Pieśń II

Ruszył więc mądry Myś, zwracając swe kroki ku górom,

Przez piaszczystą pustynię, a gdy ją przebył nareszcie,

Doszedł do kniei niewielkiej, gdzie Reineke zwykł był polować;

Ale niedźwiedź szedł dalej do zamku, kędy za mury

Lis się chronił zazwyczaj, gdy zwąchał, że krucha z nim sprawa.

Wrota były zamknięte: więc Myś przystanął, podumał

I zawołał po chwili: — Hej, kmotrze29! czyście u siebie?

Niedźwiedź-Myś do was przybył, w poselstwie ważnym od króla.

Macie stanąć przed sądem i z czynów swoich zdać sprawę;

W razie przeciwnym król przysiągł, że śmiercią was skarze haniebną.

Pójdźcie ze mną, kolego, bo opór na złe wam wyjdzie.

Reineke, słysząc te słowa, pomyślał: gdyby to można

Skarać tego niezdarę za dumne jego wyrazy!

Lękał się tylko, czy poseł nie przywiódł zbrojnych ze sobą;

Ale gdy się zepewnił30, że niedźwiedź jest sam, bez orszaku,

Wyszedł z miną układną i rzekł: — Wujaszku najdroższy,

Raczcie darować mi zwłokę, bom zmawiał modlitwy wieczorne.

Zawsze rad was oglądam, więc dzięki wam, żeście przybyli.

Ale co to, u Boga! spotnieliście, wuju kochany,

I dyszycie okrutnie. Potrzebaż było królowi

Męża tak poważnego wyprawiać w poselstwo tak znojne?

No, co prawda, jak dla mnie wypadło to arcyszczęśliwie,

Gdyż będziecie mi mogli dopomóc u dworu, gdzie potwarz

Sławę mą szarpie straszliwie. Ruszymy tam jutro pospołu;

Dziś, Bóg widzi, nie mogę, bo zjadłem trochę za wiele

Strawy niezbyt przyjemnej i czuję gwałtowne boleści.

— Cóż to było, mój kmotrze? zapyta niedźwiedź. — A na to

Lis mu rzecze: — Doprawdy, nie warto powtarzać, wujaszku,

Człek31 tu żyje mizernie i jeśli czasami nie znajdzie

Lepszej strawy, to musi poprzestać na plastrach miodowych,

Których nie brak mu nigdy, lecz z biedy je tylko połyka.

— Co ja słyszę? zawołał Myś-niedźwiedź. A więc wy gardzicie

Darem bożym, dla innych ponętnym? Kmotrze mój miły,

Dla mnie nie masz jak miód! Starajcie się, abym go dostał,

A odsłużę się wam czym innym. — Chyba to żarty,

Rzecze Reineke lis. — Nie, jakom żyw, zaklął się Bury,

Mówię szczerze, co myślę. — Ha, kiedy tak, to wam służę,

Odparł Rudy. W sąsiedztwie tu mieszka chłop, co ma barcie,

A w nich miodu tak dużo, że pewnieście nigdy na kupie

Nie widzieli go tyle. — Złakomił się Myś na te gody32.

— Idźmy! woła. — Najchętniej, odpowie gospodarz, a ręczę,

Że wam nie zbraknie łakoci. Choć dziś nie czuję się dobrze,

Sił mi doda gorąca życzliwość dla was, wujaszku;

Bo ze wszystkich mych krewnych najwięcej was kocham i cenię.

Pójdźmy! Aleć33 wy za to, gdy roki34 zostaną zwołane,

Brońcie mnie wpływem swym od złości mych nieprzyjaciół.

Syci dziś odejdziecie, zabrawszy co tylko się zmieści,

Za to ręczę. (Frant myślał o razach chłopstwa wściekłego).

Reineke przodem pośpieszył, a Myś na oślep szedł za nim.

Jeśli się uda, pomruczał gospodarz, to piwa gorzkiego,

Zamiast miodu, ci tu nawarzę, marny pyszałku.

Późnym wieczorem stanęli przed chatą chłopa owego,

Który był cieślą. W podwórzu leżała kłoda dębowa,

Dwoma tęgimi klinami na poły już wzdłuż rozłupana.

Reineke powiódł tam Mysia i szepnął: — Wujaszku kochany,

Tu, w tej dziupli, znajdziecie obfitość miodu ogromną.

Wsuńcie głowę głęboko; lecz radzę wam, bądźcie ostrożni,

By nie schwycić od razu za wiele. — Czyżem35 ja żarłok?

Odparł niedźwiedź z urazą. Zbawienna we wszystkim jest miara.

I skuszony łakomstwem, wpakował łeb aż po uszy

W kłody szeroką szczelinę, i przednie też wsunął w nią łapy.

Lis tymczasem zębami wyciągnął kliny i Mysia

Kleszcze schwyciły. Zaryczał z boleści zwierz uwięziony,

Targa głową na próżno i wierzga tylnymi łapami;

Aż na straszny ten hałas obudził się cieśla i wybiegł,

Uzbrojony toporem od wszelkiej napaści przygodnej.

Bury w mękach piekielnych się wije i kręci na próżno;

Kłoda tak silnie go ściska, że ujść już nie ma nadziei;

Reineke myślał to samo; więc rzekł szyderczo: Wujaszku!

Jakże miodek? wszak słodki? Nie jedzcie tylko za wiele.

Oto cieśla nadchodzi, by smaczną i sutą biesiadę

Czymciś36 pieprznym zakropić. Niech wam to posłuży na zdrowie!

I rzuciwszy te słowa, zawrócił do zamku swojego.

Chłop tymczasem, zoczywszy37, jak Bury miota się w matni,

Zwołał sąsiadów, co jeszcze się piwem raczyli w oberży.

— Pójdźcie! wołał, na moim podwórzu niedźwiedź się złapał!

Więc się każdy uzbroił, jak mógł: ten chwyta za widły,

Ów za grabie, a trzeci i czwarty za kół38 lub za cepy.

Wybiegł nawet i proboszcz, wybiegła i jego kucharka,

Z rożnem w ręku, by nim zgarbować skórę więźniowi.

Słysząc hałas rosnący, Myś szarpnął łbem rozpaczliwie

I wydobył go z kleszczy, z odartą skórą po uszy;

Lecz nic na tym nie zyskał, bo łapy zostały w szczecinie,

A gdy wyrwał gwałtownie i te, postradał39 pazury,

Razem z szerścią40. Zaiste, nie była to słodycz miodowa.

Krew mu ciekła po głowie i nogach. Ani stać nie mógł,

Ani łazić; a tu zbiegało się chłopstwo zawzięte,

By uśmiercić biednego. Ten z dala drągiem go grzmotnął,

Drugi dzidą go dżgnął41, a trzeci połechtał widłami.

Za kucharką proboszcza wyległy i inne niewiasty,

Dybiąc wraz z mężczyznami na życie Mysia rannego.

W końcu po łbie go kropnął potężną pałą brat cieśli,

Aż zatoczył się Bury; lecz wściekłość dodała mu siły:

Skoczył pomiędzy niewiasty i kilka z nich wtrącił do rzeki,

Która nurt swój głęboki toczyła tuż przy chałupie.

Krzyk się rozległ; rzucono niedźwiedzia, na poły martwego,

By ratować tonące, a Myś tymczasem cichutko

Podpełzł chyłkiem do wody. Już wolał utopić się raczej,

Niźli zginąć haniebnie pod chłopów pijanych razami.

Pływać umiał nietęgo, lecz jakoś prąd go unosił.

Chłopi, zoczywszy42 go w rzece, sarkali, że zdobycz im uszła

Z winy bab, co to zawsze nie w porę wtrącić się muszą

W sprawy wszelakie — a potem, gdy w kłodzie owej znaleźli

Szczątki skóry niedźwiedzia, naśmieli43 się z niego do syta.

Bury, płynąc, przeklinał i chłopów, i lisa niecnotę.

Ból doskwierał mu straszny, lecz woda rany obmyła,

Ulgę niosąc biednemu. Opodal od miejsca przygody

Wylazł na ląd mozolnie i w gęstym skrył się sitowiu,

Rozmyślając o zdradzie nikczemnej lisa-krewniaka,

Co go w sidła wprowadził, i knując zemstę na niego.

Ale Reineke-lis, wywiódłszy w pole wujaszka,

Pobiegł wesoło na żer, w wiadomą sobie zagrodę,

Schwycił kurę i schrupał, a potem napił się wody

I wracając porzeczem, rozmyślał: Jakżem ja kontent44,

Żem bałwana się tego na wieki pozbył fortelem!

Chłop na dobre go musiał uraczyć toporem po karku.

Bury, chociem go zwał wujaszkiem, był zawsze mym wrogiem,

Stając mi zdradą u dworu. No, teraz oddycham swobodniej!

Gdy tak, włócząc się, duma, posłyszał głuche mruczenie,

Zoczył45 niedźwiedzia w sitowiu i rzekł do siebie z niechęcią:

Stchórzył podłe chłopisko, nie umiał z gratki korzystać,

Chociaż niezwykły mu łup bez trudu wpadał sam w ręce.

Lecz spojrzawszy na Mysia, gdy dostrzegł, w jak smutnym jest stanie:

— Wujaszeczku! zawołał, nareszcie was tu odnajduję!

Czyście nie zapomnieli u chłopa bartnika odzieży?

Gotówem46 donieść mu zaraz o miejscu waszego pobytu.

Jakże miód wam smakował i czyście nie zjedli za wiele?

Ale przebóg, co widzę! w jak dziwnym was stroju spotykam!

Co to znaczy, wujaszku, ten kołpak czerwony na głowie?

Ta łysina na czubie, jak gdyby ją balwierz wygolił?

Straciliście czuprynę i nawet skórę z policzków;

Rękawiczek wam także zabrakło. Czy to zapłata

Za gościnę u cieśli? — Tak szydził lis bez litości.

Bury słuchał, lecz z bólu wymówić nie mógł ni słowa,

Dysząc niemą wściekłością; więc by uniknąć urągań,

Wlazł na powrót do wody i prąd go uniósł niebawem

Ku brzegowi drugiemu. Tam legł na piasku schorzały47

I złorzeczył losowi, i pragnął umrzeć co prędzej.

Jakże dowlec się mi, pomyślał, do kresu podróży

I jak w takim się stanie haniebnym pokazać u dworu?

Jeśli życie zachowam, to biada tobie, ty łotrze!...

Porwał się potem na nogi i mimo boleści straszliwych,

Przez dni cztery i nocy zaczołgał się wreszcie do domu.

Gdy król ujrzał niedźwiedzia, zawołał: — Co się to stało?

Kto śmiał posła mojego znieważyć? — Na to Myś rzecze:

— Wiedz, dostojny monarcho, że sprawa to Reineke-lisa.

Ale król mu odpowie: — Pomszczoną będzie twa krzywda!

Jakom żyw, nie daruję złoczyńcy takiej czelności.

Miecza nosić ten niewart, kto puszcza płazem bezprawie.

I powołał znów król na wiece panów korony.

Wszyscy zgodnie radzili zawezwać lisa powtórnie,

By się stawił przed sądem, i zaraz wyprawić do niego

Kotka-Milusia w poselstwie, boć rycerz to zręczny i zwinny.

Król do zdania się starszych przyłączył i rzekł do Milusia:

— Uczyń, jak uchwalono, a jeśli się zbrodzień nie stawi,

To niech z całym swym rodem na wieki klątwie podpadnie.

Ostrzeż go o tym poufnie i niech się z tobą wybierze;

Innych radą on gardzi, lecz twojej, że mądra, usłucha.

Ale Miluś mu na to: — Nie do mnie należy roztrząsać,

Co jest dobre lub złe, gdy rozkaz wydaje monarcha;

Jednak śmiem zauważyć, że lepiej by wysłać innego,

Bom ja drobny i wątły. Wszak niedźwiedź taki personat48,

A nie zdołał zmóc49 lisa; cóż ja biedaczek poradzę?

— Nie przekonasz mnie wasze50, odpowie król. Toć wiadomo,

Że i w drobnym się ciele potężny duch nieraz kryje.

Prawda, iżeś nie olbrzym, lecz jesteś układny i sprytny.

Zrób, com kazał. — Więc Miluś głęboko królowi się skłonił.

— Woli twojej ulegam, zawołał, i jeśli przy wyjściu

Dobra wróżba mię51 spotka na prawo od drogi, to tuszę,

Że się podróż powiedzie i że powrócę z niej cały.