Rozdział piąty

Rozgorączkowani mieszkańcy Sembiru ochłonęli stopniowo. Przyzwyczajono się z czasem do widoku ludzi krążących między domem Almayera a statkiem, który stał na kotwicy u przeciwległego brzegu. Niezwykły pośpiech, z jakim czeladź Almayera zabrała się do naprawienia starych czółen, nie wadził już kobietom sembirskim w należytym wykonywaniu czynności gospodarczych. Nawet zawiedziony Dżim Eng przestał dręczyć swój mętny umysł handlowymi zagadkami; za pośrednictwem fajki z opium pogrążał się w stan błogiej niepamięci i zostawiał w spokoju Babalacziego, który mijał jego chatę, niezapraszany więcej i nie zwracając pozornie niczyjej uwagi.

Owego skwarnego popołudnia sembirski statysta, nie zatrzymany przez żaden przyjacielski wywiad, wyciągnął swoje czółenko spod krzaków, gdzie chował je zwykle podczas odwiedzin w domu Almayera. Opustoszała rzeka skrzyła się w prostopadłych promieniach słońca. Babalaczi wiosłował powoli i od niechcenia, skurczony na dnie łódki pod swym olbrzymim kapeluszem, kryjąc się przed palącym żarem odbitym od wodnej tafli. Nie spieszyło mu się wcale. Pan jego, Lakamba, spoczywa jeszcze z pewnością o tej godzinie. Babalaczi zdąży przybyć przed jego obudzeniem i powita go ważnymi nowinami. Czy władca okaże niezadowolenie? Czy stuknie z gniewem hebanową laską o podłogę i przerazi swego sługę gwałtownymi słowami bez związku? Czy też przysiądzie na piętach z dobrotliwym uśmiechem, pocierając rękami o brzuch ruchem sobie właściwym, i splunie obficie w miedziane naczynie, przy czym mruknie coś pochlebnie, a przytwierdzająco? Takie myśli zaprzątały Babalacziego, gdy manewrował zręcznie wiosłem, płynąc w kierunku kampungu, którego częstokół wyglądał zza gęstego listowia na wprost domku Almayera.

Babalaczi miał istotnie zdać sprawę z ważnych rzeczy. Nareszcie coś pewnego na potwierdzenie wszystkich podejrzeń. Od niejakiego czasu zwróciła jego uwagę skryta poufałość przebijająca w stosunku Daina do córki Almayera. Dostrzegł tajne spojrzenia, podsłuchał, jak zamieniali krótkie, palące słowa. Lakamba słuchał tych doniesień ze spokojem i widocznym niedowierzaniem. Ale teraz Babalaczi przekona go: zdobył nareszcie niezbity dowód. Tegoż ranka, gdy o świcie łowił ryby w zatoce niedaleko chaty Bulangiego, minęło go długie czółno Niny; siedziała w rufie, pochylona nad Dainem, wyciągniętym na dnie łodzi, z głową opartą o jej kolana. Widział ich dokładnie. Puścił się w ślad za nimi, ale zaczęli wkrótce wiosłować i znikli mu z oczu. Chwilę później zobaczył w drobnej łódeczce syjamską niewolnicę Bulangiego płynącą w kierunku osady ze swymi plackami na sprzedaż. Ona także musiała ich dostrzec o szarym świcie. Babalaczi uśmiechnął się do siebie złośliwie na wspomnienie zmienionej twarzy dziewczęcia, badawczego jej spojrzenia i głosu, który drżał, gdy odpowiadała na zapytania. Dain Marula nie był snadź obojętny tej małej Taminie. To doskonałe! Babalaczi parsknął głośnym śmiechem, lecz nagle spoważniał i dziwnym zbiegiem myśli jął zgadywać, za jaką cenę Bulangi byłby skłonny do odstąpienia dziewczyny. Pokiwał smutnie głową, wspominając, że Bulangi jest człowiekiem twardym; przed kilku tygodniami mało mu było stu dolarów za Taminę! Tu spostrzegł się, że podczas jego rozmyślań prąd uniósł łódkę za daleko. Otrząsnął się z przygnębienia wywołanego przeświadczeniem o chciwości Bulangiego i kilku uderzeniami wiosła skierował czółenko do przystani w siedzibie radży.

Tegoż popołudnia Almayer chodził wzdłuż brzegu, jak to było ostatnio jego zwyczajem, czuwając nad ludźmi zajętymi przy naprawie łodzi. Powziął nareszcie ostateczną decyzję. Kierując się wskazówkami z notatnika Lingarda, postanowił wyruszyć na poszukiwanie owych bogatych pokładów złota. Gdy je odnajdzie, dość mu będzie sięgnąć ręką, aby stać się panem nieprzebranych bogactw i przeżyć na jawie sen młodych lat. Zapatrzony w olśniewające rezultaty swoich planów, przypuścił do tajemnicy Daina Marulę, aby uzyskać potrzebną pomoc, i pogodził się z Lakambą. Poświęcił swoją dumę, honor i posłuszeństwo wobec prawa, wchodząc w spółkę ze wstrętnym sobie człowiekiem. Wiedział jednak, że wobec olbrzymiego ryzyka przedsięwzięcia koniecznym jest współudział Lakamby, który zobowiązał się pomóc mu, zastrzegając sobie udział w zyskach. Wielkie niebezpieczeństwa groziły wyprawie, lecz Marula był odważny; ludzie jego zdawali się dorównywać męstwem swojemu wodzowi, a wobec poparcia Lakamby powodzenie było zapewnione.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni pochłonęły Almayera przygotowania do wyprawy; chodził wśród swych robotników i niewolników, pogrążony jak gdyby we śnie, choć przytomny; praktyczne szczegóły tyczące się wyekwipowania łodzi mieszały mu się z wyrazistymi obrazami niesłychanych bogactw, które przysłaniały mu nędzę codziennego życia; palące słońce, błotniste i cuchnące brzegi rzeki znikły wobec przepysznych wizji wspaniałej egzystencji oczekującej na niego i na Ninę. Nie widywał prawie Niny przez te ostatnie dni, choć ukochana córka zawsze była obecna w jego myślach. Nie zwracał prawie uwagi na Daina, którego ciągła obecność w domu wydawała mu się zupełnie naturalną teraz, gdy łączyły ich wspólne sprawy. Spotkawszy młodego wodza, witał go z roztargnieniem i mijał, unikając na pozór jego towarzystwa. Usiłował zapomnieć o nienawistnej rzeczywistości, pogrążając się w pracy albo dając się unieść wyobraźni wysoko ponad szczyty drzew, gdzie wespół z wielkimi białymi chmurami dążył na zachód w stronę raju Europy, który czekał na przyszłego milionera ze Wschodu. A i Marula nie ubiegał się już teraz o towarzystwo białego człowieka; interes był ubity i nie pozostawało nic więcej do omówienia. Jednak Dain tkwił stale gdzieś w pobliżu domu, choć rzadko zatrzymywał się dłużej na wybrzeżu podczas codziennych wizyt w domu białego. Spokojnym krokiem przechodził przez środkowy korytarz domku i szedł do ogrodu, gdzie w kuchennej szopie nad rozpalonym ogniskiem kołysał się kocioł z ryżem pod czujnym okiem pani Almayer. Omijając z dala to miejsce, skąd dochodziły kłęby czarnego dymu i świergot miękkich głosów kobiecych, skręcał na lewo. Na skraju plantacji bananów rosła kępa palm i mangowców76, tworząc cienisty gaik oddzielony kilku krzewami. Przenikały tu tylko wybuchy śmiechu i daleki szczebiot dziewcząt służebnych. Dostawszy się tam, Dain stawał się niewidocznym; opierał się o gładki pień wyniosłej palmy i czekał w ukryciu, z błyszczącymi oczyma i spokojnym uśmiechem, nasłuchując szelestu zeschłej trawy pod lekkimi stopami.

Od pierwszej chwili, gdy oczy jego spoczęły na Ninie, uczuł w głębi serca pewność, że ta według niego doskonale piękna kobieta będzie do niego należeć. Nieuchwytny prąd wzajemnego porozumienia przebiegł między nimi, jednocząc dzikie ich natury. Dain nie potrzebował zachęcających uśmiechów pani Almayer, aby chwytać każdą sposobność zbliżenia się do dziewczyny. A ona odwracała wstydliwie twarz, gdy mówił do niej i zaglądał jej w oczy, lecz czuła każdej chwili, że nieulękły ten mąż — który szepce palące słowa, tak chętnie przez nią słuchane — jest jej przeznaczeniem, że wymarzyła go sobie w snach — i oto stoi przed nią, dziki i zuchwały, gotów zadać wrogowi cios błyszczącym krisem lub ogarnąć namiętnym uściskiem ukochaną kobietę — żywy wzór malajskiego wodza według tradycji jej matki.

Z dreszczem rozkosznej trwogi uświadomiła sobie tajemniczą swoją jedność z tym człowiekiem. Słuchając jego słów, doznała wrażenia, że wskrzesił ją do nowego bytu; przy nim dopiero odczuła pełnię życia. W milczeniu i z twarzą na wpół zasłoniętą, jak przystało malajskiej dziewczynie, poddawała się fali sennego szczęścia, a Dain rzucał do jej stóp skarby namiętnej miłości w nieokiełznanym porywie dzikiej natury nieznoszącej przymusu ni opanowania.

Wiele takich rozkosznych godzin, zdających się być jedną chwilką, przeżyli w mangowym gaju za osłoną krzewów. Hasło do rozłąki dawał ostry głos pani Almayer, która podjęła się łatwego zadania: czuwała, aby jej mąż nie zmącił gładkiego biegu miłosnych spraw córki, cieszących się jej łaskawym i gorliwym poparciem. Patrzyła z dumą i szczęściem na namiętną miłość Daina; był to w jej przekonaniu wielki, potężny wódz, którego wspaniałomyślna szczodrość zaspokajała hojnie jej chciwe instynkty.

W przeddzień owego ranka, kiedy Babalaczi przekonał się naocznie o słuszności swych podejrzeń, Dain i Nina pozostali dłużej niż zwykle w cienistym schronieniu. Posłyszeli ostrzegawczy krzyk pani Almayer, gdy na werandzie rozległy się już ciężkie kroki jej męża i opryskliwy głos domagający się wieczerzy. Marula przesadził lekko niski płot bambusowy i przedzierał się chyłkiem przez plantację bananów ku błotnistemu wybrzeżu zatoki, Nina zaś szła wolno ku domowi, aby przygotować wieczerzę dla ojca, jak to co dnia czyniła. Almayer był szczęśliwy tego wieczoru. Przygotowania do wyprawy skończą się wkrótce; jutro spuści łodzie na wodę. Uczuł się posiadaczem nieprzebranych skarbów i z łyżką w ręku zapomniał o talerzu z ryżem, rozmyślając nad urządzeniem olbrzymiej uczty, którą wyda za przybyciem77 do Amsterdamu. Od czasu do czasu wyrywały mu się jakieś bezładne słowa. Nina leżała w bujającym fotelu, słuchając z roztargnieniem. Przygotowania do wyprawy! Złoto! Cóż ją to wszystko może obchodzić? Ale gdy ojciec jej wymówił imię Daina, zamieniła się cała w słuch. Dain ma popłynąć jutro brygiem w dół rzeki, mówił Almayer; nieobecność jego potrwa kilka dni. Znowu zwłoka! To doprawdy nieznośne. Wyruszą natychmiast po jego powrocie; nie ma czasu do stracenia, bo rzeka zaczyna przybierać. Nie zdziwiłby go nawet wielki wylew. Tu Almayer odepchnął niecierpliwie talerz i wstał od stołu. Ale Nina przestała go teraz słyszeć. Dain odjeżdża! Zrozumiała, czemu zażądał, by o świcie spotkała się z nim w zatoce Bulangiego. Wspomniała spokojny, władczy jego głos. Jakąż rozkoszą jest spełnianie jego rozkazów! Zatroszczyła się nagle, czy jej łódeczka gotowa i czy znajdzie w niej wiosło. Trzeba będzie wypłynąć o czwartej z rana — już za kilka godzin...

Wstała z fotelu; musi wypocząć — o świcie czeka ją długa przejażdżka. Lampa paliła się ciemno, a ojciec, znużony całodziennym trudem, leżał już w hamaku. Zgasiła lampę i weszła do dużego pokoju z lewej strony korytarza, gdzie sypiały obie z matką. W kącie, na stosie mat służących pani Almayer za posłanie, nie było nikogo. Nina zobaczyła matkę schyloną nad wielką, drewnianą skrzynią, której wieko było podniesione. Na podłodze stała łupina z kokosowego orzecha napełniona olejem, z bawełnianą szmatką zamiast knota. Blask kaganka prześwietlał smugi czarnego, woniejącego dymu, otaczając czerwoną aureolą postać pani Almayer. Plecy jej były zgięte, a głowa i ramiona chowały się w wysokiej skrzyni. Widocznie przewracała coś na dnie, bo dochodził stamtąd łagodny dźwięk srebrnych pieniędzy. Nie zwróciła zrazu uwagi na obecność córki. Nina stała obok niej w milczeniu, patrząc na małe woreczki z grubego płótna ustawione na dnie skrzyni. Pani Almayer wyjmowała garściami błyszczące guldeny i dolary meksykańskie78; rozwarłszy dłonie, patrzyła, jak pieniądze sypią się z powrotem do skrzyni przez jej krogulcze palce. Upajała ją dźwięczna muzyka srebra, a w oczach jej odbijały się błyski nowych monet.

— Ten worek, i drugi, i jeszcze jeden! — mruczała z cicha. — On mi da jeszcze więcej — da mi tyle, ile zażądam. On jest potężnym radżą, synem Niebios, a ona będzie wielką rani79 To wszystko dał mi za nią! A za mnie nikt nikomu nie zapłacił! Jestem tylko niewolnicą. Nie! Ja jestem matką wielkiej rani!

Zamilkła, spostrzegłszy córkę. Zatrzasnęła gwałtownie wieko i nie podnosząc się z ziemi, spojrzała na Ninę, która stała przy niej z bladym uśmiechem na sennej twarzy.

— Widziałaś! Prawda, że widziałaś! — krzyknęła ostrym głosem. — To wszystko moje. Za ciebie to dostałam. Jeszcze nie dosyć! Będzie musiał dać więcej, nim zabierze cię na tę południową wyspę, gdzie jego ojciec jest królem. Czy mnie słyszysz? Jesteś więcej warta, wnuczko radżów! Więcej! Więcej!

Z werandy ozwał się głos Almayera, nakazujący milczenie. Pani Almayer zdmuchnęła światło i wpełzła na czworakach do swego kąta. Nina wyciągnęła się na stosie mat, z rękami splecionymi pod głową; przez otwór w ścianie, zastępujący okno, patrzyła w gwiazdy mrugające na czarnym niebie i czekała chwili, gdy trzeba będzie udać się na umówione miejsce. Ciche szczęście przepełniało ją na myśl o tym spotkaniu w głębi puszczy, z dala od ludzkich oczu i siedzib. Dusza jej zapadała znowu w dzikość, której nie zdołało wytępić zetknięcie z cywilizacją oddziałującą na nią ongi za pośrednictwem pani Vinck. Uczucie dumy i zarazem lekkiego pomieszania ogarnęło ją na myśl o wysokiej cenie, jakiej zażądała za nią doświadczona matka, lecz uspokoiło ją wspomnienie wymownych spojrzeń i słów Daina. Przymknęła oczy, przejęta słodkim dreszczem w przeczuciu oczekiwanego spotkania.

Bywają okoliczności, w których i dziki, i tak zwany cywilizowany człowiek doznają jednakowych uczuć. Można przypuścić, że Dain Marula nie był zbytnio oczarowany przyszłą teściową i że nie pochwalał zachłanności tej zacnej kobiety na błyszczące guldeny. Lecz owego ranka, kiedy Babalaczi odłożył na bok troski państwowe i oddał się badaniu sieci zastawionych w zatoce Bulangiego, Dain nie doznawał żadnych uczuć prócz niecierpliwości i tęsknoty. Dotarł do wysepki, której wschodni brzeg tworzył wyżej wspomnianą zatokę, ukrył łódkę w krzakach i szedł wielkimi krokami, przedzierając się niecierpliwie przez gałęzie gęstego leśnego podszycia skrzyżowane nad ścieżką. Ze względu na ostrożność nie dojechał do samego miejsca spotkania, jak to zrobiła Nina; zostawił czółno w głównym korycie rzeki z przeciwległej strony wyspy. Gęsta, ciepła mgła ogarnęła go zaraz, ale zdołał dostrzec na lewo dalekie światełko w domu Bulangiego. Od tej chwili nie mógł już nic rozeznać w gęstniejącej mgle i trzymał się ścieżki jedynie przez jakiś instynkt, który przywiódł go do oznaczonego miejsca na przeciwległym brzegu wysepki. Wielka kłoda oparła się tutaj o ląd prostopadle do brzegu, tworząc rodzaj pomostu, o który rozbijały się z głośnym szumem wody bystrego strumienia. Wszedł na kłodę szybko i pewnie i dwoma długimi krokami znalazł się na drugim jej końcu wśród szumu i syku wody pieniącej się u jego stóp.

Trwał tak, odcięty od całego świata, niby zawieszony w pustce między niebem a ziemią, gdyż nawet woda szumiąca pod nim pochłonięta była przez gęstą mgłę poranną. I nagle wyszeptał imię Niny w bezkresną przestrzeń, pewien, że to wezwanie dojdzie jej uszu; czuł instynktownie bliskość czarownego zjawiska, przekonany, że i Nina świadoma jest jego obecności.

Czółno jej zamajaczyło przy kłodzie, wystając wysoko nad wodą wskutek ciężaru wioślarki siedzącej u rufy. Marula przytrzymał łódkę i wskoczył lekko, odsadzając się od brzegu silnym rzutem. Czółenko, posłuszne nadanemu kierunkowi, przepłynęło o włos od kłody i puściło się na fale rzeki, która z przychylną życzliwością obróciła je bokiem do prądu i poniosła szybko i bezgłośnie między niewidzialnymi brzegami. A Dain zapomniał znów o całym świecie u stóp Niny, porwany falą uniesienia, zmożony szczęściem, dumą i pożądaniem. Uczuł raz jeszcze z niezbitą pewnością, że nie ma dla niego życia poza istotą, którą trzyma przy sercu w namiętnym, długim uścisku.

Nina wysunęła mu się z objęć z cichym śmiechem.

— Przewrócisz łódkę, Dainie! — szepnęła.

Chwilę jeszcze topił w jej oczach rozgorzałe spojrzenie, wreszcie puścił ją z westchnieniem i wyciągnął się na dnie czółna, opierając głowę o jej kolana. Spojrzał w górę, sięgnął poza siebie, ogarniając ramionami jej kibić, i splótł ręce na jej plecach. Schyliła się nad nim, wstrząsnąwszy głową, rozluźniła sploty włosów, które opadły, ujmując twarze obojga w czarne ramy.

Prąd ich unosił. Nina chyliła głowę coraz niżej, aby nie stracić żadnego ze słów Daina, droższych jej niż samo życie. Rodziły mu się na ustach, nieokrzesane, a wymowne; dzika jego natura poddała się wszechwładnej namiętności. Nic nie istniało dla tych dwojga poza łupiną wątłego czółenka. Zawarli w nim cały swój świat, tchnący potężną, zachłanną miłością. Nie widzieli zgęstniałej mgły, nie czuli przedrannego powiewu, który zacichł niebawem, zapomnieli o otaczającej ich puszczy, o całym świecie tropikalnej przyrody, która czekała w uroczystym, wymownym skupieniu na pojawienie się słońca.

Gwiazdy pobladły nad gęstą oponą80 mgły otulającej łódkę z jej brzemieniem młodości i szczęścia. Od wschodu niebo nasiąkło srebrnoszarą barwą. Wiatr przycichł; wszystkie żyjące stworzenia nad brzegiem wielkiej rzeki zastygły w spoczynku i ciszy niezamąconej ani szelestem liścia, ani pluskiem skaczącej ryby. Ziemia, woda i niebo zapadły w sen tak głęboki, że — zdało się — nie ockną się nigdy. Wszystka żywotność kipiąca w podzwrotnikowej naturze skupiła się w gorejących spojrzeniach i rozkołysanych sercach dwóch istot mknących w czółenku po gładkiej rzecznej tafli pod białym baldachimem mgły.

Wielki snop żółtych promieni strzelił nagle zza czarnej zasłony drzew okalających brzegi Pantai. Gwiazdy zagasły; drobne czarne chmurki u zenitu rozgorzały na chwilę purpurą. Gęsta mgła tknięta łagodnym powiewem — westchnieniem budzącej się natury — wirowała i darła się na fantastyczne strzępy, spod których wyjrzała pomarszczona toń rzeki, mieniąc się skrami w jasnym świetle dnia. Wielkie stada białych ptaków zanosiły się krzykiem i zataczały kręgi nad rozchwianymi wierzchołkami drzew. Słońce wzeszło nad wschodnim wybrzeżem.

Dain zbudził się pierwszy do trosk codziennego życia. Powstał i rzucił szybko wzrokiem w górę i w dół rzeki. Dostrzegł w tyle łódkę Babalacziego i odkrył drugą czarną plamkę na błyszczącej wodzie — czółenko Taminy. Przykląkł ostrożnie w dziobie czółna i ujął wiosło, a Nina, siedząca u rufy, poszła jego śladem. Pochylali się miarowo, odgarniając wodę każdym uderzeniem wioseł, a mała łupinka sunęła szybko i żłobiła wąską bruzdę objętą koronkowym szlakiem białej, lśniącej piany.

— Ktoś płynie za nami, Nino — rzekł Dain, nie odwracając głowy. — Nie dajmy się dopędzić. Jest chyba za daleko, aby mógł nas poznać.

— Przed nami widzę także łódkę — rzuciła Nina zdyszanym głosem, nie przestając wiosłować.

— Zdaje mi się, że poznaję, kto to taki — odrzekł Dain. — Blask wody mnie oślepia, ale to chyba Tamina. Przychodzi co rano na pokład brygu ze swoimi ciastkami i pozostaje czasem przez cały dzień. Nic nie szkodzi, steruj ku brzegowi, musimy dostać się pod gałęzie. Tu gdzieś blisko schowałem czółno.

Mówiąc to, spoglądał bacznie na szerokie liście palm nipah, o które ocierało się czółno w szybkim, cichym biegu.

— Spójrz, Nino — rzekł wreszcie — o tam, gdzie kończą się wodne palmy, pod zwisającymi gałęziami tego pochyłego drzewa. Steruj wprost na ten zielony konar.

Podniósł się i patrzył uważnie, jak łódka zbliża się powoli do brzegu, kierowana pewną i lekką ręką Niny. Przytrzymał się konara i przegiąwszy się do tyłu, silnym rzutem pchnął czółno pod niską, zieloną arkadę splecioną z pnączy. Wjechali do malutkiej zatoczki, powstałej wskutek zapadnięcia się wybrzeża podczas ostatniego wielkiego wylewu. Łódź Daina tkwiła tu u brzegu, obciążona wielkim kamieniem; wskoczył do niej, przytrzymując czółno Niny, i w chwilę później obie łupinki kołysały się spokojnie jedna obok drugiej, odbite w czarnym zwierciadle wody. Przyćmione, zielonawe światło przedzierało się przez wyniosłe sklepienie z gęstego listowia, a hen u góry, w jasnym blasku dnia, jarzyły się olbrzymie, purpurowe kwiaty, rozsypując nad Dainem i Niną deszcz wielkich, zroszonych płatków, które wirowały z wolna, spadając na ich głowy nieustanną wonną kaskadą. A w górze nad nimi i w głębi sennej wody, i wszędzie wokoło wrzała natężona praca podzwrotnikowej natury. Bujna roślinność pławiła się w ciepłym powietrzu przesyconym wonnymi, ostrymi zapachami. Drzewa i liany wydzierały się ku górze, gmatwając się w nierozerwalne sploty, dusiły się w okrutnych uściskach z zapamiętałością i szaleństwem, prąc ku życiodajnemu blaskowi słońca w złowrogiej milczącej walce na śmierć i życie. Zdało się, że wszystkie rośliny, przejęte zgrozą na widok zgnilizny szerzącej się u ich stóp, porwały się do nagłej ucieczki, by ujść rozkładowi i śmierci, z której same wzięły początek.

— Musimy się rozstać — przemówił Dain po długim milczeniu. — Wracaj zaraz do domu, ja poczekam tutaj, aż bryg przypłynie i zabierze mnie po drodze.

— Czy długo tam zostaniesz, Dainie? — spytała cicho Nina.

— Długo! — wykrzyknął Dain. — Któryż człowiek chciałby pozostać długo w ciemności? Kiedy nie jestem przy tobie, Nino, wydaje mi się, że oślepłem. I cóż mi po życiu bez światła?

Z uśmiechem dumy i szczęścia Nina wychyliła się i ujęła twarz Daina w obie dłonie, topiąc w jego źrenicach tkliwe i badawcze spojrzenie. Snadź wyczytała z oczu potwierdzenie jego słów, bo słodki spokój ją ogarnął i złagodził ból rozłąki. Uwierzyła, że ten potomek wielkich radżów, syn potężnego wodza, pan życia i śmierci, przy niej tylko widzi blask słońca. Porwała ją nieskończona fala wdzięczności i miłości. Jakimże znakiem objawi wszystko, co czuje, człowiekowi, który nasycił jej serce taką radością i taką dumą? W zamęt targających nią uczuć padło nagle, jak błyskawica, wspomnienie wzgardzonej i prawie zapomnianej cywilizacji, z którą obcowała w dniach ucisku, smutku i gniewu. Z zimnego popieliska nienawistnej i nędznej przeszłości spłynęło miłosne natchnienie; znalazła wyraz dla szczęścia bez granic i rękojmię promiennych dni wspaniałego jutra. Zarzuciła ramiona na szyję Daina i przycisnęła wargi do jego ust w długim, palącym pocałunku. Zamknął oczy, zdumiony i przerażony burzą, jaką w nim rozpętało to dziwne, nieznane mu dotknięcie. Czółno Niny wypłynęło już dawno na środek rzeki, a on trwał wciąż jeszcze bez ruchu, nie śmiejąc otworzyć oczu, aby nie spłoszyć uczucia upajającej rozkoszy, której zaznał pierwszy raz w życiu. Teraz pragnął już tylko nieśmiertelności, by stanąć na równi z bogami, a istota, która w taki sposób umiała otworzyć przed nim wrota raju, musi być jego na wieki.

Gdy otworzył oczy, ujrzał przez arkadę z pnączy dziób brygu płynącego wolno z prądem w dół rzeki. Uprzytomnił sobie, że trzeba już wrócić na pokład, a jednak nie mógł oderwać się od miejsca, gdzie uczuł, czym jest szczęście. „Jeszcze czas, niech sobie płyną”, szepnął cicho i zamknął oczy pod purpurowym deszczem wonnych płatków, usiłując przeżyć raz jeszcze chwilę pożegnania z całą jej rozkoszą i całym jej lękiem.

Zdążył jednak widocznie dopędzić swoją załogę i pochłonęły go snadź ważne sprawy, gdyż Almayer oczekiwał na próżno rychłego powrotu przyjaciela. Jakże często spoglądał w dół rzeki, wyglądając niecierpliwie pojawienia się brygu! Lecz pustka panowała na wodach Pantai, tylko w dali mignęło niekiedy czółno rybackie. Natomiast od strony lądu nadpłynęły czarne chmury i spadły ciężkie ulewy, zwiastujące nadejście pory deszczów, burz i powodzi, w czasie których rzeka była prawie niedostępna dla czółen malajskich.

Almayer wałęsał się wzdłuż rozmiękłego wybrzeża między swymi domami. Przyglądał się niespokojnie rzece, która wzdymała się coraz bardziej, podpełzając ku łódkom, gotowym do drogi i ustawionym w rząd pod osłoną przemokłych mat z Kajangu81. Almayer czuł, że mu się szczęście z rąk wymyka. Chodził ciężkim krokiem tam i z powrotem po bezustannym deszczu lejącym się z niskich chmur. Owładnęła nim rozpaczliwa jakaś obojętność. Niech się już dzieje, co chce! On zawsze ma takie szczęście. Ładnie go wykierowały te dwa przeklęte dzikusy, Dain i Lakamba! Licząc na ich pomoc, wydał na naprawę łodzi wszystko aż do ostatniego dolara. Teraz Dain gdzieś przepadł, a Lakamba nie daje znaku życia zza swojego częstokołu. „Nawet ten łotr Babalaczi nie pokaże mi się ma oczy — rozmyślał w dalszym ciągu. — Kupiłem już od nich wszystek ryż i miedziane gongi, i tkaniny potrzebne do wyprawy. Wycisnęli ze mnie ostatni grosz i teraz wszystko im jedno, czy pojadę, czy też zostanę”. Machnąwszy ręką ze zniechęceniem, właził powoli na schody nowego domu, aby schronić się przed deszczem na werandzie. Wspierał się o poręcz, z głową wsuniętą w ramiona, i zapamiętywał się w gorzkich myślach. Nie czuł mijających godzin, nie zważał na głód, nie słyszał ostrego głosu żony wołającej go na wieczerzę. Dopiero pierwszy grzmot wieczornej burzy zbudził go z ponurej zadumy. Gdy szedł chwiejnym krokiem w stronę światełka błyszczącego w starym domku, najlżejszy szmer znad rzeki nie uszedł jego słuchowi, zaostrzonemu przez niepokój i oczekiwanie. Przez kilka nocy z rzędu słyszał plusk wioseł i widział mętny zarys łodzi; za każdym razem serce tłukło mu się nadzieją, że Dain powraca, lecz zawsze spotykało go rozczarowanie: niechętne głosy odpowiadały na jego okrzyki i dowiadywał się, że to Arabowie jadą w odwiedziny do Lakamby. Świadomość tych wizyt przyprawiała go o bezsenne noce; nie mógł zmrużyć oka, trawiony dociekaniem, jak będzie wyglądało nowe łotrostwo, uknute przez tę szanowną kompanię. Wreszcie gdy stracił już wszelką nadzieję, porwała go radość, gdy usłyszał głos Daina. Lecz Dain pragnął przede wszystkim widzieć się z Lakambą; zaniepokoiło to Almayera, który żywił głęboką nieufność do radży i nie dowierzał zawartemu przymierzu. A jednak Dain powrócił; chciał widać dotrzymać umowy. I w sercu Almayera odżyła znów nadzieja; nocy tej spał spokojnie, podczas gdy Nina czuwała, pochłaniając wzrokiem rzekę rozszalałą pod chłostą burzy ciągnącej w dal ku morzu.