Rozdział trzynasty

Po tym ożywionym ruchu dni minionych nastąpiła cisza zupełna. Pozostali tylko ze sobą trzej przyjaciele, a niebawem zauważyć było można, że dwaj z nich, Leonard i Fryderyk, dziwnym trapili się niepokojem. Nie ukrywali obopólnego zniecierpliwienia, iż doznali przeszkody w odjeździe z tego miejsca. Oczekiwali posłańca, jak powiadali, a tymczasem nie nasuwało się do rozmowy nic rozumnego, nic stanowczego.

W końcu przybywa posłaniec, przynosząc dużą paczkę, do otwarcia której zrywa się natychmiast Fryderyk. Leonard powstrzymuje go, mówiąc:

— Pozostaw to nietknięte, połóż przed nami na stole. Obejrzymy, pomyślimy i zrobimy przypuszczenie, co też tam znajdować się może. Los nasz bowiem teraz bliższy jest swego przeznaczenia. A jeżeli nie jesteśmy sami panami jego, jeżeli zależy od rozumu, od uczuć innych ludzi, gdy można oczekiwać na „tak” lub „nie”, tym lub owym sposobem, to wówczas wypada być spokojnym, skupić się, zapytać siebie, czy się to zniesie, jak gdyby to było tak zwanym sądem bożym, przez który zobowiązani jesteśmy trzymać rozum na uwięzi.

— Nie jesteś tak spokojny, jak się chcesz wydawać — odparł Fryderyk. — Toteż pozostań sam ze swymi tajemnicami i rób z nimi, co chcesz. Mnie one w żadnym razie nie dotykają. Pozwól mi atoli tymczasem objawić treść temu staremu, doświadczonemu przyjacielowi i przedstawić mu wątpliwe stosunki, które żeśmy przed nim kryli od tak dawna.

Mówiąc to porwał ze sobą przyjaciela naszego, a po drodze zawołał:

— Znaleziono ją, od dawna znaleziono! Idzie tylko o to, co się z nią stanie.

— Wiedziałem już to — rzekł Wilhelm. — Przyjaciele bowiem odkrywają sobie wzajemnie najlepiej to, co przemilczają. Ostatni ustęp dziennika, gdzie Leonard właśnie wśród gór przypomina sobie list, który do niego napisałem, przywołał w mojej wyobraźni tę dobrą naturę w całym otoczeniu umysłu i uczuć. Widziałem już, jak dnia następnego zbliża się do niej, poznaje ją; widziałem wszystko, co potem nastąpić mogło. Ale muszę wyznać szczerze, iż nie ciekawość, lecz rzetelne współczucie, jakie dla niej powziąłem, niepokoiło mnie z powodu waszego milczenia i powściągliwości.

— W tym też względzie — zawołał Fryderyk — jesteś właśnie najwięcej współ-zainteresowany co do przysłanej paczki. Dalszy ciąg dziennika posłany był Makarii, a nie chciano ci psuć poważnie powabnego zdarzenia opowiadaniem. Obecnie zaraz to dostaniesz. Leonard pewnie tymczasem już rozpakował, a dla swojego objaśnienia nie potrzebuje on tego.

Fryderyk ruszył po dawnemu skokiem, przybiegł znowu i przyniósł obiecany zeszyt.

— Ale teraz i ja muszę się dowiedzieć — zawołał — co z nami będzie.

I odbiegł znowu, a Wilhelm czytał.

Dziennik Leonarda. Ciąg dalszy

Piątek, 19 września

Ponieważ dziś nie można się było ociągać, chcąc wcześnie się dostać do pani Zuzanny, zjedzono więc pośpiesznie śniadanie wraz z całą rodziną, podziękowano z ukrytymi życzeniami szczęścia i oddano bardownikowi, który tu pozostawał, podarunki przeznaczone dla dziewczyn — cokolwiek bogatsze i okazalsze od onegdajszych194 — tajemnie mu je wsuwając, z czego się poczciwiec okazał wielce ucieszony.

Tym razem drogę odbyliśmy rychło. Po kilku godzinach w spokojnej, niezbyt rozleglej, płaskiej dolinie, której jedna, skalista strona, lekko obmywana falami przejrzystego jeziora, w nim się odzwierciedlała, ujrzeliśmy dobrze i ładnie zbudowane domy, koło których grunt lepszy, starannie uprawny, w słonecznym położeniu sprzyjał utrzymaniu ogródków. Wprowadzony przez roznosiciela przędzy do domu głównego i przedstawiony pani Zuzannie, poczułem coś szczególnego, gdy przemówiła do nas uprzejmie, zapewniając, że jej bardzo przyjemnie, iż przyszliśmy w piątek jako w najspokojniejszy dzień tygodnia, gdyż w czwartek wieczorem gotowe wyroby odesłane zostały jeziorem do miasta Gdy roznosiciel przerwał, mówiąc: „Toż je znosi o każdej porze Daniel”, ona odparła:

— Z pewnością, on załatwia interes tak chwalebnie i wiernie, jakby to był jego własny.

— Bo też różnica niezbyt wielka — odparł tamten. Wysłuchał kilku poleceń uprzejmej gospodyni i pośpieszył dopełnić swoich zobowiązań w dolinach bocznych, przyrzekając, że wróci za dni kilka i mnie ze sobą zabierze.

Mnie tymczasem bardzo dziwnie było w duszy. Zaraz przy wejściu opanowało mnie przeczucie, że to jest owa upragniona. Przy dłuższym wpatrywaniu się nie była, nie mogła nią być, a jednak gdy się od niej wzrok odrywało lub gdy się odwracała, była nią znowu. Tak jak we śnie wspomnienie i fantazja nawzajem się wypychają.

Kilka prządek, które się opóźniły ze swą robotą tygodniową, przyniosło ją teraz. Gospodyni, przyjaźnie upominając je co do pilności, targowała się z nimi. Ale dla rozmowy z gościem pozostawiła tę sprawę dwóm dziewczętom, które nazywała Małgosią i Elżunią, a którym ja tym uważniej się przypatrywałem, iż chciałem zbadać, o ile się one zgadzały z opowiadaniem bardownika. Dwie te postaci zbiły mnie zupełnie z tropu i rozproszyły wszelkie podobieństwo między poszukiwaną a gospodynią.

Tym dokładniej ją atoli obserwowałem i wydała mi się ona, bądź co bądź, najgodniejszą, najmilszą istotą ze wszystkich, jakie widziałem w mej podróży po górach. Byłem już dostatecznie powiadomiony o owym przemyśle, ażeby móc z nią świadomie mówić o interesie, który dobrze znała. Moje rozumne zainteresowanie wielce ją ucieszyło, a gdym zapytał, skąd dostaje swoją bawełnę, której wielki transport przez góry widziałem przed kilku dniami, odpowiedziała mi, że ten właśnie transport przywiózł jej znaczny zapas. Położenie miejsca jej zamieszkania, twierdziła, i z tego też powodu jest pomyślne, że gościniec, prowadzący do jeziora, przechodzi w bok tej doliny najwyżej o kwadrans drogi. A stamtąd albo sama osobiście, albo przez faktora odbiera przeznaczone dla niej i zaadresowane do niej paki z Triestu, jak to się stało i onegdaj.

Pokazała tedy nowemu przyjacielowi wielką, przewiewną piwnicę, do której składa się zapas, żeby bawełna nie wyschła zanadto, nie straciła na wadze i nie stała się mniej elastyczna.

Potem znalazłem tu po większej części zebrane razem wszystko, com już znał w szczegółach. Po kolei wskazywała to i owo, a ja ze zrozumieniem oglądałem. Tymczasem stawała się bardziej milkliwa. Z pytań jej mogłem odgadnąć, że ma mnie za należącego do rzemiosła. Rzekła bowiem, że, ponieważ bawełna właśnie co nadeszła, oczekuje niebawem komisanta lub wspólnika handlu triesteńskiego, który po oględnym obejrzeniu jej stosunków odbierze należne pieniądze; że te leżą gotowe dla każdego, kto się będzie mógł wylegitymować.

Zakłopotany w pewnej mierze, starałem się wywinąć i spojrzałem za nią, gdy szła przez pokój, ażeby coś zarządzić — wydała mi się jak Penelopa wśród dziewczyn.

Wraca, a mnie się zdaje, że coś w niej zaszło dziwnego.

— Więc pan nie jesteś ze stanu kupieckiego? — rzekła. — Nie wiem, skąd mi przychodzi zaufanie i jakim sposobem ośmielam się żądać pańskiego. Wymuszać nie chcę bynajmniej, ale racz mi pan udzielić tego, co serce panu powie.

Przy tym ta obca twarz spojrzała na mnie tak znanymi i poznającymi oczyma, żem się czuł przeniknięty do głębi i ledwie mogłem panować nad sobą. Kolana i rozum o mało mnie nie opuściły, kiedy na szczęście odwołano ją śpiesznie. Mogłem ochłonąć, umocnić się w swoim postanowieniu niezdradzania się, jak będzie można najdłużej. Bo mi coś w duszy przemknęło, jakby mi groził znowu jakiś nieszczęsny stosunek.

Małgosia, dziecko poważne i miłe, wyprowadziła mnie, by mi pokazać sztuczne tkaniny. Zrobiła to rozsądnie i spokojnie. Zapisywałem, ażeby jej dowieść uwagi, co mi mówiła, w pugilaresie, gdzie do dziś się znajduje jako świadectwo mechanicznego jedynie działania, gdyż w duszy miałem zupełnie co innego. Brzmi to, jak następuje: „Wątek w tkactwie, zarówno ręcznym, jak nożnym składa się, stosownie do wymagania wzorca, z białej, luźno skręconej tak zwanej przędzy wątkowej (niem. Muggengarn), a także z zabarwionych po turecku na czerwono nici oraz z nici niebieskich, których używa się również do prążków i kwiatów. Przy strzyżeniu nawija się tkaniny na walce, tworzące ramę formy stołu, wokoło której siedzi wiele osób pracujących”.

Elżusia, która siedziała między strzygącymi, wstaje, przyłącza się do nas, wtrąca się do rozmowy — i to w ten sposób, żeby tamtą, sprzeciwiając się, zbić z tropu. A kiedym mimo to więcej okazywał uwagi Małgosi, Elżusia zaczęła się wciąż kręcić, by coś przynieść, coś podać, i otarła się przy tym, niezmuszona szczupłością przestrzeni, delikatnym swym łokciem dwukrotnie — i to bardzo znacząco — o moje ramię, co mi się nieszczególnie jakoś podobało.

Piękna-Dobra (zasługuje w ogóle na tę nazwę, zwłaszcza zaś wtedy, gdy się ją z innymi porównuje) wyprowadziła mnie do ogrodu, gdzieśmy się mieli rozkoszować słońcem wieczornym, zanim się ukryje za górą. Wokół jej ust krążył uśmiech, jaki się zwykle ukazuje, kiedy ociągamy się z powiedzeniem czegoś miłego. I mnie też wśród tego zakłopotania zrobiło się przyjemnie na sercu. Przechadzaliśmy się obok siebie; nie śmiałem podać jej ręki, chociaż zrobiłbym to był chętnie. Zdawało się, że oboje się lękamy słów i znaków, przez które szczęśliwe odnalezienie aż zanadto rychło stać się mogło powszechnie znane. Pokazała mi kilka doniczek z kwiatami, w których poznałem do góry kiełkujące łodyżki bawełny.

— Tak to utrzymujemy i pielęgnujemy nasionka, nieużyteczne, a nawet wstrętne w naszym rzemiośle, które wraz z bawełną odbywają tak daleką do nas drogę. Robi się to z wdzięczności; doznajemy szczególnego zadowolenia, widząc żyjące to, czego obumarłe reszty ożywiają nasze istnienie. Widzisz pan tu początek, środek jest panu znany, a dziś wieczorem, jeśli się poszczęści, wesołe ujrzysz zakończenie. My sami, jako fabrykanci, albo przez komisanta zanosimy nasze towary, uzbierane w ciągu tygodnia, w czwartek wieczorem na statek kupiecki. I tak dostajemy się, w towarzystwie innych, co się podobnym zajmują interesem, bardzo wczesnym rankiem w piątek do miasta. Tutaj zanosi każdy swoje towary do kupców, handlujących na wielką skalę, i stara się zbyć jak można najlepiej, a wedle potrzeby zabiera w rachunku pewną ilość surowej bawełny. Nie tylko atoli nabywają w mieście rękodzielnicy potrzebne do fabrykacji, surowe materiały obok zapłaty za swój wyrób, lecz zaopatrują się także w różne inne rzeczy do użytku i przyjemności. Kiedy ktoś z rodziny pojedzie do miasta na jarmark, budzą się wtedy oczekiwania, nadzieje i życzenia, a częstokroć nawet lęk i obawa. Powstaje burza i zawierucha, więc się boją, żeby się coś złego nie stało statkowi! Chciwi wyglądają niecierpliwie, chcąc się dowiedzieć, jak się powiodła sprzedaż towarów i już naprzód obliczają sumę czystego zysku. Ciekawi oczekują na nowiny z miasta, lubiący stroje na suknie i rzeczy modne, jakie podróżny miał przywieźć, łakomi wreszcie, a zwłaszcza dzieci, na rzeczy jadalne, choćby to były bułki tylko. Odjazd z miasta przeciąga się zazwyczaj aż do wieczoru. Wtedy jezioro ożywia się powoli, a statki suną, siłą żagli lub wioseł pędzone, po jego powierzchni. Każdy stara się wyprzedzić inne, a ci, którym się to uda, wyśmiewają żartobliwie tych, co się widzą zmuszonymi pozostać w tyle. Miłe to i piękne widowisko ta jazda po jeziorze, kiedy na jego zwierciadło pada ciepły i stopniowo coraz to głębszy cień gór otaczających, oświetlonych czerwienią wieczoru, kiedy się ukazują gwiazdy, sygnaturki195 dają się słyszeć, kiedy się po wsiach nad brzegiem zapalają światła, odbijając się w wodzie, a potem wschodzi księżyc i rozsiewa swą poświatę po ledwie ruszającej się powierzchni. Bogate okolice znikają, wieś za wsią, zagroda za zagrodą pozostają w tyle. W końcu, przybywszy w pobliże krainy ojczystej, uderzają w róg i natychmiast na górze ukazują się tu i owdzie światełka, spuszczające się ku brzegowi. Każdy dom, mający kogoś na statku, wysyła pomocnika do przeniesienia pakunku. My mieszkamy bliżej góry, ale każde z nas dosyć często odbywało tę podróż, a co się tyczy zatrudnienia, to wszyscy jednako się nim interesujemy.

Przysłuchiwałem się jej z podziwem, jak dobrze i pięknie wszystko to mówiła, i nie mogłem się wstrzymać od otwartego spostrzeżenia, jakim sposobem w tej dzikiej okolicy, przy zajęciu tak mechanicznym, mogła osiągnąć takie wykształcenie!

Patrząc przed siebie z nader miłym, niemal figlarnym uśmiechem, odparła:

— Urodziłam się w okolicy piękniejszej i milszej, gdzie panują i przebywają ludzie doborowi, a chociaż dzieckiem okazywałam się dzika i nieokiełznana, to przecież wpływ wykształconych posiadaczy na swe otoczenie był niezaprzeczony. Największe wszelako wrażenie na młodej istocie zrobiło wychowanie pobożne, które rozwinęło we mnie pewne poczucie uczciwości i stosowności, jako natchnione wszechobecnością miłości boskiej. Wyszliśmy stamtąd — mówiła dalej, a delikatny uśmiech opuścił jej usta; powstrzymywała łzy napełniające jej oczy. — Wędrowaliśmy daleko, daleko, z jednej okolicy do drugiej, kierowani pobożnymi wskazówkami i zaleceniami. W końcu dostaliśmy się tutaj, do tej niezmiernie czynnej okolicy. Dom, w którym mnie pan zastajesz, zamieszkiwali tak samo usposobieni ludzie. Przyjęto nas serdecznie. Ojciec mój przemawiał tym samym językiem, w tym samym duchu. Niebawem zdawało się, że należymy do rodziny. We wszystkich sprawach domowych i rzemieślniczych zabrałam się odważnie do roboty. I tego wszystkiego, czego panią widzisz mnie pan teraz, nauczyłam się stopniowo, doszłam w tym do wprawy i wykonywałam. Syn tej rodziny, o kilka lat starszy ode mnie, dorodny i piękny na obliczu, pokochał mnie i uczynił swoją powiernicą. Miał on dzielną, a zarazem delikatną naturę. Pobożność, w jakiej ćwiczono się w domu, nie przylgnęła do niego, nie wystarczała mu. Czytał po kryjomu książki, w które zaopatrzyć się potrafił w mieście, książki takie, co nadają duchowi kierunek ogólniejszy i swobodniejszy. A że spostrzegł we mnie podobny popęd, podobne usposobienie, starał się więc kolejno dzielić się ze mną tym, co go tak głęboko zajmowało. W końcu, gdym wszystko pojmowała, nie wytrzymał dłużej, by nie odkryć całkowitej swej tajemnicy. Byliśmy też istotnie bardzo dziwną parą, co na samotnych przechadzkach o takich tylko rozmawiała zasadach, które czynią człowieka samodzielnym. Rzeczywisty zaś stosunek przychylności na tym się jedynie zdawał opierać, żeśmy się wzajemnie umacniali w takich nastrojach, jakie ludzi zazwyczaj zupełnie oddalają od siebie.

Chociaż nie wpatrywałem się w nią ciągle, tylko kiedy niekiedy jakby przypadkowo na nią spoglądałem, zauważyłem przecież z podziwem i współczuciem, że rysy jej twarzy wyrażały równocześnie i dokładnie słów jej znaczenie.

Po chwilowym milczeniu twarz się jej rozjaśniła.

— Odpowiadając na główne pytanie pańskie — rzekła — muszę zrobić zwierzenie, chcąc zarazem, żebyś pan lepiej mógł sobie objaśnić mój dobrany sposób mówienia, który czasami może się wydawać niezupełnie naturalny. Niestety, musieliśmy się oboje ukrywać przed innymi. A lubo wielce żeśmy się strzegli, by nie kłamać i nie być fałszywymi w grubym znaczeniu, byliśmy przecież tacy w subtelniejszym sensie, nie mogąc nigdzie znaleźć usprawiedliwienia dla tego, żeśmy nie bywali na licznie odwiedzanych zebraniach braci i sióstr. A że przy tym musieliśmy wysłuchać niejednej rzeczy wbrew naszym przekonaniom, więc rychło dał mi on do zrozumienia i uwzględnienia, że nie wszystko idzie prosto z serca, lecz że się jakby około wspólnej osi owija wciąż mnóstwo pustych słów, obrazów, porównań, tradycyjnych frazesów i powtarzających się, dźwięcznych wierszy. Pilniej odtąd zwracałam na to uwagę i tak sobie przyswoiłam język, żem mogła, bądź co bądź, wypowiedzieć mowę niczym jakiś przełożony. Z początku bawił się tym mój dobry nauczyciel, w końcu, rozdrażniony, zniecierpliwił się, tak że ja, chcąc go ułagodzić, obrałam drogę wprost przeciwną: przysłuchiwałam mu się tym uważniej, a w tydzień potem potrafiłam powtórzyć jego serdecznie zacny wykład z przybliżoną przynajmniej swobodą i w niezupełnie niepodobnym duchowym usposobieniu.

Tak zmieniał się nasz stosunek w nader ścisły związek, a namiętność do wszelkiej poznawalnej prawdy, dobra, jak też do możliwego ich wykonywania, były tym istotnym spoiwem, które nas łączyło. Kiedy sobie pomyślę, co panem powodować mogło, by mnie skłonić do takiego opowiadania, to sprawił to chyba mój żywy opis szczęśliwie spędzonego dnia targu.

Nie dziw się pan temu, gdyż właśnie wesołe, serdeczne rozpatrywanie pięknych i wzniosłych scen przyrody najprzyjemniej zabawiało mnie i mego narzeczonego w godzinach spokojnych i pracą niezajętych. Wyborni poeci ojczyści obudzili w nas i żywili to uczucie: Alpy196 Hallera197, Sielanki198 Gessnera199, Wiosnę200 Kleista201 często żeśmy sobie powtarzali, a świat nas otaczający rozpatrywaliśmy to ze strony uroczej, to wzniosłej.

Z przyjemnością wspominam dotychczas, jak żeśmy oboje, mając wzrok bystry i dalekonośny, rywalizowali częstokroć porywczo, by zwrócić sobie uwagę na świetne zjawiska ziemi i nieba, wzajem się wyprzedzając i przesadzając. Był to najpiękniejszy wypoczynek nie tylko po zajęciu dziennym, ale także i po owych poważnych rozmowach, które nas często aż nadto głęboko pogrążały we własnym wnętrzu naszym i zagrażały nam niepokojem.

W owej to dobie zajechał do nas pewien podróżny, prawdopodobnie pod zmyślonym nazwiskiem. Nie naciskaliśmy bardzo na niego, gdyż od razu zachowaniem swoim wzbudził w nas zaufanie, we wszystkim postępując wedle obyczaju, a na zebraniach naszych przysłuchując się z należytą uwagą. Oprowadzony po górach przez mego przyjaciela, okazuje się poważny, wyrozumiały i bogaty w wiadomości. I ja się przyłączam do ich rozmów moralnych, w których kolejno o wszystkim jest mowa, co dla duszy człowieka ważne stać się może. Otóż spostrzega on bardzo rychło w naszym sposobie myślenia o rzeczach boskich coś chwiejnego. Wyrażenia religijne stały się dla nas trywialne, ziarno, które w nich zawierać się miało, nam się wymknęło. Dał nam tedy poznać niebezpieczeństwo naszego stanu duszy, wykazując, jak groźne może się stać oddalenie się od tradycji, do której tak się wiele przyłączyło od samej młodości, jak nadzwyczaj niebezpieczne jest ono tam zwłaszcza, gdzie własnemu wnętrzu wiele jeszcze brakuje. „Zapewne, mówił, co dzień i co godzinę praktykowana pobożność staje się w końcu tylko sposobem spędzenia czasu i działa jakby jakaś policja na zewnętrzną dostojność, ale nie na głębię usposobienia. Jedynym na to środkiem jest wydobyć z własnej piersi równoznaczne, równie skuteczne, równie uspakajające nastroje”.

Rodzice przystali milcząco na połączenie nasze. Nie wiem, jak się to stało, że obecność nowego przyjaciela przyśpieszyła zaręczyny. Wydawało się nam życzeniem jego, by to ustalenie szczęścia naszego mógł obchodzić w cichym kółku, gdy razem z nami musiał wysłuchać, jak przełożony przy sposobności nie omieszkał nam przypomnieć biskupa laodycejskiego202 i wielkiego niebezpieczeństwa oziębłości, jakiej się w nas dopatrywano. Kilkakrotnie jeszcze rozmawialiśmy o tych przedmiotach, a on pozostawił odnoszącą się do tego kartkę, do której często potem potrzebowałam zaglądać.

Rozstał się wreszcie z nami i takiego doznałam uczucia, jakby wraz z nim uszły wszystkie dobre duchy. Nienowe jest to spostrzeżenie, że pojawienie się jakiegoś doskonałego człowieka w pewnym kole tworzy epokę, a z jego odejściem powstaje próżnia, w którą się często wciska przypadkowe jakieś nieszczęście.

Pozwól mi pan rzucić zasłonę na to, co zaraz nastąpiło! Przypadkiem szacowne życie mego narzeczonego, wspaniała jego postać nagle uległy zniszczeniu. Ostatnie godziny swoje obrócił mężnie na to, ażeby się ze mną, niepocieszoną, połączyć i zapewnić mi prawa do swego dziedzictwa. Ale wypadek ten był tym boleśniejszy dla rodziców, że na krótko przedtem utracili córkę i teraz ujrzeli się osieroconymi w najistotniejszym znaczeniu, czym ich czułe serca tak silnie zostały dotknięte, iż niedługo już cieszyli się życiem. Wkrótce poszli za swymi ukochanymi, a mnie dosięgła jeszcze jedna niedola. Ojciec mój, tknięty paraliżem, zachował jeszcze co prawda zmysłową wiedzę o świecie, ale nie ma ani duchowej, ani cielesnej nad nim władzy. I tak potrzebna mi się stała rzeczywiście owa samodzielność w największym nieszczęściu i osamotnieniu; samodzielność, w której, spodziewając się szczęśliwego związku i wesołego współżycia, wcześnie się ćwiczyłam i niedawno właśnie naprawdę umocniona zostałam prawdziwie ożywiającymi słowy tajemniczego wędrowca.

Nie powinnam wszakże być niewdzięczna, kiedy mi w tym stanie pozostał jeszcze dzielny pomocnik, który jako komisant zajmuje się tym wszystkim, co w takich sprawach jest obowiązkiem męskiej działalności. Kiedy dziś wieczorem wróci z miasta i pan go poznasz, to się dowiesz o dziwnym stosunku moim do niego.

Wtrąciłem jakieś uwagi swoje i starałem się przychylnym, poufnym współudziałem coraz lepiej serce jej do otwartości nakłonić i mowę jej utrzymać w biegu. Nie zaniechałem też poruszyć z bliska tego, co nie zostało jeszcze całkowicie wypowiedziane, a i ona również coraz bliżej do tego zmierzała. I do tego żeśmy doszli, że przy najlżejszej sposobności wystąpiłaby w słowie jawna już tajemnica.

Powstała, mówiąc:

— Chodźmy do ojca!

Pośpieszyła naprzód, ja szedłem za nią powoli. Potrząsałem głową nad dziwnym położeniem, w jakim się znajdowałem. Wprowadziła mnie do pokoju bardzo czystego, na tyłach położonego, gdzie poczciwy starzec siedział nieruchomy na krześle poręczowym. Mało się zmienił. Podszedłem ku niemu. On spojrzał na mnie zrazu wzrokiem osłupiałym, potem żywszym. Rysy jego wypogodziły się, usiłował poruszyć wargami, a kiedym wyciągnął rękę, by ująć jego dłoń spoczywającą, pochwycił ją sam, uścisnął i poskoczył, otwierając ku mnie ramiona.

— O Boże! — zawołał. — Panicz Leonard! To on, on sam!

Nie wytrzymałem, przycisnąłem go do serca, a on osunął się znów na krzesło. Córka pośpieszyła mu dopomóc. Ona także zawołała:

— To on! To pan jesteś, Leonard!

Nadeszła młodsza siostrzenica; poprowadziły ojca, który nagle mógł chodzić znowu, do komory, a on, zwracając się do mnie, powiedział bardzo wyraźnie:

— Jakie szczęście, jakie szczęście! Niebawem ujrzymy się znowu!

Stałem w zamyśleniu, patrząc przed siebie. Marynia wróciła i wręczyła mi kartkę, oznajmiając, że to ta sama, o której była mowa. Poznałem zaraz rękę Wilhelma, jak poprzednio jego osoba jawiła się przede mną w opisie. Kilka obcych twarzy kręciło się koło mnie, panował jakiś ruch szczególny w sieniach. Przykre to doprawdy uczucie — z entuzjazmu rozpoznania miłego, z przeświadczenia o wdzięcznej pamięci, z dowiedzenia się o dziwnych kolejach życia i z tego, co przy tym ciepłego i pięknego rozwinąć się w nas może, być nagle sprowadzonym do szorstkiej rzeczywistości roztargnień powszedniego istnienia.

Tym razem wieczór piątkowy w ogóle nie był tak pogodny i wesoły, jak zapewne bywał kiedy indziej. Nie wrócił z miasta komisant na statku kupieckim. Zawiadomił tylko listownie, że mu interesy pojawić się pozwolą dopiero jutro lub pojutrze, że przybędzie z inną okazją i przywiezie wszystko, co było zamówione i obiecane. Sąsiadom młodym i starym, którzy przyszli tu jak zazwyczaj w oczekiwaniu, wydłużyły się miny. Elżusia szczególnie, która wyszła na spotkanie, wydawała się być w bardzo złym humorze.

Ja schroniłem się do swego pokoju, trzymając w ręku kartkę, ale nie patrząc w nią, gdyż zrobiło mi to już tajemną przykrość, żem się z owego opowiadania dowiedział, iż Wilhelm przyśpieszył zaręczyny.

— Tacy to wszyscy przyjaciele, wszyscy są dyplomatami. Zamiast odwzajemnić zaufanie nasze uczciwie, idą za swymi poglądami, krzyżują nasze życzenia i kierują los nasz w złą stronę!

Tak wołałem, ale niebawem pozbyłem się niesprawiedliwości i przyznałem słuszność przyjacielowi — zwłaszcza rozważając obecną sytuację — i już nie powstrzymywałem się od czytania tego, co następuje:

*

„Każdy człowiek od najwcześniejszych chwil życia swego jest z początku nieświadomy, potem na wpół, a w końcu całkiem świadomy. Zawsze widzi się uwarunkowanym, ograniczonym w swoim stanowisku, ale ponieważ nikt nie zna zamiaru i celu bytu swego — owszem, tajemnicę tę dłoń najwyższa zakrywa — więc maca tylko, chwyta, puszcza, stoi spokojnie, rusza się, zwleka i śpieszy się, czy w jaki bądź sposób popełnia te wszystkie omyłki, które nas w zamęt wpędzają.

*

Nawet najrozważniejszy bywa w wirze życia codziennego zmuszony do ostrożności w danej chwili — i dlatego w ogóle nie dochodzi wcale do jasnego pojęcia rzeczy. Rzadko wie on na pewno, dokąd się ma w dalszym ciągu zwrócić i co właściwie powinien robić, a czego zaniechać.

*

Na szczęście wszystkie te i setne inne, dziwne pytania znajdują odpowiedź w waszym niepowstrzymanie czynnym biegu życia. Nie ustawajcie w bezpośrednim pełnieniu codziennego obowiązku i doświadczajcie przy tym czystości swego serca oraz pewności swego ducha! Jeżeli następnie w swobodnej godzinie odpoczniecie i znajdziecie możność wzniesienia się wyżej, to z pewnością zajmiecie słuszne stanowisko wobec wzniosłości, której winniśmy się z wszelaką czcią oddać, każde zdarzenie rozważać z poszanowaniem i uznawać w nim wyższe kierownictwo”.

*

Sobota, 20 września

Pogrążony w myślach, którym na ich dziwnych manowcach czująca dusza chętnie ze współudziałem towarzyszyć mi będzie, przechadzałem się od świtu nad jeziorem w tę i ową stronę. Gospodyni — czułem zadowolenie, że nie potrzebuję wyobrażać jej sobie wdową — ukazała się, jakby pragnieniu memu czyniąc zadość, najprzód w oknie, potem u drzwi. Opowiedziała mi, że ojciec spał dobrze, wstał pogodnie i wyraźnymi słowy oznajmił, że chce pozostać w łóżku, że mnie dzisiaj widzieć nie będzie, tylko dopiero jutro po nabożeństwie, gdy się z pewnością poczuje wzmocniony. Powiedziała mi następnie, że mnie samego zostawiać dziś musi często, bo to dla niej dzień pełen zajęć. Zeszła na dół i zdała mi z tego sprawę.

Słuchałem, aby tylko jej słuchać. Przy tym przekonałem się, że jest przeniknięta sprawą, że ją przejęła jako obowiązek tradycyjny i ochoczo nią się zajmuje. Mówiła dalej:

— Zwyczajem to ustanowiono, żeby tkanina była gotowa w końcu tygodnia, a w sobotę po południu zanoszona do przedsiębiorcy, który ją przegląda, mierzy i waży, aby zbadać, czy robota jest porządna i bez braków oraz czy mu dostarczono należytą ilość pod względem wagi i miary. A kiedy wszystko okaże się odpowiednie, wypłaca umówioną zapłatę za tkanie. Ze swej strony stara się on utkaną sztukę oczyścić ze wszystkich nitek przypadkowo sterczących i węzłów, ułożyć ją jak najśliczniej najpiękniejszą, najbardziej od braków wolną stronę na wierzch dla oka wysunąć i tym sposobem przedstawić towar jak najkorzystniej.

Tymczasem nadeszło z gór dużo tkaczek, przynoszących swój wyrób do domu. Pomiędzy niemi ujrzałem i tę, która interesowała naszego bardownika. Bardzo ładnie podziękowała mi za pozostawiony podarunek, opowiadając z wdziękiem, że pan bardownik jest u nich, że robi dzisiaj przy ich próżnych krosnach, zapewniając przy rozstaniu, iż co przy nich zrobi, to pani Zuzanna zaraz spostrzeże po robocie. Potem weszła, jak inne, do domu, a ja nie mogłem się powstrzymać, by nie zapytać miłej gospodyni:

— Na miłość Boga! Jakim sposobem dostała pani to dziwne imię?

— Jest to już trzecie — odrzekła — jakie mi narzucają. Przyjęłam je chętnie, gdyż moi teściowie tego sobie życzyli. Było to bowiem imię ich zmarłej córki, której miejsce mnie zająć pozwolili, a imię przecież pozostaje zawsze najpiękniejszym, najżywotniejszym zastępcą osoby.

Odparłem na to:

— Czwarte już jest wynalezione. Nazwałbym panią „Piękną-Dobrą”, o ile by to ode mnie zależało.

Zrobiła ukłon mile pokorny i tak umiała zjednoczyć i wzmóc swoje uniesienie z powodu wyzdrowienia ojca z radością widzenia mnie znowu, że w całym życiu swoim nie mogłem sobie przypomnieć, żebym słyszał i czuł coś pochlebniejszego i przyjemniejszego.

Piękna-Dobra, dwa i trzy razy odwoływana do domu, powierzyła mnie rozumnemu, wykształconemu człowiekowi, który miał mi osobliwości gór pokazać. Szliśmy razem przy najpiękniejszej pogodzie przez wciąż zmieniające się okolice. Łatwo się atoli przekonałem, że nie mogły we mnie obudzić najmniejszej uwagi ani skały i lasy, ani wodospad, ani tym mniej młyny i kuźnie oraz dosyć kunsztownie około drzewa pracujące rodziny. Tymczasem wędrówka była ułożona na dzień cały. Przewodnik niósł w tłumoczku smaczne śniadanie. Na obiad znaleźliśmy dobre jedzenie w karczmie górniczej, gdzie nikt naprawdę rad ze mnie być nie mógł, gdyż dla dzielnych ludzi nie ma nie przykrzejszego jak bezduszne nieinteresowanie się, udające tylko, że je coś zajmuje.

Najmniej atoli rozumiał mnie przewodnik, ku któremu skierował mnie właściwie roznosiciel przędzy, wychwalając wielce moje piękne wiadomości techniczne i szczególne zajęcie się takimi rzeczami. Opowiadał też dużo ów poczciwy człowiek o częstym przeze mnie zapisywaniu i o moich uwagach, na co się też przygotował towarzysz górski. Długo czekał mój przewodnik, żebym wydobył swój pugilares, o który w końcu, zniecierpliwiony do pewnego stopnia, zapytał.

Niedziela, 21 września

Nadeszło niemal południe, zanim mogłem znowu zobaczyć przyjaciółkę. Nabożeństwo domowe, na którym nie życzyła sobie, żebym był obecny, odprawiono tymczasem. Ojciec znajdował się na nim, wypowiadając wielce budujące słowa wyraźnie i zrozumiale. Wszyscy obecni i ona sama byli wzruszeni do łez rzewnych.

— Były to — mówiła — znane sentencje, wiersze, wyrażenia i zwroty, które słyszałam po sto razy, gorsząc się nimi jako pustymi dźwiękami. Tym razem wszakże płynęły one tak serdecznie stopione, spokojnie płonące, wolne od żużli, jak widzimy rozmiękczony metal, spływający korytkiem. Lękałam się bardzo, żeby się wśród tych wylewów duszy nie stargał203, lecz on, zupełnie rześki, dał się zaprowadzić do łóżka. Chciał się w ciszy skupić i jak tylko poczuje w sobie dosyć siły, zawołać do siebie gościa.

Po obiedzie rozmowa nasza stała się żywsza i bardziej poufała. Ale właśnie dlatego lepiej mogłem odczuć i dostrzec, że się gospodyni z czymś wstrzymuje, że walczy z niepokojącymi myślami, tak że się jej niezupełnie powiodło rozpogodzenie oblicza. Spróbowawszy tak i owak przywieść ją do mówienia, wyznałem jej otwarcie, że dostrzegam w niej jakby tęsknotę, jakiś wyraz troski; że powinna mi się zwierzyć, czy to są kłopoty domowe czy handlowe; że jestem dość bogaty, by się jej w jaki bądź sposób wypłacić ze starego długu.

Z uśmiechem zaprzeczyła, iżby tak było.

–- Gdyś pan się pojawił — mówiła dalej — zdawało mi się, że widzę jednego z tych panów, co mi dają kredyt w Trieście. I byłam rada z siebie, żem posiadała pieniądze w zapasie, czy by żądano całej sumy czy jej części. Co mnie jednak dręczy, to istotnie troska handlowa; niestety, nie na tę chwilę, nie! Na całą przyszłość. Biorące górę maszyny niepokoją mnie i przejmują lękiem. Nadchodzą one jak burza, z wolna, z wolna, ale już mają rozpęd, zaraz przyjdą i uderzą. Już mój małżonek przeniknięty był tym smutnym uczuciem. Myśli się, mówi się o tym, lecz ani myślenie, ani mówienie nie może przynieść pomocy. I któż by chciał sobie dobrowolnie uprzytomniać takie okropności! Pomyśl pan, jak wielu ludzi przewija się przez góry takie, z których żeś pan schodził. Jeszcze się unosi przed panem piękne, wesołe życie, które w tych dniach tam widziałeś, o którym najmilsze świadectwo złożył panu wczoraj tłum wystrojony, ze wszech stron napływający. Pomyśl pan, jak to kolejno będzie upadało, obumierało. Jak pustynia, w ciągu stulecia ożywiana i zamieszkiwana, znowu popadnie w swoją prastarą samotność.

Tu pozostają tylko dwie drogi, jedna równie smutna jak druga. Albo sami musimy chwycić się nowości i zniszczenie przyśpieszyć, albo też zerwać się, pociągnąć za sobą najlepszych i najgodniejszych i szukać przyjaźniejszej doli za morzem. Jedno i drugie ma swe niebezpieczeństwa, ale kto nam pomoże do zważenia powodów, które nas do decyzji skłonić mają? Wiem bardzo dobrze, że w pobliżu noszą się z myślą urządzenia maszyn i pochwycenia dla siebie żywności tłumu. Nikomu nie mogę mieć za złe, że siebie uważa za swego najbliższego bliźniego. Ale wydałabym się sobie pogardy godna, gdybym miała ograbiać tych poczciwych ludzi i widzieć w końcu, jak biedni i bezradni na wędrówkę się wybierają; a wywędrować muszą wcześniej lub później. Domyślają się, wiedzą, mówią o tym, a nikt nie postanawia jakiegoś zbawczego kroku. A jednak, skądże ma przyjść postanowienie? Czy i ono dla każdego nie jest tak trudne jak dla mnie?

Narzeczony mój był wraz ze mną zdecydowany co do wychodźstwa. Częstokroć rozmawiał o środkach i drogach wydobycia się stąd. Oglądał się za lepszymi, których by można było skupić koło siebie, z nimi zespolić się w sprawie, ku sobie pociągnąć, za sobą porwać. Wzdychaliśmy, może ze zbyt młodzieńczą nadzieją, do takich okolic, gdzie by uchodzić mogło za obowiązek i prawo to, co by tu było występkiem. Teraz jestem w wypadku wprost przeciwnym: zacny pomocnik, który mi po śmierci męża pozostał, wyborny pod każdym względem, do mnie po przyjacielsku miłośnie przywiązany, zupełnie odmienne ma zdanie.

Muszę o nim mówić, zanim go pan zobaczysz. Wolałabym jednak zrobić to później, gdyż obecność osoby rozwiązuje niejedną zagadkę. Prawie w takim wieku jak mój małżonek, jako mały, biedny chłopiec przystał do zamożnego, życzliwego towarzysza zabaw, do rodziny, do domu, do rzemiosła. Wzrastali razem i trzymali się razem, a jednak były to dwie zupełnie różne natury: jeden otwarty i wylewny, drugi we wczesnej młodości uciśniony, zamknięty w sobie, pilnujący najmniejszego pochwyconego mienia; pobożny wprawdzie, ale myślący więcej o sobie niż o innych.

Wiem doskonale, że od pierwszej chwili zwrócił na mnie oko. Mógł to zaiste zrobić, bom była biedniejsza od niego. Ale się cofnął, jak tylko spostrzegł skłonność przyjaciela swego do mnie. Będąc wytrwale pilnym, czynnym i wiernym, stał się niebawem współuczestnikiem przemysłu. Mąż mój miał w tajemnicy myśl, że gdy my wywędrujemy, jego tu osadzi i jemu powierzy wszystkie pozostałości. Wkrótce po śmierci mego zacnego męża zbliżył się on do mnie, a przed niejakim czasem zaczął okazywać, iż się stara o moją rękę. Lecz oto zachodzi podwójnie dziwna okoliczność, iż on od dawna oświadczył się przeciw wychodźstwu, a natomiast gorąco za tym obstawał, żeśmy powinni zaprowadzić maszyny. Argumenty jego są zaiste naglące, gdyż w górach naszych bawi pewien człowiek, który, w razie gdyby porzucając nasze proste narzędzia chciał zbudować sobie bardziej złożone, mógłby zniszczyć nas do gruntu. Ten człowiek, bardzo zdolny w swym zawodzie (zowiemy go bardownikiem), przychylny jest pewnej zamożnej rodzinie w sąsiedztwie. I wolno mniemać, że zamierza z owych rozwijających się wynalazków skorzystać dla dobra swego i swoich ulubieńców. Dowodzeniu mego pomocnika nic zarzucić nie można, gdyż w pewnej mierze za dużo już czasu zmarnowaliśmy, a jeżeli tamci zyskają pierwszeństwo, to będziemy musieli zrobić to samo, ale już ze stratą. To więc dręczy mnie i lękiem przejmuje, to właśnie każe mi w tobie, najdroższy przyjacielu, widzieć anioła opiekuńczego.

Niewiele pociechy mogłem w tej mierze udzielić. Musiałem uznać tę sprawę za tak zawikłaną, iż prosiłem o czas do namysłu. Ona zaś mówiła dalej:

— Mam jeszcze do oznajmienia niejedno, co położenie moje tym dziwniejszym panu przedstawi. Młodzieniec, który dla mnie osobiście nie jest niemiły, ale który nie zdołałby wcale zastąpić mi mego małżonka ani też pozyskać istotnej miłości — mówiąc to, westchnęła — staje się od pewnego czasu coraz to bardziej natarczywy, a wywody jego są zarówno pełne uczucia, jak i rozsądku. Konieczność oddania mu ręki, nieroztropność myślenia o wychodźstwie i zaniechanie z tego powodu jedynego prawdziwego środka zachowania siebie, zaprzeczyć się nie dają. Toteż mój opór, moja mrzonka o wywędrowaniu wydają mu się tak mało zgodne z moim skądinąd gospodarczym zmysłem, że w ostatniej, trochę gwałtownej rozmowie zauważyć mogłam domysł, że skłonność moja chyba w inną zwraca się stronę.

Ostatnie słowa wypowiedziała z pewnym zająknieniem i spojrzała przed siebie. Co mi przy nich przeszło przez duszę, niech każdy sobie wyobrazi, a jednakże po błyskawicznie zjawiającej się rozwadze, poczułem, że każde słowo zwiększyłoby tylko zamieszanie. Równocześnie, stojąc tak przed nią, nabrałem wyraźnej świadomości, że ją pokochałem w stopniu najwyższym i musiałem użyć całej pozostałej mi reszty rozumu i rozsądku, by jej natychmiast nie ofiarować ręki.

„Niechże zostawi — myślałem — poza sobą wszystko, idąc za mną!”. Ale cierpienia lat minionych powstrzymały mnie. „Maszże na nowo żywić ułudną nadzieję, ażeby za to życiem całym pokutować!”.

Oboje milczeliśmy przez czas jakiś, kiedy Elżusia, której nadejścia nie zauważyłem, stanęła przed nami niespodziewanie, prosząc o pozwolenie spędzenia tego wieczoru w najbliższym zakładzie hutniczym. Pozwolenie otrzymała bez namysłu. Tymczasem przyszedłem do siebie i zacząłem opowiadać w ogólności, jak to w podróżach swoich od dawna widziałem zbliżanie się całej tej sprawy, jak codziennie wzmaga się popęd i konieczność wychodźstwa — pozostaje to jednak wciąż rzeczą najniebezpieczniejszą. Nieprzygotowana ruchawka204 sprowadza nieszczęśliwy powrót, żadne inne przedsięwzięcie nie wymaga tyle ostrożności i kierunku. Ten sposób widzenia rzeczy nie był jej obcy, dużo rozmyślała o tych wszystkich sprawach, w końcu jednak rzekła z głębokim westchnieniem:

— Przez te dni pobytu pańskiego ciągle się spodziewałam, że z poufnego opowiadania zaczerpnę pociechy. Czuję się atoli w gorszym niż poprzednio położeniu; czuję bardzo głęboko, jak jestem nieszczęśliwa.

Podniosła wzrok na mnie, ale, by ukryć łzy wytryskające z pięknych, dobrych oczu, odwróciła się i oddaliła kilka kroków.

Nie chcę się usprawiedliwiać, ale pragnienie, żeby tę wspaniałą duszę, jeśli nie pocieszyć, to rozerwać, nasunęło mi myśl opowiedzenia jej o dziwnym związku wielu wędrujących i rozstających się, do którego przystąpiłem już był od niejakiego czasu. Mimowolnie tak żem się już daleko zapędził, że chyba bym się nie mógł powstrzymać, gdym dostrzegł, jak nieopatrzne mogłoby się stać moje zaufanie. Ona się uspokoiła, zdziwiła, rozpogodziła, roztoczyła całą istotę swoją i wypytywała z taką miłością i zręcznością, żem się już wymknąć jej nie mógł i musiałem wyznać jej wszystko.

Nadeszła Małgosia, mówiąc, żebyśmy się udali do ojca. Dziewczyna wydawała się bardzo zamyślona i zmartwiona. Gdy odchodziła, rzekła do niej Piękna-Dobra:

— Elżusia ma urlop na dzisiejszy wieczór, zajmij się ty sprawami.

— Nie powinniście byli dawać go — odpowiedziała Małgosia — ona nic dobrego nie zrobi. Wybaczacie tej figlarce więcej, niż wypada, ufacie jej więcej, niż należy. Dowiaduję się właśnie, że pisała do niego list wczoraj. Podsłuchała rozmowę waszą, a teraz idzie na jego spotkanie.

Jakieś dziecko, które tymczasem zostało było przy ojcu, poprosiło mnie, żebym pośpieszył, gdyż poczciwy człowiek niepokoi się. Weszliśmy. Pogodny, ba, rozpromieniony siedział na łóżku.

— Dzieci — rzekł on — spędziłem te godziny na ciągłej modlitwie. Żadnego z psalmów dziękczynnych i pochwalnych Dawida205 nie pominąłem, a dodaję do nich z własnej duszy, ze wzmocnioną wiarą: Dlaczego człowiek spodziewa się tylko na metę najbliższą? Kiedy musi działać i dźwigać się, w dal powinien się spodziewać i Bogu zaufać.

Wziął rękę Leonarda, a także rękę córki; i kładąc jedną w drugą, rzekł:

— To nie ma być związek ziemski, lecz związek niebiański. Jak brat i siostra kochajcie się, ufajcie, bądźcie użyteczni i dopomagajcie sobie nawzajem, tak bezinteresownie, jak by wam Bóg dopomagał.

To powiedziawszy, opadł na posłanie z uśmiechem niebiańskim i odszedł w świat inny. Córka osunęła się przy łóżku, Leonard obok niej. Lica się zetknęły, a łzy ich złączyły się na jego ręce.

Pomocnik wbiega na w tej chwili i drętwieje na widok tej sceny. Z dzikim spojrzeniem, wstrząsając czarnymi kędziorami, woła dorodny młodzieniec:

— Umarł i to w chwili, kiedym usilnie miał wzywać wróconej mu mowy, by rozstrzygnął los mój, los córki swojej, istoty, którą po Bogu kocham najmocniej, której bym życzył zdrowego serca, serca, co by mogło poczuć wartość mojej skłonności. Dla mnie ona stracona, klęczy obok innego! Czy was pobłogosławił? Wyznajcież!

Wspaniała istota powstała tymczasem. Leonard podniósł się i przyszedł do siebie, a ona powiedziała:

— Nie poznaję was wcale, tego mężczyzny łagodnego, pobożnego, a nagle tak zdziczałego. Toż wiecie wszakże, jak wam jestem wdzięczna, jak o was myślę.

— O wdzięczności i myśleniu nie ma tu mowy — odparł tamten przytomnie. — Tu idzie o szczęście lub nieszczęście życia mego. Ten obcy człowiek przejmuje mnie niepokojem. Patrząc na niego, nie ufam sobie, bym mógł mieć nad nim przewagę. Wcześniejsze prawa usunąć, dawne związki rozwiązać; tego nie zdołam.

— Skoro tylko znowu będziesz mógł stać się sobą samym — rzekła Piękna-Dobra, piękniejsza niż kiedykolwiek — skoro będzie można mówić z tobą jak dawniej i zawsze, to ci powiem, to ci przysięgnę wobec tych ziemskich resztek mego świętej pamięci ojca, że z tym panem i przyjacielem taki jedynie łączy mnie stosunek, jaki możesz poznać, pochwalić i podzielić i jakim radować się winieneś.

Leonard zadrżał w najgłębszym swym wnętrzu. Wszyscy troje stali cisi, milczący i zamyśleni czas jakiś. Młodzieniec pierwszy zabrał głos, mówiąc:

— Chwila ta zbyt wielkie ma znaczenie, iżby nie miała być rozstrzygająca. Co mówię, to nie bez przygotowania. Miałem czas się namyślić, a więc słuchajcie. Powodem, dla którego odmawiałaś mi swej ręki, była moja odmowa pójścia za tobą, gdybyś z potrzeby albo zachcianki wywędrować chciała. Otóż tutaj, przed tym ważnym świadkiem, objawiam uroczyście, że wywędrowaniu twemu żadnej stawiać nie będę przeszkody. Owszem, dopomogę i wszędzie pójdę za tobą. Za to niewymuszone na mnie, tylko wskutek najdziwniejszych okoliczności przyśpieszone oświadczenie żądam w tej chwili ręki twojej.

Wyciągnął swoją, stał wyprostowany i pewny siebie. Dwoje pozostałych mimo woli cofnęło się w zdziwieniu.

— Już się powiedziało — rzekł młodzieniec spokojnie, z pewną pobożną wyniosłością — stać się to musiało, dla najwyższego dobra nas wszystkich. Bóg tak chciał. Ale żebyś nie myślała, że to skutek porywczości i zachcianki, to wiedz, że dla ciebie wyrzekłem się gór i skał i wszystko teraz właśnie przygotowałem w mieście, ażeby żyć wedle życzenia twego. Obecnie odchodzę sam jeden. Nie odmówisz mi środków ku temu, zostanie ci jeszcze dosyć, by to postradać tutaj, jak się obawiasz i jak masz rację się obawiać. Bo i ja wreszcie się przekonałem, że ten przebiegły, czynny frant zwrócił się w wyższą stronę doliny, gdzie wprowadza maszyny. Zobaczysz, że on całe pożywienie do siebie ściągnie. Może przywołasz, i to bardzo rychło, wiernego przyjaciela, którego wypędzasz.

Chyba nie stało nigdy w przykrzejszym do siebie stosunku troje ludzi, lękających się nawzajem, żeby się nie utracić, i niewiedzących w tej chwili, jak się mają dla siebie wzajemnie utrzymać.

Namiętnie zdecydowany wypadł młodzieniec z pokoju. Piękna-Dobra położyła swą rękę na chłodnej piersi swego ojca.

— Nie należy się spodziewać na bliską metę — zawołała — ale w dal. To było jego błogosławieństwo. Zaufajmy Bogu, każdy sobie samemu i drugiemu, tym sposobem wszystko da się uporządkować.