Pieśń VI

I tak Reineke znów powrócił do łaski królewskiej.

Więc kazawszy dworzanom na trawie zasiąść szeregiem,

Lew ze szczytu pagórka te słowa rzekł do zebranych:

— Posłuchajcie mię99 bacznie, wy ptaki, i wy czworonogi,

Biedni i możni, dostojni i mali wasale korony!

Reineke wielkie usługi wyświadczył domowi mojemu;

I królowa też jejmość prosiła za nim; więc odtąd

Wszyscy szanować go macie, i żonę jego, i dzieci.

Co uczynił w przeszłości, to puszczam w niepamięć na zawsze,

Bo przyrzeka poprawę i jutro właśnie zamierza

Chwycić kosztur100 pątniczy i ruszyć w pielgrzymkę pobożną.

Na to kot się oburknie do Mysia i wilka-Srogsza:

— Wszystko teraz stracone! Bodajbym już stąd był daleko!

Jeśli Reineke lis odzyskał względy monarchy,

To potrafi nam trzem gorącą łaźnię zgotować.

Jedno już oko straciłem, a nie chciałbym stracić drugiego.

— Trudno, odmruknie mu Myś, przegraliśmy sprawę, mój kumie. —

Ale Srogosz poradził, by udać się prosto do króla.

Więc stanąwszy przed lwem, niebacznie sarkać poczęli

I oskarżać Rudego. Aż król ofuknie ich z gniewem:

— Toć słyszeliście przecie, żem łaskę mu swoją przywrócił!

Wyrzekłszy te słowa, rozkazał związać opornych,

Pamiętając, co lis o zdradzie ich mówił rzekomej.

Zatem od tej się chwili na opak rzeczy zwróciły:

Reineke wyszedł z tryumfem, bo wrogów swych w matnię wprowadził,

A co gorsza, wyjednał u króla dekret sądowy,

By potężny szmat skóry Mysiowi zdarto ze grzbietu

I tak samo wilkowi, na torbę dla lisa-pielgrzyma.

Zaraz tedy nazajutrz od rana żegnać się począł

Z królem i jego małżonką, obficie łzy roniąc udane.

Król całemu dworowi rozkazał pątnika ze sumptem101

Podprowadzić na drogę; a Myś i Srogosz tymczasem,

Skaleczeni haniebnie, gdzieś w lochu jęczeli z boleści.

Kota tylko nie stało, choć Reineke pragnął gorąco

Zemstę wywrzeć i na nim, zalawszy mu sadła za skórę.

Na rozstaniu raz jeszcze odezwał się chytrze do króla:

— Bacz, monarcho łaskawy, by zdrajcy nie uszli z więzienia!

Tu o życie twe idzie, pamiętać nam o tym należy.

Więc z koszturem i torbą, uszytą ze skóry swych wrogów,

Ruszył w podróż obłudnik, postawę przybrawszy świętoszka,

A lew zasię102, wraz z dworem, powrócił do swego pałacu.

Dwóch jedynie przedniejszych wasali zostało przy lisie:

Zacny zając-Dobrutko i baran Kłęboróg pobożny,

Bo ich Reineke umiał podstępną usidlać wymową.

— Przykro mi rozstać się z wami, kuzynie, rzekł do zająca,

Z tobą i z zacnym baranem, i gdybyście ze mną zechcieli

Choć maleńki kęs drogi podążyć ku mojej siedzibie,

Wielką miałbym, zaprawdę, przyjemność w wędrówce z mężami,

Których wielbi świat cały. Jesteście takimi zupełnie,

Jakim ja odtąd być pragnę, bo skromni, pobożni i cisi;

Żywność waszą stanowi nie mięso, lecz trawa przydrożna

I umiecie, jak ja, przestawać na małym, gdy trzeba.

Tak pochlebstwem potrafił ich podbić i ująć do tyla103,

Że obydwaj z nim zaszli pospołu do jego warowni.

Wtedy lis do barana uprzejmie w te słowa przemówił:

— Poczekajcie tu, kumie, i raczcie104 się zioły105 smacznymi,

My tymczasem z Dobrutką pójdziemy do mojej kobiety,

By niebogę pocieszyć, bo srodze być musi strapiona,

A gdy dowie się jeszcze, że ruszam w pielgrzymkę daleką,

Biedna zachorzeć gotowa. — Tak lis tumanił swych gości

T wprowadził zająca do zamku. Lisica leżała

Smutno obok swych dzieci, zmożona troską o męża;

Ale gdy go ujrzała z koszturem pątniczym i torbą

Jęła pytać ciekawie o wszystko, co się z nim działo. ;

— Wiedz, odpowie jej lis, że byłem już na śmierć skazany,

Lecz przywrócił mię król do łaski i skarcił mych wrogów,

Mysia i wilka-Srogosza: ta torba z ich skóry uszyta.

Dalej oddał mi król na pomstę zająca Dobrutkę,

Który zdradził mię106 pierwszy i przez to na karę zasłużył.

Zając z trwogą niemałą usłyszał te groźne wyrazy

I drapaka chciał dać, lękając się słusznie o życie;

Lecz morderca go dognał przy wrotach i za kark pochwycił.

Biedak wrzasnął raz jeszcze: „Ratujcie, baranie! na pomoc!”

Ale ucichł niebawem, gdy Reineke gardło mu przegryzł.

— Pójdźże, lis rzeknie do żony, spożyjmy tłustego szaraka;

Po raz pierwszy on może choć na coś się przyda na świecie.

I poczęli się raczyć oboje ze swymi lisięty107,

Sławiąc łaskę królewską przy sutej i smacznej biesiadzie.

— Jedzmy, odezwie się lis, tą razą108 nie zbraknie nam strawy.

Tak niech zginą ci wszyscy, co targnąć się na mnie pokuszą!

— Rada109 bym teraz zapytać, po uczcie napomknie lisica,

Jakim cudem od śmierci wykręcić się tobie udało?

— Długo o tym powiadać, odrzecze lis, jakem zręcznie

Króla omotać potrafił i łaskę pozyskać królowej.

Zresztą trudno zaprzeczyć, że przyjaźń ta wisi na włosku,

Bo gdy prawdy się dowie, zapłonie gniewem straszliwym

I już na nic się wtedy nie zdadzą najmędrsze wybiegi,

Wisieć mi przyjdzie niebawem. Więc słuchaj: ratować się trzeba.

Uciekajmy co prędzej do Szwabów żyznej krainy.

Tam dostatek jest wielki i w bród pokarmu wszelkiego:

Kaczek, gęsi i kur, zajęcy, królików i ptactwa,

A dla dzieci rodzynek i fig, daktylów110 i cukru;

Ludzie pieką tam chleb wyborny, na jajach i maśle;

Woda czysta jak łza, powietrze łagodne i miłe;

Ryb nie zbraknie w jeziorach, gdy pościć111 nam przyjdzie ochota;

Słowem ziemski to raj. A wyznać też muszę otwarcie,

Żem mocarza naszego obełgał haniebnie, jak żaka;

Pod przysięgą przyrzekłem, że ruszę w pielgrzymkę za morze;

Nagadałem mu cuda o skarbie ukrytym w Kotłusze;

Niechże głupiec tam kopie, nie znajdzie szeląga marnego.

Ale gdy się przekona o kłamstwach moich, ha, wtedy

Biada mi, jeśli mię schwyci. Oj nie chciałbym znaleźć się znowu

W tak straszliwych opałach: najlepiej nogi wziąć za pas.

— Rozważ, mężu i panie, ze smutkiem odpowie mu liszka112,

Że najlepiej każdemu u siebie; po co więc szukać

Guza gdzieś na obczyźnie? Niemądrze zaprawdę ten czyni,

Kto porzuca rzecz pewną, by gonić za marą ułudną.

Wszak żyjemy tu wszyscy bezpiecznie; twierdza jest silna

I niełatwo by przyszło królowi zdobyć jej wały.

Zresztą mamy tu przecie przesmyków podziemnych bez liku,

Więc i uciec możemy, gdy innej nie będzie już rady.

Ale to mnie najwięcej zasmuca, żeś przysiągł niebacznie

Odbyć pielgrzymkę za morze. Cóż wtedy z nami się stanie?

— Ha, odrzeknie jej lis, jeżelić113 tak bardzo się trwożysz,

Miła ty moja niewiasto, to wolę już zostać tu przy was.

Wymuszona przysięga nikogo bo114 przecie nie wiąże.

Zbyt potężny jest król, bym siłę odeprzeć mógł siłą;

Lecz jeżeli mnie zechce zaczepić, to rychło na uszy

Czapkę z dzwonkami mu wsunę i kurtę błazeńską mu skroję.

Niecierpliwie tymczasem Kłęboróg wołał przed bramą:

— Hejże, kumie zajęcze115! wychodźcie! wracać nam pora!

Reineke, słysząc te słowa, odpowie mu chytrze: — Łaskawco,

Chciejcie wybaczyć Dobrutce. On z ciotką tam się zabawia,

Miłą prowadząc rozmowę. Podejdźcie naprzód powoli,

A dopędzi was wkrótce, gdy puści go moja kobieta.

— Jednak słyszałem niedawno, jak krzyczał: ratunku! na pomoc!

Pyta baran; czy czasem biednemu się krzywda nie stała?

— Gdzie tam, rzecze lis na to. Gdym wspomniał o swojej pielgrzymce,

Tkliwa moja niewiasta dostała spazmów ze strachu.

Widząc to, zacny Dobrutko o pomoc głośno jął wołać,

Lecz zapewnić was mogę, że jemu i włos nie spadł z głowy.

Oto lepiej słuchajcie: polecił mi król na wychodnym116,

Abym w kilku mu pismach o ważnych sprawach korony

Myśli swoje objawił. Te pisma mam już gotowe;

Chciejcie zabrać je z sobą i wręczyć monarsze samemu.

— Owszem, odpowie mu baran, lecz nie mam kieszonki podróżnej,

Więc niechcący bym mógł pokruszyć pieczęcie na listach.

— Łatwo temu zaradzić, podchwyci Reineke zdradnie,

Toć ja pyszną mam torbę, ze skóry niedźwiedzia i wilka;

Niechże służy waszmości, a król was osobno nagrodzi.

I pośpieszył do zamku, i włożył cichaczem do torby

Łeb biednego Dobrutki, i wyniósł ją szczelnie zamkniętą.

Oto moje papiery, zawołał, radzę wam tylko

Nie zaglądać do środka, bom węzły misternie zadzierzgnął

I ucieszy się król, gdy torbę nietkniętą odbierze.

Nawet więcej wam powiem; by zyskać u dworu znaczenie,

Napomknijcie, że sami w tych pismach byliście mi radą,

Żeście w nich pomagali, to zjedna wam względy u króla.

Więc rozpromienił się baran i skakać aż począł z radości.

— Drogi kumie mój, prawi, niech Bóg wam tę łaskę nagrodzi!

Wobec dworu i wszystkich wasali urośnie mi chluba

Z pism tak mądrze skreślonych, a wam zawdzięczać to będę.

I pożegnał się z lisem i śpiesznie z powrotem podążył.

Gdy już stanął u dworu, ciekawie król go zapyta:

— Gdzież jest Reineke-lis? bo widzę, że masz jego torbę.

— Najłaskawszy monarcho, Kłęboróg mu na to odpowie,

Lis mię prosił, bym zabrał papiery w tej torbie schowane.

To co w niej się zawiera, jest dziełem wspólnym nas obu;

Jam to jemu doradził, jak słusznie pochwalić się mogę.

Więc król bobra zawezwał i listy odczytać mu kazał,

(Był to pisarz nadworny, co wiele posiadał języków);

Ten, gdy z kota pomocą rozplątał węzły misterne

I wydobył ów łeb zajęczy, zawołał zdumiony:

— Dziwne listy, doprawdy! lecz kto je napisał i po co?

Wszak to głowa Dobrutki, niestety! wszystkim nam znana.

Król się mocno przeraził i rzekł z westchnieniem tłumionym:

— Reineke, niecny zbrodniarzu! o czemuż twym kłamstwom wierzyłem?

Ale lampart się na to odezwie, krewniak królewski:

— Po cóż, władco potężny, na próżno się żalić i smucić?

Wszakżeś panem nas wszystkich; rozkazuj, a będziem posłuszni.

— Właśnie to, odparł mu lew, mnie dręczy, że będąc wam panem,

Tak straszliwie zbłądziłem. Toż wilk i niedźwiedź skarceni

Najniewinniej zapewne. Nie czyni to wcale zaszczytu

Mnie i mojej koronie, żem skrzywdził tak dzielnych rycerzy.

Zbyt skwapliwiem usłuchał tą razą poszeptu królowej.

Bo niewiasty się zawsze wrażeniem rządzą, a przy tym

Łatwo przystępne pochlebstwu. Ha, stało się! trudna już rada!

I znów lampart tak pocznie: — Dostojny wszech zwierząt monarcho!

Nie chciej trapić się dłużej! Toż zło naprawić nietrudno.

Oddaj niesłusznie skrzywdzonym na pastwę barana niecnotę,

Który morderstwo Dobrutki doradził i sam to przyznaje.

Potem wszyscy pospołu ruszymy na lisa siedzibę

I pojmawszy złoczyńcę, doraźnym go sądem skarcimy.

Lwu te słowa przypadły do myśli i odrzekł łaskawie:

— Rada twoja jest dobra, więc obu przyprowadź tu zaraz;

Wilk i niedźwiedź niech znów zasiędą117 w mej radzie na czele,

Niech ich moi dworzanie ze czcią i szacunkiem witają,

A na pastwę im oddać barana i jego pokrewnych.

Lampart więc zaraz pośpieszył do Mysia i wilka-Srogosza.

— Dobrą wieść wam przynoszę, zawołał, bo łaskę królewską.

Pan nasz, jeśli was skrzywdził, to sam żałuje dziś tego

I oddaje wam w moc barana, niecnego przecherę,

Z całym jego plemieniem. Gdziekolwiek ród ten spotkacie,

Czy to w polu, czy w lesie, niech pastwą waszą się stanie.

Oto co wam ogłaszam w imieniu monarchy naszego;

On i jego następcy na wieki ten wyrok stwierdzają.

Więc niech zgoda nastąpi i bądźcie królowi wiernymi.

I tak sojusz wznowiony Kłęboróg głową przypłacił

I nieprzyjaźń plemienna w wieczysty się płomień rozżegła.

Dotąd jeszcze, gdziekolwiek potężni krewniacy Srogosza

Na swej drodze przydybią barana, owcę lub jagnię,

Wnet rozszarpią je w sztuki, na mocy owego dekretu.