Rozdział dwudziesty. Wieści od dalekich przyjaciół
Nastał maj. Wiosenne wezbrane strumyki spłynęły w doliny. Ciepło objęło góry i światłość słońca rozjaśniła wszystko wokół na pozieleniałej już hali. Spod resztek śniegu wychylały się teraz jasne główki pierwszych kwiatków i młoda trawa. Wiatr wiosenny poruszał gałęzie jodeł, z których strzelały jasne, młode odrośla. Wysoko w górze płynął na potężnych skrzydłach stary drapieżny ptak, rozkoszując się pogodą, a ziemia obsychała szybko, tak że można było już siadać, gdzie się chciało.
Heidi wróciła na halę i rozkoszowała się widokiem całej okolicy, powietrzem i słońcem. Nadsłuchiwała wiatru, który płynął tajemniczo od potężnych ścian skalnych, rósł w potęgę, w końcu zaś porywał w objęcia drzewa i szarpał nimi tak zuchwale i radośnie zarazem, że Heidi podskakiwała i tańczyła, jakby była jednym z listków na gałęzi. Wygrzewała się w słońcu przed chatą, szukając w krótkiej trawie młodych kielichów kwiatów, a nad jej głową polatywały komary, chrząszczyki i inne owady, które wyszły z ziemi. Tak ładnie nie było chyba jeszcze na hali. Małe stworzonka musiały czuć się tak samo jak Heidi, gdyż brzęczały i nuciły radośnie: „Wiosna! Wiosna! Wiosna!”
Od strony szopy rozbrzmiewały uderzenia i stukot narzędzi dziadka, dźwięki dobrze znane Heidi. Podbiegła tam, chcąc się dowiedzieć, co robi. Przed szopą stał nowy, piękny stołek, a dziadek kończył właśnie drugi.
— Wiem, co to znaczy! — wykrzyknęła rozpromieniona. — To dla naszych gości z Frankfurtu! Ten stołek jest dla babuni, ten dla Klary... a może trzeba będzie jeszcze jednego... — dodała z wahaniem. — Czy sądzisz, dziadku, że panna Rottenmeier także przyjedzie?
— Nie wiem — odparł. — Ale trzeba mieć na wszelki wypadek stołek i dla niej.
Heidi przez chwilę patrzyła zadumana na prosty stołek bez oparcia, zastanawiając się, czy jest odpowiedni dla tej damy, potem zaś rzekła, potrząsając głową:
— Myślę, że ona nie zechce siedzieć na tym stołku!
— W takim razie zaprosimy ją na miękką kanapę pokrytą zieloną materią49 — odparł spokojnie.
Heidi zaczęła się zastanawiać, gdzie jest ta zielona kanapa, ale przerwało jej głośne gwizdanie i okrzyki. Wybiegła z szopy i zaraz dostała się w trzodę kóz, skaczących tak wesoło i wysoko, jak może nigdy jeszcze. Potrącały ją jak zawsze, becząc i cisnąc się jedna przez drugą, ale Pietrek rozpędził je batem na prawo i lewo, gdyż miał coś dla Heidi. Kiedy wreszcie do niej podszedł, podał jej list.
— Masz! — powiedział, pozostawiając dalsze wyjaśnienia samej dziewczynce.
— Czy list dla mnie dostałeś na pastwisku? — spytała, gdyż Pietrek wracał właśnie z góry.
— Nie — odrzekł.
— Skąd go więc wziąłeś?
— Z plecaka.
I tak było. Poprzedniego wieczora listonosz wręczył mu list. Pietrek schował go do plecaka, rano włożył tam swój chleb z serem i poszedł. Zabierając kozy starego Halnego Dziadka, widział i jego, i Heidi, ale ruszył dalej i dopiero w południe, wygarniając z plecaka resztki okruszyn, znalazł list.
Heidi przeczytała uważnie adres, potem wbiegła co żywo do szopy i krzyknęła, pokazując list dziadkowi:
— Z Frankfurtu! Od Klary! Czy chcesz posłuchać, dziadku?
Przystał z ochotą, a Pietrek także nastawił uszu, oparłszy się plecami o odrzwia, co miało mu dodać sił do przyjęcia wieści.
„Droga Heidi! — czytała dziewczynka. — Wszystko już spakowane i wyjedziemy za parę dni, po rozstaniu się z ojczulkiem, który przed podróżą do Szwajcarii musi jeszcze być w Paryżu. Pan doktor przychodzi codziennie i wypędza nas na halę. Nie może się doczekać naszego odjazdu. Bardzo mu dobrze było na hali. Przez całą zimę zjawiał się niemal co dzień, by opowiadać. Siedząc przy mnie, rozwodził się szeroko o wszystkim, co dotyczy ciebie, dziadka, o całej hali, kwiatach, górach, ciszy wyżynnej, o wioskach, drogach i niezrównanym powietrzu. Powtarzał ciągle, że tam każdy człowiek musi odzyskać zdrowie. Sam zmienił się na korzyść, odmłodniał i poweselał. Cieszę się bardzo na myśl, że cię zobaczę i poznam wszystko, nawet kozy i Pietrka! Przedtem jednak muszę odbyć sześciotygodniową kurację w Ragaz, po czym, jak pan doktor powiedział, zamieszkam w osiedlu, a każdego pogodnego dnia będą mnie wozić do ciebie, na halę. Babunia zostaje ze mną, co ją także bardzo cieszy, gdyż będzie cię mogła odwiedzać. Pomyśl, panna Rottenmeier nie chce jechać, chociaż babunia pyta codziennie: »Cóż z tą podróżą, droga Rottenmeier? Jeśli ma pani ochotę, proszę się nie krępować«. Ona jednak dziękuje strasznie uprzejmie i powiada, że nie chce się narzucać. Wiem, czemu tak jest. Sebastian po odwiezieniu ciebie naopowiadał okropności o hali, o straszliwych skałach, przepaściach, otchłaniach i głazach tak wielkich, że tylko kozy mogą po nich chodzić, a człowiek na każdym kroku może spaść i zginąć na miejscu. To odebrało jej całą ochotę i nie marzy już o Szwajcarii. Strach ogarnął także Tinetę. Przyjedziemy więc tylko we dwie z babunią, a Sebastian odwiezie nas i wróci.
Nie mogę się doczekać widzenia z tobą. Bądź zdrowa. Babunia zasyła ci stokrotne pozdrowienia.
Twoja wierna przyjaciółka Klara”.
Wysłuchawszy listu, Pietrek skoczył i zaczął smagać biczem w prawo i lewo, tak że kozy rozpierzchły się ze strachu i zbiegły z góry, wykonując wprost niebywałe skoki. On pędził za nimi, wymachując biczem z taką wściekłością, jakby walczył ze srogim nieprzyjacielem. Spodziewane przybycie gości frankfurckich doprowadziło go do złości.
Heidi promieniała radością i zaraz nazajutrz zapragnęła się podzielić nowiną z babką. Była to nie lada rzecz powiedzieć, kto przyjedzie, a kto nie, zwłaszcza że babka znała każdą osobę z opowiadania i brała żywy udział we wszystkim, co dotyczyło Heidi. Ruszyła sama, zaraz po południu. Słońce przyświecało jasno, ziemia obeschła, toteż była to miła wycieczka, zwłaszcza że wiatr popędzał ją trochę z tyłu. Babka siedziała znowu przy swoim kołowrotku, ale miała przygnębiony wyraz twarzy. Od wczorajszego wieczora trapiła się i przykre myśli nie pozwalały jej spać. Pietrek wrócił rozzłoszczony i powiedział, że cała czereda obcych ludzi z Frankfurtu zjeżdża na halę. Nie wiedział, co nastąpi potem, babka jednak zaczęła nad tym rozmyślać i te myśli pozbawiły ją snu.
Heidi wbiegła, przysunęła sobie zydelek i opowiedziała wszystko z ogromnym zapałem, który jeszcze bardziej ją podniecił. Nagle umilkła w połowie zdania, pytając po chwili trwożnie:
— Nie cieszy cię to, widzę, wcale, babko?
— Cieszy mnie, cieszy, drogie dziecko, ze względu na ciebie! — zapewniła, starając się przybrać trochę weselszą minę.
— Wiem dobrze, że cię to martwi. Czy myślisz, że panna Rottenmeier mimo wszystko przyjedzie? — rzekła Heidi jeszcze trwożniej.
— Nie, nie! — powiedziała babka. — Daj mi rękę, bym czuła, że jesteś jeszcze ze mną. Będzie to dla ciebie bardzo korzystne, chociaż ja tego nie przeżyję.
— Nie chcę korzyści, których byś nie przeżyła! — zawołała Heidi stanowczo, ale babka nabrała pewności, iż ci frankfurtczycy przyjadą, by zabrać Heidi, skoro jest już zdrowa. Postanowiła nie wyrażać tej obawy, gdyż dziewczynka miała dobre serce i mogłaby się sprzeciwiać temu, co dla niej dobre. Pomyślała o jakiejś radzie i niebawem ją znalazła.
— Wiem, co mi przywróci pogodę duszy — rzekła. — Przeczytaj ten hymn, w którym jest wiersz: „Gdyś czynił, co przystało i co nakazał Pan...”.
Heidi znała już dobrze stary śpiewnik, więc zaraz odnalazła hymn i przeczytała:
Gdyś czynił, co przystało
I co nakazał Pan,
Zadziwisz się niemało,
Jakich dokona zmian.
Jak zmieni smutki, troski
W radosnych myśli bieg
I łódź twą sternik boski
Na jasny popchnie brzeg.
— O tak, tak! Tego właśnie pragnęłam! — rzekła babka, ze znacznie weselszym już wyrazem twarzy.
— Można być tego pewnym, bo są to słowa święte! — rzekła Heidi.
— Tak, dziecko moje! — potwierdziła staruszka. — Przeczytaj raz jeszcze, abym dobrze zapamiętała.
Dziewczynka powtórzyła ustęp kilka razy, gdyż i jej bardzo się spodobała pewność tych obietnic.
Wieczór zapadł, Heidi odeszła z powrotem. Na niebie prześlicznie zamigotały gwiazdy. Jedna była piękniejsza od drugiej, tak że dziewczynka przystawała ciągle, podnosząc oczy i rozglądając się wokoło. Ogarniała ją coraz większa radość i w końcu powtórzyła głośno, z zachwytem ustęp hymnu, brzmiący tak pewnie i stanowczo. Gwiazdy mrugały do niej z góry, aż doszła do chaty. Dziadek stał także zapatrzony w niebo, gdyż gwiazdy dawno już nie błyszczały tak pięknie.
Maj tego roku był bardzo pogodny, noce i dnie jasne, a dziadek śledził z podziwem wschód i zachód słońca i powtarzał raz po raz:
— Ten rok jest szczególnie słoneczny. Wszystkie rośliny będą silne i soczyste. Pietrek musi uważać, żeby mu się trzoda nie rozbrykała po takiej paszy.
Pietrek śmiało podnosił bat, strzelał z niego, a z oczu mu patrzyło wyraźnie:
— O, dam ja sobie z tym radę!
Minął rozkoszny maj, nastał czerwiec z cieplejszymi jeszcze, długimi dniami i wywabił z ziemi na całej hali niezliczone mnóstwo kwiatów. Wszystko lśniło teraz, barwiło się i pachniało wokół przesłodko. Ale i ten miesiąc zaczął się już chylić ku końcowi, gdy pewnego dnia Heidi wybiegła przed chatę, ukończywszy właśnie domowe porządki. Chciała posłuchać szumu jodeł, a potem zaś pójść nieco wyżej, gdzie, jak się spodziewała, miał właśnie rozkwitnąć wielki prześliczny krzak centurii. Nagle, obiegając chatę, wydała okrzyk tak przeraźliwy, że Halny Dziadek wyjrzał ze szopy, wielce zdziwiony.
— Chodźże, chodź, dziadku! — krzyczała w podnieceniu. — Patrz, patrz! Widzisz?
Dziadek podszedł i spojrzał w kierunku wyciągniętej ręki Heidi.
Ku hali zmierzał dziwny korowód, jakiego tu nigdy nie widziano. Na przedzie dwóch ludzi niosło fotel z drążkami, w którym siedziała młoda dziewczyna, okutana w mnóstwo chustek. Potem maszerował koń, niosąc okazałą damę, która rozglądała się bacznie i wiodła jednocześnie ożywioną rozmowę z idącym obok niej przewodnikiem. Następnie młody chłopak toczył pusty wózek, a na końcu jeszcze jeden człowiek dźwigał na zawieszonym na plecach nosidle ogromną górę chustek, kołder i futer, sterczących mu wysoko nad głową.
— To one, one! — wykrzykiwała Heidi, podskakując z radości.
Tak było w istocie. Korowód dotarł pod chatę, Heidi przyskoczyła do przybyłych i obie dziewczynki przywitały się z niesłychaną czułością. Za chwilę zsiadła z konia babunia i nastąpiło drugie, równie serdeczne powitanie. Potem babunia zwróciła się do nadchodzącego Halnego Dziadka i podała mu rękę, nie jak obcemu, ale jak człowiekowi, którego znała dobrze z opowiadań Heidi.
Zaraz potem babunia zawołała żywo:
— Drogi Halny Dziadku, masz pan siedzibę, której by pozazdrościł niejeden król! Jakże wygląda droga moja Heidi? Jak różyczka! — dodała, przyciągając ją do siebie i gładząc po policzkach. — Jakież tu cuda wokoło! Patrz no, Klarciu!
Klara była oczarowana. W życiu nie widziała takiego krajobrazu i nie przeczuwała go nawet.
— Jakież to piękne, jak piękne! — powtarzała raz po raz. — Nie spodziewałam się wcale. Droga babuniu, chciałabym tu zamieszkać.
Halny Dziadek przysunął tymczasem wózek, położył na siedzeniu kilka chustek wziętych z nosidła i rzekł:
— Lepiej będzie panience tutaj, gdyż krzesło podróżne jest nieco twarde.
Potem, nie czekając na nikogo, wziął Klarę w silne ramiona i usadowił wygodnie. Następnie z wielką starannością okrył jej kolana i nogi, a wszystko to zrobił tak wprawnie, jakby od samego urodzenia wyłącznie pielęgnował chorych. Babunię wprawiło to w wielkie zdumienie.
— Drogi Halny Dziadku! — powiedziała. — Szkoda, że nie wiem, gdzieś się pan uczył pielęgniarstwa, gdyż wysłałabym tam wszystkie znane mi pielęgniarki. To coś niezwykłego.
Halny Dziadek roześmiał się z lekka i rzekł:
— Znam to raczej z praktyki niż z nauki. — Mimo uśmiechu miał smutny wyraz twarzy. Stanął mu przed oczyma obraz okaleczonego człowieka, który nie mógł się poruszać. Był to jego kapitan z walk sycylijskich, którego zabrał z pola i pielęgnował troskliwie do samej śmierci. Przyszło mu na myśl, że powinien zająć się chorą Klarą i przynieść jej ulgę w sposób sobie znany.
Niebo sklepiło się pogodnym szafirem ponad szarymi wysokimi skałami, a Klara spoglądała wokoło, oczarowana widokiem i wszystkimi szczegółami.
— Droga Heidi! — powiedziała w końcu tęsknie. — Chciałabym z tobą chodzić wkoło tego domu i pod jodłami, ujrzeć w twoim towarzystwie wszystko to, co już znam, chociaż dotąd nie widziałam!
Heidi zrobiła wielki wysiłek i udało jej się pięknie zatoczyć wózek po suchej murawie, aż pod jodły. Tu się zatrzymano. Klara wpadła znowu w zachwyt na widok ogromnych, starych drzew o grubych, aż do ziemi spadających konarach. Babunia, towarzysząca dzieciom, również stanęła pełna podziwu. Spoglądała, nie wiedząc, co jest piękniejsze, czy pełne korony, szumiące w błękicie, czy proste kolumny pni, od tak długiego czasu królujące nad doliną, zawsze te same i niezmienne, wśród ciągłego zjawiania się i znikania ludzi i rzeczy.
Heidi zatoczyła Klarę pod obórkę kóz i otwarła drzwi. Nie było wiele do zobaczenia, gdyż kozy poszły na pastwisko. Klara wykrzyknęła z żalem:
— Droga babuniu! Chciałabym zobaczyć Białuszkę i Buraskę, a także Pietrka i resztę trzody! Co będzie, jeśli mamy codziennie wracać tak wcześnie, jak mówiłaś? Co za szkoda!
— Dziecko drogie — odparła, idąc za wózkiem. — Radujmy się tym pięknem, które mamy, nie myśląc, że jeszcze nam czegoś brak.
— Ach, cóż za kwiatki! — wykrzyknęła, posuwana coraz dalej Klara. — Całe krzaki czerwonych i błękitnych dzwonków, kiwających kielichami. Chciałabym wstać i je przynieść.
Heidi poskoczyła i wróciła z wielkim bukietem.
— To nic jeszcze, droga Klarciu! — powiedziała, kładąc je na kolanach przyjaciółki. — Kiedy będziesz ze mną na pastwisku, zobaczysz coś niesłychanego. Rosną tam całe lasy centurii, dzwonków i tysiące lśniących żółtych jak złoto złotojeści. Poza tym są wielkie liście, rosnące kępami, i brązowe kwiatuszki, pachnące przecudnie. Gdy się usiądzie na trawie, tak wszędzie wokoło pięknie, że nie sposób wstać.
Heidi ogarnęła wielka chęć, by zobaczyć to, o czym mówiła, a jej zapał odbił się w rysach Klarci i jej łagodnych modrych oczach.
— Babuniu! Prawda, że to zobaczę? — spytała żałośnie. — Przecież da się wózek zatoczyć tak wysoko? O, gdybym mogła chodzić i biegać wszędzie razem z Heidi!
— Ja cię już zawiozę! — zapewniła ją, potem wzięła taki rozmach na skręcie wkoło domu, że wózek omal nie spadł z góry. Szczęściem Halny Dziadek zatrzymał go w samą porę.
Podczas wizyty pod jodłami dziadek nie próżnował. Przed ławą stał już nakryty stół i stołki, w izbie buchała para z kociołka, a na wielkim widelcu skwierczał ser. Wkrótce zasiedli wesoło do uczty.
Babunia nachwalić się nie mogła tej wspaniałej jadalni, skąd widać było dolinę, góry i błękitne niebo. Lekki wietrzyk chłodził ich i szemrał tak prześlicznie w jodłach, jakby to była biesiadna muzyka, umyślnie sprowadzona.
— Nie widziałam dotąd czegoś takiego! To wspaniałe! — powtarzała raz po raz babunia. — Cóż to ja widzę? — wykrzyknęła nagle z najwyższym zdziwieniem. — Klarcia bierze już drugi kawałek pieczonego sera!
Tak było istotnie. Na kromce Klary złociła się spora porcja znakomitego sera.
— To takie dobre, babuniu, lepsze niż obiad w Ragaz — zaręczyła, zatapiając zęby w wonne jedzenie.
— Proszę, proszę! — zachęcał wesoło dziadek. — To nasz górski wiatr pomaga, uzupełniając braki kuchni.
Ucztowano więc dalej, a babunia doskonale rozumiała się z dziadkiem. Toteż rozmawiali coraz żywiej, odkrywając te same zapatrywania na ludzi, rzeczy i przeznaczenie świata, jakby od długich lat łączyła ich bliska przyjaźń. Czas mile upływał, w końcu jednak babunia zauważyła:
— Pora nam myśleć o powrocie, Klarciu. Słońce zachodzi, niedługo przyjadą ludzie z koniem i noszami.
Klara posmutniała od razu i zaczęła prosić nalegająco:
— Jeszcze tylko godzinkę albo dwie! Nie byłyśmy nawet przecież wewnątrz domu, nie widziałam mebli i łóżka Heidi. Szkoda, że ten dzień nie potrwa jeszcze z dziesięć godzin!
— To niemożliwe! — odparła babunia. — Ale zwiedzimy jeszcze wnętrze.
Wstali od stołu, a dziadek silną dłonią zaczął toczyć wózek Klary, który niestety utknął pod drzwiami, był bowiem za szeroki. Dziadek, niewiele myśląc, wziął Klarę w ramiona i wniósł do izby.
Babunia zaczęła spiesznie chodzić tu i tam, oglądać wszystko i wychwalać czystość i porządek.
— Tam na górze jest pewnie twoje posłanie, Heidi? — spytała i weszła zaraz na wąską drabinkę. — O, jaki zapach! — wykrzyknęła z góry. — Jakże zdrowo tutaj spać!
Dziadek wniósł Klarę, a za nim wskoczyła Heidi jak wiewiórka.
Otoczyli pięknie zasłane i starannie wymuskane leże. Babka spoglądała na nie w zamyśleniu, wdychając woń, a Klara była wprost w siódmym niebie.
— O jakże ślicznie wymyślone! — zawołała. — Możesz wprost z łóżka patrzeć w niebo, pachnie siano i słychać szum jodeł. Nigdy nie widziałam tak wesołej sypialni.
Halny Dziadek spojrzał na babunię spod oka.
— Przyszło mi coś do głowy — rzekł — i miło by mi było, gdyby pani babunia mi uwierzyła i nie sprzeciwiała się. Panna Klarcia przyszłaby na pewno do sił, gdyby została tu u nas przez pewien czas. Jest dość chustek i kołder, z których można zrobić doskonałe legowisko. O pielęgnowanie panienki bać się nie ma co, gdyż biorę to na siebie.
Dziewczęta wydały radosny pisk jak wypuszczone na wolność ptaki, a twarz babuni promieniała niby słońce.
— Nieoceniony z pana człowiek, drogi Halny Dziadku! — zawołała. — Właśnie to samo myślałam. Powiedziałam sobie, że pobyt w tym powietrzu i ciszy byłby dla Klarci doskonałym środkiem wzmocnienia sił. Ale to zbyt wielki trud dla gospodarza, mnóstwo niewygód i zachodu. Nagle pan sam to wypowiada i to w sposób najprostszy w świecie, jakby szło o drobiazg. Dziękuję gorąco, dziękuję gorąco, z całego serca!
Babunia zaczęła potrząsać dłonie dziadka, a on długo ściskał jej rękę, bardzo się ciesząc.
Przystąpił zaraz do działania. Zniósł Klarę, posadził ją w wózku pod chatą, potem zaś obładował się chustkami, kołdrami i futrami i rzekł z uśmiechem:
— Dobrze, że pani babunia przywiozła tyle odzieży, jak na wojenną wyprawę zimową. Przyda się teraz.
— Drogi panie — powiedziała żywo — ostrożność to wielka cnota i chroni przed niejednym. Każdy wie, że w waszych górach często panują burze, ulewy i wyją wichry. Dzięki Bogu, mamy teraz pogodę, ale i tak przydaje się mój zapas. Jesteśmy więc jednego zdania.
Wyszli oboje na strych i usłali na sianie grubą warstwę, tak że legowisko przybrało postać fortecy.
— Przez to nie przeniknie ani jedno źdźbło! — powiedziała babunia, próbując ręką, i istotnie, tak grubego wału żadne nie mogło przebić.
Zadowolona, zeszła z dziadkiem do dziewczynek, które siedząc przytulone do siebie, układały plan tego, co robić będą przez czas pobytu Klarci na hali. Szło o to, jak długo zostanie, i pytanie to przedłożono zaraz babuni. Odparła, że zadecydować musi sam dziadek. Gdy go spytano, powiedział, że po czterech tygodniach okaże się, czy pobyt na hali służy Klarze. Wybuchnęły radosnymi okrzykami, gdyż termin ten przekraczał ich wszelkie nadzieje.
W tej chwili dostrzeżono ludzi idących z krzesłem i koniem. Pierwszych zawrócono od razu.
Gdy babunia miała dosiadać wierzchowca, Klara zawołała wesoło:
— Odjeżdżasz, droga babuniu, lecz to nie jest rozstanie, gdyż będziesz wracała często zobaczyć, co robimy, i zawsze się możemy na to cieszyć, prawda, Heidi?
Odpowiedziała tylko podskokiem radości.
Babunia wsiadła, a dziadek ujął konia za uzdę, by sprowadzić go po stromej ścieżce. Oponowała, żeby miał iść aż tak daleko, ale oświadczył, że już dość ciemno, a jazda po zboczu nie jest wolna od niebezpieczeństw.
Babunia nie chciała zostawać sama jedna w osiedlu. Postanowiła wrócić do Ragaz i stamtąd dojeżdżać na halę.
Zanim nadszedł dziadek, zjawił się Pietrek z kozami. Zwierzęta zaraz spostrzegły Heidi i obiegły ją, tak, że obie znalazły się pośrodku trzody rozbrykanych i stłoczonych kóz. Korzystając z tego, przedstawiła przyjaciółce wszystkie po kolei, a Klara zapoznała się w końcu z małą Śnieżką, wesołą Ziębulką, elegantkami dziadka, a nawet z wielkim Trykaczem. Pietrek stał z boku i rzucał rozpromienionej Klarze zabójcze spojrzenia.
Na pożegnanie rzuciły mu wesołe „Dobranoc”, ale nie odpowiedział, tylko popędził na dół, machając batem, jakby chciał poszarpać powietrze w strzępy. Kozy pognały za nim.
Wszystkie te uciechy Klary otrzymały jeszcze piękne zakończenie.
Gdy położyła się na miękkiej pościeli obok Heidi, ujrzała naprzeciw przez okrągły otwór duży kawał nieba, usiany mrugającymi gwiazdami.
— Heidi! — zawołała radośnie. — Wydaje mi się, jakbym jechała do nieba na wielkim, otwartym wozie.
— To prawda! A czy wiesz, dlaczego gwiazdy mrugają tak wesoło?
— Nie wiem. Co masz na myśli?
— Dlatego że wiedzą, będąc w niebie, iż Bóg urządził wszystko jak najlepiej dla ludzi, że nie mamy potrzeby bać się i troszczyć, ufając mu tylko w zupełności. Cieszy je to i mrugają, by nas zachęcić do radości. Nie wolno nam tylko zaprzestać modlitwy, prosząc Boga, by o nas pamiętał, gdyż inaczej wszystko obróciłoby się na złe.
Usiadły obie, zmówiły pacierz, potem Heidi złożyła głowę na ramieniu i zasnęła natychmiast. Ale Klara długo jeszcze nie spała, gdyż taki nocleg pod światłem gwiazd był dla niej zupełną nowością, w życiu nie zaznaną.
Rzadko nawet widywała gwiazdy. W nocy była zawsze w domu, a zanim się jeszcze pokazały, zaciągano gęste firanki. Otwierała więc raz po raz oczy, żeby się przekonać, czy dwie największe ciągle jeszcze błyszczą i mrugają, jak mówiła Heidi. Błyszczały ciągle, a Klara chłonęła w siebie ten blask, aż w końcu opadły jej powieki i zasnęła, przez sen widząc nad sobą dwa świetlne punkty.