ZŁOŻENIE DO GROBU

Mefistofeles, Lemury, Roty niebieskie, Chór aniołów.

LEMUR

solo

Coś ten dom niedbale zbudowany,

leniwa snadź łopata.

LEMURY

chórem

Tobie, gościu, w szatce konopianej

wystarczy taka chata.

LEMUR

solo

Coś to tę komnatkę — marne sługi!

przyładzić579 nie umieli.

LEMURY

chórem

Robiłeś, braciszku, ciągłe długi —

masz wielu wierzycieli.

MEFISTOFELES

Leży ciało; gdy dusza umknąć się ośmieli,

pokażę jej cyrograf prędko — krwią pisany.

Niestety, tyle dzisiaj poznano forteli,

by diabłu duszę wyrwać! Świat jest strasznie szczwany!

Na stary sposób ani rusz — nie wolno!

Na nowy też nie dojdę do dobrych wyników;

Dawniej sam byłbym pracę wykonał mozolną,

lecz dzisiaj uciec muszę się do pomocników.

We wszystkim źle się wiedzie nam bezsprzecznie,

na nic prawa; obyczaj stary jest wspomnieniem,

więc też budować na nim nie można bezpiecznie.

Dawniej wylatywała z ostatnim westchnieniem

dusza — więc czatowałem — chytrze przyczajony —

łaps! — i już ją jak myszkę pochwyciłem w szpony.

Dziś inaczej! Broni się i w ponurym mroku

ohydnego mieszkania trwa, w kiepskim zewłoku,

aż rozkładem zwaśnione żywioły się skłócą

i duszę wreszcie na łeb, na szyję wyrzucą.

Tak mijają godziny i dni pośród biedy,

wciąż mnie dręczy pytanie: jak? i gdzie? i kiedy?

stara śmierć siły stradała rychliwe,

bo nawet czyli580? jest już dziś bardzo wątpliwe.

Ileż bo razy trupem wzrok mój się napawał;

gdzież tam! To złuda! Trup zadrżał i wstawał!

wykonuje fantastyczne, nietoperze gesty zaklinania

Do mnie! A prędko! Bierzcie za pas nogi:

do mnie kręcone, do mnie proste rogi!

Diabły wytrawne, piekła weterani,

piekielną paszczę przywleczcie z otchłani!

A ma dość paszczęk piekielny władyka,

którymi stany i godności łyka;

lecz, mniemam, trza na przyszłość postępować śmiele,

na cóż te segregacje, puste ceregiele!

Po lewej stronie rozdziawia się potworna piekielna paszcza.

Ostre kły sieką; z gardła wrzącej głębi,

płomień wybucha żagwią rozwścieczoną,

ukrop wrze krwawy, para w krąg się kłębi,

bramy piekielne wiecznym ogniem płoną.

Płomienny przypływ lawą skrzącą wzbiera,

przeklęci płyną z nadzieją w pożodze,

lecz straszna szczęka miażdży ich i ściera —

grzeszni od nowa cofają się w trwodze.

Po zakamarkach nowości bez lików,

straszne tortury w tej piekielnej kaźni!

Dobrze czynicie! siejcie strach w grzeszników,

co piekło zowią kłamstwem wyobraźni.

do diabłów tłuściochów z krótkimi, prostymi rogami

Baczność, brzuchacze! pomiocie łakomy!

nażarty siarką bańdzioch581 wasz się świeci;

kark wyprężajcie wilczy, nieruchomy,

czy się tu z nagła ogienek nie wznieci —:

a to duszyczka właśnie, psyche uskrzydlona!

wyrwijcie skrzydła, niech robakiem będzie!

Tedy mą cechą diablą naznaczona,

pojedzie w piekło w płomienistym pędzie.

Baczcie na odwłok, draby, z uwagą łakomą;

czy tam przebywa, akuratnie nie wiadomo.

Lecz pono w pępku, mówią, rada miewa łoże,

uwaga! bo wam tędy łacno umknąć może.

do diabłów chudeuszów z długimi, krętymi nogami

A wy, skrzydlate biesy, olbrzymi narodzie,

zapełnijcie powietrze, czekajcie w odwodzie!

Ostrzcie pazury kocie, czuwajcie na czacie,

gdy tylko zatrzepoce — cap! — i już ją macie.

Na pewno ją już mierzi mieszkanie ponure,

a zresztą geniusz zawsze pragnie wzlecieć w górę.

Gloria niebiańska rozświetla się od strony prawej.

ROTY582 NIEBIESKIE

Spłyńcie aniołowie,

niebańscy posłowie,

duchy bożej rodziny —

ukojenie nieście,

popioły wskrzeście,

odpuśćcie winy —

wszystkim w przelocie

siejcie łask krocie

wielkiej nowiny!

MEFISTOFELES

Nagłego światła obmierzłe wytryski!

Chór rzępolący ohydnie fałszuje;

to te chłopięco-dziewczyńskie popiski,

w których dewotów zgraja się lubuje.

Wy wiecie o tym, że w przeklętej chwili

sprzysięgliśmy się na zgubę ludzkości;

wszelkie paskudztwo, jakieśmy odkryli,

to właśnie pokarm waszej pobożności.

Idą świętoszki, litaniami dzwonią!

Niejedną duszę capli nam sprzed nosa;

dziś nas zwalczają naszą własną bronią;

zakapturzonych diabłów pełne są niebiosa.

Przegrać — wstyd wielki! Na wszelkie sposoby

baczcie, pilnujcie na czacie grobowej.

CHÓR ANIOŁÓW

sieją róże

Balsamy wonne,

róże obronne,

życiem darzące,

rozkwitające —

ziemię umajcie!

Skrzydłami liści,

czarem okiści583

w lot rozkwitajcie!

Wiosna wychynie z waszej zieleni,

pokój zmarłemu z waszej czerwieni.

MEFISTOFELES

do szatanów

Ejże! Strach podły diabli honor plami!

Stójcie! Niech sypią! — Stać mężnym szeregiem!

Anioły myślą, że tymi kwiatami

ognistych diabłów zasypią jak śniegiem;

w oddechu waszym skurczy się, stopnieje

zamieć kwiatowa — jeno dąć jak z miecha!

Już deszcz różany w gorącu bieleje!

Dość! Dość! Za mocno! — Marna z was pociecha!

Zawrzyjcie pyski! Za silne te żary!

Że też w niczym rachować nie umiecie miary!

Róże się rozżagwiły, w zmożonej czerwieni

krążą wkoło zawieją trujących płomieni.

Wytrwać! Dzierżcie się ostro! Kupą czyńcie wstręty! —

Cóż — siły gasną! — Tchórzą przerażeni! —

Na próżno! — Płoszy diabłów ten ogień przeklęty.

CHÓR ANIOŁÓW

Błogosławione kwiecie!

Płomienie radosne!

Miłość siejecie,

rozśmianą wiosnę —

w serca tęskniące.

Słowa prawdziwe

w modrościach jaśniejące!

Zastępy wieczyście szczęśliwe

wzlatują w słońce.

MEFISTOFELES

Wstyd! Wstyd! Przekleństwo, głupia zgrajo!

Na łbach rogatych diabły stają,

kozły machają — zestrachane! —

i rzycią584 mierzą w otchłań piekła!

Oby was smoła na wiór spiekła!

Ja przedsię tu zostanę!

walczy ze spadającymi różami

Precz błędniki ode mnie! — Choć bystro płoniecie —

cóż? — chwytam was, jak nawóz w ręku próchniejecie!

Precz! Przepadnij! Umykaj paskudny ogarku!

Dotknął mnie — jakby siarkę poczułem na karku.

CHÓR ANIOŁÓW

Co nie wasze — niechajcie —

na nic tu jasna władza,

z odwagą odrzucajcie,

co sercom waszym przeszkadza.

Lecz na głos możny, siły walne585 gromadźcie,

miłość i miłujących w niebo prowadźcie!

MEFISTOFELES

Płonie mi serce, wątroba i głowa

ponadszatańskim żywiołem!

Nad żary piekieł ta przemoc ogniowa

większa — i teraz dopiero pojąłem

owe męki kochanków, rąk załamywania,

gdy nawet wzgarda wymóc nie może rozstania.

Więc jestem zakochany?! — Czymże pociągacie

mnie — wy, z którymi żyję w odwiecznym rozbracie!

Zawsze patrzyłem na was zły, nieprzejednany,

a oto czuję w piersiach czar mocy nieznanej!

Rozkoszni, piękni, młodzi — trudno temu przeczyć —

chciałbym, coś mnie wstrzymuje, nie mogę złorzeczyć!

Któż dudkiem586 jutro będzie? — już sam z siebie szydzę,

jeśli ja wystrychnięty zostanę na dudka? —

Ta gromada chłopczyńska, której nienawidzę,

taka powabna strasznie, nadobna, milutka!

Dzieciaki lube! Radość we mnie wzbiera:

wszakże jesteście także z rodu Lucyfera?

Takie śliczne! Pozwólcie, że was pocałuję;

w samą porę przyszłyście; tak się swojsko czuję,

jakbym was znał od dawna — tak sobie lecicie,

a ja jak kot się prężę lubieżnie i skrycie;

coraz wabniejszym zdacie się olśnieniem,

o, zbliżcie się, uraczcie mnie jednym spojrzeniem!

ANIOŁOWIE

Już idziemy! — Dlaczego umyka twa postać?

Zbliżamy się — zaczekaj, jeśli zdolisz zostać.

Aniołowie zstępują, zajmują całą przestrzeń.

MEFISTOFELES

zepchnięty na proscenium

Potępionymi zwiecie nas duchami,

a wy jesteście, wy! czarownikami,

bo uwodzicie i baby, i chłopów.

Cóż za przygoda! Stoję wśród ukropów,

płomieniem bucha rozżarzone ciało!

Więc to jest miłość? — Cóż to się podziało?

Fruwacie wkoło, ziemią stopa wasza gardzi;

pragnę, by ruchy wasze były świeckie bardziej;

z powagą wam do twarzy, pięknie, ani słowa,

lecz uśmiechnięty buziak, ach! to rozkosz nowa!

Doprawdy, do cna spłonę w wieczystym zachwycie,

kiedy na mnie miłośnie, zalotnie spojrzycie,

tak jak to zakochani: buzia w ciup, a oczy

rzęsami przysłonięte niecą żar uroczy.

Twój, dryblasku kochany, powab mnie zwycięża,

jeno po co ten smutek? po co mina księża?

Okraś spojrzenie swoje szczyptą lubieżności!

A wy noście się śmiało! Za mało nagości!

ta koszula fałdzista zbyt dewocją trąci —

odwracają się! — Kształty okrągłe, prześliczne!

Uroki niezrównane! Aż się w głowie mąci!

Psiejuszki miłe! Strasznie apetyczne!

CHÓR ANIOŁÓW

Stań się światłością, płomieniu miłujący!

W prawdzie skąp potępionych uzdrawiającej.

Niech szczęście zło przemoże587! — Wami bezpieczny

duch odnajdzie zbawienie w wspólności wiecznej.

MEFISTOFELES

opamiętał się

Cóż to się ze mną dzieje?! — Jak Hiob588 pokryty

cały jestem wrzodami — i grozą przybity.

A jednak tryumfuję! — gdy myśl swą przemierzam,

sobie i pochodzeniu ufam i zawierzam;

o, zacna krwi diabelska, przecież jesteś górą!

Czarodziejstwa miłości wyłażą ci skórą!

Przeklęty płomień już się wypalił, nie piecze;

przeklinam w żywy kamień, w czambuł wam złorzeczę!

CHÓR ANIOŁÓW

Płomienie święte! Kogo wy otoczycie,

ten szczęsne z wybranymi poczyna życie.

Razem, razem się wznośmy w chwale, w podziwie!

W atmosferze przeczystej niechaj duch żywie!

W locie unoszą nieśmiertelność Fausta.

MEFISTOFELES

spoziera wkoło

Gdzież te młodziki? — Już w górze kołują!

Chytrzy! Podeszli mnie w chwili ospałej —

z łupem ku niebu prosto ulatują!

Szczwani! Tak długo koło grobu łasowali,

aż mi skarb wielki, jedyny, wspaniały,

aż mi tę duszę, zastaw mój, porwali!

Przed kimże się użalę w tej posępnej głuszy,

choć sobie słuszne prawo roszczę do tej duszy?

Tak mi zmydlono oczy — na me stare lata!

Bardzo szkaradnie los mną przeciwny pomiata!

Lecz zasłużyłem! Ostatni kiep ze mnie!

Tyle zachodu i wszystko daremnie!

Oto na dudka szczwany diabeł wystrychnięty,

przez żądze ordynarne miłostki namiętnej.

A jeśli dziś płochości szalonej, dziecinnej

zawdzięczam wielką klęskę w tej całej robocie —

to przyznać muszę szczerze, że sam jestem winny,

bo się oplątać dałem przy końcu głupocie.