, w pierś wali,

krzyżowym żegnam się znakiem —

to cesarz! — to cesarz się pali!

to cesarz się pali z orszakiem!!

Przeklęci, którzy go skłonili

do tej przeklętej gry.

Oto się razem z nim spowili

w żywicznych ogni skry!

Młodości! o nie umiesz ty

uciechom stawić granic!

Wielkości, pytam, czyż i ty

rozsądku nie masz za nic?

Girlandy płoną — nawała

ogniem się wichrzy dokoła

już się zajęła powała,

już zamek ratunku woła —

— dym się po salach ściele —

— trzask bierwion — ognia słup —

— jakoż tu pomóc — ratować?

— sama cesarskość w popiele!

Noc jedna zdoła pochować

wielkość i młodość w grób.

PLUTON

Dość już strachów! Zmóc138 trza trwogę

Oddajmy się magii duchom!

Uderz laską o podłogę,

aż pawiment zagrzmi głucho!

O, przestrzeni bezgraniczna,

powiej mroźnym chłodem nocy,

przybądź rzeszo duchów liczna

na mój głos — ku ich pomocy!

Chmury, mgły, opady, rosy,

brzemienne deszczem niebiosy,

wichry, siępy, niepogody —

lejcie strugi zimnej wody!

Niech w tej siępie139, plucie140, tuczy

dom się płaszczem wód obłóczy!

Gaście pożar — tłumcie ognie —

miłujące, wodniejące duchy chmur!

Niech się żar ku ziemi dognie —

duchy słot, jesiennych pór!

Przepadnij, ogniu — drżyj nocy!

Magio! — Bądź mi ku pomocy!