Rozdział piąty
Gwałtowne stukanie i wołanie u najdalszej bramy, kłótnia głosów odgrażających się i domagających, światło świec i pochodni na dziedzińcu przerwały śpiew tkliwy. Lecz hałas przycichł, zanim poznano jego przyczynę. Nie nastał jednak spokój; na schodach dawał się słyszeć szelest i żywa słów wymiana pomiędzy wchodzącymi na górę mężczyznami. Drzwi się otworzyły bez oznajmienia, kobiety się przestraszyły. Wpadł Flavio w okropnej postaci, z głową zwichrzoną, bo włosy już to jeżyły się jak w szczotce, już to opadały na dół, deszczem przemoczone — w podartej odzieży, jak ten, co się przedzierał przez ciernie i zarośla, powalany strasznie, jakby brodził w błocie i bagnie.
— Ojcze! — zawołał. — Gdzie mój ojciec?
Kobiety stały przerażone. Stary strzelec, najdawniejszy jego sługa i kochający go piastun, wchodząc wraz z nim, wołał:
— Ojca tu nie ma, uspokój się pan! Tu jest ciotka, tu jest siostrzenica, spojrzyj że pan!
— Nie ma! To puszczajcie mnie, muszę go odszukać! On jeden niech to posłyszy, potem umrę. Oddalcie ode mnie świecę, oddalcie dzień! On mnie oślepia, on mnie zabija!
Wszedł lekarz domowy; wziął go za rękę, macając ostrożnie puls. Kilku lokajów skupiło się w trwodze.
— Po co ja tu, na tych kobiercach? Ja je popsuję, ja je zniszczę. Moje nieszczęście spływa na nie strugą, mój los przeklęty plami je.
Rzucił się ku drzwiom. Z wysiłkiem wyprowadzono go i zabrano do odległego pokoju gościnnego, w którym mieszkał jego ojciec. Matka i córka stały zdrętwiałe — widziały przed sobą Orestesa127, ściganego przez Furie128, nieuszlachetnionego sztuką, w okropnej, wstrętnej rzeczywistości, która w kontraście z wygodnym mieszkaniem, kąpiącym się w najjaśniejszym blasku świec, wydała się tym straszniejsza. Kobiety patrzyły na siebie osłupiałym wzrokiem i każdej się zdawało, że w oczach drugiej widzi ten obraz okropny, co się tak głęboko odcisnął w jej własnych.
Z połowiczną następnie przytomnością posyłała baronowa jednego lokaja za drugim, by zasięgnął wiadomości. Ku niejakiemu uspokojeniu dowiedziały się, że go rozbierają, suszą, opatrują. Na wpół przytomny, na wpół nieświadomy dawał robić ze sobą, co chciano. Ustawiczne pytania zmuszone zostały do cierpliwości.
W końcu posłyszały zatrwożone kobiety, że mu krew puszczono i w ogóle zastosowano środki uspakajające, że już go ułożono do spoczynku, że się snu spodziewają.
Nadeszła północ. Baronowa zapragnęła go widzieć, jeżeli śpi, lekarz opierał się, potem jednak ustąpił. Hilaria wcisnęła się tam wraz z matką. W pokoju było ciemno, jedna tylko świeca rzucała światło spoza zielonej zasłony. Mało było widać, słychać — nic. Matka zbliżyła się do łóżka, Hilaria z upragnieniem pochwyciła światło i oświeciła śpiącego. Leżał wprawdzie odwrócony, ale niezmiernie ładne ucho, pełne policzki, teraz bladawe, wyglądały nader powabnie spod pukli znowu się już wijących. Spoczywająca ręka i podłużne, silne palce przyciągały ku sobie wzrok błądzący. Hilaria, z cicha dysząc, sądziła, że słyszy również cichy oddech. Zbliżyła świecę jak Psyche129, narażając się na zakłócenie zbawiennego spoczynku. Lekarz odebrał świecę i poświecił kobietom w drodze do ich pokojów.
Jak te zacne osoby, zasługujące na wszelkie współczucie, spędziły nocne godziny, pozostało dla nas tajemnicą. Nazajutrz atoli od rana samego okazały się nadzwyczaj niespokojne. Wypytywaniom nie było końca, życzenie zobaczenia cierpiącego objawiało się skromnie, lecz natarczywie. Dopiero w południe pozwolił lekarz na krótkie odwiedziny.
Baronowa zbliżyła się, Flavio wyciągnął rękę.
— Przebaczenia, najdroższa ciotko! Trochę cierpliwości, może niedługo...
Ukazała się Hilaria. I jej podał prawicę.
— Witam cię, kochana siostro.
To jej przeszyło serce. On nie puszczał, patrzyli na siebie — najwspanialsza para, kontrastująca w najpiękniejszym znaczeniu wyrazu. Czarne, iskrzące się oczy młodzieńca pasowały do ciemnych, splątanych pukli. Ona natomiast stała niebiańsko spokojna na pozór, ale do wstrząsającego zdarzenia przyłączyła się teraz obecność pełna przeczuć. Nazwanie siostrą wzruszyło ją do głębi. Baronowa rzekła:
— Jakże się masz, kochany siostrzeńcze?
— Dość znośnie, ale źle się ze mną obchodzą.
— Jak to?
— Krew mi puszczali, to okropne. Wyrzucili ją, to zuchwałe. Ona nie do mnie należy. Wszystko, wszystko należy do niej.
Przy tych słowach twarz jego jakby uległa przemianie, ale płacząc rzewnie, ukrył swe oblicze w poduszce.
Twarz Hilarii poraziła matkę straszliwym wyrazem — jak gdyby kochane dziecko bramy piekła otwarte przed sobą ujrzało, jak gdyby po raz pierwszy zobaczyło coś potwornego i to na wieki. Szybko, gwałtownie pobiegła przez salę, w ostatnim gabinecie rzuciła się na sofę. Matka poszła za nią i zapytała o to, co już niestety pojęła. Hilaria, spozierając na nią dziwnie, zawołała:
— Krew, krew, wszystko do niej należy, wszystko do niej, a ona tego niewarta! Nieszczęśliwy! Biedny!
Przy tych słowach potok łez rzewnych ulżył udręczonemu sercu. Któż by przedsiębrał odsłaniać rozwijające się z tego, co poprzedziło, sytuacje, wyświetlać wewnętrzne dla kobiet nieszczęścia, wyrastające z tego pierwszego zetknięcia? I dla cierpiącego było ono bardzo szkodliwe — tak przynajmniej utrzymywał lekarz, który często wprawdzie przychodził z wiadomościami i pocieszeniem, ale uważał za swój obowiązek zakazać nadal wszelkiego zbliżenia. Znalazł on w tym chętną powolność; córka nie śmiała żądać, na co by się matka nie zgodziła, słuchano więc nakazu męża rozumnego. Natomiast przyniósł wieść uspakajającą, że Flavio zażądał przyborów do pisania, że coś nawet napisał, ale ukrył zaraz koło siebie w łóżku. I tak przyłączyła się ciekawość do poprzedniego niepokoju i niecierpliwości. Przykre to były godziny. Po niejakim czasie przyniósł wszakże karteczkę, zapisaną pismem pięknym, swobodnym, chociaż pośpiesznym. Zawierała ona wiersze następujące:
Cudem jest biedny człowiek na tej ziemi,
W cudach też ginie wraz z błędami swemi;
Za jakim ciemnym, niedościgłym progiem
Idą bez ścieżki niepewne me kroki?
A potem wśród niebios blasku, przed Bogiem,
Czuję, widzę noc, śmierć i piekła stoki.
I tu znowu szlachetna sztuka poetyczna mogła okazać leczącą swą siłę. Na wskroś zlana z muzyką, leczy ona z gruntu wszystkie cierpienia duszy, pobudzając je potężnie, wywołując i wypędzając je w bólach rozwiązania. Lekarz nabrał przeświadczenia, że młodzieniec może niebawem wrócić do zdrowia; że zdrów na ciele, poczuje się rychło wesoły, gdyby ciążąca na duchu jego namiętność mogła być usunięta lub złagodzona.
Hilaria rozmyślała nad odpowiedzią. Siedząc przy fortepianie, starała się dorobić melodię do wiersza cierpiącego. Nie powiodło się to — w jej duszy nic nie odbrzmiewało na tak głębokie bóle. Lecz przy tej próbie rytm i rym tak przylgnęły do jej nastroju, iż z kojącą pogodą odpowiedziała na ową poezję, zadawszy sobie trud utworzenia i zaokrąglenia zwrotki następującej:
Choćbyś się krwawił tu bólami swemi,
Szczęście-ć młodości czeka na tej ziemi;
Nabierz odwagi, idź śmiałemi kroki,
Niebios przyjaźni otoczon obłoki,
Uczuj, żeś na szlachetnych ludzi progu:
Życia wesele tryśnie-ć jako z rogu.
Lekarz, jako przyjaciel domu, podjął się poselstwa. Udało się, młodzieniec odpowiedział już umiarkowanie. Hilaria w dalszym ciągu działała kojąco i tak z wolna osiągano, zdawało się, znowu dzień pogodny, grunt wolny. A może myślano nam opowiedzieć przy sposobności cały przebieg tego uroczego leczenia? Dość, że upłynęło sporo czasu nader przyjemnie na takim zajęciu. Przygotowywano spokojne odwiedziny, których lekarz nie myślał opóźniać dłużej, niż było potrzeba.
Tymczasem baronowa zajmowała się porządkowaniem i układaniem dawnych papierów, a ta rozrywka — tak odpowiednia ówczesnemu położeniu — działała cudownie na wzburzenie ducha. Obejrzała na nowo kilka lat życia swego. Ciężkie, groźne cierpienia minęły, a ich rozważanie umacniało odwagę w chwili obecnej. Zwłaszcza wzruszyło ją wspomnienie pięknego stosunku do Makarii i to w sytuacjach drażliwych. Podniosłość owej jedynej kobiety stanęła jej na nowo przed oczyma duszy i skłoniła zaraz do postanowienia, żeby się i tym razem do niej zwrócić. Bo do kogóż zresztą mogła skierować obecne uczucia swoje, komuż innemu miała otwarcie wyznać obawę swoją i nadzieję?
Przy uprzątaniu atoli znalazła też między innymi miniaturowy portret brata i musiała westchnąć z uśmiechem z powoda podobieństwa do syna. Hilaria zaskoczyła ją w tej chwili, pochwyciła wizerunek, i również dziwnie uderzyło ją owo podobieństwo.
Tak minął czas jakiś. W końcu, za zezwoleniem lekarza i w jego towarzystwie, wszedł Flavio po oznajmieniu się na śniadanie. Kobiety bały się tego pierwszego spotkania. Atoli jak nieraz w chwilach doniosłych, a nawet okropnych, zdarzać się zwykło coś wesołego, ba, śmiesznego; tak też poszczęściło się i tutaj. Syn przyszedł zupełnie w ubraniu ojca, ponieważ z jego stroju nic zgoła użyć się już nie dało. Posłużono się zatem polową i domową garderobą majora, którą, chcąc żyć wygodnie na łowach i w rodzinie, zostawił u siostry na przechowanie. Baronowa uśmiechnęła się i miała się na baczności, Hilaria zdziwiona była, sama nie wiedziała czym — dość, że twarz odwróciła, a młodzieńcowi nie chciało jakoś w tej chwili zejść z ust ani słowo serdeczne, ani frazes żaden. Ażeby tedy wybawić z kłopotu całe towarzystwo, zaczął lekarz porównywać obie postacie.
— Ojciec jest trochę wyższy — mówił on — i z tego powodu surdut jest nieco za długi. Syn jest trochę tęższy i dlatego surdut w ramionach jest za ciasny.
Obie niezgodności nadały tej maskaradzie wygląd komiczny. Ale wskutek tych drobiazgów uwolniono się od przymusu chwili. Dla Hilarii, co prawda, podobieństwo młodzieńczego wizerunku ojca ze świeżą, żywą obecnością syna pozostało czymś niepokojącym, a nawet dręczącym.
Ale teraz pragnęlibyśmy, żeby następujące potem chwile opisała szczegółowo jakaś delikatna rączka kobieca, gdyż my — swoim sposobem i trybem — musimy poprzestać na rzeczach najogólniejszych. I tu znowu trzeba wspomnieć o wpływie poezji.
Pewnego talentu nie można było odmówić naszemu Flaviowi. Potrzebował on atoli aż zanadto jakiejś namiętnie zmysłowej pobudki, jeśli miał wydać coś wybornego. Z tego też powodu wszystkie prawie poezje poświęcone owej nieprzeparcie pociągającej kobiecie okazały się niezmiernie wzruszające i godne pochwały, a teraz odczytane entuzjastycznym tonem przed obecną, nadzwyczaj miłą panienką, musiały wywrzeć niemałe wrażenie.
Kobieta, widząc inną namiętnie kochaną, godzi się chętnie z rolą powiernicy. Żywi ona tajemne, ledwie świadome uczucie, że nie byłoby rzeczą nieprzyjemną ujrzeć się po cichu podniesioną na miejsce uwielbianej. A i rozmowa stawała się coraz to bardziej znacząca. Służyły ku temu poezje, jakie kochający lubi pisać, gdyż może od swej ukochanej wymagać choćby skromnej, połowicznej odpowiedzi na to, czego pragnie, a czego by z jej pięknych ust usłyszeć nie mógł chyba mieć nadziei. Takie poezje były też odczytywane z Hilarią po kolei. A ponieważ robiono to z jednego tylko rękopisu, do którego trzeba było z obu stron zaglądać, ażeby czas właściwy pochwycić (i w tym celu każde brać musiało zeszyt), stało się tedy, że siedząc blisko siebie, powoli osoba do osoby, ręka do ręki coraz to bliżej się przysuwała, a przeguby się w końcu, całkiem naturalnie, potajemnie zetknęły.
Mimo jednak tych pięknych stosunków, wśród wynikających stąd wielce miłych rozrywek czuł Flavio dotkliwą troskę, której skryć nie zdołał. I wciąż wyczekując z upragnieniem przybycia ojca, dawał do zrozumienia, że rzecz najważniejszą jemu dopiero ma powierzyć. Tymczasem tajemnica, po niejakim zastanowieniu, nie byłaby trudna do odgadnięcia. Owa urocza kobieta w chwili wzburzenia, wywołanej natarczywością młodzieńca, odsunęła niewątpliwie stanowczo nieszczęśliwego, rozwiewając i niszcząc żywioną uparcie do owej pory nadzieję. Sceny, jak się to odbyło, nie śmieliśmy malować z obawy, żeby nam nie zabrakło żaru młodzieńczego. Dość, że Flavio tak dalece nie panował nad sobą, że się co prędzej oddalił z garnizonu bez urlopu i chcąc odszukać ojca, wśród nocy, burzy i deszczu do majątku ciotki, pełen rozpaczy, dostać się usiłował, jak żeśmy go niedawno widzieli przybywającego. Następstwa takiego kroku uprzytomniły mu się żywo dopiero z napływem trzeźwiejszych myśli. A że ojciec się od tak dawna nie zjawiał, pozbawiając go jedynego możliwego pośrednictwa, nie wiedział przeto ani co począć, ani jak się ratować.
Jakżeż więc był zdziwiony i zdumiony, gdy mu wręczono list od jego pułkownika, którego pieczęć dobrze znaną łamał z ociąganiem się i bojaźnią, ale który po słowach najprzyjaźniejszych tym kończył, że urlop, Flaviowi udzielony, przedłuża się jeszcze na miesiąc.
Jakkolwiek niewytłumaczalna wydała się ta łaska, bądź co bądź, oswobodzony przez nią został od brzemienia, które dotkliwiej zaczęło uciskać jego umysł, niż nawet miłość odrzucona. Odczuł teraz w całości szczęście, że jest tak dobrze podejmowany u swoich kochanych krewnych. Mógł się radować obecnością Hilarii i niebawem wrócił do wszystkich swoich przymiotów, które zarówno dla pięknej wdówki, jak jej otoczenia uczyniły go na czas jakiś niezbędnym i tylko wskutek nagłego żądania jej ręki przyciemniły się na zawsze.
W takim usposobieniu można było oczekiwać przybycia ojca spokojnie. Przy tym zjawiska natury, zaszłe wtedy, pobudziły ich do czynnego trybu życia. Ustawiczna słota, co ich dotychczas zatrzymywała w zamku, rozlewając się w wielkiej masie, napełniła wszędzie jedną rzekę po drugiej. Tamy zostały zerwane, a okolica podzamkowa rozciągała się jak błyszczące jezioro, z którego wioski, folwarki, większe i mniejsze posiadłości, położone wprawdzie na wzgórzach, wyglądały przecież jak wysepki.
Na takie rzadkie, co prawda, lecz dopuszczalne wypadki miano się już w pogotowiu. Gospodyni rozkazywała, a słudzy wykonywali. Po udzieleniu pierwszej, najogólniejszej pomocy pieczono chleb, zarzynano woły, łodzie rybackie pływały w tę i ową stronę, rozwożąc na wszystkie krańce posiłek i zaopatrzenie. Wszystko się składało jak najlepiej. Dary uprzejmie udzielone przyjmowano radośnie i wdzięcznie. W jednej tylko miejscowości nie chciano zaufać zarządowi gminnemu co do rozdziału zapasów — Flavio wziął tę sprawę na siebie i dobrze wypakowaną łodzią dojechał śpiesznie i szczęśliwie do tego miejsca. Sprawa prosta, traktowana po prostu, udała się jak najlepiej. Nadto wywiązał się nasz młodzieniec, dalej jadąc, z polecenia danego mu przez Hilarię przy rozstaniu. Właśnie na czas tych dni nieszczęsnych przypadł połóg kobiety, którą się piękne dziecko szczególniej interesowało. Flavio znalazł położnicę i przywiózł do domu podziękowanie ogólne i to szczególne. Przy tym nie mogło się obejść bez różnych opowiadań. Chociaż nikt nie zginął, wiele atoli miano do powiedzenia o cudownych ocaleniach, o dziwacznych, żartobliwych, nawet śmiesznych wypadkach. Niejedno położenie, wyciśnięte biedą, opisywano zajmująco. Dość, że Hilaria poczuła nagle niepokonane pragnienie przedsięwzięcia również wycieczki, by położnicę pozdrowić, obdarować i przeżyć kilka pogodnych godzin.
Po niejakim oporze dobrej matki zwyciężyła w końcu radosna wola Hilarii, by się na tę przygodę wystawić. I chętnie wyznajemy, że w ciągu tego czasu, kiedyśmy się o tych zdarzeniach dowiadywali, byliśmy w pewnej mierze zatroskani, żeby tu nie groziło jakieś niebezpieczeństwo, pozostanie na mieliźnie, przewrócenie się łodzi, narażenie życia pięknej panny, odważny ratunek ze strony młodzieńca, aby zadzierzgnąć mocniej lekko zawiązany węzeł... A tymczasem nic z tego wszystkiego — wycieczka odbyła się pomyślnie, położnicę odwiedzono i obdarzono. Towarzystwo lekarza nie pozostało bez dobrego skutku. A jeżeli tu i owdzie zaszło jakieś małe uderzenie, jeżeli pozór niebezpiecznej chwili zdawał się niepokoić wioślarzy, to się kończyło wyzywającym żartem, gdyż jedno u drugiego wywołać chciało zatrwożoną minę, większe zakłopotanie, gest lękliwy. A równocześnie znacznie wzrosło zaufanie wzajemne. Przywyknięcie do widzenia się i przebywania ze sobą wśród wszelkich okoliczności nabrało siły, a niebezpieczne stanowisko, w którym pokrewieństwo i przywiązanie uważają się za uprawnione do wzajemnego zbliżenia i trwania w zbliżeniu, stawało się coraz delikatniejsze.
A jednak mieli się po tych drogach miłości wciąż dalej i dalej powabnie posuwać. Niebo się rozjaśniło, nastąpił chłód silny, odpowiedni do pory roku; wody zamarzły, zanim ściec mogły. Widok ziemi nagle się zmienił w oczach wszystkich. Co dopiero rozdzielone było powodzią, teraz, umocnione gruntem, łączyło się ze sobą. I niebawem,jako pożądana pośredniczka, wydobyła się na wierzch piękna sztuka, wynaleziona na głębokiej północy ku uświetnieniu pierwszych, szybkich dni zimowych i ku wniesieniu nowego życia w stwardniałe żywioły. Otwarto zbrojownię — każdy szukał swoich naznaczonych łyżew, pragnąc pierwszy wkroczyć choćby z pewnym niebezpieczeństwem, na czystą, gładką powierzchnię. Wśród domowych znalazło się wielu wyćwiczonych aż do najwyższej lekkości, gdyż rozrywka ta nastręczała się im co roku na sąsiednich jeziorach i łączących je kanałach, a tym razem na rozlegającej się daleko płaszczyźnie.
Flavio teraz dopiero poczuł się na wskroś zdrowy, a Hilaria, od najwcześniejszych lat swoich kierowana przez wuja, okazywała się zarówno miła, jak krzepka na nowo stworzonym gruncie. Poruszano się wesoło, coraz weselej, już to razem, już to pojedynczo, już to w rozproszeniu, już to w zjednoczeniu. Rozstawanie się i unikanie, które kiedy indziej tak ciężko pada na serce, stawało się tutaj małym, żartobliwym przestępstwem; uciekano od siebie, ażeby za chwilę znaleźć się znowu.
Atoli wśród tej zabawy i wesołości ruszał się także świat potrzeb. Wciąż jeszcze niektóre miejscowości zaledwie w połowie były zaopatrzone, więc spiesznie na dzielnie zaprzężonych saniach przelatywały w tę i ową stronę najkonieczniejsze zapasy. A co jeszcze więcej wyszło okolicy tej na dobre, to to, że z niejednego miejsca, zbyt oddalonego od gościńca, mogły być teraz szybko przewożone wytwory roli i gospodarstwa domowego do najbliższych składów w miastach i miasteczkach, a stąd znowu brano towary wszelkiego rodzaju. Naraz udręczona, odczuwająca najdotkliwszy niedostatek okolica znowu doznała ulgi, znowu została zaopatrzona, połączywszy się gładką powierzchnią, dostępną dla zręcznego i odważnego.
Nie zaniechała atoli młoda para, wśród tej górującej rozrywki, spełniać obowiązków uprzejmej przychylności. Odwiedzano ową położnicę, zaspokajano jej wszystkie potrzeby. I innych nawiedzano także: starych, o zdrowie których niepokojono się, księży, z którymi zazwyczaj prowadzono moralnie budującą rozmowę — tym cenniejszą wśród obecnego dopustu, mniejszych właścicieli ziemskich, którzy przed laty dość zuchwale pobudowali się na niebezpiecznych nizinach, a teraz, zasłonięci dobrze zbudowanymi tamami, nie doznali szkody i po strachu bez granic podwójnie się bytem swoim cieszyli. Każdy dwór, każdy dom, każda rodzina, każda jednostka miała swoje dzieje; dla siebie, ba, i dla innych stała się osobistością znakomitą. Stąd łatwo jeden opowiadający przerywał mowę drugiemu. Każdy rączy był w mówieniu i działaniu, w przychodzeniu i wracaniu. Wciąż bowiem trwało niebezpieczeństwo, żeby nagła odwilż nie zniszczyła całego pięknego zakresu pomyślnych na siebie oddziaływań; żeby nie zagroziła gospodarzom, a gości nie odcięła od domu.
A kiedy w dzień zajęci byli tak pośpiesznym ruchem i najżywszym współudziałem, to wieczór w zupełnie inny sposób nastręczał wysoce przyjemne godziny. Ślizgawka bowiem tę ma wyższość nad wszystkimi innymi ruchami cielesnymi, że wysiłek nie rozgrzewa, a trwanie nie męczy. Wszystkie członki stają się jakby bardziej gibkie, a każdy nakład siły wytwarza niby siły nowe, tak że w końcu spływa na nas błogo wzruszony spoczynek, w którym się wciąż kołysać doznajemy ponęty.
Otóż dzisiaj nie mogła się nasza młoda para oderwać od gładkiego gruntu. Każdy bieg ku oświetlonemu zamkowi, gdzie się już liczne zebrało towarzystwo, nagle odwracano, lubując się w powrocie w dal. Nie chciano się oddalać od siebie z obawy zgubienia się; trzymano się za ręce, ażeby zupełnie pewnym być obecności. Najsłodszy atoli ten ruch się wydawał, kiedy na barkach spoczywały ramiona splecione, a piękne paluszki nieświadomie igrały w obustronnych puklach.
Księżyc w pełni wynurzył się na roziskrzonym gwiazdami niebie i dopełnił czaru otoczenia. Znowu widzieli się wyraźnie i szukali nawzajem w ocienionych oczach odpowiedzi; jak dawniej — ale inaczej to się wydało. Z ich tajnych głębi wydobywało się niby światło jakieś, napomykając o tym, co usta roztropnie przemilczały. Czuli się oboje w świątecznie błogim nastroju.
Wszystkie wysokopienne wierzby i olchy nad rowami, wszystkie niskie zarośla na wyżynach i wzgórzach jasno się uwydatniły. Gwiazdy błyszczały, zimno się wzmogło. Oni tego wszystkiego nie czuli i lecieli naprzeciw daleko rozbłyskującej poświacie księżyca, bezpośrednio ku samemu temu ciału niebieskiemu. Wtem spojrzeli do góry i zobaczyli w chwiejnym odbiciu światła unoszącą się postać mężczyzny, jakby cień swój ścigającego i zmierzającego ku nim — postać ciemną w sobie, lecz blaskiem otoczoną. Mimo woli odwrócili się; spotkać kogokolwiek byłoby dla nich rzeczą wstrętną. Unikali wciąż się poruszającej w tę i ową stronę postaci i nie zostali, jak się zdawało, spostrzeżeni. Biegli dalej prostą drogą ku zamkowi, ale to spokojne usposobienie opuściło ich nagle, gdy postać owa kilkakrotnie okrążyła zatrwożoną parę. Przypadkiem dostali się do strony ocienionej, a postać owa, oświetlona w pełni blaskiem księżyca, nadjeżdżała wprost ku nim i stanęła przed nimi — niepodobieństwem było nie poznać ojca.
Hilaria, krok powstrzymując, straciła ze zdziwienia równowagę i na lód upadła. Flavio równocześnie przykląkł i podtrzymywał jej głowę na swych kolanach. Ukryła twarz, nie wiedziała, co się jej stało.
— Przyprowadzę sanki, tam poniżej przejeżdżają jakieś. Mam nadzieję, że nic złego sobie nie zrobiła. Tu, przy tych trzech wysokich olchach odnajdę was znowu! — tak mówił ojciec i oddalił się już znacznie.
Hilaria przysunęła się do młodzieńca.
— Uciekajmy — zawołała — ja tego nie zniosę.
Puściła się gwałtownie w stronę przeciwległą zamkowi, tak że Flavio ledwie z wysiłkiem zdołał ją dogonić. Przemówił do niej słowy najprzyjaźniejszymi.
Niepodobna odmalować stanu duszy tych trojga zbłąkanych, oszołomionych w nocy, na gładkiej powierzchni przy blasku księżyca. Dość, że późno dotarli do zamku. Młoda para oddzielnie, nie śmiejąc się dotknąć, nie śmiejąc się zbliżyć, ojciec z pustymi saniami, które na próżno oprowadzał, śpiesząc w dal i wszerz z pomocą. Muzyka i taniec już się rozpoczęły. Hilaria, pod pretekstem bolesnych następstw nieszczęsnego upadku, skryła się w swoim pokoju. Flavio bardzo chętnie pozostawił przewodniczenie tańcom i ich prowadzenie kilku młodym towarzyszom, którzy się już tym zajęli pod jego nieobecność. Major się nie ukazał i uznał to za dziwne, chociaż nie niespodziewane, że zastał swój pokój jakby zamieszkanym, a własne swoje ubranie, bieliznę i przybory rozłożone wkoło, tylko nie tak porządnie, jak on był przywykł je widzieć. Pani domu z przystojnym przymusem spełniała obowiązki swoje. A jakże była rada, kiedy wszyscy goście, należycie rozmieszczeni, dali jej wreszcie możność porozumienia się z bratem. Zrobiła to rychło, ale trzeba było czasu, by z zadziwienia ochłonąć, rzeczy niespodziewane zrozumieć, wątpliwości usunąć, troskę ukoić — o rozwiązaniu węzła, o oswobodzeniu ducha nie można było myśleć na razie.
Czytelnicy nasi zrozumieją, że od tego momentu w wykładzie historii naszej nie możemy już malować, lecz tylko opowiadać i rozważać, jeśli chcemy wniknąć w stany duszy, od których teraz wszystko zależy, i uprzytomnić je sobie.
Zawiadamiamy tedy najprzód, że major od chwili, kiedyśmy go z oczu stracili, cały czas bez przerwy poświęcał się owej sprawie rodzinnej, w której — jakkolwiek przedstawiała się tak pięknie i prosto — napotkał w szczegółach niektórych niespodziewane przeszkody. Toż to w ogóle nie jest tak łatwo zastarzały, a zawikłany stan rzeczy rozwikłać i liczne, splątane nici na kłębek nawinąć. A że z tego powodu często zmieniać musiał miejsca, by w różnych urzędach i u różnych osób interes popierać, listy siostry dostawały się do niego z wolna i nieregularnie. O zabłąkaniu się syna i jego chorobie dowiedział się najprzód, potem posłyszał o urlopie, którego nie pojmował. Że skłonność Hilarii znajdowała się w punkcie zwrotnym, pozostało dla niego tajemnicą, bo jakże siostra mogła o tym zawiadomić!
Na wieść o powodzi przyśpieszył podróż. Przybył atoli dopiero po nadejściu mrozu w pobliże pól lodowych, nabył łyżwy. Posłał parobków i konie drogą okolną130 do zamku, a sam w szybkim biegu tamże się kierując, trafił — z dala już spostrzegając oświetlone okna, wśród nocy jasnej jak dzień — na widok wielce niepocieszający i wpadł w zamęt wewnętrzny najbardziej nieprzyjemny.
Przejście od prawdy wewnętrznej do zewnętrznej rzeczywistości jest — jako przeciwieństwo — zawsze bolesne. A miałożby kochanie i trwanie nie mieć takichże praw, jak rozstawanie się i unikanie? A przecież, jeśli się jedno odrywa od drugiego, powstaje w duszy olbrzymia przepaść, w której niemało już serc poginęło. Ba, urojenie, dopóki trwa, ma za sobą niepokonaną prawdziwość, a tylko męskie, dzielne umysły bywają podnoszone i umacniane przez poznanie błędu. Odkrycie takie wynosi je ponad nie same, stają się wyższe od siebie i ponieważ dawna droga już jest zamknięta, oglądają się szybko za nową, aby nią się puścić zaraz, żwawo i odważnie. Niezliczone są kłopoty, w jakie się widzi wtrącony człowiek w chwilach takich; niezliczone środki, jakie umie odkryć wynalazcza natura w zakresie sił własnych — a jeżeli te nie wystarczają, wskazać je przyjaźnie poza swoim obrębem.
Na szczęście jednak major był w głębi duszy przez półświadomość, bez woli i przyczynienia się własnego, już przygotowany na taki wypadek. Odkąd się rozstał ze swym kosmetycznym kamerdynerem, odkąd się oddał znowu swemu naturalnemu trybowi życia, zaniechawszy pretensji co do zewnętrznego wyglądu, poczuł w pewnej mierze uszczuplenie we właściwym swym cielesnym dobrobycie. Poczuł nieprzyjemność przejścia od roli pierwszego kochanka do roli czułego ojca. A przecież ta druga coraz to bardziej mu się narzucała. Troska o los Hilarii i swoich najbliższych wydobywała się w myślach jego wciąż naprzód, tak że uczucie miłości, upodobania, pożądania czegoś dla siebie, rozwijało się dopiero potem. A kiedy wyobrażał sobie Hilarię w objęciach swoich, to więcej pragnął szczęścia, jakie jej miał stworzyć, aniżeli rozkoszy jej posiadania. Co więcej, jeśli chciał w czystości radować się jej wspomnieniem, to musiał przede wszystkim uprzytomnić sobie jej niebiańsko wypowiedzianą skłonność; musiał przywołać na pamięć ową chwilę, kiedy mu się poświęciła w sposób tak niespodziewany.
A teraz, kiedy wśród jasnej nocy ujrzał przed sobą odosobnioną młodą parę, usunięcie się na lód najukochańszej, podtrzymanie przez młodzieńca, niezważanie na przyrzeczony przezeń powrót z pomocą, nieoczekiwanie na dokładnie oznaczonym miejscu, zniknięcie w ciemności i pozostawienie go w stanie najposępniejszym... Kto by to wszystko poczuł i nie pogrążył się w rozpaczy?
Rodzina, przyzwyczajona do zjednoczenia, spodziewająca się jeszcze większej łączności, teraz w przerażeniu trzymała się od siebie z dala. Hilaria uparcie siedziała w swoim pokoju. Major zebrał siły, by się o poprzednich wypadkach od syna dowiedzieć. Nieszczęście spowodowane zostało niewieścim przestępstwem pięknej wdowy. Ażeby swego namiętnego dotychczas wielbiciela, Flavia, nie oddać innej, bardzo miłej osobie, która chętkę nań zdradziła, wdowa darzy go pozorną łaską więcej, niż należy. Tym podniecony i ośmielony, stara się on zdążyć gwałtownie do zamierzonego celu — aż do zuchwalstwa, skąd rodzi się naprzód niechęć i zwada, a potem stanowcze zerwanie kładzie nieodwołalnie koniec całemu stosunkowi.
Dobroci ojcowskiej nie pozostaje nic innego, jak boleć nad błędami dzieci, mającymi złe następstwa, i jeżeli da się, naprawić je. Jeżeli mijają w sposób nie tak szkodliwy, jak się obawiano — przebaczyć i zapomnieć. Po niejakim namyśle i rozmowie odjechał tedy Flavio do dóbr przejętych, by tam w zastępstwie ojca coś niecoś dokonać. Miał tam zabawić aż do upływu urlopu, a potem wejść na powrót do pułku, który tymczasem przeniesiono do innego garnizonu.
Kilka dni zajmował się major otwieraniem listów i paczek, które się nagromadziły u siostry podczas dłuższej jego nieobecności. Między innymi znalazł także pismo owego kosmetycznego przyjaciela, dobrze zakonserwowanego aktora. Ten, zawiadomiony przez odprawionego kamerdynera o stanie majora i o zamiarze ożenienia się, w wesołym tonie rozwijał skrupuły, jakie wobec takiego przedsięwzięcia należałoby mieć przed oczyma. Traktował tę sprawę po swojemu i dawał do zrozumienia, że dla mężczyzny w pewnych latach najbezpieczniejszym środkiem kosmetycznym jest trzymanie się z dala od płci pięknej i używanie chwalebnej, wygodnej wolności. Otóż major pokazał siostrze papier z uśmiechem, wskazując żartem wprawdzie, ale dość serio, ważność treści. Przyszedł mu też równocześnie na myśl wiersz pewien, którego rytmicznej formy nie mamy na podorędziu, ale którego zawartość odznaczała się ładnymi porównaniami i powabnym zwrotem:
„Późny księżyc, nocą przystojnie jeszcze świecący, blednie wobec wschodzącego słońca. Mrzonka miłości podeszłego wieku znika wobec namiętnej młodości. Sosna, która w zimie wydaje się świeża i silna, na wiosnę wygląda na sczerniałą i spełzłą obok jasno zieleniejącej brzozy”.
Nie myślimy tu wszelako wysławiać wyłącznie ani filozofii, ani poezji, jako stanowczych pomocnic ku stanowczemu postanowieniu. Bo jak małe zdarzenie może mieć bardzo ważne skutki, tak też rozstrzyga ono częstokroć, kędy są chwiejne usposobienia, nachylając wagę ku tej lub owej stronie. Majorowi wypadł był niedawno ząb przedni, a obawiał się postradać i drugi. O wstawieniu sztucznego niepodobna było myśleć w jego obecnym nastroju, a z takim brakiem starać się o młodą kochankę zaczęło mu się wydawać czymś bardzo upokarzającym — teraz zwłaszcza, kiedy się wraz z nią pod jednym dachem znajdował. Dawniej albo później zdarzenie takie mało by może miało wpływu. W tej atoli chwili właśnie taki wypadek dla każdego człowieka, przywykłego do zupełności zdrowia, musiałby podziałać jako niesłychana przeciwność. Wydaje mu się, jakby się usuwał przyczółkowy kamień jego istoty organicznej, a reszta sklepienia groziła stopniowym zawaleniem się.
Jakkolwiek bądź, major rozmówił się dość rychło z siostrą rozważnie i rozumnie w tej sprawie na pozór tak zawikłanej. Oboje musieli wyznać, że właściwie trafili — lubo manowcem — do celu. Do tego celu, od którego przypadkowo, wskutek zewnętrznej pobudki, omamieni urojeniem niedoświadczonego dziecka, oddalili się nieoględnie. Poczytywali za rzecz najbardziej naturalną wytrwać na tej drodze, zabrać się do połączenia obojga dzieci i obdarzyć je potem wytrwale i bez przerwy wszelką rodzicielską troskliwością, do czego środki umieli zgromadzić.
W zupełnym porozumieniu z bratem poszła baronowa do pokoju Hilarii. Siedziała ona przy fortepianie, śpiewając przy własnym akompaniamencie i jakby zapraszając pogodnym spojrzeniem i ukłonem wchodzącą z powitaniem do słuchania. Pieśń ta, miła i uspokajająca, wypowiadała nastrój śpiewaczki, nad który lepszego życzyć sobie nie było można. Ukończywszy ją, powstała i zanim starsza, rozważna kobieta rozpocząć mogła swoją przemowę, zaczęła w te słowa:
— Najdroższa matko! Bardzo dobrze się stało, żeśmy o najważniejszej sprawie milczały tak długo. Dziękuję ci, żeś dotąd struny tej nie dotknęła, ale teraz już czas porozumieć się, jeżeli łaska. Jak sobie mamy rzecz tę wystawić?
Baronowa, niezmiernie ucieszona spokojem i łagodnością, jaką w swej córce znalazła, zaczęła zaraz roztropnie przedstawiać historię czasu minionego, osobistość swego brata i jego zalety. Zgodziła się na to, że jedyny mężczyzna wartościowy, który tak dobrze był znany młodej dziewczynie, musiał koniecznie wywrzeć wrażenie na sercu wolnym, i że z tego wrażenia — zamiast dziecięcej czci i zaufania — mogła się rozwinąć skłonność, objawiająca się jako miłość, jako namiętność.
Hilaria przysłuchiwała się uważnie i dawała potakującymi minami i znakami poznać całkowitą swą zgodę. Matka przeszła do syna, a córka opuściła długie swe rzęsy. A choć mówczyni nie znajdowała tak świetnych argumentów za młodszym, jakie umiała przytoczyć na rzecz ojca, to się głównie trzymała podobieństwa obu — tej wyższości, jaką daje młodość synowi, który wybrany na towarzysza życia w wieku doskonale do małżeństwa stosownym, obiecywał, naturalnie, z czasem zupełne urzeczywistnienie istoty ojcowskiej. I tu zdawała się Hilaria być jednakiego zdania, lubo poważniejsze cokolwiek spojrzenie i oczy niekiedy w dół patrzące zdradzały pewne wzruszenie, wielce w tym wypadku naturalne. Potem mowa skierowała się na pomyślne, w pewnej mierze nakazujące okoliczności zewnętrzne. Układ zawarty, piękny zysk na czas obecny, widoki rozciągające się na różne strony — wszystko zupełnie zgodnie z prawdą wystawione było przed oczami. A w końcu nie mogło zbraknąć i napomknień, jak to i Hilaria sama pamiętać musi, że wprzódy zaślubiona była, choć niby żartem tylko, dorastającemu z nią razem kuzynowi.
Z tego wszystkiego, co powiedziała poprzednio, wyciągnęła matka nasuwający się sam przez się wniosek, że za jej i wuja zezwoleniem może bez zwłoki nastąpić związek młodej pary.
Hilaria, patrząc i mówiąc spokojnie, odrzekła na to, że wniosku tego nie może natychmiast uznać za słuszny i przytoczyła pięknie i powabnie przeciw niemu to, co serce delikatne z pewnością wraz z nią jednako odczuje, ale czego my słowami wyrazić się nie podejmujemy.
Ludzie rozumni, kiedy wymyślą coś rozsądnego ku uchyleniu tego czy owego kłopotu, ku osiągnięciu tego lub owego celu, i kiedy już rozjaśnili i uporządkowali wszystkie możliwe za tym argumenty, czują się niezmiernie przykro dotknięci, jeśli ci, którzy by dla własnego szczęścia współdziałać powinni, okazują zupełnie inne nastawienie i opierają się z powodów, spoczywających głęboko w sercu, temu, co jest zarówno chwalebne, jak konieczne. Wymieniano słowa, nie przekonując się nawzajem. Głos roztropności nie zdołał przedrzeć się do uczucia, głos uczucia nie chciał się poddać pojęciu pożytku i konieczności. Rozmowa zaogniała się. Ostrze rozumu uderzyło w zranione już serce, które nie z umiarkowaniem, ale namiętnie stan swój poznać dawało, tak że w końcu matka, zdziwiona podniosłością i godnością młodej dziewczyny, sama się cofnęła, kiedy ta z energią i poczuciem prawdy wskazała niestosowność, a nawet zbrodniczość takiego związku.
Z jakim zmieszaniem wróciła baronowa do brata, łatwo sobie wyobrazić. A może nawet, lubo niedokładnie, odczuć można to, co czuł major, który, pogłaskany w głębi duszy tą stanowczą odmową, stał przed siostrą, wprawdzie bez nadziei, ale pocieszony, widząc się oswobodzonym od owego zawstydzenia i pogodzonym wewnętrznie z wypadkiem, który stał się dla niego najdrażliwszą sprawą honorową. W tej chwili ukrył on stan swój przed siostrą i przesłonił swoje bolesne zadowolenie bardzo naturalnym w tym przypadku zdaniem, że nie należy działać zbyt pośpiesznie, lecz pozostawić czas dobremu dziecku, by na drogę otwartą, która odtąd rozumiała się w pewnej mierze sama przez się, weszło dobrowolnie.
Ledwie atoli żądać możemy od czytelników naszych, by z tych wstrząsających stanów wewnętrznych przenieśli się w warunki zewnętrzne, od których jednakże tak wiele teraz zależało. Kiedy baronowa pozostawiła córce wszelką swobodę przyjemnego spędzania dni w towarzystwie muzyki i śpiewu, rysunku i haftu, a nadto rozrywania siebie i matki czytaniem cichym i głośnym, major zajmował się wobec nadchodzącej wiosny uporządkowaniem spraw rodzinnych. Syn zaś, który się w następstwie widział bogatym właścicielem ziemskim i szczęśliwym, o czym wątpić nie mógł, małżonkiem Hilarii, teraz dopiero poczuł wojacką żądzę sławy i odznaczenia, kiedy miała wybuchnąć grożąca wojna. I tak, wśród chwilowego uspokojenia, poczytywano niemal za rzecz pewną, że zagadka ta, która, jak się zdawało, zawisła już tylko na pewnym skrupule, niebawem się wyjaśni i rozwiąże.
Niekiedy jednak w tym pozornym spokoju nie można było znaleźć ukojenia. Baronowa oczekiwała dzień w dzień, ale na próżno, zmiany w myślach córki, która skromnie wprawdzie i rzadko, ale, bądź co bądź, przy danej pobudce, niewątpliwie dawała do zrozumienia, że trwa w swym przekonaniu tak silnie, jak ktoś, komu prawda w duszy się objawiła — mniejsza o to, czy zgodnie ze światem otaczającym czy nie. Major czuł się rozdwojony. Czułby się na zawsze dotknięty, gdyby się Hilaria zdecydowała rzeczywiście na syna. Ale gdyby się na niego samego zdecydowała, to nabrał przekonania, iżby musiał ręki jej odmówić.
Żałujmy zacnego męża, nad którym te troski, te męki unosiły się nieustannie jak mgła ruchoma — już to jako plan dalszy, z zarysowującymi się na nim rzeczywistościami i zatrudnieniami dnia bieżącego, już to jako coś pierwszorzędnego, zakrywającego całą obecność. Taka to chwiejność i niepewność poruszała się przed oczyma jego ducha. A choć wyzywający dzień zmuszał go do żwawej, skutecznej działalności, to tak bywało jak wśród nocnego budzenia się, kiedy wszystkie przeciwności, upostaciowione i wciąż postać zmieniające, w najbardziej niepożądanym kółku przewracały się w jego wnętrzu. Ta wiecznie wracająca, nieunikniona sprawa wprawiła go w stan taki, żebyśmy go nazwać mogli prawie rozpaczą, gdyż zajęcie i działanie, które skądinąd w podobnych położeniach okazywały się najlepszymi środkami zbawczymi, tu działały zaledwie łagodząco, lecz bynajmniej nie kojąco.
W takim położeniu otrzymał przyjaciel nasz list nieznanej ręki z zaproszeniem na pocztę do pobliskiego miasteczka, gdzie pragnął usilnie z nim pomówić jakiś śpieszący się przejezdny. Przyzwyczajony wobec różnorodnych stosunków swoich — zarówno związanych z interesami, jak światowych — do podobnych rzeczy, nie zaniedbał tej okoliczności, zwłaszcza, że swobodne, pośpieszne pismo coś mu przypominać się zdawało. Spokojny i pewny siebie po swojemu, udał się na wyznaczone miejsce, gdzie w znanej, prawie wieśniaczej izbie na piętrze spotkała go piękna wdówka — piękniejsza i powabniejsza, niż kiedy ją opuszczał. Czy to, że wyobraźnia nasza nie jest zdolna do zatrzymania w sobie najwyższej doskonałości i uprzytomnienia jej sobie potem w całej pełni czy też wzruszenie dodało jej rzeczywiście więcej wdzięku. Dość, że major potrzebował mocy podwójnej, by swe zdziwienie i zmieszanie pokryć pozorem najzwyklejszej grzeczności. Powitał ją uprzejmie z chłodem zakłopotania.
— Nie tak, mój najdroższy! — zawołała wdowa — nie potom wcale zawezwała pana między te pobielone ściany, w to otoczenie w najwyższym stopniu nieszlachetne. Takie proste sprzęty nie wymagają dworskiej rozmowy. Oswabadzam pierś swoją od ciężkiego brzemienia, powiadając, wyznając, żem w domu pańskim wiele złego narobiła.
Major cofnął się zdumiony.
— Wiem wszystko — mówiła dalej — nie potrzebujemy się informować. Pana i Hilarii, Hilarii i Flavia, pańskiej dobrej siostry, was wszystkich żałuję.
Mowa jej jakby rwała się, wspaniałe rzęsy nie mogły powstrzymać wydobywających się łez, policzki zarumieniły się — piękniejsza była niż kiedykolwiek. W najstraszniejszym zamęcie stał przed nią szlachetny człowiek. Przenikało go jakieś nieznane wzruszenie.
— Usiądźmy — rzekła najmilsza ta istota, oczy ocierając. — Przebacz mi pan, użal się pan nade mną! Widzisz, jak zostałam ukarana.
Znowu przytknęła haftowaną chusteczkę do oczu, ukrywając poza nią, jak gorzko płakała.
— Racz mnie oświecić, pani łaskawa! — rzekł major pośpiesznie.
— Nie ma tu łaskawej! — odparła, niebiańsko się uśmiechając. — Nazywaj mnie pan swoją przyjaciółką, nie masz pan wierniejszej. A więc, mój przyjacielu, wiem wszystko, znam dokładnie położenie całej rodziny, wtajemniczyłam się we wszystkie nastroje i cierpienia.
— Co mogło panią powiadomić aż do tego stopnia?
— Wyznania osobiste. Ta ręka nie będzie obca panu.
Pokazała mu kilka otwartych listów.
— Ręka mojej siostry. Listy, liczne, a ze względu na niedbałe pismo, poufne! Czyż pani była z nią kiedyś w stosunkach?
— Bezpośrednio nie, pośrednio od pewnego czasu. Tu jest adres: do ***.
— Nowa zagadka. Do Makarii, najbardziej milkliwej ze wszystkich kobiet.
— Ale też z tego powodu powiernicy, spowiednika wszystkich dusz uciśnionych, tych wszystkich, co zatracili samych siebie, pragną się odnaleźć, a nie wiedzą, gdzie.
— Dzięki Bogu! — zawołał — że się znalazło takie pośrednictwo. Mnie nie wypadało jakoś udać się do niej z błaganiem. Błogosławię siostrę, że ona to zrobiła. Bo i ja znam przykłady, że owa zacna kobieta, trzymając obyczajowo magiczne zwierciadło, niejednemu nieszczęśliwemu wskazała poprzez splątaną postać zewnętrzną jego czyste, piękne wnętrze i od razu go pogodziła przede wszystkim ze sobą samym, i zachęciła do życia nowego.
— Dobrodziejstwo to i mnie wyświadczyła — odrzekła piękna wdowa.
I w tej chwili poczuł przyjaciel nasz — lubo niejasno, ale stanowczo — że z tej dziwnej osobistości we właściwościach swoich wydatnej wytworzyła się istota moralnie piękna, współczująca i wzbudzająca współczucie.
— Nie byłam nieszczęśliwa, ale niespokojna — mówiła dalej. — Nie należałam już naprawdę do siebie samej, a to, bądź co bądź, znaczy ostatecznie nie być szczęśliwym. Nie podobałam się już sama sobie. Choćbym nie wiem jak wykręcała się przed zwierciadłem, zawsze mi się zdawało, jakbym się na bal maskowy stroiła. Ale odkąd ona mi swoim zwierciadłem błysnęła, odkąd zrozumiałam, jak to można się samemu ozdobić wewnętrznie, znowu się sama sobie piękną przedstawiam.
Mówiła to wśród uśmiechów i płaczu i była, trzeba to było przyznać, więcej niż miła. Wydawała się godna szacunku i zasługująca na wieczne, wierne przywiązanie.
— A teraz, mój przyjacielu, załatwmy się krótko. Oto są listy! Przeczytać je i znów odczytać, namyślić się, przygotować... Na to potrzeba by panu w każdym razie godziny albo i więcej, jeśli pan chcesz. Potem nasze stosunki będą mogły być rozstrzygnięte kilkoma słowy.
Opuściła go, idąc do ogrodu na przechadzkę. On rozwinął paczkę listów wymienionych między baronową i Makarią — z treścią ich zapoznamy sumarycznie.
Baronowa uskarża się na piękną wdówkę. Wynika z tego, jak jedna kobieta zapatruje się na drugą i jak ją ostro sądzi. Właściwie mowa jest tylko o zewnętrzności i wyrażaniu siebie — o wnętrze nie chodzi. Na to ze strony Makarii sąd łagodniejszy. Określenie takiej istoty z wewnątrz. Zewnętrzność okazuje się następstwem przypadkowości. Nie ma co jej ganić, może by należało usprawiedliwić. Następnie donosi baronowa o szaleństwie i utracie rozumu przez syna, o rosnącej skłonności młodej pary, o przybyciu ojca i o stanowczej odmowie Hilarii. Na wszystko znajdują się odpowiedzi Makarii, odznaczające się serdeczną pobłażliwością, pochodzącą z tego głębokiego przeświadczenia, że powstać stąd musi udoskonalenie moralne. Przesyła w końcu wszystkie listy pięknej kobiecie, której niebiańsko piękne wnętrze wydobywa się teraz na jaw i zaczyna uświetniać zewnętrzność. Całość kończy się wyrażeniem wdzięczności dla Makarii.