Rozdział dwunasty

— Oto umówione miejsce — rzekł Dain, wskazując piórem wiosła wysepkę oddaloną jeszcze o jaki kilometr. — Oto miejsce, o którym mówił Babalaczi. Gdy słońce znajdzie się w środku nieba, przyjedzie po mnie łódka. Poczekamy tu na nią.

Almayer, który siedział u steru, skinął potakująco głową i lekkim uderzeniem wiosła skierował czółno w stronę wysepki.

Znajdowali się właśnie u południowego ujścia Pantai. Za nimi otwierała się daleka perspektywa lśniących wód ujętych w dwie ściany zwartej zieleni, które biegły w dół na spotkanie i zlewały się hen, w oddali. Słońce wschodziło nad spokojną tonią cieśniny, znacząc swą drogę promienną smugą. Blask ślizgał się po falach i mknął rozległym obszarem rzeki niby ścigły goniec niosący światło i życie ponurym losom wybrzeża. Promiennym szlakiem sunęło czarne czółno, dążąc ku wysepce, co leżała skąpana w słońcu, w pierścieniu żółtych piasków, jak złota tarcza wkuta w polerowaną stal gładkiego morza. Ku północy i południowi wyłaniały się inne wysepki, radosne w przepychu swych barw zielonych i żółtych, a na głównym lądzie mroczna linia zarośli mangrowych106 zlewała się z czerwonymi skałami przylądka Tandjong Mirrah, który wstępował daleko w morze, stromy i bez cienia w blasku wczesnego słońca.

Dobili do brzegu; dno czółenka zgrzytnęło o piasek. Ali wyskoczył i przytrzymał łódkę, a Dain wysiadł, niosąc w ramionach Ninę, wyczerpaną wrażeniami i długą, nocną podróżą. Almayer wyszedł z czółna ostatni i wciągnął je na brzeg wspólnie z Alim. Malaj położył się w cieniu i zasnął natychmiast, zmęczony długim wiosłowaniem, zaś Almayer siadł na krawędzi czółna, skrzyżował ręce na piersiach i wpatrzył się w morze.

Dain ułożył troskliwie Ninę w cieniu krzewów rosnących w środku wysepki i rzucił się na ziemię obok niej. Patrzył z milczącą troską na łzy, co wymykały się spod jej przymkniętych powiek i ginęły w drobnym piasku, na którym leżeli oboje twarzą w twarz. Łzy jej i smutek zastanawiały go jak głęboka, niepokojąca tajemnica. Czemu się martwi teraz, gdy niebezpieczeństwo już minęło? Nie wątpił o jej miłości, jak nie mógł wątpić i o fakcie własnego istnienia, a jednak gdy tak leżał i patrzył żarliwie w jej twarz śledząc jej łzy, rozchylone usta i nawet oddech — czuł z niepokojem, że jest w niej coś, czego on zrozumieć nie może. Nic dziwnego: wszak ona posiada wiedzę istot doskonałych. Westchnął. Poczuł, że przedziela ich niewidzialna jakaś zapora, która mu pozwoli zbliżyć się do niej na pewną odległość, ale nie dalej. Żaden poryw miłości, żaden wysiłek — ani tęsknota, ani nawet wspólne, długie życie — nic nie zdoła usunąć tej nieuchwytnej przegrody. Z przerażeniem, ale także z wielką dumą stwierdził, że przyczyną tego jest niedościgła jej doskonałość. Ta kobieta należy do niego, a jednak przebywa jak gdyby w innym świecie. Jego jest! Jego! Radosny tryumf go przeniknął, a zarazem i ból z powodu jej łez.

Z nieśmiałą czcią ujął promień jej włosów i w przypływie niezgrabnej tkliwości usiłował otrzeć łzy błyszczące na rzęsach. Przelotny uśmiech go nagrodził rozjaśniając jej twarz na mgnienie, ale wkrótce łzy posypały się jeszcze obficiej. Nie mógł znieść tego dłużej. Powstał i zbliżył się do Almayera, który siedział wciąż na krawędzi czółna, pochłonięty widokiem morza. Nie widział go już bardzo dawno — tego morza, co wszędzie prowadzi, co przynosi wszystko na swych falach, a tak wiele zabiera. Zapomniał prawie, czemu się tu znajduje, i w sennym rozmarzeniu widział całe swoje życie na gładkiej, bezkresnej przestrzeni, mieniącej się blaskiem przed jego oczami.

Wstrząsnęło nim dotknięcie ręki Daina i przyzwało z dalekiej zaiste krainy. Odwrócił się, lecz oczy jego zdawały się patrzeć nie na samego Daina, a raczej na miejsce, gdzie stał. Dain uczuł niepokój pod tym nieświadomym spojrzeniem.

— Co takiego? — rzekł Almayer.

— Ona płacze — szepnął Dain cicho.

— Płacze, dlaczego? — spytał obojętnie Almayer.

— Przyszedłem ciebie zapytać. Moja rani uśmiecha się, gdy patrzy na kochanego człowieka. To biała kobieta płacze w niej teraz. Powinieneś wiedzieć dlaczego.

Almayer wzruszył ramionami i odwrócił się znów ku morzu.

— Chodź, tuanie putih — nalegał Dain — chodź do niej. Jej łzy straszniejsze są dla mnie niż gniew bogów.

— Doprawdy? Będziesz je nieraz oglądał. Powiedziała mi, że żyć bez ciebie nie może — ciągnął dalej bez cienia wyrazu w twarzy — więc przystoi, abyś prędko do niej wrócił. Nie boisz się, że przez ten czas umrze?

Wybuchnął głośnym, przykrym śmiechem. Dain spojrzał na niego z pewną obawą. Biały podniósł się jednak i szedł z wolna ku Ninie, spoglądając na słońce.

— Więc pojedziecie, gdy słońce znajdzie się nad nami? — zapytał.

— Tak, tuanie — odrzekł Dain.

— Niedługo będę czekał — mruknął Almayer. — Niezmiernie to dla mnie ważne, abym widział wasz odjazd. Was obojga. To właśnie jest dla mnie najważniejsze — powtórzył i przystanął nagle, patrząc uporczywie na Daina.

Ruszył znowu ku Ninie, a Dain pozostał w tyle. Almayer zbliżył się do córki i stał przy niej czas jakiś, spoglądając na nią z góry. Nie otworzyła oczu, lecz posłyszawszy kroki, szepnęła cicho, szlochając: „Dainie!”.

Almayer zawahał się chwilę i osunął się w piasek obok niej. Nie słysząc odpowiedzi, nie czując dotknięcia ręki, Daina otworzyła oczy i — zobaczywszy ojca — siadła nagle w przerażeniu.

— To ty, ojcze! — szepnęła cicho, zawarłszy w tych słowach cały swój żal, trwogę i budzącą się nadzieję.

— Nie przebaczę ci nigdy, Nino — rzekł Almayer obojętnym głosem. — Wydarłaś mi serce, gdy śniłem o twoim szczęściu. Oszukałaś mnie. Twoje oczy, które były dla mnie samą prawdą, kłamały mi każdym spojrzeniem — od jak dawna? sama wiesz o tym najlepiej. Głaskałaś moją twarz, licząc chwile dzielące cię od zachodu, który był hasłem twojego spotkania z tym człowiekiem.

Urwał. Siedzieli w milczeniu obok siebie, wpatrzeni bezkres morza. Słowa ojca osuszyły powieki Niny; stwardniał jej wzrok utkwiony w nieobjętą przestrzeń lazuru, przejrzystą, gładką i spokojną jak niebo. Almayer patrzył weń także, lecz z rysów jego znikł wszelki wyraz i zdawało się, że życie w oczach zagasło. Jego twarz — niby pusta karta — próżna była wzruszenia, czucia, myśli, a nawet i świadomości. Ręka losu starła zeń wszelką namiętność, żal i ból, i gniew, i nadzieję, jak gdyby po ciosie ostatnim wszystko się już wypełniło, jak gdyby wspomnienia nawet stały się czymś zbytecznym. Nieliczni ludzie, którzy widywali Almayera w tym ostatnim, krótkim okresie jego życia, byli zawsze pod wrażeniem jego twarzy, która zdawała się nie wiedzieć o niczym, co się i wewnątrz niego dzieje. Podobna była gładkiej pustej ścianie więziennej kryjącej grzech, żal, cierpienie i zmarnowane życie za obojętnym chłodem wapna i kamieni.

— Cóż tu jest do przebaczenia? — szeptała Nina, nie zwracając się do Almayera bezpośrednio, lecz jak gdyby dyskutując sama z sobą. — Czy mi nie wolno żyć własnym życiem, tak jak ty żyłeś swoim? Droga, po której chciałeś, abym poszła, zamknęła się przede mną nie z mojej winy.

— Nigdy mi nic nie mówiłaś — szepnął Almayer.

— Nie pytałeś mnie nigdy — odrzekła. — Myślałam, że jesteś jak inni i nie dbasz o mnie. Cierpiałam w samotności. Jakże ci mogłam powiedzieć: spotkało mnie poniżenie, dlatego że jestem twoją córką? Przecież mnie pomścić nie mogłeś.

— A jednak myślałem tylko o tym — przerwał Almayer — i pragnąłem ci dać całe lata szczęścia za krótki okres cierpień. Widziałem tylko jedną drogę przed nami.

— Ale to nie była moja droga — odparła. — Czy mogłeś mi dać szczęście, nie dając życia? Życia! — powtórzyła z nagłym przypływem energii, aż słowo rozdźwięczało się i poniosło nad falami. — A życie to potęga i miłość — dodała ciszej.

— To ten! — rzekł Almayer, wskazując na Daina, który stał tuż obok i patrzył na nich z ciekawością i zdziwieniem.

— Tak, ten! — odrzekła, spoglądając prosto w twarz ojca. Zauważyła po raz pierwszy dziwną stężałość jego rysów i przebiegł ją dreszcz trwogi.

— Udusiłbym cię prędzej własnymi rękoma — rzekł Almayer bezbarwnym głosem, który stanowił taki kontrast z rozpaczliwą goryczą jego słów, że sam się nad tym zdumiał. Zastanowiło go, kto to mógł powiedzieć, rozejrzał się wokoło, po czym wpatrzył się znów w morze.

— Mówisz tak, bo mnie nie rozumiesz — rzekła smutno. — Między tobą a matką nie było nigdy miłości. Kiedy wróciłam do Sembiru, przekonałam się, że rodzinny dom, który miał być zacisznym schronieniem dla mego serca, pełen jest nudy, nienawiści i wzajemnej pogardy. Słuchałam twoich słów i słów matki. Przekonałam się wtedy, że nie możesz mnie zrozumieć, bo przecież płynie we mnie krew tej kobiety, która jest wiecznym żalem i hańbą twojego życia. Musiałam wybierać między tobą a nią: wahałam się. Czemu byłeś taki ślepy? Czy nie widziałeś, że walczę? Czyż nie działo się to w twoich oczach? Ale gdy on się zjawił, znikła niepewność, ogarnął mnie błękit przeczystych niebios...

— Dokończę sam — przerwał Almayer. — Kiedy ten człowiek się zjawił, ujrzałem także słoneczny błękit niebios. Grom spadł z tego nieba; uczynił się nagle mrok i cisza — na zawsze. Nie przebaczę ci nigdy, Nino, a jutro zapomnę o tobie. Nigdy ci nie przebaczę! — dodał z uporem maniaka, a Nina słuchała go ze spuszczoną głową, jakby lękając się spojrzeć na ojca.

Wydało mu się teraz rzeczą największej wagi, aby zrozumiała, że nigdy jej nie przebaczy. Był przekonany, że wiara w nią stanowiła źródło jego nadziei, jego męstwa, gotowości do życia i walki, do zwycięstwa przez nią i dla niej. A teraz przepadła wiara zniweczona własnymi jej rękoma — okrutnie, podstępnie, zdradliwie — w chwili największego tryumfu. Z ostatecznej zagłady wszystkich jego uczuć i przywiązań, z chaotycznego wiru myśli wynurzyło się tylko jedno górując nad niejasnym uczuciem fizycznego bólu, co spowijał go od pleców do stóp jak uderzenie biczem: myśl, aby nigdy jej nie przebaczyć. Owładnęło nim jedno jedyne pragnienie: zapomnieć o niej. Należy przyswoić tę myśl i jej, i sobie, powtarzając ją jak najczęściej. Tak pojmował obowiązek względem siebie, swojej rasy i swoich zaszczytnych stosunków — względem całego świata, który zadrżał w posadach, wstrząśnięty straszną katastrofą jego życia. Zdawał sobie sprawę z wszystkiego i wierzył, że jest człowiekiem silnym. Pysznił się zawsze nieugiętą swoją stanowczością. A jednak lęk go przejmował. Nina była dla niego wszystkim. Co się stanie, jeśli wspomnienie tego, jak ją kochał, naruszy niezłomną jego godność? Był przeświadczony, że jest kobietą niezwykłą, że cała ukryta jego wielkość — w którą szczerze wierzył — wcieliła się w tę wiotką, dziewczęcą postać. Mogli dokonać razem wielkich rzeczy! A gdyby tak przycisnął ją nagle do serca, gdyby zapomniał o wstydzie i bólu, i gniewie i — poszedł za nią? Gdyby zmienił serce — jeśli nie skórę — wówczas życie jej popłynęłoby gładko i szczęśliwie pod pieczą dwóch kochających ją istot, które chroniłyby ją przed nieszczęściem. Serce wyrywało mu się do niej. Jeśli jej wyzna, że miłość ku niej potężniejsza jest aniżeli...

— Nigdy ci nie przebaczę! — krzyknął i zerwał się jak oszalały, przerażony swoim marzeniem.

Po raz ostatni zdarzyło się, że podniósł głos aż do krzyku. Odtąd mówił zawsze monotonnym szeptem, podobny muzycznemu narzędziu, które wydało ostatni głośny, wibrujący dźwięk pod ciosem brutalnej dłoni, co stargała wszystkie struny oprócz jednej.

Nina powstała również i spojrzała na ojca. W gwałtownym okrzyku zdradziła się jego miłość, łagodząc cierpienie Niny. Przygarnęła do serca opłakane szczątki tego uczucia z nienasyconą chciwością kobiet, które lgną rozpaczliwie nawet do resztek i strzępów miłości — i to wszelakiej miłości — jako do czegoś, co z prawa im się należy i jest tętnem ich życia. Położyła obie dłonie na ramionach Almayera i patrząc na niego tkliwie, rzekła z odcieniem żartobliwości:

— Mówisz tak, bo mnie kochasz.

Almayer zaprzeczył głową.

— Tak, kochasz mnie — powtórzyła łagodnie, a po chwili dodała: — i nie zapomnisz mnie nigdy!

Almayer zadrżał. Nie mogła mu powiedzieć nic okrutniejszego.

— Łódka płynie już po nas! — zawołał Dain wskazując na czarną plamkę między wybrzeżem a wysepką.

Wszyscy spojrzeli w tę stronę i stali w milczeniu, póki czółno nie przybiło do brzegu. Jakiś człowiek wysiadł i szedł ku nim. Zatrzymał się w pewnym oddaleniu, jak gdyby się namyślał.

— Z czym przyjeżdżasz? — spytał Dain.

— Otrzymaliśmy w nocy tajny rozkaz, aby zabrać z tej wysepki mężczyznę i kobietę. Oto kobieta. Który z was jest tym mężczyzną?

— Pójdź, rozkoszy mych oczu — rzekł Dain do Niny. — Odtąd twój głos będzie pieścił już tylko moje uszy. Wyrzekłaś ostatnie słowa do tuana putih, twego ojca. Pójdź.

Zawahała się chwilę i spojrzała na Almayera, który patrzył nieporuszenie w dal morza. Dotknęła ustami jego czoła w długim pocałunku; łza spadła mu na policzek — jej własna łza — i stoczyła się z nieruchomej twarzy.

— Do widzenia — szepnęła i stała w niepewności, aż pchnął ją nagle w ramiona Daina.

— Jeśli masz litość nade mną — szeptał jak gdyby wyuczone na pamięć zdanie — zabierz tę kobietę.

Stał wyprostowany z podniesioną głową i patrzył, jak szli wzdłuż brzegu w stronę czółna, objąwszy się ramionami. Spojrzał na ślady ich stóp i odprowadzał wzrokiem postacie oddalające się w surowym blasku południowego słońca, w tym potężnym, drgającym świetle, co jest jak zwycięska fanfara spiżowych trąb. Patrzył na brązowe barki mężczyzny, na czerwony sarong wokół jego bioder, na smukłą, olśniewająco białą postać, która wspierała się na nim. Patrzył na biel sukni, na bogate sploty długich, czarnych włosów. Patrzył, jak wsiadali do czółna, jak łódka stawała się coraz mniejsza — i serce szalało w nim z wściekłości, rozpaczy i żalu, a rysy tchnęły spokojem: wyglądał jak posąg zapomnienia. Rwało się w nim wszystko na strzępy — lecz Ali, który się zbudził i stanął obok niego, ujrzał na jego twarzy bezmyślną obojętność jak u ludzi, co żyją w beznadziejnym spokoju, odcięci od życia przez ślepotę.

Czółno znikło, a Almayer stał wciąż bez ruchu, wpatrzony w ślad na wodzie. Ali ocienił ręką oczy i rozglądał się ciekawie po wybrzeżu. Słońce zniżało się; powiew morski spłynął od północy i zmącił swym tchnieniem gładką taflę wody.

Dapat!107 — krzyknął wesoło Ali. — Przyjął go, panie! Okręt przyjął go! Nie tam! Patrz w stronę Tanah Mirrah! Aha! Tam! Widzisz, panie? O, teraz widać! Widzisz?

Almayer patrzył w kierunku wskazanym przez Alego, ale długi czas nic nie mógł rozróżnić. Wreszcie dostrzegł trójkątną plamkę żółtego światła na czerwonym tle skał Tandjong Mirrah. Był to żagiel okrętu; zwrócony ku słońcu, odcinał się jaskrawo na ciemnej czerwieni przylądka. Żółty trójkąt pełzł z wolna od skały do skały, wreszcie minął przylądek i zajaśniał przez chwilę na błękicie morskiej dali. Okręt zwrócił się wnet ku południowi; żagiel zagasł i statek znikł w cieniu stromego przylądka, co spoglądał cierpliwie w dal, czuwając w samotności nad pustką morza.

Almayer stał wciąż bez ruchu. Wokoło małej wysepki powietrze pełne było gwaru szemrzącej wody. Czubate, drobne falki wbiegały na brzeg śmiało i radośnie, z młodzieńczą chyżością, i umierały wnet, pełne bezbronnego wdzięku, zostawiając na żółtym piasku kręty szlak przejrzystej piany. Górą żeglowały spiesznie ku południowi białe chmury, jak gdyby w pościgu za czymś. Ali wydawał się niespokojny.

— Panie — odezwał się nieśmiało — czas do domu. Długa droga przed nami. Wszystko już gotowe.

— Poczekaj — szepnął Almayer.

Teraz gdy już odjechała, pozostawało mu jedno — zapomnieć. Miał dziwne uczucie, że musi tego dokonać systematycznie i stopniowo. Ku wielkiemu przerażeniu Alego padł na kolana i czołgał się po ziemi, zacierając starannie rękoma wszystkie ślady stóp Niny. Sypał małe pagórki z piasku, które ciągnęły się za nim aż do wody niby rząd drobniutkich grobów. Pogrzebawszy ostatni nikły ślad pantofelka, powstał, obrócił się ku przylądkowi, gdzie widział okręt po raz ostatni, i usiłował krzyknąć w głos, że nigdy jej nie przebaczy. Ali, który śledził go niespokojnie, ujrzał, jak usta jego się poruszają, lecz nie padł z nich ani jeden wyraz. Almayer tupnął gwałtownie o ziemię. Twardym jest człowiekiem, twardym jak skała. A niech ją! Niech sobie jedzie. Nie miał nigdy córki. Zapomni o niej. Już nawet zapomina.

Ali zbliżył się znowu, nalegając, aby wyruszyli natychmiast; zgodził się tym razem i poszli obaj w stronę czółna. Almayer szedł naprzód. Mimo całej swej niezłomności wydawał się bardzo słaby i zgnębiony; wlókł się powoli przez piasek, a u boku stąpał — niewidzialny — ten osobliwy szatan, którego zadaniem jest jątrzyć pamięć, aby człowiek nie mógł zapomnieć o istotnej treści życia. Szeptał Almayerowi do ucha dziecięcą gadkę sprzed wielu, wielu lat. Almayer przechylił głowę i zdawał się słuchać niewidzialnego towarzysza, ale twarz jego podobna była do twarzy człowieka, który zginął od ciosu zadanego z tyłu. Wyglądał, jak gdyby dłoń niespodzianej śmierci starła mu nagle z twarzy wszelkie uczucia i wszelki wyraz.

Spali tej nocy nad rzeką, przywiązawszy czółno do krzaków. Legli na dnie jeden obok drugiego, w ostatecznym wyczerpaniu, co zabija głód, pragnienie, wszelkie czucie i myśl wszelką, a pożąda nieprzeparcie tylko głębokiego snu, w którym zatraca się chwilowo zmęczone ciało. Następnego dnia walczyli zawzięcie z prądem przez całe rano; koło południa dotarli do osady i przybili wnet do pomostu Lingarda i Sp. Almayer skierował się wprost do domu, a za nim szedł Ali z wiosłami na ramieniu i rozmyślał, że chętnie by zjadł coś niecoś. Uderzył ich opustoszały wygląd dziedzińca. Ali zaglądał kolejno do domków zamieszkałych przez służbę, wszystkie były puste. W drugim podwórzu zaległa również głucha cisza, nie było na nim znaku życia. Ognisko w szopie kuchennej wygasło i popiół zdążył już ostygnąć. Wysoki, chudy człowiek wysunął się z bananowego gaju i minął chyłkiem podwórze, spoglądając na nich przez ramię wielkimi, wystraszonymi oczami. Pewno jakiś bezpański włóczęga; wielu było takich w osadzie i uważali Almayera za swojego opiekuna. Włóczyli się i żerowali na jego gruntach, wiedząc, że nic im tu nie grozi, co najwyżej grad przekleństw sypnie się z ust białego, gdy wejdą mu w drogę. Lubili Almayera i wielkie pokładali w nim zaufanie, przezywając go „głupim” między sobą. Almayer wszedł do domu przez tylną werandę; jedynym żyjącym stworzeniem, jakie zastał, była małpka, dręczona od dwu dni głodem i samotnością. Spostrzegłszy znajomą twarz, zaczęła płakać i skarżyć się w małpim języku. Almayer uspokoił ją kilku słowami i kazał Alemu narwać bananów. Po jego odejściu stanął w drzwiach frontowej werandy i patrzył na kotłowisko poprzewracanych mebli; wreszcie podniósł stół i usiadł na nim. Małpka spuściła się po łańcuchu ze swojej kryjówki i usadowiła się na jego ramieniu. Gdy się zjawiły banany, zabrali się razem do śniadania. Zgłodniali byli oboje, jedli chciwie i niedbale rzucali łupiny na ziemię, złączeni ufnym porozumieniem i serdeczną przyjaźnią. Ali poszedł ugotować trochę ryżu, zrzędząc pod nosem, gdyż nie było w domu ani jednej kobiety; nie miał pojęcia, gdzie się podziały. Almayer zdawał się nie dbać o nic: skończywszy jeść, siedział wciąż na stole, machając nogami, i wlepił oczy w rzekę, zatopiony w myślach.

Po niejakim czasie wstał i podszedł do drzwi pokoju leżącego na prawo od werandy. Było to biuro: „Biuro Lingard i Sp.” Wchodził tam bardzo rzadko. Nie prowadził żadnych interesów i nie potrzebował już biura. Drzwi były zamknięte, stał i zastanawiał się, gryząc wargi, gdzie też może się znajdować klucz. Nagle przypomniał sobie: wisi na gwoździu w pokoju kobiet. Zbliżył się do wejścia zasłoniętego czerwoną firanką zwisającą w nieruchomych fałdach; zawahał się chwilę, wreszcie pchnął zasłonę ramieniem, jakby to była jakaś ciężka zapora. Przez okno wpadał wielki czworokąt słonecznego blasku i kładł się na podłogę. Na lewo stała drewniana skrzynia pani Almayer, pusta, z odrzuconym wiekiem; tuż obok błyszczały miedziane gwoździe, którymi był nabity europejski kufer Niny, tworząc na wierzchu dwie duże litery: N. A. Kilka sukien Niny wisiało na drewnianych kołkach, przybrawszy w swym opuszczeniu sztywny wygląd urażonej godności. Przypomniał sobie, że sam te kołki wystrugał, i zauważył, że bardzo są porządne. Gdzież ten klucz? Rozejrzał się i zobaczył, że wisi obok drzwi. Czerwony był od rdzy. Zmartwił się, lecz wnet się opamiętał i zdziwił, że go to obeszło. Cóż to szkodzi? Wkrótce nie będzie już ani klucza, ani drzwi, ani niczego. Zatrzymał się z kluczem w ręku; czy też zdaje sobie sprawę, do czego właściwie zmierza? Wrócił na werandę i stanął w zamyśleniu obok stołu. Małpka zeskoczyła z jego ramienia, chwyciła łupinę leżącą na podłodze i jęła pracowicie drzeć ją na kawałki.

— Zapomnieć! — wyszeptał Almayer. Ten wyraz poruszył w jego świadomości cały łańcuch wypadków; ujrzał dokładny plan tego, co trzeba wykonać. Wiedział już doskonale, co ma zrobić. Naprzód to, potem tamto — a potem zapomnienie już łatwo przyjdzie. Bardzo łatwo! Opętała go myśl, że jeśli nie zapomni przed śmiercią, będzie musiał pamiętać przez całą wieczność. Musi wyrwać z życia pewne rzeczy, zdeptać, zniweczyć, zapomnieć. Długi czas stał zatopiony w myślach, pochłonięty przerażającymi możliwościami niezwyciężonej pamięci. Czuł coraz wyraźniej wiszącą nad nim grozę śmierci i wieczności. — Wieczność! — rzekł głośno. Dźwięk tego słowa wyrwał go z zadumy. Małpka drgnęła i upuściła łupinę wykrzywiając się do niego przyjaźnie.

Zbliżył się do drzwi biura, otworzył je z niejaką trudnością i wszedł, podnosząc tuman kurzu. Otwarte księgi o podartych stronicach walały się po podłodze, inne zaś, brudne i czarne, wyglądały, jakby ich nigdy nikt nie otwierał. To księgi rachunkowe. W tych księgach zamierzał spisywać dzień po dniu swoje wzrastające bogactwa. Było to dawno, bardzo dawno! Przez wiele lat nie skreślił ani słowa na tych kartkach pociętych czerwonymi i niebieskimi liniami. Wielkie biurko o złamanej nodze, stojące w środku pokoju, chyliło się na bok jak kadłub okrętu osiadłego na mieliźnie; wszystkie prawie szuflady powylatywały, wysypując stosy papieru pożółkłego od starości i brudu. Obracające się krzesło stało na swym zwykłym miejscu, lecz kiedy go dotknął, okazało się, że nie kręci się już wcale. A niech tam! Dał za wygraną i wodził z wolna oczami od przedmiotu do przedmiotu. Ileż to pochłonęło kiedyś pieniędzy! A teraz wszystkie te rzeczy — biurko, papiery, podarte książki, połamane półki — wszystko to wygląda pod grubą warstwą pyłu jak szkielet i prochy martwego warsztatu pracy. Oto co pozostało po tylu latach trudu, walki, znużenia i zniechęcenia, które tylekroć przezwyciężał. I na co to wszystko? Rozmyślał ponuro o swej przeszłości, gdy nagle usłyszał wyraźnie jasny głosik dziecięcy szczebiocący wśród tej ruiny i spustoszenia. Wzdrygnął się z przerażeniem i gorączkowo jął zgarniać papiery rozsypane po podłodze. Połamał krzesło na kawałki, roztrzaskał szuflady o biurko i z wszystkich szczątków i rupieci ułożył wielki stos w rogu pokoju.

Wrócił prędko na werandę, trzasnąwszy drzwiami, zamknął je na klucz, wyjął go, pobiegł ku balustradzie i z rozmachem cisnął w rzekę, aż zagwizdało w powietrzu. Potem podszedł z wolna do stołu i zawołał na małpkę, odczepiwszy łańcuch, przygarnął ją do piersi i otulił kurtką. Siadł na stole i wlepił wzrok we drzwi pokoju, z którego wyszedł przed chwilą. Nasłuchiwał bacznie. Posłyszał suchy szelest, potem ostry trzask jak od pękania suchego drzewa, wreszcie jak gdyby trzepot skrzydeł zrywającego się nagle ptaka. Przez dziurkę od klucza jęła się wydobywać cienka struga dymu. Małpka szarpała się pod kurtką. Wpadł Ali z oczami rozszerzonymi przerażeniem.

— Panie! Dom się pali! — krzyknął.

Almayer wstał, trzymając się stołu. Krzyki lęku i zdumienia niosły się od osady. Ali załamał ręce, głośno lamentując.

— Cicho, głupcze — rzekł spokojnie Almayer. — Weź mój hamak i kołdry i zanieś je do drugiego domu. No, prędko.

Dym buchał już przez szpary podłogi. Ali porwał hamak i jednym susem znalazł się u stóp werandy.

— Zajęło się dobrze — mruknął Almayer. — Spokojnie, Jack! — zwrócił się do małpki, która szarpała się rozpaczliwie, chcąc wyrwać się z swego zamknięcia.

Drzwi pękły od góry do dołu, buchnął ogień i dym, wypierając Almayera aż do balustrady. Wytrwał tam, dopóki potężny huk nad głową nie dał znać, że dach jest w płomieniach. Wówczas zbiegł ze schodów, krztusząc się dymem, który ścigał go i czepiał się niebieskawym wieńcem jego włosów.

Po drugiej stronie rowu, oddzielającego podwórze Almayera od osady, tłum mieszkańców Sembiru gapił się na płonący dom białego. W spokojnym powietrzu bladoceglaste płomienie strzelały wysoko, mieniąc się fioletem w jaskrawym słońcu. Cienka kolumna dymu wznosiła się prosto i równo w górę i gubiła w jasnym błękicie. W wielkiej, pustej przestrzeni między dwoma domami zainteresowani widzowie mogli dostrzec wyniosłą postać białego, wlokącą się ze spuszczoną głową w kierunku „Szaleństwa Almayera”.

Tak więc Almayer przeniósł się do nowego domu. Objął w posiadanie świeżą ruinę i w upartym szaleństwie swego serca czekał z niepokojem i udręką na zapomnienie, które wciąż jeszcze nie przychodziło. Uczynił wszystko, co tylko mógł. Zniweczył wszelki ślad istnienia Niny, a teraz pytał siebie każdego rana, czy zapomnienie przyjdzie przed wieczorem, czy w ogóle przyjdzie przed śmiercią. Pragnął żyć tylko tak długo, aby móc zapomnieć. Uporczywość pamięci napełniała go przerażeniem i odrazą do śmierci. Jeśli umrze, zanim cel jego życia zostanie osiągnięty, będzie musiał pamiętać na wieki! Tęsknił także za samotnością — ale na próżno. W półmroku pokoi — przy zamkniętych okiennicach, w jasnym blasku słońca na werandzie, gdziekolwiek poszedł, gdziekolwiek się obrócił, wszędzie widział drobną postać dziewczynki o ładnej, ciemnej twarzyczce i długich, czarnych włosach. Różowa sukienka zsuwała jej się z ramionek, a wielkie oczy spoglądały ku niemu z tkliwą ufnością pieszczonego dziecka. Ali nic wprawdzie nie widział, ale zdawał sobie sprawę, że w domu jest dziecko. Odwiedzając znajomych w osadzie, wiódł nieraz długie rozmowy u ognisk, wieczornych i opowiadał zaufanym przyjaciołom o dziwnym zachowaniu się Almayera. Pan jego stał się czarownikiem na stare lata. Gdy tuan putih pójdzie już spać, słychać często, jak rozmawia z kimś w swoim pokoju. Alemu zdaje się, że to duch zaklęty w kształt dziecka. Poznaje to po niektórych słowach i wyrażeniach. Pan mówi niekiedy po malajsku, ale częściej po angielsku; Ali rozumie po angielsku. Czasem pan jest czuły dla dziecka, czasem płacze nad nim, to znów śmieje się, błaga, aby sobie odeszło — przeklina je nawet. Jest to duch zły i uparty. Ali przypuszcza, że pan wywołał go nierozważnie, a teraz nie może się go pozbyć. Pan jest bardzo odważny: nie boi się rzucać przekleństw na ducha, a raz to walczył z nim nawet! Ali usłyszał wielki hałas i bieganinę po pokojach, i jęki. To jego pan jęczał, duchy nie jęczą. Pan jest bardzo odważny, lecz głupi. Przecież ducha zranić nie można. Ali spodziewał się, że na drugi dzień znajdzie pana nieżywego, ale nie. Pan wstał bardzo rano, wyglądał znacznie starzej niż przedtem i przez cały dzień nic nie jadł.

Oto co rozpowiadał Ali w osadzie. Z kapitanem Fordem był daleko rozmowniejszy dla tej prostej przyczyny, że kapitan Ford miał pieniądze i wydawał rozkazy. Za każdą bytnością Forda, który przyjeżdżał co miesiąc, Ali zjawiał się na pokładzie z raportem o mieszkańcu „Szaleństwa Almayera”. Przybywszy do Sembiru po wyjeździe Niny, Ford zajął się interesami Almayera. Nie przedstawiało to wielkich trudności. Szopa, gdzie chowano zapasy, była pusta, a łódki znikły, rozkradzione nocą przez różnych sembirskich obywateli łaknących środków przewozowych. W czasie wielkiego wylewu pomost Lingarda i Sp. opuścił wybrzeże i popłynął w dół rzeki, szukając snadź weselszego otoczenia; nawet stado gęsi — „jedynych gęsi na całym wschodnim wybrzeżu” — wyruszyło w świat, przekładając nieznane niebezpieczeństwa czyhające w lesie nad opustoszałą siedzibę. Z czasem trawa porosła czarny płat ziemi, gdzie przedtem stał dom Almayera, i nie zostało ani śladu z budynku, który chronił młodzieńcze jego nadzieje, niemądre marzenia o wspaniałej przyszłości, ocknięcie się jego i rozpacz.

Ford rzadko odwiedzał Almayera, bo nie należało to wcale do przyjemności. Almayer odpowiadał obojętnie na hałaśliwe zapytania o jego zdrowie, usiłował nawet rozmawiać i pytał o nowiny, ale czuć było z jego głosu, że nie ma na tym świecie nowiny, która by mogła go obejść. Z czasem stawał się coraz bardziej milczący, nie na ponuro, ale jak gdyby zapominał stopniowo mówić. Krył się w najciemniejszych zakątkach, gdzie Ford musiał go wyszukiwać, kierując się tupotem małpki, która biegła naprzód. Małpka zjawiała się zawsze na powitanie Forda. Zwierzątko objęło najformalniejszą opiekę nad Almayerem; kiedy chciało, aby zjawił się na werandzie, ciągnęło go wytrwale za kurtkę, póki nie wyszedł posłusznie w blask słońca, którego zdawał się tak bardzo nie lubić.

Pewnego ranka Ford zastał go siedzącego na podłodze werandy z plecami opartymi o ścianę; nogi jego wyciągnięte były sztywno, a ręce zwisły bezwładnie. Twarz pozbawiona wyrazu, rozwarte szeroko oczy o nieruchomych źrenicach i sztywność pozy czyniły go podobnym do olbrzymiego pajaca, którego ktoś zepsuł i porzucił. Usłyszał kroki Forda i z wolna obrócił ku niemu głowę,

— Ford — szepnął do niego z podłogi — ja nie mogę zapomnieć.

— Doprawdy? — zapytał dobrodusznie Ford, usiłując być jowialnym108. — Chciałbym to samo o sobie powiedzieć. Co do mnie, tracę zupełnie pamięć, nie ma rady, starość! Parę dni temu mój pomocnik...

Zamilkł, Almayer dźwignął się z ziemi, ale potknął się i wsparł na ramieniu przyjaciela.

— Oho, dzisiaj lepiej się czujesz. Wkrótce przyjdziesz zupełnie do siebie — rzekł wesoło Ford, kryjąc lęk.

Almayer puścił jego ramię i stał wyprostowany z głową podniesioną i odrzuconymi w tył ramionami. Patrzył kamiennym wzrokiem na niezliczone mnóstwo słońc jaśniejących w falach rzeki. Kurtka jego i luźne spodnie trzepotały się w wietrze na wychudłych członkach.

— Niech jedzie! — wyszeptał ochrypłym głosem. — Niech sobie jedzie. Jutro o niej zapomnę. Jestem człowiekiem twardym, twardym jak skała... jak...

Ford spojrzał mu w twarz — i uciekł. Kapitan był sam człowiekiem wytrzymałym — o czym mogą zaświadczyć ci, co z nim żeglowali, ale hart Almayera był ponad jego siły.

Gdy Ford przybył następnym razem do Sembiru, Ali przyszedł się poskarżyć. Żalił się przed Fordem, że Chińczyk Dżim Eng wtargnął do domu Almayera i mieszka tam już od miesiąca.

— I obaj palą — dodał Ali.

Ford gwizdnął przeciągle.

— Opium?

Ali skinął głową. Ford zamyślił się głęboko i mruknął: „Biedak! Teraz już im prędzej, tym lepiej”. Po południu poszedł do Almayera.

— Co tu robisz? — spytał Chińczyka, który wałęsał się po werandzie.

Dżim Eng wytłumaczył mu po malajsku monotonnym, bezbarwnym głosem cechującym długoletnich palaczy opium, że własny jego dom jest stary, dach zacieka, a podłoga butwieje. Więc jako dawny przyjaciel sprzed wielu, wielu lat, zabrał swoje pieniądze, opium, dwie fajki i zamieszkał w wielkim domu.

— Tutaj dużo jest miejsca. On pali, a ja tu mieszkam. Nie będzie palił długo — dodał.

— Gdzież on jest? — spytał Ford.

— W swoim pokoju. Śpi teraz — odpowiedział ociężale Dżim Eng.

Ford zajrzał przez drzwi. Dostrzegł w półcieniu Almayera leżącego na wznak na podłodze, z głową wspartą o drewnianą poduszkę. Długa biała broda pokrywała mu piersi, cera pożółkła, a spod przymkniętych powiek wyglądały białka...

Ford wzdrygnął się i odwrócił. Wychodząc, zauważył długi pas czerwonego spłowiałego jedwabiu pokryty chińskimi głoskami. Dżim Eng przymocował go właśnie do jednego ze słupów werandy.

— Co to takiego? — spytał.

— To jest nazwa tego domu — odrzekł Chińczyk bezbarwnym głosem. — Mój dom tak samo się nazywa. Bardzo dobra nazwa.

Ford popatrzył na niego i odszedł. Nie wiedział, co znaczy wariacki labirynt z chińskich liter na tle czerwonego jedwabiu. Gdyby był spytał Dżim Enga, cierpliwy Chińczyk wytłumaczyłby z należytą dumą, że napis brzmi: „Dom Niebiańskiej Rozkoszy”.

Tegoż dnia wieczorem Babalaczi przyszedł w odwiedziny do kapitana Forda. Drzwi od kajuty wychodziły na pokład; na wysokim progu siedział okrakiem Babalaczi, a Ford palił fajkę, wyciągnięty na tapczanie. Parowiec odpływał już nazajutrz rano i stary dyplomata przyszedł jak zwykle na ostatnią pogawędkę.

— Mieliśmy wieści z Bali w ostatnim miesiącu — zauważył Babalaczi. — Wnuk urodził się staremu radży i wielka tam radość.

Ford usiadł, zaciekawiony.

— Tak — rzekł Babalaczi, odpowiadając na pytające jego spojrzenie. — Powiedziałem mu. To było, nim zaczął palić.

— No i co? — pytał Ford.

— Uszedłem z życiem — ciągnął poważnie Babalaczi — ponieważ biały człowiek jest bardzo słaby i upadł, rzucając się na mnie. — Po chwili dodał: — Ona szaleje z radości.

— Almayerowa?

— Tak. Mieszka w domu naszego radży. Ona nieprędko umrze. Takie kobiety żyją długo — rzekł Babalaczi z odcieniem żalu w głosie. — Zakopała swoje dolary, ale wiemy, w jakim miejscu. Dużo było kłopotu z tymi ludźmi. Musieliśmy zapłacić karę i słuchać gróźb białych ludzi. Trzeba być teraz ostrożnym.

Westchnął i zamilkł, lecz po chwili podjął znów z energią:

— Będzie wojna! Tchnienie walki wieje przez wyspy. Czy jeszcze dożyję?... Ach, tuanie — ciągnął już spokojniej — stare czasy były najlepsze! Nawet ja żeglowałem z wojownikami z plemienia Lanun i napadaliśmy w nocy na ciche okręty z białymi żaglami. To było jeszcze, nim angielski radża zaczął rządzić w Kuchingu109. Walczyliśmy między sobą i byliśmy szczęśliwi. Teraz, kiedy walczymy z wami, czeka nas tylko śmierć!

Powstał, zabierając się do odejścia.

— Tuanie — rzekł — czy pamiętasz niewolnicę Bulangiego? Tę, co narobiła całego tego kłopotu?

— Pamiętam. Co się z nią stało?

— Wychudła bardzo i nie mogła pracować. Wtedy Bulangi, który jest złodziej i zjadacz świńskiego mięsa, odstąpił mi ją za pięćdziesiąt dolarów. Umieściłem ją wśród moich kobiet, aby stała się tłusta. Pragnąłem usłyszeć jej śmiech, lecz widać urzekł ją ktoś... i parę dni temu... umarła. Nie, tuanie! Czemu mówisz złe słowa? Stary jestem, to prawda, ale dlaczego nie miałbym pragnąć widoku młodej twarzy i dźwięku młodego głosu w moim domu? — Urwał i zaśmiał się ponuro, dodając:

— Jestem jak biały człowiek, mówię wiele o tym, co nie powinno znajdować się na ustach mężczyzn, gdy rozmawiają ze sobą.

I odszedł zgnębiony.

*

Milczący, rozkołysany tłum, zbity w półkole u schodów „Szaleństwa Almayera”, rozwarł się przed gromadką biało odzianych ludzi w turbanach, którzy szli przez trawę ku domowi. Abdulla postępował naprzód, wspierając się na Reszydzie, a za nim kroczyli wszyscy Arabowie z Sembiru. Gdy weszli w szpaler kornego tłumu, podniósł się stłumiony gwar, wśród którego można było wyraźnie rozróżnić jedno jedyne słowo: „mati110. Abdulla przystanął i rozejrzał się powoli.

— Nie żyje? — spytał.

— Obyś żył wiecznie! — odkrzyknął tłum jednogłośnie, po czym nastała głucha cisza.

Abdulla postąpił kilka kroków i znalazł się po raz ostatni twarzą w twarz z dawnym swym wrogiem. Czymkolwiek mógł być niegdyś, teraz nie był już groźny: leżał sztywny i martwy w bladym świetle wczesnego ranka. Jedyny biały człowiek na wschodnim wybrzeżu już nie żył, a jego duch, wyzwolony z więzów ziemskiej ułudy, stanął przed Nieskończoną Mądrością. Twarz jego, zwróconą ku niebu, przyoblókł spokój, jaki zjawia się po nagłym ustąpieniu udręki i bólu. Pogodne oblicze świadczyło bez słów wobec czystych niebios, że ten człowiek, leżący pod obojętnym wzrokiem tłumu, doznał przed śmiercią łaski zapomnienia.

Abdulla patrzył smutnie na niewiernego, z którym walczył tak długo, którego tylekroć zwyciężał. Prawowierny wyznawca został wynagrodzony! A jednak w starym sercu Araba drgnęło uczucie żalu za tym, co odeszło z jego życia wraz z śmiercią białego. Znikali przyjaciele i wrogowie, mijały tryumfy i zawody — wszystko, co składa się na życie; przed nim był już tylko kres. Modlitwa wypełni ostatek dni wydzielonych prawowiernemu. Ujął różaniec wiszący u pasa.

— Znalazłem go tak dziś rano — rzekł Ali cichym i wylękłym głosem.

Abdulla spojrzał chłodno raz jeszcze na pogodne oblicze.

— Chodźmy — zwrócił się do Reszyda.

Gdy szli przez tłum, który cofnął się przed nimi, paciorki różańca stuknęły o siebie w dłoni Abdulli, a wargi jego uroczystym szeptem pobożnie wymówiły imię Allaha, który jest łaski pełen i miłosierdzia!

Przypisy:

1. Amiel, Henri-Frédéric (1821–1881) — szwajcarski pisarz i poeta francuskojęzyczny. [przypis edytorski]

2. Kaspar! Makan! (mal.) — Kasprze! Chodź jeść! [przypis edytorski]

3. jąć (daw.) — zacząć; wziąć się za robienie czegoś. [przypis edytorski]

4. Celebes — indonezyjska wyspa na Oceanie Spokojnym wchodząca w skład Archipelagu Malajskiego i Wielkich Wysp Sundajskich. [przypis edytorski]

5. Makasar a. Makassar — miasto w Indonezji, na płd.-zach. wybrzeżu wyspy Celebes. [przypis edytorski]

6. Buitenzorg — ob. Bogor, miasto w Indonezji, na wyspie Jawie; w latach 1914–1924 stolica Holenderskich Indii Wschodnich. [przypis edytorski]

7. borneański — związany z wyspą Borneo w Azji Południowo-Wschodniej. [przypis edytorski]

8. gin (ang.; wym.: dżin) — angielska wódka o zapachu i smaku jałowcowym. [przypis edytorski]

9. gulden — dawna jednostka walutowa Holandii, zastąpiona w 2002 przez euro. [przypis edytorski]

10. punkah a. pankhā — duży wachlarz z rozpiętego na ramie liścia palmy, piór lub materiału, używany w płd. Azji do wentylacji pomieszczeń. [przypis edytorski]

11. rotan (mal.) — rattan, ogólne określenie pnących palm z lasów tropikalnych Azji Płd.-Wsch., używanych do wyrobu plecionek. [przypis edytorski]

12. szkuner — żaglowiec mający dwa lub więcej masztów o ożaglowaniu skośnym. [przypis edytorski]

13. rendez-vous (fr.) — spotkanie w umówionym miejscu i czasie; tu: umówione miejsce spotkań. [przypis edytorski]

14. bryg — typ dwumasztowego żaglowca z ożaglowaniem rejowym na obu masztach; szybki i zwrotny, popularny w XVIII i XIX w. jako statek handlowy i wojenny. [przypis edytorski]

15. nieznacznie — niezauważalnie, niepostrzeżenie. [przypis edytorski]

16. gutaperka — substancja zbliżona do kauczuku, otrzymywana z mlecznego soku drzewa gutaperkowego, występującego na Płw. Malajskim i w Indonezji. [przypis edytorski]

17. damara — miękka żywica naturalna pozyskiwana z drzew z rodziny Dipterocarpaceae, rosnących w Indonezji i Malezji, używana do wyrobu werniksów i lakierów. [przypis edytorski]

18. Oh, ja! (mal.) — Hej! [przypis edytorski]

19. tuan (mal.) — pan (tytuł używany jako wyraz szacunku). [przypis edytorski]

20. kampung (mal.) — wieś, osada; gospodarstwo, obejście. [przypis edytorski]

21. orang Belanda (mal.) — Holender. [przypis edytorski]

22. radża (sanskr.: król) — tytuł lokalnych hinduskich władców w Indiach oraz władców hinduskich i buddyjskich państw w Azji płd.-wsch.; odpowiednik tytułu książęcego. [przypis edytorski]

23. głownia — palący się bądź żarzący się kawałek drewna. [przypis edytorski]

24. perkal — tani materiał bawełniany o splocie płóciennym. [przypis edytorski]

25. betel — używka do żucia popularna na Dalekim Wschodzie, sporządzana z pociętych liści pieprzu betelowego, nasion palmy areka, sproszkowanego wapienia oraz innych dodatków. [przypis edytorski]

26. skroś (daw., poet.) — poprzez, na wskroś. [przypis edytorski]

27. muson — dziś popr.: monsun, wiatr sezonowo zmieniający kierunek, występujący u płd. i wsch. wybrzeży Azji; w lecie wieje od morza w stronę lądu, przynosząc deszcze. [przypis edytorski]

28. pomnieć (daw.) — pamiętać; nie pomnąc: nie pamiętając. [przypis edytorski]

29. zresztą (daw.) — co do reszty, poza tym. [przypis edytorski]

30. Semarang — miasto w Indonezji na północnym wybrzeżu wyspy Jawy. [przypis edytorski]

31. fiat (łac.) — dosł.: niech się stanie; tu w nawiązaniu do wyrażenia z łac. wersji modlitwy chrześcijańskiej: Fiat voluntas Tua (bądź wola Twoja), w znaczeniu: „wola”. [przypis edytorski]

32. Batawia — dawna stolica Holenderskich Indii Wschodnich, ob. Dżakarta, stolica Indonezji. [przypis edytorski]

33. pasować się — walczyć, zmagać się z kimś a. czymś. [przypis edytorski]

34. betel — używka do żucia popularna na Dalekim Wschodzie, sporządzana z pociętych liści pieprzu betelowego, nasion palmy areka, sproszkowanego wapienia oraz innych dodatków. [przypis edytorski]

35. grynszpan — zielony nalot na miedzi powstający w wyniku korozji. [przypis edytorski]

36. opium — wysuszony sok makówek, szeroko stosowany w XIX w. jako substancja przeciwbólowa, uspokajająca i odurzająca. [przypis edytorski]

37. Straits Settlements (ang.: osady nad cieśniną) — grupa dawnych brytyjskich posiadłości kolonialnych na wybrzeżu Płw. Malajskiego, obejmujących osady nad cieśniną Malakka, m.in. Singapur. [przypis edytorski]

38. Metyska — tu ogólnie: kobieta o mieszanym pochodzeniu, mająca rodziców lub przodków z różnych ras (odmian) człowieka. [przypis edytorski]

39. wymiarkować (daw.) — zorientować się. [przypis edytorski]

40. kuso — mało, niewystarczająco; tu: biednie. [przypis edytorski]

41. mem putih (mal.) — biała pani. [przypis edytorski]

42. obat (mal.) — lekarstwa. [przypis edytorski]

43. British Borneo Company, właśc. North Borneo Chartered Company a. British North Borneo Company — brytyjska spółka utworzona w 1881, po uzyskaniu koncesji na działalność kolonialną od lokalnych władców, mająca na celu zarządzanie terenami Północnego Borneo (ob. Sabah w Malezji) i eksploatację zasobów naturalnych obszaru. Po utworzeniu spółki prowadzono negocjacje z Holendrami w sprawie określenia granicy między obszarem nadanym Kompanii przez sułtana Sulu a obszarem, do którego Holendrzy rościli sobie prawa na podstawie traktatu z sułtanem Bulungan, zakończone w 1891 ostatecznym uzgodnieniem linii granicznej. Terytorium Kompanii w 1888 stało się protektoratem Imperium Brytyjskiego, ale firma pozostawała z nim związana do 1946, kiedy po ogromnych zniszczeniach wojennych na Borneo spółkę rozwiązano, a administrację przejął w całości brytyjski Urząd Kolonialny. [przypis edytorski]

44. sarong — rodzaj spódnicy z długiego pasa materiału owijanego wokół bioder, noszony przez kobiety i mężczyzn na Malajach. [przypis edytorski]

45. fregata — wielki żaglowiec, posiadający od trzech do pięciu masztów z ożaglowaniem rejowym oraz nawet do sześciu pięter żagli. [przypis edytorski]

46. salaam (ar. salām: pokój) — muzułmańskie pozdrowienie; przen.: ukłon, uniżone powitanie. [przypis edytorski]

47. pogwar — przyciszony gwar głosów, dobiegający z pewnej odległości. [przypis edytorski]

48. snadź (daw.) — widocznie, najwyraźniej. [przypis edytorski]

49. miesiąc (daw., poet.) — księżyc. [przypis edytorski]

50. srogi (daw.) — straszny, wielki, dotkliwy itp. [przypis edytorski]

51. syjamski — związany z dawnym Syjamem, państwem w płd.-wsch. Azji, ob. noszącym nazwę Tajlandia. [przypis edytorski]

52. totumfackim — osoba zaufana, spełniająca usługi wszelkiego rodzaju. [przypis edytorski]

53. rozhowor (daw., z rus.) — rozmowa. [przypis edytorski]

54. datuk besar (mal.) — wielki naczelnik. [przypis edytorski]

55. surat (mal.) — pismo, list. [przypis edytorski]

56. belanda (mal.) — holenderski. [przypis edytorski]

57. rapsod — tu: podniosły poetycki utwór epicki opiewający dzieje bohatera lub doniosłe wydarzenia historyczne. [przypis edytorski]

58. dżin — w tradycji staroarabskiej i islamskiej: demon lub duch. [przypis edytorski]

59. Zatoka Berau — zatoka w płn.-zach. Gwinei, oddzielająca płw. Ptasia Głowa (Doberai) od płw. Bomberai. [przypis edytorski]

60. jeno (daw., gw.) — tylko. [przypis edytorski]

61. hadżi (ar.) — muzułmanin, który odbył pielgrzymkę do Mekki; odbycie co najmniej raz w życiu pielgrzymki do świątyni Al-Kaba w Mekce jest jednym z podstawowych obowiązków religijnych każdego muzułmanina, jeśli jest do niej zdolny zdrowotnie i finansowo. [przypis edytorski]

62. mimo (daw.) — obok. [przypis edytorski]

63. Bombaj — ob. Mumbaj, największy port morski Indii. [przypis edytorski]

64. wojna w Atjeh (Aceh) (1873–1904) — konflikt zbrojny pomiędzy Królestwem Niderlandów a Sułtanatem Acehu w północnej części Sumatry, ostatnią niezależną częścią Indonezji; zakończony podbojem sułtanatu przez Holendrów. [przypis edytorski]

65. mem (mal.) — pani. [przypis edytorski]

66. sirih (mal.) — pieprz żuwny, główny składnik betelu; betel. [przypis edytorski]

67. inczi (mal.) — pan (forma grzecznościowa). [przypis edytorski]

68. matrona (łac.) — małżonka, gospodyni domu; dziś: starsza, przeważnie zamężna kobieta, ciesząca się poważaniem. [przypis edytorski]

69. kris — sztylet malajski, zwykle o wężowatej klindze, mierzącej 30–40 cm. [przypis edytorski]

70. sarkać — wyrażać głośno niezadowolenie z czegoś, narzekać. [przypis edytorski]

71. strzykwy — morskie zwierzęta z rodziny szkarłupni; najczęściej żyjące na dnie mórz, poławiane w celach konsumpcyjnych jako trepangi, stanowią ceniony przysmak kuchni azjatyckich. [przypis edytorski]

72. tuan putih (mal.) — biały pan. [przypis edytorski]

73. bramin — kapłan i religijny nauczyciel w hinduizmie, należący do najwyższego stanu społecznego w Indiach. [przypis edytorski]

74. tęgi — mocny, silny; masywny. [przypis edytorski]

75. statysta (daw.) — polityk, mąż stanu; dziś: osoba występująca w filmie lub sztuce teatralnej w podrzędnej roli a. człowiek niebiorący udziału w głównym nurcie wydarzeń. [przypis edytorski]

76. mangowiec a. drzewo mangowe — tropikalne drzewo o aromatycznych, soczystych owocach (mango) z dużą pestką w środku. [przypis edytorski]

77. za przybyciem — dziś: po przybyciu. [przypis edytorski]

78. dolary meksykańskiepeso, srebrne monety meksykańskie, jakie zastąpiły w niepodległym Meksyku używane od XVI w. dolary hiszpańskie. [przypis edytorski]

79. rani (sanskr.) — żona radży, księżna. [przypis edytorski]

80. opona (daw.) — zasłona; okrycie, powłoka. [przypis edytorski]

81. Kajang — miasto w Malezji. [przypis edytorski]

82. bierwiono — belka; kłoda. [przypis edytorski]

83. zali (daw.) — czy, czyż. [przypis edytorski]

84. anak agung (mal.) — tytuł osób z arystokratycznej kasty władców i wojowników na wyspie Bali, dosł.: Syn Wielkiego/Najwyższego. [przypis edytorski]

85. Ada, tuan! (mal.) — Jesteśmy, panie! [przypis edytorski]

86. szejtan (z ar.) — diabeł, zły duch. [przypis edytorski]

87. Verdi, Giuseppe (1813–1901) — włoski kompozytor, jeden z największych twórców operowych, autor bogatych melodycznie oper realistycznych (m.in.: Rigoletto, Traviata, Aida); przyczynił się do dominacji opery włoskiej na przełomie XIX i XX w. [przypis edytorski]

88. il Trovatore (wł.) — Trubadur, tytułowy bohater opery Verdiego z 1853. [przypis edytorski]

89. ciżba (daw.) — tłum, mnóstwo stłoczonych ludzi. [przypis edytorski]

90. kafir (ar.) — niewierny; określenie innowiercy w islamie. [przypis edytorski]

91. krom (daw.) — oprócz; z wyjątkiem. [przypis edytorski]

92. srom (daw.) — wstyd; hańba. [przypis edytorski]

93. zajęcie — tu: zainteresowanie. [przypis edytorski]

94. prau — smukła, szybka malajska łódź żaglowa lub wiosłowa, niegdyś popularna wśród malajskich piratów. [przypis edytorski]

95. Madura — indonezyjska wyspa na M. Jawajskim, przy płn.-wsch. wybrzeżu Jawy. [przypis edytorski]

96. postąpić (daw.) — dodać do proponowanej lub ustalonej wcześniej sumy pieniędzy, zapłacić więcej. [przypis edytorski]

97. nie stanie (daw.) — zabraknie, nie będzie. [przypis edytorski]

98. setny (daw.) — znakomity, wyborny. [przypis edytorski]

99. kędy (daw.) — gdzie. [przypis edytorski]

100. żenąć (daw.) — gnać, popędzać; wyganiać. [przypis edytorski]

101. zwodny — dziś: zwodniczy. [przypis edytorski]

102. feston — girlanda; element dekoracyjny w formie podwieszonych po bokach kwiatów lub upiętej tkaniny. [przypis edytorski]

103. geniusz — tu: duch opiekuńczy miejsca a. osoby. [przypis edytorski]

104. zadać — tu zapewne: dać komuś coś do zjedzenia lub wypicia, żeby wywołać określone skutki. [przypis edytorski]

105. ada (mal.) — tutaj; tu jestem. [przypis edytorski]

106. mangrowe zarośla — tropikalne krzewy i drzewa rosnące na przybrzeżnych płyciznach morskich, zwykle mające charakterystyczne, szczudlaste korzenie podporowe, które stabilizują rośliny w grząskim podłożu. [przypis edytorski]

107. dapat (mal.) — tu: przyjął, wziął go. [przypis edytorski]

108. jowialny — mający pogodne usposobienie i swobodne poczucie humoru. [przypis edytorski]

109. Kuching — miasto w Malezji, na płn. wybrzeżu wyspy Borneo. [przypis edytorski]

110. mati (mal.) — nie żyje; martwy. [przypis edytorski]