Rozdział jedenasty

Wilhelm do Natalii

„Już od dni kilku się kręcę i nie mogę się zdecydować na pochwycenie pióra. Mam dużo różnych rzeczy do powiedzenia. Ustnie wszystko by się jedno z drugim wiązało i rozwijało łatwo. Pozwól mi więc, oddalonemu, rozpocząć od czegoś najpospolitszego — doprowadzi mnie to przecież w końcu do cudów, które ci mam zakomunikować.

Słyszałaś o młodzieńcu, co to przechadzając się nad brzegiem morza, znalazł kołek od wiosła. Zainteresowanie nim skłoniło go do zrobienia wiosła, jako niezbędnego w tym względzie. Ale i ono właściwie nie przydało mu się na nic. Starał się więc usilnie o łódkę i dostał ją. Lecz łódka, wiosło i kołek nieszczególny przynosiły pożytek, sprawił więc sobie maszty i żagle, a powoli wszystko, czego potrzeba było do prędkiej i wygodnej żeglugi. Wskutek odpowiednich usiłowań nabywa coraz większej zręczności i biegłości. Szczęście mu sprzyja, widzi się w końcu panem i właścicielem większego statku. Powodzenie się wzmaga, zdobywa życzliwość, poważanie i sławę wśród żeglarzy.

*

Skłaniając cię do odczytania na nowo tej ładnej historii, wyznać winienem, że bardzo tylko odległe znajdzie tu zastosowanie, ale mi toruje drogę do wypowiedzenia tego, co mam wyrazić. Tymczasem jednak muszę jeszcze trochę dalszych rzeczy nadmienić.

*

Uzdolnienia, będące w człowieku, dają się podzielić na powszechne i szczegółowe. Powszechne uważać trzeba za obojętnie spoczywające czynności, które się stosownie do okazji budzą i przypadkowo zwracają do tego lub owego celu. Dar naśladowczy człowieka jest powszechny — człowiek chce robić, kształtować to, co widzi, nawet bez najmniejszych wewnętrznych i zewnętrznych środków wiodących do celu. Naturalną więc jest rzeczą, że chce dokonać tego, co widzi, że jest dokonywane. Ale najbardziej naturalnie byłoby, żeby syn przejmował zajęcie ojca. Tu wszystko jest razem: czynność, może w szczególności już wrodzona, a stanowcza w pierwotnym kierunku, następnie konsekwentnie i stopniowo posuwająca się naprzód wprawa oraz rozwinięty talent, który by nas zmuszał do postępowania po raz obranej drodze wtedy nawet, gdy się w nas rozwijają inne popędy, i doprowadzał do wolnego wyboru zajęcia, do jakiego nam natura nie udzieliła ani zdolności, ani wytrwania. Przeciętnie zatem najszczęśliwsi są ludzie, znajdujący sposobność wykształcenia w kółku domowym talentu wrodzonego, familijnego. Widzieliśmy takie drzewa genealogiczne malarzy; były naturalnie wśród nich talenty słabe, ale wydały one przecież coś użytecznego i może lepszego, niżby, wobec średnich sił naturalnych, dokonali byli w jakimś innym zawodzie z własnego wyboru.

*

Ale że i to nie jest tym, com chciał powiedzieć, więc się postaram z innej jakiejś strony dojść do moich zwierzeń.

*

To właśnie jest smutną stroną oddalenia od przyjaciół, że nie możemy w natychmiastowym związku i połączeniu przedstawić i wyrazić ogniw pomocniczych myśli naszych, które się wobec nich tak szybko jak błyskawice wzajem rozwijają i przeplatają. A więc najprzód podam jedną z najwcześniejszych historii wieku młodzieńczego.

*

My, dzieci wychowane w starym, poważnym mieście, wyrobiłyśmy w sobie pojęcie ulic, placów, murów, a następnie wałów, ich spadzistości i sąsiednim murem obwiedzionych ogrodów. Ażeby nas, a raczej siebie samych wyprowadzić raz przecież na świeże powietrze, rodzice nasi umówili się od dawna z przyjaciółmi ze wsi co do wciąż odkładanej przejażdżki. W końcu na Zielone Święta bardziej natarczywe się stało zaproszenie i propozycja, do których zastosowano się pod tym jedynie warunkiem, iż się tak wszystko urządzi, żeby się na noc mogło wrócić do domu — gdyż spać w innym, a nie w swoim łóżku, do którego się nawykło, wydało się niepodobieństwem. Uciechy dnia ześrodkować w tak szczupłym czasie było zaiste trudno. Należało odwiedzić dwóch przyjaciół i zaspokoić ich pretensje z powodu rzadkich kontaktów. Ale tymczasowo miano nadzieję, że się wszystko spełni z wielką punktualnością.

Na trzeci dzień świąt wszyscy wstali jak najwcześniej, rześcy i gotowi. Powóz zajechał o wyznaczonej godzinie. Niebawem pozostawiliśmy już za sobą wszystkie ograniczenia ulic, bram, mostów i okopów — świat otwarty, daleko się rozciągający, odsłonił się przed niedoświadczonymi. Zieloność, niedawnym deszczem dopiero co odświeżona na rolach i łąkach, jaśniej w mniejszym lub większym stopniu występująca w ledwie co rozpękłych pączkach krzewów i drzew, białość na wsze strony się rozwijająca kwiecia drzew owocowych — wszystko dawało nam przedsmak szczęśliwych, rajskich godzin.

W porę przybyliśmy na pierwszą stację do zacnego księdza. Przyjęci najserdeczniej, spostrzec mogliśmy niebawem, że przerwana uroczystość kościelna nie była usunięta sprzed umysłów szukających spokoju i swobody. Po raz pierwszy przyglądałem się z radosnym zainteresowaniem gospodarstwu rolnemu. Pług i brona, wozy i taczki wykazywały bezpośrednią swą użyteczność. Nawet wstrętna dla wzroku mierzwa141 wydawała się rzeczą najniezbędniejszą w całym tym otoczeniu. Zbierano ją starannie i do pewnego stopnia ładnie przechowywano. Ale te spojrzenia, świeżo zwrócone na przedmioty nowe, a jednak łatwe do pojęcia, bardzo rychło skierowały się na to, co można było spożywać: ciasta apetyczne, świeże mleko i wiele innych wiejskich przysmaków zwróciły naszą pożądliwą uwagę. Spiesznie zajęły się następnie dzieci, opuszczając ogródek przy domu i gościnną altanę, wykonaniem w sąsiednim lasku obowiązku, który nałożyła na nie stara, rozważna ciotka. Miały one zebrać — jak można najwięcej — pierwiosnków i zawieźć je starannie do miasta, ponieważ gospodarna matrona zwykła była przygotowywać z nich różne zdrowe napoje.

Kiedyśmy tedy wśród tego zajęcia biegali po łąkach, przy skrajach i płotach, przyłączyło się do nas wiele dzieci ze wsi, a miły zapach zbieranych kwiatów wiosennych stawał się jakby coraz bardziej orzeźwiający i bardziej balsamiczny.

Tyle już nagromadziliśmy łodyg i kwiecia, żeśmy nie wiedzieli, co z nimi począć. Zaczęto teraz odrywać żółtawe korony kwiatów, gdyż o nie tylko właściwie chodziło. Każdy starał się jak najwięcej wsypać do swego kapelusika czy do swej czapeczki.

Otóż starszy z owych chłopców, mało co wyprzedzający mnie latami syn rybaka, którego ta robota z kwiatami nie zdawała się bawić, chłopiec, który wraz z pojawieniem się swoim zaraz mnie pociągnął szczególnie ku sobie, zawezwał mnie, żebym z nim poszedł ku rzece, dosyć tu szerokiej, przepływającej w niewielkiej odległości. Usiedliśmy z wędkami w cienistym miejscu, przy którym w głębokiej, spokojnej, jasnej wodzie niemało się rybek poruszało. Nauczył mnie przyjaźnie, o co tu chodzi, jak przymocowywać przynętę do haczyka — i udało mi się kilkakrotnie, raz po raz wydobyć na powierzchnię najmniejsze z owych stworzeń wbrew ich woli. Kiedyśmy tak, oparci o siebie, spokojnie siedzieli, on jakby nudzić się zaczął i zwrócił uwagę moją na warstwę żwiru, spuszczającego się z naszej strony do rzeki. «Toż to najpiękniejsza sposobność do wykąpania się», mówił, a w końcu poskoczywszy, zawołał, że nie może się oprzeć pokusie. I zanim się spostrzegłem, zbiegł na dół, rozebrał się i rzucił do wody.

Umiejąc pływać bardzo dobrze, niebawem opuścił płytkie miejsce, poddał się nurtowi i przybył aż do mnie nad głębiną; dziwnie mi się zrobiło na sercu. Koniki polne tańczyły wkoło mnie, mrówki się uwijały, różnobarwne chrząszcze zwieszały się na gałęziach, a złociste panny, jak on je nazywał, szmyrgały142 i kołysały się u nóg moich, właśnie kiedy on, wydobywając spomiędzy korzeni wielkiego raka, ukazywał go radośnie, a potem go znowu zręcznie chował w dawnym miejscu na przygotowywany połów. Wokół było ciepło i wilgotno; z upragnieniem chciało się zejść ze słońca w cień, a z chłodu ocienionego miejsca do chłodniejszej wody. Łatwo mu tedy było zwabić mnie na dół. Niezbyt często powtarzane zaproszenie uznałem za nieodparte i bojąc się nieco rodziców, z czym się łączył także lęk wobec nieznanego mi żywiołu, doznawałem dziwnego wzruszenia. Lecz rozebrawszy się wkrótce na żwirze, odważnie spuściłem się do wody, nie głębiej wszakże, niż pozwalał na to grunt łagodnie spadzisty. Tu kazał mi on się zatrzymać, sam oddalił się w unoszącym go żywiole, powrócił, a kiedy się podniósł, kiedy się wyprostował, by się osuszyć na słońcu, zdało mi się, że oczy moje olśniewa słońce potrójne — tak piękna była ta postać ludzka, o jakiej pojęcia nigdy nie miałem. I on również, jak się zdawało, przypatrywał mi się uważnie. Szybko się ubrawszy, staliśmy wobec siebie wciąż jeszcze bez osłony. Dusze nasze przyciągały się i wśród najognistszych pocałunków przysięgliśmy sobie wieczną przyjaźń.

Potem atoli śpiesznie, bardzo śpiesznie pobiegliśmy do domu właśnie w samą porę, kiedy towarzystwo weszło na wielce miłą ścieżkę, poprzez krzaki i las, mniej więcej półtorej godziny ku mieszkaniu amtmana prowadzącą. Przyjaciel mój towarzyszył mi, zdawaliśmy się nierozłączni. Ale kiedym w połowie drogi poprosił o pozwolenie zabrania go ze sobą do domu amtmana, żona proboszcza odmówiła, prawiąc po cichu o niestosowności. Natomiast dała mu pilne zlecenie, żeby powiedział swemu wracającemu ojcu, iż ona po powrocie do domu koniecznie zastać musi piękne raki, którymi pragnie, jako rzadkością, obdarzyć gości wracających do miasta. Chłopak odszedł, ale ręką i ustami przyobiecał, że czekać na mnie będzie dziś wieczorem na skręcie lasu.

Towarzystwo dostało się tedy do domu amtmana, gdzieśmy zastali stosunki również wiejskie, ale wyższego rodzaju. Spóźniający się z winy zanadto zajętej gospodyni obiad nie budził we mnie niecierpliwości, gdyż przechadzka po dobrze utrzymanym wirydarzu, dokąd córka cokolwiek młodsza ode mnie drogę mi wskazała jako towarzyszka, była dla mnie nadzwyczaj miła. Kwiaty wiosenne wszelkiego rodzaju znajdowały się w ozdobnie oznaczonych kwaterach, wypełniając je lub upiększając ich brzegi. Towarzyszka moja była to piękna, łagodna blondynka. Przechadzaliśmy się poufale, wzięliśmy się niebawem za ręce i nie zdawaliśmy się pragnąć niczego lepszego. Tak mijaliśmy rzędy tulipanów, szeregi narcyzów i żonkili. Ona pokazywała mi różne miejsca, gdzie właśnie już przekwitły najwspanialsze hiacynty. Dbano jednakże i o następne pory roku — już zieleniły się krzaki przyszłych jaskrów i anemonów. Troskliwość o liczne łodygi gwoździków obiecywała wielce urozmaicony rozkwit, ale wcześniej już pączkowała nadzieja obfitych w kwiaty lilii, roztropnie rozsadzonych pomiędzy różami. A niejedna altanka obiecywała niebawem zabłysnąć i cieniem obdarzyć, mając przy sobie przewiercień143, jaśmin, latorośl winną i inne pnące się krzewy.

*

Kiedy po tylu latach rozważam stan swój ówczesny, to wydaje mi się on rzeczywiście godny zazdrości. Niespodziewanie w owej chwili owionęło mnie przeczucie przyjaźni i miłości. Bo jeślim niechętnie się rozstawał z pięknym dziewczęciem, pocieszała mnie myśl, że uczucia te otworzę przed moim młodym przyjacielem, że mu je zwierzę i cieszyć się będę jego współudziałem zarazem i tymi świeżymi wzruszeniami.

*

A jeśli mam jeszcze jedną uwagę tu dołączyć, to wyznać winienem, że w ciągu życia owo pierwsze objawienie się świata zewnętrznego przedstawiało mi się jako właściwa, oryginalna natura, wobec której wszystkie inne przedmioty, jakie się nam później przed zmysły nasuwają, wydają się kopiami tylko, które pomimo zbliżenia do tamtej nie posiadają przecież istotnie pierwotnego ducha i znaczenia.

*

Jakaż by nas rozpacz ogarniała na widok świata zewnętrznego, tak zimnego, tak bezdusznego, gdyby we wnętrzu naszym nie rozwijało się coś, co w zupełnie inny sposób opromienia naturę, dając nam twórczą władzę upiększania w niej siebie samych!

*

Już się zmierzchało, gdyśmy się znów zbliżyli do skrętu lasu, gdzie obiecał mnie oczekiwać młody mój przyjaciel. Wytężałem wzrok, jak tylko mogłem, by dostrzec jego obecność. A gdy mi się to nie udawało, wyskoczyłem niecierpliwie przed towarzystwo, z wolna kroczące, i przebiegłem krzaki w różne strony. Wolałem, miotałem się — nie było go widać i nie odpowiadał. Po raz pierwszy doznałem namiętnego bólu, podwójnie i wielokrotnie.

Już się we mnie rozwinęło niepomiarkowane pożądanie poufnej zażyłości, już istniała niepokonana potrzeba uwolnienia mego ducha od obrazu owej blondynki za pomocą rozmowy, oswobodzenia mego serca od uczuć, jakie ona we mnie wzbudziła. Było ono pełne, usta już szeptały, by napłynąć słowami. Głośno ganiłem poczciwego chłopca za obrażenie przyjaźni, za niedotrzymanie przyrzeczenia.

*

Wkrótce atoli miały mnie cięższe dotknąć próby. Z pierwszych domów miejscowości owej wypadły z krzykiem kobiety, za nimi szły wrzeszczące dzieci, a nikt słowa nie mówił i odpowiedzi nie dawał. Z jednej strony koło domu narożnego ujrzeliśmy przeciągający pochód żałobny. Z wolna się on rozwijał na długiej ulicy. Wydawał się jakby pogrzebem, lecz wielorakim; niesieniu i wleczeniu nie było końca. Wrzaski wciąż trwały i zwiększały się, tłum się zbiegał.

— Potonęli, wszyscy razem potonęli!

— Kto, co?

Matki, widzące przy sobie dzieci, wydawały się pocieszone. Wtem wystąpił jakiś poważny mężczyzna i rzekł do żony proboszcza:

— Na nieszczęście za długo mnie tu nie było. Utonął Adolf z czwórką innych. Chciał dotrzymać przyrzeczenia swego i mego.

Mężczyzna (był to właśnie sam rybak) poszedł dalej za pogrzebem. Staliśmy przerażeni i przybici. Wtem przystąpił mały chłopak, podając worek:

— Oto są raki, pani proboszczowa — rzekł i podniósł wysoko do góry tę pozostałość.

Wprawiło to wszystkich w osłupienie jakby rzecz najokropniejsza. Zaczęto wypytywać, badać i dowiedziano się, że ten ostatni malec był na brzegu i zbierał raki, wyrzucane mu z dołu. A potem jeszcze, po wielu wypytywaniach, zdobyto wiadomość, że Adolf z dwoma roztropnymi chłopcami wszedł do wody i brnął w niej. Dwóch młodszych, nieproszonych, przyłączyło się do nich, a nie można ich było powstrzymać ani łajaniem, ani groźbą. Otóż pierwsi prawie już przebyli pewne kamieniste, niebezpieczne miejsce, następni pośliznęli się, chwytali się i wciąż nawzajem pociągali w dół. Tak się w końcu stało i z najpierwszym — wszyscy wpadli w głębinę. Adolf, jako dobry pływak, byłby się wyratował. Ale wszyscy w strachu trzymali się go, został więc wciągnięty. Ów malec pobiegł potem, wrzeszcząc, na wieś, ale worek z rakami trzymał mocno w ręku. Z innymi, których krzyk przywołał, pobiegł i rybak, wracający przypadkiem zbyt późno. Powoli wszystkich wydobyto; przekonano się, że pomarli, a teraz niesiono ich do wsi.

Proboszcz z ojcem poszli w zamyśleniu na plebanię. Księżyc wzeszedł w pełni i oświetlał ścieżki śmierci. I ja poszedłem za nimi wzburzony. Nie chciano mnie wpuścić; byłem w stanie najokropniejszym. Obszedłem dom i nie spocząłem, póki w końcu nie dojrzałem sposobności i nie wskoczyłem przez okno.

W wielkiej izbie, w której odbywały się wszelkiego rodzaju zebrania, leżeli nieszczęśliwi na słomie — nadzy, rozciągnięci, ciała błyszczące, białe, jaśniejące nawet przy mrocznym świetle lampy. Rzuciłem się na największego, na mego przyjaciela. Nie potrafiłbym opisać swego stanu, płakałem rzewnie i zalewałem szeroką pierś jego nieustającymi łzami. Słyszałem coś o pocieraniu, które w takim wypadku miało być pomocne, wcierałem więc łzy swoje i okłamywałem się ciepłem, jakie wytwarzałem. W zamęcie zamierzałem oddechem go swoim ocucić, ale szeregi perłowe zębów jego były silnie ściśnięte. Wargi, na których zdawał się jeszcze spoczywać pocałunek pożegnalny, odmawiały najsłabszego nawet znaku odwzajemnienia. W desperacji, nie widząc możliwości pomocy ludzkiej, zwróciłem się ku modlitwie; błagałem, modliłem się, doznawałem takiego uczucia, jakbym w tej chwili powinien cudów dokonać, przywołać duszę jeszcze obecną, zaczarować unoszącą się jeszcze w pobliżu.

Oderwano mnie. Płacząc i łkając, siedziałem w powozie i ledwie słyszałem, co mówili rodzice. Matka nasza, jak to słyszałem często później powtarzane, zdawała się na łaskę bożą. Usnąłem tymczasem i obudziłem się nazajutrz posępny, w stanie zagadkowym, pełnym mroku.

Ale kiedym się udał na śniadanie, zastałem matkę, ciotkę i kucharkę na ważnej naradzie. Raki nie miały być gotowane, nie miały być podane na stół — ojciec nie mógł znieść tak bezpośredniego wspomnienia o dopiero co zaszłym nieszczęściu. Ciotka, zdawało się, chciała gorąco posiąść te rzadkie stworzenia, ale obok tego łajała mnie, żeśmy zapomnieli przywieźć pierwiosnki. W wkrótce atoli uspokoiła się pod tym względem, gdy jej do zupełnego rozporządzenia oddano te łażące po sobie potworki; toteż o dalszym z nimi postępowaniu zaraz zaczęła rozmawiać z kucharką.

Ażeby jednak scenę tę uczynić zrozumiałą, muszę cokolwiek dokładniej powiadomić o charakterze i istocie tej kobiety. Panujących nad nią właściwości nie można było wcale — moralnie je rozważając — wychwalać. A jednak, rozpatrywane ze stanowiska obywatelskiego i politycznego, wydawały one niejeden dobry skutek. Była we właściwym znaczeniu tego słowa chciwa na pieniądze, korcił ją każdy grosz gotówki, jaki miała z ręki wypuścić, i oglądała się wszędzie dla zadośćuczynienia potrzebom za substytutami, jakie można było nabyć darmo, przez zamianę albo w jaki bądź inny sposób. I tak, pierwiosnki przeznaczone były na herbatę, którą uważała za zdrowszą niż jaką bądź chińską. Twierdziła, że Bóg dał każdemu krajowi, co mu potrzeba, czy to na pożywianie, na przyprawę czy na lekarstwo; zatem nie należy się po to zwracać do obcych krajów. Uprawiała też w małym ogródku wszystko, co jej zdaniem czyniło potrawy smacznymi, a chorym było pomocne. Obcy zaś ogród zwiedzając, musiała przynieść stamtąd coś w tym rodzaju.

Usposobienie to i co z niego wynikało, można było bardzo chętnie w niej znosić, gdyż jej skrzętnie zbierana gotówka miała w końcu stać się użyteczna rodzinie. Toteż ojciec i matka ustępowali jej pod tym względem i popierali ją.

Inną atoli namiętnością, i to czynną, niezmordowanie się uwydatniającą, była duma, że uchodzi za osobę znaczącą i wpływową. Na tę sławę zasłużyła sobie zaiste i osiągnęła ją, gdyż umiała na korzyść swoją obrócić — bezużyteczne skądinąd, a nawet nieraz szkodliwe — panujące wśród kobiet plotkarstwo. Wszystko, co się działo w mieście, a więc i wnętrze rodzin, znane jej było dokładnie. I trudno o taki wątpliwy wypadek, w który by się nie potrafiła wmieszać, co jej udawało się tym łatwiej, że pragnęła tylko być użyteczna, a przez to podnieść sławę swoją i dobre imię. Skojarzyła kilka małżeństw, przy czym jedna przynajmniej strona była może zadowolona. Ale co ją zajmowało najbardziej, to popieranie i popychanie takich osób, które szukały jakiegoś urzędu, jakiejś posady — przez co istotnie zyskiwała sobie wielką liczbę klientów, których wpływ umiała później spożytkować.

Jako wdowa po niemałym urzędniku, człowieku surowym i przestrzegającym prawa, nauczyła się, jak pozyskiwać drobnostkami takich, których nie może się dosięgnąć jakimś znacznym datkiem.

Atoli, aby bez dalszego odbiegania pozostać na obranej ścieżce, zauważę najprzód, że potrafiła zapewnić sobie wpływ na jednego męża, który ważne zajmował stanowisko. Był on skąpy jak i ona, a na swoje nieszczęście równie lubiący jeść dobrze i łakomy. Jemu przeto pod jakim bądź pozorem posłać na stół smaczne danie pierwszą było jej troską. Sumienie jego nie było zbyt delikatne, ale trzeba też było brać pod uwagę jego śmiałość, jego przewrotność, kiedy w wypadkach wątpliwych miał przełamać opór kolegów swoich i zagłuszyć głos obowiązku, jaki mu przeciwstawiali.

Otóż był taki właśnie wypadek, że popierała niegodnego. Robiła, co mogła, aby go przepchnąć. Sprawa przybrała pomyślny dla niej obrót, a tu na szczęście trafiły się jej raki, jakie rzadko widywano. Miały być starannie hodowane i powoli posyłane na stół wysokiego protektora, który zazwyczaj sam na sam jadał bardzo licho.

Zresztą nieszczęsne owo zdarzenie dało powód do wielu rozmów i wzruszeń towarzyskich. Ojciec mój był w owym czasie jednym z pierwszych, którego ogólny nastrój filantropijny popychał, by swoją uwagę i troskę rozciągnąć poza rodzinę, poza miasto. On to, wraz z rozumnymi lekarzami i krewnymi w policji, dokładał starań, by usunąć wielkie przeszkody, jakie z początku spotykało szczepienie ospy. Większa troskliwość w szpitalach, bardziej ludzkie obchodzenie się więźniami i co z tym w związku pozostaje, było zadaniem jeżeli nie życia jego, to czytania i namysłu. Przekonania też swoje wygłaszał wszędzie i niejedno dobro spełnił tym sposobem.

Uważał on społeczeństwo obywatelskie, pod jakim bądź zresztą żyjące rządem, za stan natury, mający swoją dobrą i swoją złą stronę, swoje zwykłe tryby życia, po kolei obfite i liche lata, nie mniej przypadkowe i nieregularne gradobicia, powodzie i pożary. Dobro należało — zdaniem jego — chwytać i spożytkowywać, złe odwracać albo znosić. Ale nic bardziej pożądane nie było nad rozszerzenie powszechnej dobrej woli, niezależnie od wszelkiego innego warunku.

Wskutek takiego nastroju umysłu musiał być skłonny, by dawniej już poruszoną sprawę dobroczynną uczynić znowu przedmiotem rozmowy: było nią cucenie pozornie umarłych, w jakikolwiek zresztą sposób zewnętrzne oznaki życia zaginęły. Wśród takich rozmów posłyszałem, że u owych dzieci próbowano i używano środków wprost przeciwnych — co więcej, że je w pewnej mierze wtedy dopiero zabito. Dalej utrzymywano, że może przez puszczenie krwi można było pomóc im wszystkim. W zapale młodocianym postanowiłem sobie po cichu, by żadnej nie zaniedbać sposobności nauczenia się wszystkiego, czego w takich wypadkach potrzeba, a zwłaszcza puszczania krwi i tym podobnych rzeczy. Atoli jakżeż prędko porwała mnie ze sobą codzienność życia! Potrzeba przyjaźni i miłości zbudziła się; na wsze strony się oglądałem, by ją zaspokoić. A tymczasem zmysły, wyobraźnia i umysł nadmiernie zajęły się teatrem. Dokąd mnie to zaprowadziło i jak zbłąkało, nie potrzebuję powtarzać.

*

Atoli kiedy i po tej szczegółowej historii wyznać muszę, żem wciąż jeszcze nie doszedł do zamierzonego celu, i że tylko manowcem mogę się spodziewać dotrzeć do niego — cóż mam powiedzieć? Jak się mogę usprawiedliwić? Bądź co bądź, mógłbym przytoczyć, co następuje: Jeżeli wolno humoryście setne i tysiączne rzeczy mieszać ze sobą; jeżeli po junacku pozostawia on czytelnikowi wydobycie w końcu na wpół wyraźnie tego, co z tego wszystkiego jest do wzięcia, to czyżby nie należało przyznać prawa rozsądnemu, rozumnemu, w sposób pozornie dziwny oddziaływać wkoło na wiele punktów, iżby je wreszcie ujrzano odbite i skupione w jednym ognisku, iżby się nauczono, jak to najróżnorodniejsze wpływy osaczają człowieka, popychając go do postanowienia, którego by nie mógł powziąć w żaden inny sposób — ani z wewnętrznego popędu, ani z zewnętrznej pobudki?

*

Wobec rozmaitości tego, co mi jeszcze zostaje do powiedzenia, mogę wybrać, co najprzód chciałbym przedsięwziąć. Ale i to jest rzeczą obojętną. Musisz się uzbroić w cierpliwość, czytać wciąż dalej i dalej. W końcu przecież naraz się to wydobędzie i wyda się całkiem naturalne, co by, wymówione w jednym słowie, przedstawiło się jako niesłychanie dziwne — i to w takiej mierze, iż następnie nie mogłabyś chyba ani chwili poświęcić tym wstępom w formie wyjaśnień.

Ażeby jednak jako tako wyjść na prostą drogę, znowu się obejrzę za owym kołkiem od wiosła i wspomnę rozmowę, jaką przypadkiem, ku szczególnemu rozbudzeniu uczuć własnych, miałem sposobność prowadzić z naszym wypróbowanym przyjacielem, Jarnem, którego w górach spotkałem pod nazwiskiem Montana. Sprawy życia naszego mają bieg tajemniczy, którego się obliczyć nie da. Przypominasz pewnie sobie ów sztuciec, który wydobył wasz dzielny chirurg, kiedyś przyszła z pomocą mnie zranionemu, rozciągniętemu wśród lasu? Tak mi wówczas błysnął on w oczach i zrobił tak głębokie wrażenie, żem był zachwycony, znalazłszy go znów po latach w ręku młodszego lekarza. Ten nie przykładał do niego wielkiej wagi. Wszystkie narzędzia udoskonaliły się w nowszych czasach i stały się odpowiedniejsze do celu. Dostałem więc tamten tym łatwiej, że nabycie nowego ułatwiało mu się przez to. Odtąd woziłem go zawsze ze sobą — nie na żaden wprawdzie użytek, ale tym pewniej na kojące przypomnienie: był on świadkiem chwili, kiedy się rozpoczęło szczęście moje, które osiągnąć miałem dopiero po przebyciu długiej drogi.

Przypadkiem ujrzał go Jarno, kiedyśmy nocowali u węglarza. Poznał go od razu, a na wyjaśnienie moje odpowiedział:

— Nie mam nic przeciwko temu, żeby sobie stawiać taki fetysz dla przypomnienia niejednego, niespodziewanego dobra, ważnych następstw jakiejś obojętnej okoliczności. Podnosi nas to, jak coś, co wskazuje rzecz niepojętą, orzeźwia nas w kłopotach i wzmaga nadzieje nasze. Byłoby atoli piękniej, gdyby cię narzędzia te pobudziły do zrozumienia ich użytku i wykonywania tego, czego one od ciebie milcząco wymagają.

— Pozwól mi wyznać — odrzekłem na to — że mi sto razy przychodziło to na myśl. Budził się we mnie głos wewnętrzny, który mi kazał w tym widzieć właściwe powołanie moje.

Opowiedziałem mu następnie historię utonięcia chłopców i to, jak wówczas słyszałem, iżby ich można było uratować, gdyby im krew puszczono; żem sobie postanowił nauczyć się tego, ale z każdą godziną przedsięwzięcie wygasało.

— To się go chwyć teraz — odrzekł Jarno. — Już od tak dawna widzę cię zajętego sprawami dotyczącymi i obchodzącymi ducha ludzkiego, umysł, serce czy jak się tam inaczej to nazywa. Ale cóżeś przy tym zyskał dla siebie i innych? Cierpienia duszy, w które popadamy wskutek nieszczęścia lub własnej winy. Ażeby je uleczyć, rozsądek niczego nie dokona, rozum mało, czas dużo, a stanowcza działalność natomiast wszystko. Tutaj niech każdy działa ze sobą i na siebie; doświadczyłeś tego na sobie, doświadczyłeś i na innych.

Gwałtownymi i gorzkimi słowy, zwyczajem swoim, dopiekał mi, mówiąc niejedną przykrą prawdę, której nie myślę powtarzać.

— Nie warto — rzekł w końcu — niczego tak dobrze się nauczyć i umieć wykonywać, jak pomagać zdrowemu, kiedy przypadkiem jakim bądź zostanie zraniony. Dzięki rozważnemu postępowaniu łatwo się natura odbudowuje. Chorych należy zostawić lekarzom, ale chirurga nikt bardziej nie potrzebuje niż zdrowy. Wśród ciszy życia wiejskiego, w najciaśniejszym kółku rodzinnym bywa on równie pożądany, jak podczas wrzawy bitwy i po niej. W chwilach najsłodszych, jak i w najboleśniejszych i najokropniejszych. Wszędzie zła dola panuje groźniej od śmierci — i to w sposób równie bezwzględny, a nawet straszniejszy, zatruwający wesołość i życie.

Znasz go i bez trudu wyobrazisz sobie, iż nie oszczędzał ani mnie, ani świata. Najsilniej atoli oparł się na argumencie, który zwrócił przeciwko mnie w imieniu większości społeczeństwa.

— Błazeństwem — rzekł — jest nasze ogólne wykształcenie i wszystkie zakłady temu służące. Żeby człowiek znał się na czymś zupełnie należycie, żeby wykonywał to wybornie jak mało kto w najbliższym otoczeniu,to jest główne zadanie; zwłaszcza w naszym związku rozumie się ono samo przez się. Jesteś właśnie w takim wieku, kiedy się przedsiębierze decyzje rozsądnie, ocenia rzecz daną rozważnie, chwyta się ją ze strony właściwej, a zdolności i umiejętności kieruje ku odpowiedniemu celowi.

*

I po cóż mam dalej wypowiadać to, co się samo przez się pojmuje! Dał mi do zrozumienia, że mogę otrzymać zwolnienie od tak dziwnie nakazanego, wędrownego życia, ale że trudno będzie dla mnie to uzyskać.

— Jesteś z tego rodzaju ludzi — mówił on — co się łatwo przyzwyczajają do miejsca, ale niełatwo do jakiegoś zajęcia. Wszystkim takim przepisuje się życie wędrowne, w nadziei, że może dojdą do jakiegoś trwałego trybu życia. Jeżeli na serio chcesz się poświęcić najbardziej boskiemu ze wszystkich zatrudnień, by leczyć bez cudów i czynić cuda bez słów, to się za tobą wstawię.

Tak mówił porywczo, dodając te wszystkie potężne argumenty, jakie tylko wymowa jego przytoczyć potrafiła.

*

Na tym skłonny jestem zakończyć. Niebawem wszakże dowiesz się szczegółowo, jak żem skorzystał z pozwolenia zatrzymywania się dłużej w pewnych miejscach, jak żem zdołał rychło przystosować się do zajęcia, do którego zawsze czułem ciche upodobanie, i jak żem się w nim wykształcił. Dość, że w tym wielkim przedsięwzięciu, do którego się zabieracie, zjawię się jako pożyteczny, jako niezbędny członek społeczeństwa i z niejaką pewnością siebie wejdę na drogi wasze, a także z niejaką dumą — bo to duma szlachetna być was godnym”.