Rozdział czternasty. Dzwony niedzielne

Heidi czekała pod rozchwianymi w wietrze jodłami na dziadka, który miał zabrać kufer pozostawiony w osiedlu w czasie jej wizyty u babki. Niecierpliwiła się, chcąc już tam być i spytać, jak babce smakowały bułeczki, mimo to jednak nie nudziła się, słuchając rodzimego szumu drzew i wchłaniając zapach i lśnienie zielonych pastwisk i złocistych kwiatków.

Dziadek wyszedł wreszcie z chaty, rozejrzał się wokoło i rzekł tonem zadowolenia:

— Możemy więc iść.

Była to sobota, a tego dnia dziadek zawsze porządkował wszystko w chacie, w obórce i w całym obejściu. Jak zawsze użył na to całego ranka, a postanowił zaraz po obiedzie wyruszyć razem z Heidi do osiedla. Stwierdziwszy, że wszystko w porządku, sprowadził wnuczkę na dół. Rozstali się pod chatą koźlarza, a Heidi wbiegła do izby. Babka zaraz posłyszała jej kroki i wykrzyknęła radośnie:

— Witajże, witaj, drogie dziecko!

Potem chwyciła dłoń Heidi i ścisnęła mocno, jakby w obawie, że ją ktoś może zabrać. Heidi spytała zaraz, jak babce smakowały bułeczki. Odpowiedziała, że się nimi rozkoszowała, a nawet znacznie przybyło jej sił. Brygida dodała, że babka zjadła tylko jedną, bojąc się, że niedługo zbraknie drogocennego pieczywa. Gdyby mogła przez tydzień jadać codziennie po jednej choćby bułce, na pewno wróciłaby do sił. Heidi wysłuchała tych słów i zamyśliła się głęboko. Po chwili rzekła z zapałem:

— Wiem, co zrobię, babko! Napiszę do Klary, a ona z pewnością przyśle mi jeszcze drugie tyle bułeczek. Miałam całą kupę uskładaną w szafie, ale mi wszystko zabrano, a wtedy Klara powiedziała, że mi da jeszcze więcej. Ona niezawodnie dotrzyma słowa.

— To dobry pomysł — powiedziała Brygida. — Ale zeschną na kamień. Można by je kupić nieraz w osiedlu, bo piekarz wyrabia takie bułki, ale skądże brać na to pieniędzy?

Błysk radości rozjaśnił twarz Heidi.

— Ach! Mam bardzo dużo pieniędzy! — wykrzyknęła, podskakując raz po raz. — Będziesz miała, babko, codziennie świeżą bułeczkę, a w niedzielę nawet dwie. Pietrek może je przynosić z osiedla.

— Nie, nie, moje dziecko! — broniła się babka. — Nie na to dano ci pieniądze. Oddaj je dziadkowi, on ci poradzi, co za nie kupić.

Ale Heidi radowała się dalej, biegając po izbie i wykrzykując raz po raz:

— Babka dostanie teraz codziennie bułeczkę, nabierze sił, przyjdzie do zdrowia, a nawet... — tu krzyknęła jeszcze radośniej — wiesz, babko, że może nawet zaczniesz znowu widzieć. Może twoja ślepota pochodzi z osłabienia?

Babka milczała, nie chcąc mącić radości dziecka. Skacząc tu i tam, Heidi spostrzegła stary śpiewnik babki i nowa radosna myśl błysnęła jej w głowie.

— Wiesz, babko, ja umiem dobrze czytać. Czy chcesz posłuchać jakiegoś hymnu ze swojego starego śpiewnika?

— Bardzo chętnie! — odparła wesoło babka. — Więc umiesz naprawdę czytać?

Heidi weszła na stołek, po czym ściągnęła z półki książkę razem z dużą chmurą kurzu, gdyż od dawna tam leżała. Dziewczynka starannie obtarła książkę i siadła na zydelku u kolan babki, pytając, co ma czytać.

— Co chcesz, moje dziecko! — odparła staruszka, odsunęła kołowrotek i czekała, wielce zaciekawiona.

Heidi przewracała kartki, czytała tu i ówdzie po kilka wierszy, w końcu zaś rzekła:

— Jest tu coś o słońcu! To przeczytam.

Zaczęła czytać z coraz to większym zapałem i coraz gorętszym tonem:

Słoneczko złote

Radość, ochotę

Na kraj nasz zlewa,

Pozłaca drzewa,

A w serce sieje lubą31 nadzieję.

Byłam bez mała

Ciągle omdlała,

Lecz teraz siła

Nagle wróciła

I wznoszę ręce niebu w podzięce.

Patrzę w pokorze

Na dzieło boże,

Co jego chwałą

Całe rozbrzmiało,

Co dzięki głosi, o łaski prosi.

Pójdą doń32 ludzie

Po życia trudzie,

Gdy dobrzy byli

I zbożnie33 żyli,

Staną przy Bogu, na rajskim progu.

Świat rychło minie,

Sam Bóg jedynie

Przetrwa bez drgnienia.

On się nie zmienia,

Trwa mocny, wielki, poza byt wszelki.

Tego, co boże

Uszczknąć nie może

Śmierć ni zatrata

Całego świata.

On leczy rany, on Pan nad Pany!

Troski, cierpienia

W radość przemienia.

Wnet się po burzy

Słonko wynurzy

I z jego woli zniknie, co boli.

Każdej potrzebie

Kres będzie w niebie.

Tam patrzmyż tedy34,

Wśród nędz i biedy,

Mówiąc w pokorze: Chwała ci Boże!

Babka siedziała ze złożonymi rękami, przepojona taką radością, jakiej Heidi u niej dotąd nie widziała. Po policzkach staruszki płynęły łzy wesela. Gdy Heidi umilkła, poprosiła gorąco:

— Przeczytaj raz jeszcze, drogie dziecko.

Dziewczynka zaczęła czytać ponownie z coraz większym upojeniem:

Troski, cierpienia

W radość przemienia.

Wnet się po burzy

Słonko wynurzy

I z jego woli zniknie, co boli.

Każdej potrzebie

Kres będzie w niebie.

Tam patrzmyż tedy,

Wśród nędz i biedy,

Mówiąc w pokorze: Chwała ci, Boże!

— O Heidi! — wykrzyknęła babka. — Jakże się od tego robi jasno w sercu! Jakąż ulgę mi dałaś, dziecko drogie!

Powtarzała raz po raz słowa radości i upojenia, a dziewczynka patrzyła na nią, dziwiąc się wielce. Stara, smutna twarz staruszki promieniała. Zdawało się, że patrzy już jasnymi oczyma w uroczą dal rajskiego ogrodu.

Nagle rozległo się stukanie do okna. Heidi zobaczyła dziadka, który wzywał ją znakami. Wybiegła rączo, zapewniwszy uprzednio babkę, że przyjdzie nazajutrz popołudniu, a spędzi ranek z Pietrkiem na pastwisku. To czytanie, dające tyle radości staruszce, uszczęśliwiało ją teraz bardziej niż pobyt na pastwisku, wśród kóz i kwiatów. Brygida pobiegła za nią z sukienką i kapeluszem, wołając, by zabrała swą własność. Sukienkę wzięła, przerzuciwszy przez ramię, gdyż dziadek poznał ją już przecież, na kapelusz jednak nie chciała nawet patrzeć, mówiąc, że Brygida może sobie kapelusz wziąć, gdyż ona za nic nie włoży go na głowę. Upojona tym, co przeżyła, opowiedziała zaraz wszystko dziadkowi, dodając, że białe bułeczki są u piekarza w osiedlu, więc Pietrek może przynosić codziennie jedną, a w niedzielę dwie. Opisała, jak się babka czuje teraz silna i wesoła, a skończywszy, wróciła do początku, mówiąc:

— Proszę cię, dziadku, daj mi wszystkie pieniądze z rulonu, bo chociaż babka się wzbrania, chcę dawać codziennie Pietrkowi na kupno bułek.

— Ależ potrzeba ci łóżka! — protestował. — Zostanie jeszcze i na bułki, bądź pewna.

Heidi nie dawała jednak dziadkowi spokoju, dowodziła, że śpi na sianie dużo lepiej niż w paradnym35 łóżku frankfurckim i prosiła tak natarczywie, że rzekł w końcu:

— Pieniądze są twoje, więc rób, co chcesz. Starczy ich na parę lat na kupno bułek dla babki.

Heidi podskoczyła radośnie:

— Ha, ha! — krzyknęła. — Babka nie będzie już jadała czarnego, twardego chleba! Dziadku, prawda, że nigdy jeszcze nie było tak pięknie, odkąd żyjemy?

Biegła u boku dziadka w podskokach, ćwierkając jak ptaszek. Nagle spoważniała i rzekła:

— Gdyby Bóg od razu wysłuchał mojej prośby, wszystko poszłoby inaczej. Wróciłabym zaraz do domu, przywiozła mało bułek i nie mogłabym jej czytać, co ją tak bardzo cieszy. Bóg obmyślił wszystko daleko piękniej. Powiedziała mi to babunia i sprawdziło się dosłownie. Jak to dobrze, że Bóg nie ustąpił, gdym tak gorąco prosiła! Teraz zacznę się znowu modlić tak, jak kazała babunia, a jeśli Bóg nie wysłucha, powiem sobie, że zapewne, jak to było we Frankfurcie, obmyśla dla mnie coś lepszego. Będziemy się teraz modlić codziennie, dziadku, nie zapominając o Bogu, aby i on o nas pamiętał.

— A jeśli ktoś się nie modli? — mruknął dziadek.

— O, takiemu człowiekowi się nie wiedzie! — powiedziała z przekonaniem. — Bóg zapomina o nim całkiem, gdy zaś, przyciśnięty niedolą, zacznie prosić i błagać, Bóg zamiast mu pomóc, powiada: „Pierwszy uciekłeś ode mnie, róbże więc, co chcesz!”.

— To prawda! — przyznał. — Któż ci to powiedział?

— Babunia objaśniła mi wszystko.

Dziadek szedł długo w milczeniu, potem zaś powiedział, jakby w odpowiedzi własnym myślom:

— A jeśli tak się stało, to musi zostać nadal. Wracać nie można, a kogo Bóg raz zapomniał, tego na pewno sobie nie przypomni.

— O nie, dziadku! — zaprotestowała żywo. — Gdy wrócimy do domu, przeczytam ci śliczną historyjkę, a wszystko doskonale zrozumiesz.

Heidi przyspieszała coraz bardziej kroku, a zaledwo minęli ostatnie wzniesienie, puściła rękę dziadka i wbiegła do izby. Dziadek zdjął z pleców duży kosz, w który napchał połowę zawartości kufra Heidi, całego bowiem przynieść aż tu nie był w stanie. Potem usiadł zamyślony na ławce. W tejże chwili przybiegła z dużą książką pod pachą.

— Dobrze, że już siedzisz, dziadku! — powiedziała, umieściła się obok niego i otwarła książkę od razu na pożądanej historyjce, gdyż czytała ją tyle razy, że książka otwierała się w tym miejscu sama. Zaczęła z przejęciem czytać o synu, któremu było w domu dobrze, gdyż pasł ojcowskie krówki i owieczki, chodził w pięknym płaszczyku i mógł oparty na lasce patrzeć na prześliczny zachód słońca, jak to wszystko widziało się na obrazku. Pewnego jednak dnia postanowił być własnym panem i mieć swoją wolę. Zażądał od ojca swej części, poszedł z domu i zmarnotrawił wszystko. Gdy grosza zabrakło, musiał pójść w służbę do pewnego chłopa, pasał świnie, chodził w łachmanach, a jadał odpadki, wraz ze świniami. Wspomniał niedługo owe dobre czasy w ojcowskim domu i swą wielką niewdzięczność, uczuł żal i tęsknotę. Rzekł sobie: „Pójdę do ojca, poproszę o przebaczenie i powiem mu, że jestem niegodny być jego synem, ale pragnę mu służyć za parobka”. Ojciec ujrzał go z dala i wybiegł naprzeciw. A teraz — spytała — jak sądzisz, dziadku, czy ojciec ofuknął marnotrawnego syna, mówiąc mu, że wszystko to przewidywał? Słuchajże dalej. Ojciec uczuł żal i objął go za szyję. Syn rzekł: „Zgrzeszyłem wobec nieba i ciebie i nie jestem godzien zwać się twoim synem!”. A ojciec rozkazał służebnikom: „Przynieście najpiękniejsze szaty, włóżcie mu pierścień na palec i trzewiki na nogi, zabijcie też tuczne cielę. Będziemy ucztować i radować się, albowiem syn mój zmarł i wrócił do życia, zginął i został odnaleziony”. Potem radowali się razem. Czyż to nie piękna historyjka? — spytała po chwili, gdy siedział niemy i zamyślony, a ona oczekiwała, iż będzie się radował i dziwił.

— Bardzo ładna, moje dziecko! — odpowiedział i siedział dalej w zamyśleniu.

Po pewnym czasie podsunęła mu swą książkę i pokazując obrazek, rzekła:

— Spójrz, dziadku! Dobrze mu teraz, przybrany w nową odzież stoi obok ojca i znowu jest jego synem.

W kilka godzin potem, gdy Heidi już smacznie spała, dziadek wszedł po drabinie i postawił latarkę tak, by światło padało na dziewczynkę, śpiącą ze złożonymi rękami, nie zaniedbywała bowiem teraz modlitwy. Jej różowa twarzyczka miała wyraz błogiego spokoju i zaufania. Wzruszyło to starca, patrzył długo, nie spuszczając z niej oka, potem złożył ręce, pochylił głowę i rzekł z cicha:

— Ojcze! Zgrzeszyłem wobec nieba i ciebie tak, żem nie godzien zwać się twoim synem!

Kilka gorących łez spłynęło mu po policzkach.

W kilka godzin później, niemal o świcie Halny Dziadek stał przed chatą, spoglądając pogodnie wokoło. W piękny niedzielny poranek błyszczały góry i doliny, skąd dolatywały dźwięki dzwonów, podczas gdy ptaki nuciły pieśni poranne w koronach drzew.

Niedługo wrócił do izby i zawołał w stronę strychu:

— Chodź, Heidi! Słońce już wzeszło! Weź piękną sukienkę! Pójdziemy razem do kościoła.

Takich słów nie słyszała dotąd z ust dziadka. Ubrała się więc spiesznie w swą ozdobną frankfurcką sukienkę i zeszła na dół. Tutaj oniemiała wprost z podziwu na widok dziadka ubranego odświętnie.

— Ach! — wykrzyknęła. — Tak piękny nie byłeś dotąd jeszcze, dziadku! Tego ślicznego surduta ze srebrnymi guzikami nie miałeś za mojej bytności na sobie. Jakże ci do twarzy w tym stroju!

— A tobie także w ślicznej sukience! — odparł z uśmiechem. — Chodźmy!

Wziął ją za rękę i ruszyli z góry. Dzwony biły ze wszystkich stron, coraz to donośniej i pełniejszymi dźwiękami. Heidi nadsłuchiwała z rozkoszą, mówiąc co chwila:

— Dziadku! Zdaje się, że dziś wielkie jakieś święto!

Kościółek osiedla był już wypełniony śpiewającymi w chwili, gdy wszedł dziadek z Heidi i zajął miejsce na ostatniej ławce. Nagle jeden ze śpiewających trącił sąsiada, szepcąc:

— Czy widzisz? Halny Dziadek przyszedł do kościoła.

Trącony trącił następnego i poszła dalej dziwna wieść, tak że za chwilę szeptali wszyscy:

— Halny Dziadek! Halny Dziadek!

Kobiety obracały ciągle głowy, myląc się w melodii hymnu, a kantor36 tylko z wielkim trudem zdołał utrzymać rzecz w należytym porządku.

Dopiero podczas kazania wrażenie minęło, gdyż pełne życia i prawdy słowa proboszcza przejęły słuchaczy i napełniły radością. Po nabożeństwie Halny Dziadek razem z wnuczką skierował się ku plebanii. Wychodzący z kościoła ludzie patrzyli za nim, niektórzy nawet poszli jego śladem, by nabrać pewności, że rzeczywiście tam idzie. Gdy wszedł, potworzyły się grupy, żeby przedyskutować niesłychane wydarzenie, a wszyscy spoglądali z napięciem raz po raz na drzwi plebanii, chcąc widzieć, czy Halny Dziadek rozstanie się z proboszczem po dobremu, czy może w gniewie i dawnej zwadzie. Nikt nie znał przyczyny jego pojawienia się w kościele. Mimo to jednak nastąpiła już częściowa zmiana nastroju. Powiadano sobie:

— Ten Halny Dziadek nie musi być tak znowu bardzo zły, jak mówią. Jakże troskliwie wiódł za rękę małą Heidi.

— Zawsze to twierdziłem! — dodał drugi. — I nie śmiałby też chyba iść do proboszcza, gdyby był zupełnie zły. Ludzie zawsze przesadzają.

— Mówiłem to od samego początku! — dorzucił piekarz. — Czyż do złego, dzikiego i strasznego dziadka wracałoby dziecko, któremu dawano jedzenie, doskonały napitek i otaczano dobrobytem?

Od razu wytworzył się przychylny nastrój, a wzrósł jeszcze bardziej, gdy nadeszły kobiety, które zaczerpnęły trochę wieści od Brygidy i babki. Obie zawsze przedstawiały Halnego Dziadka inaczej, niż to było opinią ogółu. Stało się też w końcu, że wszyscy czekali niejako na to, by go powitać jak starego przyjaciela, którego brak żywo odczuwano.

Tymczasem Halny Dziadek zapukał do kancelarii proboszcza, który podszedł do niego, wcale nie zdziwiony przybyciem, przeciwnie, tak jakby go z dawna oczekiwał. Musiał też zauważyć jego obecność w kościele. Uścisnął kilkakrotnie serdecznie dłoń gościa, który oniemiał na chwilę, widocznie nie spodziewając się takiego przyjęcia. Zaraz jednak opanował wrażenia i rzekł:

— Przychodzę prosić księdza proboszcza, by raczył puścić w niepamięć słowa, jakie wyrzekłem w rozmowie na hali, i by przebaczył mój ówczesny upór, z jakim odrzuciłem jego dobrą radę. Miał ksiądz proboszcz zupełną słuszność, ja zaś byłem w błędzie, toteż teraz zmienię postępowanie i zamieszkam na zimę w osiedlu. Będzie to znacznie korzystniejsze dla dziecka. A jeśli ludzie będą na mnie patrzeć spode łba, bez zaufania, to dostanie mi się zasłużona kara, ale ksiądz proboszcz tego chyba nie zrobi.

Dobre oczy proboszcza rozbłysły radością. Uścisnął raz jeszcze rękę przybyłego i rzekł wzruszony:

— Drogi sąsiedzie! Byliście, widzę, we właściwym kościele, zanim jeszcze przyszliście do mojego. Cieszy mnie to bardzo i ręczę, że nie pożałujecie życia pośród nas. Dla mnie pozostaniecie nadal miłym wielce sąsiadem i częstym, ufam, gościem, z którym zamierzam spędzić niejeden zimowy wieczór. Towarzystwo wasze bardzo sobie cenię, a dla tej małej znajdziemy także dobre przyjaciółki.

Proboszcz położył dłoń na kędzierzawej główce Heidi, wziął ją za rękę i tak we troje wyszli przed plebanię. Tutaj pożegnali się serdecznie, a wszyscy widzieli, jak proboszcz ściska kilkakrotnie dłoń Halnego Dziadka, niby swego najlepszego przyjaciela, z którym mu się trudno rozstać. Ledwo proboszcz zamknął za nim drzwi, podeszli do niego po kolei wszyscy. Każdy chciał być pierwszy i nagle tyle rąk wyciągnęło się do niego, że nie wiedział, którą chwycić. Nagle ktoś zawołał z tłumu:

— Cieszy mnie, dziadku, żeście do nas znowu przyszli!

Drugi dorzucił:

— Nieraz chciałem z wami zamienić parę słów.

Podobne wyrazy padały z różnych stron, a dziadek powiedział w odpowiedzi na te pozdrowienia, że zamierza sprowadzić się na zimę do osiedla.

Na te słowa w zgromadzeniu zawrzało, zupełnie tak, jakby Halny Dziadek był najznakomitszą i najulubieńszą osobistością w całym osiedlu, której brak odczuwali wszyscy. Dużo ludzi odprowadziło spory kawał dziadka i wnuczkę, a żegnając ich, każdy zapraszał oboje w gościnę, gdy tylko się sprowadzą z hali. Na koniec zawrócili na dół, starzec patrzył za nimi długo, a jego oczy miały taki blask, jakby promieniały słońcem. Heidi spoglądała na niego zdumiona, a potem rzekła radośnie:

— Dziadku! Jesteś dziś piękny, jak nigdy dotąd!

— Tak sądzisz? — uśmiechnął się. — Widzisz, moja Heidi, dzieje mi się tak dobrze, że nie rozumiem tego wcale i nie zasługuję na to. O jakże to błoga rzecz być w zgodzie z ludźmi i Bogiem! Wielką mi łaskę uczynił Bóg, odsyłając cię z powrotem na halę.

Gdy doszli pod dom koźlarzy, dziadek otworzył drzwi, wszedł i zawołał:

— Dzień dobry, babko! Trzeba będzie, zdaje się, rozpocząć na nowo łataninę, zanim zaczną dąć wichry jesienne!

— Boże wielki, to Halny Dziadek! — wykrzyknęła babka radośnie. — O jakżem rada, żem dożyła tej chwili, kiedy mogę wam, dziadku, podziękować za wszystko, coście dla nas zrobili! Bóg zapłać! Bóg zapłać!

Drżąc z radości, wyciągnęła rękę, gdy zaś dziadek potrząsnął nią kilka razy serdecznie, przytrzymała jego dłoń, mówiąc błagalnie:

— Mam ja do was, dziadku, zaraz wielką prośbę! Jeślim zawiniła czymś wobec was, nie karzcie mnie za to, pozwólcie Heidi opuszczać halę, zanim legnę pod kościołem. O, nie wiecie nawet, czym jest dla mnie to dziecko! — dodała tuląc drugą ręką do piersi Heidi, która się do niej tymczasem zbliżyła.

— Nie trapcie się tym, babko! — uspokoił ją dziadek. — Nie zamierzam w ten sposób karać ani was, ani siebie samego. Zostaniemy razem i to długo jeszcze, z bożej łaski.

Brygida tajemniczo odciągnęła Halnego Dziadka w kąt izby, pokazała mu kapelusik z piórami i opowiedziała rzecz całą, dodając na końcu, że oczywiście nie zamierza zabierać go dziecku.

Ale dziadek spojrzał z zadowoleniem na Heidi i rzekł:

— To jej własność. Ma słuszność, nie chcąc nosić tego kapelusza, a jeśli ci go dała, jest twój.

Brygidę rozradował wielce ten niespodziewany wyrok.

— Wart co najmniej z dziesięć franków37! — powiedziała, podnosząc wysoko swój skarb. — Ileż to dobra wszelakiego przywiozła Heidi z Frankfurtu. Nieraz mi przychodziło do głowy, by tam posłać na próbę Pietrka! Cóż wy na to, Halny Dziadku?

Dziadek zerknął wesoło i odrzekł, że to dobra myśl, ale trzeba czekać na sposobność.

W tej właśnie chwili wpadł Pietrek, uderzywszy przedtem głową w drzwi tak, że szyby w oknach zabrzękły. Spieszno mu było bardzo. Stanął bez tchu, zziajany i wyciągnął przed siebie rękę z listem. Coś takiego w chacie koźlarzy dotąd się nie zdarzyło. List był zaadresowany do Heidi, a poczmistrz osiedla oddał go Pietrkowi, żeby go doręczył. Wszyscy obsiedli stół, bardzo zaciekawieni, a Heidi odczytała list płynnie i bez omyłek. Pisała Klara Sesemann. Po odjeździe przyjaciółki zrobiło się w domu strasznie pusto i nudno. Nie mogąc wytrzymać dłużej, póty prosiła ojca, aż uległ i postanowił, że przyjadą do Ragaz najbliższej jesieni. Babunia także przyjedzie, gdyż chce odwiedzić Heidi i dziadka na hali. W dalszym ciągu Klara pisała, że babunia pochwaliła jej pomysł przywiezienia babce białych bułeczek, by nie musiała jeść twardego chleba. Same bułki uznała jednak za pożywienie zbyt skromne, więc wysłała do nich w dodatku kawę, która jest właśnie w drodze, a gdy babunia przybędzie na halę, musi ją Heidi zapoznać z babką.

Wiadomości te, dotyczące wszystkich, rozweseliły całe towarzystwo. Rozmawiano, zadawano sobie pytania, tak że dziadek nie zauważył zapadającego mroku. Radowano się tym, co nastąpi, a bardziej jeszcze dniem bieżącym, aż w końcu babka powiedziała:

— Najmilsze ze wszystkiego jest, kiedy stary przyjaciel przyjdzie po długich latach i poda rękę. Serce przepełnia w takiej chwili uczucie radości z odzyskania tego, co się kochało. Przyjdziecie, sądzę, niedługo, Halny Dziadku, a dziecko zaraz jutro, nieprawdaż?

Dziadek przyrzekł to uroczyście i wziąwszy Heidi za rękę, poszedł z nią na halę. Jak rankiem witały ich dzwony niedzielne, tak teraz dolatywał dźwięk dzwonów wieczornych, aż hen wysoko, gdzie stała opromieniona ostatnimi błyskami chata dziadka.

Wraz z przybyciem babuni najbliższej jesieni nastąpią zapewne nowe uciechy i niespodzianki dla Heidi, babki i dziadka. Stanie też niewątpliwie na strychu prawdziwe łóżko, gdziekolwiek bowiem przybędzie babunia, zaraz wszystko dochodzi, zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz, do ładu i porządku.