ALTANA

Małgorzata, Faust, Marta, Mefistofeles. Małgorzata wpada do altany — skrywa się za drzwiami — palec na wargach, patrzy przez szczelinę.

MAŁGORZATA

Idzie!

FAUST

wchodzi

A tuś mi! szukam małej,

a ona tu!

Całuje ją.

MAŁGORZATA

obejmuje go — oddaje pocałunek

Kocham cię, drogi, z duszy całej!

Mefistofeles puka.

FAUST

zły

Kto tam?

MEFISTOFELES

Przyjaciel!

FAUST

Zwierzę!

MEFISTOFELES

Na nas czas!

MARTA

wchodzi

Już bardzo późno.

FAUST

Czy mogę odprowadzić was?

MAŁGORZATA

Nie, nie! Idź sam! Matka by zaraz do sumienia...

FAUST

Więc muszę iść już? — do widzenia!

MARTA

Adiu201!

MAŁGORZATA

Do zobaczenia!

Faust i Mefistofeles wychodzą.

MAŁGORZATA

Boże! Cóż on pomyśli o mnie,

drżę przed nim jak schwytany ptak

i odpowiadam nieprzytomnie,

na wszystko mówię: tak!

Jak dziecko stracham się i trwożę,

a on — cóż we mnie widzieć może?

Wychodzi.

JASKINIA W LESIE

Faust, Mefistofeles.

FAUST

sam

Dałeś mi wszystko, o, duchu potężny,

O co prosiłem. W tajemne ogniska

wzrok skierowałeś, wzrok mój niebosiężny,

I tam ujrzałem cud przyrody z bliska:

i panowanie dałeś mi nad światem,

poczucie siły, poczucie użycia,

iż mogłem stać się powiernikiem, bratem

i słyszeć bicie serca w piersi życia!

Szeregom przemian nakazałeś oto,

aby przed wzrokiem mym przeszły w pochodzie

i pozwoliłeś, bym ducha tęsknotą

poznał mych bliźnich w krzach202, ogniu i wodzie.

A jeśli burza uderzy szalona

o rozjęczoną czarną lasu ścianę,

jeśli grom runie w kłąb zbitego łona

i strzaska dębu gałęzie rozwiane,

a on w upadku niezbłagany, srogi,

obala w wichrów zaplątany chórze

drzewa bliźniacze w dno śmiertelnej trwogi,

i echo huku góra rzuci górze —

i idzie jęk ten, to burzy wołanie

przez ziemię całą, w wieczności otchłanie —

wtedy mnie wiedziesz w cichych jaskiń łono

i każesz spojrzeć w swoje własne lice

i własną duszę poznać nieskończoną,

jej ból i radość — sny i tajemnice.

Wtedy przed okiem moim księżyc wstaje,

ziemię okrywa kojącą poświatą

i ożywają przeszłości rozstaje,

drzwi otwierają się ku wszystkim światom,

mrok ócz umarłych kirem nie zasłania

w wielkiej godzinie myśli i poznania.

A jednak baśnią ludzka doskonałość,

widzę to jasno w tej chwili upojnej,

gdyś mi dał boskie dojrzenie203 i źrałość204

i wraz205 pchnął w lęku odmęt niespokojny.

Za towarzysza i za powiernika

wieczną ironię mam, wyrzut sumienia,

co zimnym wzrokiem czyny me przenika

i twe owoce w szary popiół zmienia.

On to czarami z pamięci wyłania

postać barwioną marzeniami skrycie.

Tak żyję w kręgu wiecznego wahania:

żądza mnie spala i kusi użycie.

MEFISTOFELES

wchodzi

No — może dość już ukrywania;

przez jakiś okres można — owszem,

lecz dłużej życie samo wzbrania

i każe tęsknić za czymś nowszem!

FAUST

Czyż nic lepszego nie masz do roboty,

jak206 dręczyć mnie codziennie?

MEFISTOFELES

Przeszkadzać nie mam ci ochoty,

zwłaszcza żeś ciągle zły niezmiennie.

Miły towarzysz z ciebie! — Bracie!

wciąż strzec się trzeba — stać na czacie,

co cię umęczy, co zamroczy —

jak pies trza patrzeć w pańskie oczy.

FAUST

Oto właściwy tenor207 mowy!

Mamże dziękować za udręki?

MEFISTOFELES

Cóż byś ty, synu mój globowy208,

bez mej pomocnej czynił ręki?

Jakżebyś żyć potrafił?! Z mrzonek

imaginacji wybuchowej

zleczyłem cię w ów piękny dzionek,

w który, sam sobie będąc katem,

chciałeś się żegnać już ze światem;

a waść się teraz w norze chowa

jak gacek209, lelek210 albo sowa;

mchem i pleśniami karmisz ducha

jak gad obmierzły lub ropucha:

ach, pozazdrościć cnej osobie,

wciąż doktor pokutuje w tobie.

FAUST

Gdybyś zrozumiał, jakie życia siły

na tej pustelni we mnie się zrodziły,

gdybyś mógł pojąć! — gniew by diablej mości

imał211 się srogi — gniew pełen zazdrości.

MEFISTOFELES

O, wielkie szczęście — nadświatowe!

na rośnej nocy złożyć głowę,

ziemię i niebo wziąć w ramiona

i u bożego spocząć łona;

miąższ ziemi przeczuć nieświadomie,

dni genezyjskie w ich ogromie;

użyć w poczuciu sił, w ich dumie —

lecz co? sam dobrze nie rozumiem;

to znów miłosnym rozemdleniem

rozpłynąć się w wszechświecie cieniem,

znika syn ziemi w snów rozmachu,

a potem — intuicji gmachu

gest niechlujny

jak, już nie powiem, zamknąć drzwi!

FAUST

Precz, obrzydliwcze!

MEFISTOFELES

A — nie dogadza ci?

W tym rzecz!

O tak! z słusznością mówisz: „precz”!

Często cnotliwe uszka parzy,

o czym cnotliwe serce — marzy!

Sądzisz, że zazdrość widzisz we mnie?!

Okłamuj siebie — to przyjemnie!

O — kłam przed sobą — kłam nadzieje!!

Zresztą — nie wytrwasz tutaj długo,

już się stanowczość twoja chwieje,

trwogi i strachu nędzny sługo!

Lecz dosyć! — Luba twa panienka

samotnie, tęsknie spędza czas

i wypatruje u okienka,

czyli nie zoczy212 nas.

Najpierw twa miłość tak wezbrała

jak wiosną zalew rzek,

gdy lubą siła fal porwała,

strumyczek zmalał — suchy brzeg.

Zamiast królować tutaj w lesie,

raczej — ukoić tęskny żar! —

niech wielki pan w jej domek wniesie

miłosny, wdzięczny dar.

Biedactwo małe liczy chmury —

jedna za drugą w dale mknie,

tam poza smutne. miejskie mury...

samotne noce, puste dnie —

i jeno213 śpiew ten: „gdyby ptaszkiem,

skrzydlatym ptaszkiem chwilę być”

snuje się pod gontowym daszkiem,

by się z powrotem w sercu skryć!

Dzień jeden — w nagłym zweseleniu!

Dzień drugi — deszczem łez owiany!

Dzień trzeci — w głuchym drżeniu!

A każdy tobą rozkochany!

FAUST

Żmijo podstępna!

MEFISTOFELES

Już w potrzasku!

FAUST

Przeklęty! mowa twa zbyt śmiała!

Jej imię czyste, białe!

Nie rzucaj na łup żądz jej ciała

przed zmysły oszalałe.

MEFISTOFELES

Nic nie rozumiem! Do tej chwili

ona jest pewna, żeś ją rzucił,

sądzę, że zbytnio się nie myli:

nie wierzę, abyś wrócił.

FAUST

Z nią jestem myślą rozkochaną,

bez niej mi ziemia pusta,

zazdroszczę Chrystusowym ranom,

które całują jej usta!

MEFISTOFELES

Zazdrość mnie gryzła w swoim czasie

— tak mówiąc między nami —

o parę jagniąt, co się pasie

pod wonnych róż pąkami.

FAUST

Rajfurze214!

MEFISTOFELES

Wyzywasz! ja się śmieję!

Bóg, tworząc płci osobność,

musiał im także dać nadzieję —

więc stworzył i — sposobność!

A teraz chodźmy! bądź radosny —

wesoły wzrok i głos!

masz do komnatki iść miłosnej,

a przecież nie na stos!

FAUST

W słodkich ramionach radość wieczna,

jej pierś ogrzeje mnie słoneczna!

Niedole jej i dolę znam:

jestem wędrowcem i banitą,

co w parną noc niesamowitą

u zatrzaśniętych stoi bram.

Jak strumień burzą rozszalały

rwałem przez góry, bory, skały

w przepaści straszne dno;

ona w ufności bożej stała

na wonnej hali cicha, biała,

niebieskie za nią tło.

Mały jej świat w tych ścianach chaty,

lecz jakże wdziękiem przebogaty,

a ja skradałem się jak wróg.

Sam nad otchłanią czarną wiszę,

zabrałem spokój jej i ciszę,

przeto mną wzgardził Bóg.

Piekło — już znam do ciebie drogę!

Szatanie — skróć mój czas i trwogę!

Co stać się ma, niech zaraz stanie się!

Biorę na siebie los bezwiednej,

niechaj w przepaści legniem jednej:

los jeden jej i mnie!!

MEFISTOFELES

O, jakże wrze i kipi wrzątek!

Do niej! — by prędzej smutek szczezł215!

Tam, gdzie dopiero jest początek,

rozumek ludzki mówi: kres!

Odważni żyją! Życie z nami!

Wszakżeś co nieco przediablony,

a nic głupszego na tej ziemi

jak diabeł zrozpaczony!