Rozdział czwarty
Tegoż roku z nastaniem zachodniego musonu niepokojące wieści przedostały się do Sembiru. Kapitan Ford przyszedł któregoś dnia do Almayera na wieczorną pogawędkę i przyniósł ostatnie numery dziennika „Straits Times” z wiadomością o wojnie w Atjeh64 i nieudanej holenderskiej wyprawie. W górę rzeki płynęły nieliczne handlowe czółna; właściciele ich, Malaje z plemienia Nakhoda, wstępowali po drodze do Lakamby, aby pogawędzić z mocarzem o niepewnym stanie rzeczy. Kiwano poważnie głowami nad zdzierstwem Holendrów, ich surowością — jednym słowem — tyranią. Handel prochem doszczętnie już wytępili. W Cieśninach Makassarskich rewidują starannie każdy podejrzany statek handlowy! Nawet lojalna dusza Lakamby pogrążyła się w niezadowoleniu, gdyż cofnięto udzielone mu pozwolenie na kupno prochu. Krążownik „Princess Amelia” skonfiskował sto pięćdziesiąt beczek owego towaru, gdy po ryzykownej podróży cenny ładunek dobijał do ujścia Pantai. Tych przykrych wieści udzielił Lakambie Reszyd, który po swym matrymonialnym zawodzie puścił się w długą podróż wśród wysp w celach handlowych. Wiózł zapas prochu dla swego przyjaciela i został przyłapany właśnie w chwili, gdy winszował sobie przebiegłości, dzięki której zmylił czujność władz. Gniew Reszyda skrupił się głównie na Almayerze; młody Arab podejrzewał, że to biały doniósł władzom holenderskim o niszczącej wojnie między Arabami sprzymierzonymi z radżą a plemionami Dajaków znad górnego biegu rzeki.
Ku zdumieniu Reszyda radża przyjął jego skargi bardzo zimno i nie zawrzał chęcią pomsty na białym człowieku. Lakamba wiedział doskonale, że Almayer daleki jest od mieszania się do spraw politycznych. Stosunek władcy do tego prześladowanego osobnika uległ przy tym zasadniczemu przełomowi: nastąpiło pojednanie za pośrednictwem nowego przyjaciela Almayera, Daina Maruli.
Almayer miał teraz przyjaciela. Wkrótce po wyruszeniu Reszyda w podróż Nina wracała wieczorem z samotnej wycieczki łódką, niesiona powolnym prądem. W jednej z zatoczek posłyszała plusk, niby ciężkich lin opadłych w wodę; jednocześnie doszedł jej uszu przeciągły śpiew, jakim malajscy żeglarze uprzyjemniają sobie zwykle holowanie. Przez gęste gałęzie krzewów kryjących ujście zatoki ujrzała wyniosłe maszty europejskiego żaglowca górujące nad wierzchołkami palm nipah; holowano go właśnie ku środkowi rzeki. Słońce już zaszło. Podczas krótkich chwil zmierzchu Nina spostrzegła, że bryg, wspomagany prądem i wieczornym powiewem, kieruje się ku Sembirowi, rozwinąwszy przedni żagiel. Wycofała łódkę z głównego koryta rzeki do jednej z licznych cieśninek oplątujących zadrzewione wysepki i płynęła żwawo w kierunku Sembiru, zanurzając wiosła w czarną, senną wodę. Łódka otarła się o wodne palmy i minęła wybrzeże, gdzie stateczne aligatory spoglądały na wioślarkę leniwym i obojętnym wzrokiem. Nim ciemność zapadła, Nina wypłynęła na szersze wody w miejscu, gdzie zlewały się oba ramiona rzeki. Bryg stał już tu na kotwicy ze zwiniętymi żaglami, na pokładzie nie było żywej duszy. Chcąc dostać się do domu stojącego na niskim przylądku w widłach rzecznych, Nina musiała przepłynąć na drugi brzeg tuż obok żaglowca. Światełka błyszczące już w nadbrzeżnych i nawodnych chatach odbijały się w spokojnym nurcie górnego biegu obu ramion Pantai. Przez szeroko rozlaną dal rzeki niósł się gwar jakichś głosów, płacz dziecka i dudnienie drewnianego bębna, a z dalekich ciemności nadpłynęły nawoływania powracających rybaków. Nina wstrzymała łódkę, zaniepokojona niezwykłym widokiem europejskiego statku, ale przyszło jej zaraz na myśl, że mrok jest dość gęsty, aby mogła przedostać się niepostrzeżenie. Ukląkłszy na dnie czółna, jęła szybko wiosłować; podana naprzód, czujna na podejrzane szelesty, sterowała ku pomostowi Lingarda i Sp., a za przewodnika służyło jej jaskrawe światło lampy padające na bielone ściany werandy w domu Almayera. Pomost skryty był w ciemnościach pod zwisłymi krzakami; zanim zdołała go dostrzec, rozległ się głuchy łomot, jak gdyby wielka łódź uderzyła o zbutwiałe pale. Szept przyciszonej rozmowy doszedł do uszu Niny; zbliżywszy się jeszcze bardziej, dojrzała niewyraźne zarysy łodzi, której biała barwa i wielkie rozmiary zdradzały przynależność do brygu. Zatrzymała w mig czółno i szybkim ruchem wiosła odsadziła się daleko od pomostu, sterując ku małej rzeczułce przepływającej obok podwórza. Wysiadła przy błotnistym ujściu rzeczułki i szła ku domowi po wydeptanej trawie. Z lewej strony, skroś lasku bananów, koło którego przechodziła, przesiewał się czerwony blask kuchennego ogniska; śmiech kobiecy dochodził stamtąd w wieczornej ciszy. Nina odgadła, że matki nie ma w pobliżu, gdyż śmiech i obecność pani Almayer nie godziły się z sobą. „Matka jest pewnie w domu”, pomyślała i wbiegła lekko po uginającej się pochyłej kładce, która wiodła do tylnych drzwi i wąskiego korytarza dzielącego dom na dwie części. W głębokim mroku przy drzwiach stał wierny Ali.
— Kto to przyszedł? — spytała Nina.
— Przybył wielki mąż malajski — odszepnął gorączkowo Ali. — Bardzo bogaty mąż. Tam stoi sześciu ludzi z włóczniami. Prawdziwy wojownik! rozumiesz, mem65 Nina? Jego suknia jest bardzo wspaniała. Widziałem jego suknię. Tak się świeci! Co za klejnoty! Nie idź tam, mem Nina. Tuan powiedział: nie wolno, ale stara mem poszła. Tuan będzie zły. Miłosierny Allahu! Jakie ten mąż ma klejnoty!
Nina prześlizgnęła się obok wyciągniętej ręki niewolnika i weszła do korytarza. Na drugim jego końcu w purpurowym żarze przesianym przez zasłonę dostrzegła małą, ciemną postać skuloną przy ścianie; to pani Almayer pasła oczy i uszy tym, co się działo na werandzie. Nina zbliżyła się, aby skorzystać także z rzadkiej sposobności zobaczenia i usłyszenia czegoś nowego, lecz natknęła się na wyciągniętą rękę matki, która przyciszonym głosem nakazała jej milczenie.
— Czy widziałaś ich? — odezwał się zdyszany szept Niny.
Pani Almayer zwróciła twarz ku dziewczęciu; zapadłe jej oczy mieniły się dziwnym blaskiem w czerwonym półcieniu firanki.
— Widziałam go — odrzekła prawie niedosłyszalnie, ściskając w kościstych palcach rękę córki. — Wielki radża przybył do Sembiru. Syn Niebios! — mruczała do siebie stara kobieta. — Odejdź, dziewczyno!
Stały obie tuż przy zasłonie. Nina usiłowała znaleźć się jak najbliżej szpary, lecz pani Almayer broniła swej pozycji z gniewnym uporem. Po drugiej stronie zasłony nastała przerwa w rozmowie. Słychać było [oddechy kilku ludzi,] pobrzęk jakichś ozdób i dźwięk metalowych pochew lub miedzianych naczyń do sirih66, podawanych z rąk do rąk. Pani Almayer i Nina mocowały się w milczeniu. Nagle ktoś poruszył się na werandzie i na zasłonę padł cień od barczystej postaci Almayera. Kobiety przerwały walkę i zastygły w ciszy.
Almayer powstał z krzesła; chciał odpowiedzieć gościowi i obrócił się tyłem do korytarza, nie wiedząc, co się dzieje po drugiej stronie firanki. W głosie jego przebijał żal i pewne zniecierpliwienie.
— Zwróciłeś się nie tam, gdzie trzeba, tuanie Marula, jeżeli chcesz prowadzić handel. Byłem niegdyś kupcem, ale teraz już nie jestem. Nie wierz, choćby ci w Sembirze mówili co innego. Żadnego towaru nie znajdziesz w moim domu; nie mam nic na sprzedaż i sam niczego nie potrzebuję. Udaj się do radży, o tam, gdzie ogniska palą się na brzegu; za dnia widać jego domy po drugiej stronie rzeki. On ci da pomoc i będzie handlował z tobą. Albo jeszcze lepiej, zwróć się do Arabów — ciągnął gorzko Almayer, wyciągając rękę ku Sembirowi. — Abdulla to jest człowiek, jakiego ci potrzeba. Nie ma rzeczy, której by nie kupił, i nie ma rzeczy, której by nie sprzedał. Wierzaj mi, ja go znam dobrze.
Chwilę czekał na odpowiedź, po czym dodał:
— Wszystko to jest prawdą i nic więcej nie mam do powiedzenia.
Nina, odepchnięta przez matkę, usłyszała w odpowiedzi miękki, spokojny głos o równym brzmieniu, właściwym wysoko urodzonym Malajom:
— Któż by wątpił o słowach białego tuana? Ale mężczyzna szuka przyjaciół tam, gdzie serce mu każe. Czyż to nie jest także prawda? Przyszedłem o późnej godzinie, bo mam do powiedzenia coś, czego rad wysłuchasz, tuanie. Jutro udam się do sułtana; każdy handlarz pragnie przyjaźni wielkich mężów. Wrócę tutaj, aby rzec poważne słowa, jeśli taką jest twoja wola. Nie pójdę do Arabów. Ich łgarstwa są bardzo wielkie. I czymże oni są? Czelakka!
Głos Almayera zabrzmiał teraz nieco uprzejmiej:
— Jak sobie życzysz, tuanie. Mogę wysłuchać cię jutro o każdej porze, jeśli masz mi coś do powiedzenia. Ale po rozmowie z Lakambą nie zechcesz tu wracać, inczi67 Dainie. Zobaczysz. Tylko pamiętaj: ja z Lakambą nie chcę mieć do czynienia. Możesz mu to powiedzieć. Właściwie — co masz do mnie za interes?
— Teraz już znam cię, tuanie! Porozumiemy się jutro. Mówię trochę po angielsku, więc będziemy mogli swobodnie rozmawiać, nikt nas nie zrozumie. A przy tym...
Urwał nagle, pytając ze zdziwieniem:
— Co to za hałas, tuanie?
Almayer także słyszał wzrastający hałas i szarpaninę z tamtej strony firanki. Ciekawość Niny brała widać górę nad przesadnymi pojęciami pani Almayer o kwestiach tyczących się przyzwoitości. Słychać było wyraźnie ciężkie oddechy, a firanka wstrząsała się chwilami. Walka była głównie fizyczna, choć pani Almayer nie szczędziła także gniewnych napomnień, odznaczających się jak zwykle brakiem wszelkiego logicznego związku oraz nieprzebraną obfitością przekleństw.
— Ty bezwstydna kobieto! Czy jesteś niewolnicą? — wrzeszczała rozgniewana matrona68. — Zasłoń twarz, nędzny podrzutku! Ty biała żmijo, nie puszczę ciebie!
Na twarzy Almayera odbiło się zakłopotanie i zarazem wątpliwość, czy byłoby wskazanym pośredniczyć między matką a córką. Spojrzał na swego malajskiego gościa, który z ubawioną miną oczekiwał w milczeniu na koniec zajścia.
— To nic, to tylko kobiety — odezwał się Almayer i machnął pogardliwie ręką.
W odpowiedzi na to wyjaśnienie Malaj skłonił poważnie głowę, a twarz jego przybrała wyraz pogodnej obojętności, zgodnie z wymaganiami etykiety. Walka za firanką ucichła i widocznie młodsza wola postawiła na swoim, gdyż rozległ się klekot sandałów pani Almayer i cichnąc, zamarł w oddali.
Pan domu uspokoił się; chciał podjąć przerwaną rozmowę, lecz uderzyła go nagła zmiana w wyrazie twarzy gościa. Odwrócił się i ujrzał Ninę stojącą we drzwiach.
Po odwrocie pani Almayer z pola bitwy Nina uniosła zdobytą firankę z wykrzykiem: „To tylko kupiec!” i stanęła w progu w pełnym świetle na ciemnym tle korytarza. Zwichrzone jej włosy świadczyły o niedawnej walce, usta były rozchylone, a gniewny blask nie wygasł jeszcze we wspaniałych, świetlistych oczach. Ogarnęła spojrzeniem grupę biało odzianych wojowników, stojących nieruchomo z włóczniami w ciemnym, oddalonym kącie werandy, i wzrok jej utkwił z ciekawością w przywódcy okazałego orszaku. Dain Marula stał naprzeciwko niej, nieco z boku. Uderzony pięknością niespodzianego zjawiska, zgiął się w niskim pokłonie, z dłońmi złożonymi nad głową, na znak hołdu świadczonego zwyczajem malajskim tylko wielkim tej ziemi. Jaskrawe światło lampy mieniło się w złotych haftach zdobiących czarny, jedwabny kaftan Malaja; snop iskier tryskał z drogocennej rękojeści krisa69 zatkniętego za szeroki pas, który ujmował w biodrach gęste fałdy czerwonego sarongu. Wspaniałe kamienie, zdobiące ciemne palce rąk Daina, jarzyły się tęczowo. Wyprostował się szybko po niskim pokłonie i wsparł rękę ruchem pełnym wdzięku i swobody na rękojeści ciężkiego miecza o krótkiej pochwie, zdobnej jaskrawo barwionymi frędzlami z końskiego włosienia.
Nina, stojąc we drzwiach, patrzyła na gibką postać Malaja; był średniego wzrostu, lecz szerokie jego barki zdradzały wielką siłę. Spod zwojów niebieskiego turbana o strzępiastych końcach, spuszczonych malowniczo na lewe ramię, wyglądała twarz kipiąca zuchwałą radością życia, a jednak niepozbawiona wyrazu pewnej godności. Kwadratowe szczęki, czerwone, wydatne wargi, ruchome nozdrza i wyniosły ruch głowy zdradzały istotę na wpół dziką, nieokiełznaną, a może i okrutną, zacierały wrażenie aksamitnej, prawie kobiecej łagodności spojrzenia tak znamiennego dla malajskiej rasy. Ochłonąwszy nieco ze zdumienia, Nina ujrzała oczy Malaja wbite w nią z tak nieposkromionym wyrazem zachwytu i pożądania, że ogarnął ją nieznany dotąd poryw wstydu; rozkoszny niepokój przeniknął na wskroś całą jej istotę. Strwożona niezwykłością tych wrażeń, zatrzymała się w progu i instynktownie zakryła twarz firanką, lecz oko, część policzka i zbłąkany promień włosów pozostały niezasłonięte. Przykuwał ją nieodparcie widok tego wspaniałego, nieulękłego męża; jakże niepodobny był do kupców widywanych dotychczas na tej samej werandzie!
Dain Marula, olśniony nieoczekiwanym zjawiskiem, zapomniał o zmieszanym Almayerze, o brygu, o świcie zagapionej w niemym podziwie, o celu swych odwiedzin; zapomniał o całym świecie, ogarnięty przemożnym pragnieniem, aby rozkoszować się jak najdłużej cudnym zjawiskiem, spotkanym tak niespodzianie w miejscu tak — według niego — nieodpowiednim.
— To moja córka — rzekł zakłopotany Almayer. — Nic nie szkodzi. Białe kobiety mają inne zwyczaje, pewno wiesz o tym, tuanie, ponieważ wiele podróżowałeś. No, ale już późno. Jutro skończymy naszą rozmowę.
Dain zgiął się w niskim pokłonie. Ostatni raz jeszcze rzucił wzrokiem na Ninę, usiłując śmiało wyrazić w tym spojrzeniu nieprzeparty swój zachwyt. W następnej chwili podał Almayerowi rękę z uprzejmością i powagą, a na jego twarzy malowała się kamienna obojętność, jak gdyby nic go nie obchodziła obecność jakiejkolwiek kobiety. Ludzie Daina oddalili się długim sznurem; ruszył wnet za nimi, a śladem jego postępował krępy Sumatrańczyk o dzikim wyglądzie, przedstawiony uprzednio jako dowódca brygu.
Nina podeszła do balustrady. Światło księżyca przewijało się po stalowych ostrzach włóczni wojowników zmierzających gęsiego do przystani; mosiężne obręcze na ich nogach pobrzękiwały rytmicznie. Po chwili łódź odbiła od brzegu i ukazała się w pełnym świetle miesiąca, majacząc niby ciemna, bezkształtna masa w lekkiej mgle wiszącej nad rzeką. Wydało się Ninie, że widzi u rufy wdzięczną postać męską na tle rozpostartego żagla, lecz po chwili wszystkie kontury zamazały się i rozpłynęły w zwojach białych oparów otulających środek rzeki.
Almayer zbliżył się do córki. Wsparł się obu rękami o poręcz i spoglądał markotnie na stos śmieci [i potłuczonych butelek u stóp werandy].
— Co znaczył ten hałas przed chwilą? — sarknął70 gniewnie, nie podnosząc oczu. — Niech was doprawdy! Czego chciała twoja matka? A ty dlaczego się pokazałaś?
— Matka nie chciała mnie puścić — odpowiedziała Nina. — Gniewa się na mnie i mówi, że ten człowiek, który dopiero co odszedł, to wielki radża. Myślę teraz, że ona ma rację.
— Zdaje mi się, że wy, kobiety, macie wszystkie bzika — warknął Almayer. — Cóż to cię może obchodzić? Albo ją, albo kogokolwiek? Ten człowiek chce zbierać po wyspach strzykwy71 i ptasie gniazda — oto, co mi powiedział ten wasz radża! Przyjdzie tu jutro. Życzę sobie, abyście się trzymały z daleka od domu i pozwoliły mi zająć się spokojnie interesami.
Na drugi dzień Dain Marula zjawił się znowu i miał długą rozmowę z Almayerem. Nawiązali przyjazny i zażyły stosunek, który zwracał ogólną uwagę, póki ludność Sembiru nie przywykła do widoku gęstych ognisk zapalonych w kampungu białego, gdzie ludzie Maruli grzali się nocną porą w czas północno-wschodniego musonu. Pan ich wiódł tymczasem długie narady z tuanem putih72, jak nazywano Almayera. Nowy kupiec wzbudził w Sembirze ogólne zaciekawienie. Czy widział się z sułtanem? Co mu sułtan powiedział? Czy ofiarował sułtanowi jakie dary? Co będzie sprzedawał, a co będzie kupował? Mieszkańcy bambusowych chat znad rzeki zajmowali się gorliwie tymi zagadnieniami. Nawet w bardziej okazałych siedzibach: w domu Abdulli, w posiadłościach najbogatszych kupców: Arabów, Chińczyków i Bułgisów — podniecenie umysłów było wielkie i długotrwałe. Proste słowa, w jakich młody kupiec opowiadał chętnie swoje dzieje, nie znajdowały posłuchu u podejrzliwych. mieszkańców Sembiru. A jednak miały wszelkie pozory prawdy. Mówił, że jest kupcem i że ma na sprzedaż ładunek ryżu. Nie będzie kupował gutaperki ani wosku. Swej licznej załogi użyje do zbierania strzykw na koralowych rafach poniżej ujścia rzeki; zamierza także poszukiwać ptasich gniazd na lądzie. Te dwa rodzaje towaru gotów jest nabyć, o ile by były na sprzedaż. Dalej mówił, że pochodzi z Bali i jest braminem73. Ten ostatni fakt można było stwierdzić, bo młody kupiec nie przyjmował żadnego pożywienia podczas swych częstych odwiedzin w domach Lakamby i Almayera. Do Lakamby udawał się zwykle nocą na długotrwałe posłuchania. Babalaczi, który uczestniczył zawsze w tych spotkaniach mocarza z kupcem, umiał pozbyć się natrętów usiłujących dowiedzieć się treści tak długich i częstych rozmów. Gdy poważny Abdulla zadawał mu od niechcenia wielce dworne zapytania, Babalaczi przybierał pozory zupełnego prostaczka, a umiał przy tym nadać swemu jedynemu oku wyraz całkowitej bezmyślności.
— Jestem tylko niewolnikiem swojego pana — szeptał wahająco, po czym, niby decydując się nagle na jakieś niebaczne zwierzenie — zawiadamiał o kupnie ryżu dokonanym przez Lakambę i powtarzał kilkakrotnie uroczystym i tajemniczym tonem: — Sto wielkich worków kupił sułtan! Sto worków, tuanie!
Abdulla, przeświadczony, że chodzi tu o wiele ważniejsze sprawy, przyjmował jednak informację z wszelkimi oznakami zdziwienia oraz szacunku i rozchodzili się każdy w swoją stronę. Arab przeklinał w duchu nędznego psa, a Babalaczi wędrował dalej drożyną pełną kurzu i kiwał się, wytknąwszy naprzód brodę porosłą rzadkimi siwymi włosami — podobny do ciekawego kozła, który puścił się na jakąś zakazaną wyprawę. Dwoje bacznych oczu śledziło jego poruszenia. Dżim Eng, dostrzegłszy w oddali Babalacziego, otrząsał się z odrętwienia zwykłego u nałogowych palaczy opium; chwiejnym krokiem wychodził aż na środek ścieżki i oczekiwał nadejścia znakomitego męża, aby go do siebie zaprosić. Lecz dyskrecja Babalacziego umiała odeprzeć nawet atak przyjacielskiej serdeczności popartej tęgim74 ginem, dolewanym hojnie ręką gościnnego Chińczyka. Dżim Eng musiał w końcu uznać się za pokonanego; pozostawał sam na sam z pustą butelką, równie mądry jak i przedtem, i spoglądał smętnie za oddalającą się postacią sembirskiego statysty75, którego zawiła i kręta droga wiodła jak zwykle do kampungu Almayera.
Od chwili gdy za pośrednictwem Daina nastąpiło pojednanie między jego białym przyjacielem a Lakambą, jednooki dyplomata stał się znów częstym gościem w domu Holendra. Można go było spotkać tam o każdej porze ku wielkiej odrazie Almayera; wałęsał się z roztargnioną miną po werandzie, siedział przycupnięty gdzieś w korytarzu lub też wyglądał znienacka zza węgła, a zawsze był gotów wdać się w poufną pogawędkę z panią Almayer. Stosunek jego do pana domu cechowała wielka płochliwość; snadź podejrzewał, że uczucia, rozpierające na jego widok serce białego, mogłyby znaleźć niepożądane ujście w nagłym kopnięciu. Ulubionym jego schroniskiem była kuchenna szopa, gdzie stał się codziennym gościem. Przysiadał na piętach obok krzątających się kobiet i trwał tak godziny całe z głową wspartą o kolana, oplecione chudymi ramionami; samotne jego oko błądziło niespokojnie i na wszystkie strony, uzupełniając ten żywy wizerunek czujnej brzydoty. Almayer chciał nieraz poskarżyć się Lakambie na natręctwo jego premiera, lecz Dain odradził mu to.
— Nie możemy zamienić dwóch słów, aby ten nie słyszał! — narzekał Almayer.
— A więc przyjdź, tuanie, na pokład brygu, tam porozmawiamy swobodnie — odparł Dain ze spokojnym uśmiechem. — To nic nie szkodzi, że się ten człowiek tu wałęsa; Lakamba myśli, że wie o wszystkim. A może sułtan podejrzewa mnie o chęć ucieczki? Pozwól, tuanie, niech jednooki krokodyl wygrzewa się w twoim kampungu.
Almayer przyzwolił, ale niechętnie. Mrucząc niewyraźne groźby, spoglądał z ukosa na wiekowego statystę, który przesiadywał ze spokojnym uporem przy rodzinnym kotle z ryżem.