Rozdział jedenasty

Na czworokątnej polance zalanej księżycem połyskiwał gładki, zwarty łan młodych pędów ryżu. W pośrodku sterczał na wysokich palach niewielki szałas; stos chrustu leżał tuż obok. Przy żarzącym się ognisku spoczywał człowiek. Zdawał się niezmiernie drobny i jakby zgubiony w bladozielonej poświacie odbitej od ziemi. Zwodne101 światło miesiąca odsunęło w dal potężne drzewa obejmujące z trzech stron polankę; spętane jakby licznymi więzami przez masę poplątanych lian, olbrzymy spoglądały z mroczną rezygnacją na kiełkujące u swych stóp młode życie — snadź utraciły wiarę we własną potęgę. Bezlitosne pnącza lgnęły do mocarnych pni w zwojach i skrętach jak liny okrętowe, skakały z drzewa na drzewo, zwieszały się z konarów ciernistymi festonami102 i słały śmigłe pędy hen, w górę, w pościgu za najdrobniejszą gałązką, niosąc śmierć swym ofiarom w tryumfalnym porywie milczącej zagłady.

Od strony Pantai, wzdłuż wygięcia brzegu — skąd był jedyny dostęp do polanki — czernił się gąszcz młodych drzew, zarośli i leśnego podszycia, przeciętego szparą wyrąbaną w zwartej ścianie. Biegła stąd ścieżynka do szałasu z trzciny, gdzie się chronili nocą ludzie strzegący dojrzałego plonu przed dzikami. Dróżka kończyła się u stóp pali, na których stała budka wśród niewielkiego kręgu pokrytego popiołem i szczątkami zwęglonego drzewa. Dain leżał tutaj przy mdłym ogniu.

Przewróciwszy się na bok z niecierpliwym westchnieniem, ułożył głowę na zgiętym ramieniu i legł spokojnie z twarzą zwróconą ku gasnącemu ognisku. Żar mienił się czerwono, zapalając błyski w szeroko rozwartych oczach Daina. [Za każdym głębszym jego oddechem wzlatywał z przygasłych węgli biały, delikatny popiół, wzbijał się nikłą chmurką sprzed rozchylonych warg i płynął od ciepłego żaru w światło księżyca zatapiające polankę.] Ciało Daina zmęczone było wysiłkami ostatnich dni, a dusza wyczerpana do cna natężeniem, z jakim czekał samotnie na wyrok losu. Nigdy jeszcze nie czuł się tak bezsilny. Słyszał wystrzał armatni na pokładzie fregaty; wiedział, że jego życie spoczywa w rękach ludzi niezasługujących na zaufanie i że nieprzyjaciel jest bardzo blisko.

Podczas długich godzin popołudnia wałęsał się na skraju lasu albo zaszyty w zarośla obiegał niespokojnym wzrokiem zatokę, wypatrując, skąd grozi niebezpieczeństwo. Nie lękał się śmierci, lecz pragnął gorąco żyć, bo życiem jego była Nina. Obiecała, że pójdzie za nim, że podzieli jego dobrą i złą dolę — niebezpieczeństwa i chwałę. Gdy będzie ją miał u boku, pokona z łatwością niebezpieczeństwa; bez niej — nie ma dla niego w życiu nic wspaniałego ani radosnego. Kulił się w cienistej kryjówce i zamykał oczy, usiłując wywołać wdzięczny i czarowny obraz białej postaci, w której zamknął całe swoje życie. Zaciskał powieki i zęby w namiętnym pragnieniu, aby przedłużyć wizję — źródło najwyższej rozkoszy. Na próżno! Postać Niny rozpływała się, ustępując innemu zjawisku. Oto widzi zbrojnych ludzi, gniewne twarze, połyskującą broń, słyszy — zda się — gwar podnieconych i tryumfujących głosów: odkryto jego schronienie! Przerażony wyrazistością widzenia, otwierał oczy, wyskakiwał w blask słońca i snuł się znów bez celu wokół polanki. Wędrując krajem lasu, spoglądał niekiedy w mroczną jego głąb, tak nęcącą zwodnym pozorem chłodu, tak odpychającą nieprzeniknionym mrokiem. Spoczywały tam niezliczone pokolenia próchniejących drzew, a nad nimi stali ich potomkowie przyodziani w ciemną szatę liści — niby w żałobę — bezsilne olbrzymy czekające swej kolei. Tylko pasożyty kipiały życiem. Pięły się krętym ruchem ku słońcu i powietrzu, żerowały jednako na martwych i na konających, wieńcząc swe ofiary różowością i błękitem jaskrawych kwiatów, które lśniły między gałęźmi rażące i okrutne, niby ostry, szyderczy rozdźwięk w uroczystym hymnie skazanych drzew.

„Można by tu się ukryć — pomyślał Dain, spostrzegłszy rodzaj arkady wyciętej w pnączach — pewno tam jest ścieżka”. Schylił się, aby zajrzeć w głąb; usłyszał gniewne pochrząkiwanie i stado dzików uciekło z łoskotem poprzez gąszcza poszycia. Cierpka woń wilgotnej ziemi i gnijących liści chwyciła go za gardło; cofnął się z przerażoną twarzą jak przed tchnieniem śmierci. Wydało mu się, że nawet powietrze martwe jest tam w głębi, ciężkie i stojące — zatrute rozkładem panoszącym się od wieków. Ruszył znów chwiejnie przed siebie, gnany nerwowym niepokojem, który go męczył, lecz nie dopuszczał nawet myśli o spoczynku. Przecież nie jest dzikim! Nie chce kryć się po lasach i być zabity w mroku, nie mogąc nawet pełną piersią odetchnąć. Będzie oczekiwał na wroga w blasku słońca, w powiewie wiatru, pod błękitem niebios. Wiedział, jak przystoi umierać malajskiemu wodzowi. Rozgorzała w nim posępna, rozpaczliwa wściekłość, dziedzictwo jego rasy. Wlepił dziki wzrok w szparę wyciętą w gąszczu nad brzegiem rzeki: tam się pojawią wrogowie. Widzi już brodate twarze, białe kurtki oficerów, błyski na poziomych lufach strzelb. I czymże jest męstwo największego wodza wobec ognistej broni w ręku niewolnika? Podejdzie do nich z uśmiechniętą twarzą i wyciągnie ręce na znak poddania. Mówiąc przyjazne słowa, znajdzie się wreszcie tak blisko, że wrogom dość będzie wyciągnąć ręce, aby go wziąć w niewolę. Wówczas skoczy między nich z bojowym okrzykiem na ustach i krisem w garści; zadając śmiertelne ciosy, ujrzy tryskającą ciepłą krew nieprzyjaciół i skona z uszami pełnymi wrzasku wrogów.

Porwało go uniesienie. Chwycił za kris; odetchnąwszy głęboko, rzucił się naprzód — przeciął puste powietrze i padł na twarz. Nagła niemoc ogarnęła go po napadzie szaleństwa; leżał jak ogłuszony i czuł, że jeśli ma umrzeć z chwałą, musi się to stać, zanim ujrzy Ninę. Tak będzie lepiej. Gdyby ją zobaczył raz jeszcze, śmierć stałaby się zbyt okropna. Potomek radżów i zdobywców uczuł ze zgrozą, że zaczyna wątpić o własnym męstwie. Porwały go dręczące wyrzuty sumienia, ale nie zgłuszyły żądzy życia. Leżał, nie śmiejąc uczynić najlżejszego ruchu. Przepadła jego wiara w siebie; a nie miał już w sobie nic innego, co by go natchnęło męstwem. Pozostało tylko cierpienie — bowiem powiedziane jest, że ciało ludzkie będzie pastwą męki aż do ostatniego tchnienia. I lęk pozostał. Dain spojrzał w głębie swej przepastnej miłości, odczuł całą jej moc i słabość — i ogarnęła go trwoga.

Słońce zniżało się powoli. Cień lasu po stronie zachodniej wstąpił na polankę, rzucił swój chłodny płaszcz na spiekłe barki mężczyzny i pośpieszył zlać się z cieniami innych lasów po wschodniej stronie. Słońce przystanęło na chwilę wśród delikatnej koronki gałęzi; zdało się, że z przyjaźni tak się ociąga, że nie chce opuścić postaci leżącej wśród zielonego łanu ryżu. Orzeźwiony chłodnym, wieczornym powiewem, Dain usiadł wreszcie i rozejrzał się dokoła. W tej chwili właśnie słońce skryło się za lasem — jakby wstydząc się swoich życzliwych uczuć — a pełna blasku polanka zapadła nagle w mrok; tylko ognisko jarzyło się świetlista źrenica. Dain zszedł powoli do zatoki, odrzucił swój poszarpany sarong i zanurzył się ostrożnie w wodę. Przez cały dzień nie miał nic w ustach i nie śmiał pokazać się na wybrzeżu, aby ugasić pragnienie. Za to teraz, płynąc cicho i ostrożnie, połknął kilka łyków wody muskającej mu usta i uczuł się pokrzepiony. Wrócił do ogniska z nowym przypływem wiary w siebie i innych. Przyszło mu na myśl, że gdyby Lakamba go zdradził, byłoby już teraz po wszystkim. Rozpalił wielki ogień, osuszył się w jego cieple i legł znów obok żaru. Nie mógł spać mimo niezmiernego znużenia. Niepokój go opuścił; dobrze mu było tak cicho leżeć. Mierzył upływający czas, śledząc gwiazdy, które wschodziły nad lasem w nieskończonym korowodzie. Niekiedy blask ich silniej się rozżarzał, niby rozdmuchany przez powiewy ciepłego wiatru pod bezchmurnym niebem. Dain pogrążył się w marzeniach. Póty powtarzał sobie, że Nina zjawi się przy nim, aż pewność ukołysała jego serce i napełniła go wielkim spokojem. Tak, jutro o świcie ogarnie ich oboje nieobjęty błękit morza, które jest jak życie; ziejące śmiercią lasy zostaną hen za nimi. Z tkliwym uśmiechem wyszeptał jej imię w cichą przestrzeń. Prysnął czar milczenia; daleko, gdzieś nad zatoką, żaba zakumkała głośno w odpowiedzi Chór głośnych rechotów i żałosnego kumkania wzniósł się nad błotnistym wybrzeżem wzdłuż zarośli. Roześmiał się wesoło: był to bez wątpienia ich śpiew miłości. Ogarnęła go serdeczna życzliwość dla żab; słuchał ich pieśni i radował się głośnymi objawami życia w pobliżu niego.

Gdy księżyc wyjrzał zza drzew, niepokój i podniecenie ogarnęły znów Daina. Czemu jej jeszcze nie ma? Prawda, że długą ma drogę przed sobą i musi przebyć ją o jednym tylko wiośle. Jak zręcznie umieją te drobne ręce władać ciężkim wiosłem, jak wytrwale! To wprost zdumiewające. Takie małe rączki — mięciutkie dłonie, co potrafią dotknąć jego policzka muśnięciem lżejszym od powiewu motylich skrzydeł! Cudowne! Zatopił się w rozpamiętywaniu tej wielkiej tajemnicy, a gdy znów spojrzał w górę, księżyc wzniósł się już o szerokość dłoni nad drzewami. Czy Nina przyjedzie? Zmusił się do spokojnego leżenia, choć ciągnęło go, aby wstać i znów pognać dokoła polanki. Przewracał się z boku na bok, wreszcie wyciągnął się na wznak, drżąc z wysiłku, i ujrzał między gwiazdami jej twarz spoglądającą ku niemu.

Rechot żab nagle ustał. Dain siadł i z czujnością tropionego człowieka jął niespokojnie nasłuchiwać. Doszedł go plusk żab skaczących w wodę. Musiało je coś wystraszyć; zerwał się, rozglądając się podejrzliwie i uważnie. Rozległ się lekki zgrzyt, a potem suchy odgłos, jak gdyby dwa kawałki drzewa uderzyły o siebie. Widocznie ktoś wylądował! Dain nabrał w garść chrustu i trzymał nad ogniskiem, nie odwracając oczu od ścieżki. Czekał w niepewności; zamajaczyło coś wśród zarośli, później biała postać wyłoniła się z cienia i zdawała się płynąć ku niemu w bladym świetle. Serce skoczyło mu w piersi i zastygło na chwilę, a potem jęło miotać się w szalonych rzutach. Upuścił chrust na żarzące się węgle. Miał wrażenie, że krzyczy jej imię, że rzuca się ku niej — lecz nie wyrzekł ani słowa i nie poruszył się wcale. Stał jak posąg z brązu, milczący i nieruchomy w świetle księżyca spływającym mu na barki, tylko usta jego chwytały gorączkowo powietrze; zdawało się, że intensywność doznawanego szczęścia pozbawiła go zmysłów. Nina zbliżyła się szybkimi, stanowczymi krokami i nagłym ruchem rzuciła mu się na szyję, jakby padając prosto w jego ramiona z jakiejś niebezpiecznej wyżyny. Niebieskie błyski rozpełzły się po suchych gałęziach; trzask odżywającego ognia był jedynym dźwiękiem wśród skupionej ciszy ich spotkania. Wtem płomień ogarnął suchy chrust i strzelił na wysokość ich głów; w blasku tym ujrzeli nawzajem swoje oczy.

Milczeli oboje. Dain przychodził z wolna do siebie. Lekki dreszcz przebiegł od stóp do głów jego zdrętwiałe ciało i zatrzymał się na drżących wargach. Nina odchyliła głowę, topiąc w jego oczach owo przeciągłe spojrzenie, które stanowi najgroźniejszą broń kobiety. Bardziej jest przejmujące od najbliższego zetknięcia, a niebezpieczniejsze niż pchnięcie sztyletem. Wywleka duszę z ciała, pozostawiając ciało żywe, choć bezsilne, i rzuca je na pastwę kapryśnych wybuchów namiętności i żądzy. Takie spojrzenie pochłania całe jestestwo i przenika w najtajniejsze zakątki istoty; w nieprzytomnym porywie odniesionego zwycięstwa przynosi druzgocącą klęskę. Jednakie ma znaczenie dla syna lasów i mórz i dla tego, który się zapuszcza w bezdroża niebezpieczniejsze po stokroć — w labirynt miasta. Mężczyzna, który uczuł w piersi nadludzki zachwyt zbudzony tym spojrzeniem, staje się igraszką chwili bieżącej, co niesie mu rajską szczęśliwość, zapomina o dniu wczorajszym, nabrzmiałym cierpieniem, i nie dba o jutro, skąd może grozi zagłada: pragnie żyć na wieki we władzy tego wzroku. Jest to spojrzenie kobiety, która poddaje się miłości.

Zrozumiał. Prysły niewidzialne więzy: padł do jej stóp z krzykiem szczęścia. Objął jej kolana i ukrył głowę w fałdach sukni, szepcąc bezładne słowa wdzięczności i uwielbienia. Nigdy jeszcze nie uczuł takiego porywu dumy jak u stóp tej kobiety, złączonej połowicznie węzłami krwi z jego wrogami. Nina stała głęboko zamyślona, a palce jej błądziły po włosach Daina w nieświadomej pieszczocie. Stało się. Matka jej miała słuszność. Ten człowiek jest jej niewolnikiem. Spojrzała na klęczącą postać i uczuła niezmierną, tkliwą litość dla tego męża, którego nawet w myślach zwała władcą życia. Podniosła głowę i patrzyła smutno na południowe niebo rozpięte nad ścieżką ich wspólnego życia — jej i tego człowieka u jej stóp. Czyż nie powiedział, że ona jest jego światłem? Będzie jego światłem i jego wiedzą, jego wielkością i jego siłą; a nad wszystko — w tajemnicy przed całym światem — stanie się na zawsze jedyną, stałą jego słabością. Prawdziwa kobieta! We wzniosłej dumie niewieściej pragnęła stworzyć bóstwo z gliny rzuconej do swych stóp. Bóstwo, któremu wszyscy się pokłonią. Słodko jej było widzieć go u swych kolan i czuć, jak drży przy najsłabszym dotknięciu lekkich palców. Oczy jej patrzyły wciąż w południowe gwiazdy, a na stanowcze usta spłynął odblask nikłego uśmiechu. Któż by go zgłębił w niepewnym świetle ogniska? Mógł to być uśmiech tryumfu albo świadomej siebie potęgi, albo tkliwego współczucia — a może i miłości.

Przemówiła do niego łagodnie; wstał i otoczył ją ramieniem, ruchem władcy biorącego swój skarb w posiadanie. Złożyła głowę na jego piersi, czując, że chroniona jego ramieniem mogłaby rzucić wyzwanie całemu światu. Dain należał do niej ze wszystkim, co było w nim dobrego i złego. Jego siła i odwaga, zuchwałość i lekkomyślność, jego prosta mądrość i dzika przebiegłość — wszystko było jej własnością. Minęli czerwony krąg ognia, wstępując w srebrny deszcz księżycowych promieni. Gdy schylił ku niej głowę, ujrzała w jego oczach upojenie szczęsne bez miary od zetknięcia z wiotką postacią przytuloną do jego boku. Kołysząc się giętko i rytmicznie szli przez oświetloną polankę ku mrocznej ścianie lasu, który zdawał się strzec ich szczęścia, uroczysty i nieruchomy. Postacie ich rozpłynęły się w grze świateł i cieni u stóp wielkich drzew; szept tkliwych słów unosił się jeszcze nad pustą polanką, lecz przycichł i ustał niebawem. Westchnienie pełne niezmiernego smutku przewiało nad lasami w ostatnim wysiłku mrącego powiewu. Zapadła głucha cisza. Ziemia i niebo uciszyły się nagle w ponurej zadumie nad ludzką miłością i ludzkim zaślepieniem.

Wrócili do ogniska wolnym krokiem. Dain usłał dla Niny siedzenie z suchych gałęzi i rzucił się do jej stóp; złożywszy głowę na jej kolanach, oddał się cały rozkoszy mijających chwil. Głosy obojga wznosiły się i opadały, tchnąc ożywieniem lub tkliwością. Mówili o swej miłości i o wspólnym przyszłym życiu. Nina wtrącała niekiedy kilka zręcznych słów, które kierowały myślami Daina, a z jego ust płynęły potokiem wyrazy namiętne lub tkliwe, poważne lub groźne, zależnie od wywołanego przez nią nastroju. Mówił o swej rodzinnej wyspie, gdzie nieznane są ponure lasy i błotniste wybrzeża. Opowiadał o polach spadających tarasami, o szemrzących, jasnych strumykach, które błyszczą na zboczach wielkich gór i niosą krainie życie, a radość mieszkańcom. I mówił także o samotnym szczycie górującym nad pierścieniem z drzew, szczycie, co zna tajniki przelotnych chmur i jest siedliskiem tajemniczego ducha jego rasy — geniusza103 i opiekuna rodu. Mówił o przestrzennych widnokręgach, kędy szaleją dzikie wichry, wyjąc wysoko nad szczytami ognistych gór. Opowiadał o swoich przodkach, którzy zdobyli przed wiekami wyspę, przyszłe jego dziedzictwo. A gdy Nina pochyliła się nad nim, zasłuchana, musnął ręką bogate zwoje jej włosów i zapragnął nagle mówić o morzu, co tak mu jest drogie; o niemilknącym nigdy jego głosie, w który wsłuchiwał się od dziecka, pragnąc przeniknąć tajne jego znaczenie, niezgłębione dotąd przez żadnego człowieka; o czarownym jego lśnieniu; o napadach bezrozumnej, kapryśnej wściekłości; o wieczyście zmiennej powierzchni, co nęci zawsze jednakowo — i o zawsze tych samych przepastnych głębiach, zimnych i okrutnych, pełnych mądrości zniweczonych istnień. Opowiadał, jak morze rzuca na ludzi czar na całe życie i przykuwa ich do siebie, a potem pochłania wiernych niewolników bez względu na ich oddanie, gniewne, że boją się jego tajemnicy, której nie zdradzi nigdy przed nikim, nawet przed tymi, co je najbardziej ukochali. W miarę jak mówił, Nina spuszczała głowę coraz niżej, aż dotknęła prawie twarzą jego twarzy. Włosy jej przesłoniły mu oczy, oddech muskał skronie, a ramiona oplotły ciało. Mimo tak ścisłego zespolenia odgadła raczej, niż usłyszała, ostatnie jego słowa, co po krótkiej pauzie spłynęły cichutkim szeptem i rozwiały się w głębokim milczeniu:

— Widzisz, Nino, morze podobne jest sercu kobiety.

Nagły pocałunek zamknął mu wargi. Odrzekła spokojnie:

— Władco mojego życia! Morze dochowuje wierności tym, co nie znają trwogi.

Przędza włóknistych chmur rozsnuła się nad nimi niby olbrzymia pajęczyna rozpięta pod gwiazdami. Niebo omroczyło się zapowiedzią nadciągającej burzy. Z niewidzialnych pagórków stoczył się pierwszy, oddalony łoskot grzmotu i tłukł się między pasmami wzgórz, aż zapadł wreszcie w lasy nad rzeką. Podnieśli się oboje; Dain spojrzał niespokojnie na niebo.

— Babalaczi powinien już tu być — zauważył. — Minęło więcej niż pół nocy. Czeka nas długa droga, a lot kuli szybszy jest od najściglejszego czółna.

— Będzie tu, nim księżyc skryje się za chmurami — rzekła Nina. — O, plusk wody — słyszysz?

— To aligator — odparł Dain, spojrzawszy niedbale w stronę zatoki. — Im ciemniejsza noc, tym krótsza podróż przed nami; popłyniemy wtedy z głównym prądem. Ale jeśli będzie jasno, nawet nie jaśniej niż teraz, trzeba będzie przemykać się drobnymi przesmykami i woda nie przyjdzie z pomocą naszym wiosłom.

— Dainie — przerwała Nina poważnie — to nie jest aligator. Słyszę szelest kroków na wybrzeżu.

Dain nasłuchiwał przez chwilę.

— Tak. To nie może być Babalaczi; ten przyjechałby otwarcie, w wielkiej łodzi wojennej, a ci przybysze nie chcą widać robić hałasu. Ale ty słyszałaś, a ja już widzę — dodał prędko. — To tylko jeden człowiek. Stań za mną, Nino. Jeśli to przyjaciel, powitamy go z radością, jeśli wróg — zobaczysz, jak będzie umierał.

Położył rękę na krisie i czekał na niespodziewanego gościa. Ogień przygasł. Drobne chmurki, zwiastunki burzy, przelatywały szybkim korowodem przed tarczą księżyca; lotne ich cienie powlekały mrokiem polankę. Dain nie mógł rozpoznać zbliżającego się człowieka, ale uczuł niepokój na widok wysokiej postaci posuwającej się spokojnym, ciężkim krokiem. „Stój!’’ — krzyknął. Człowiek zatrzymał się w pewnym oddaleniu; Dain oczekiwał, że się odezwie, lecz słyszał tylko głęboki jego oddech. Przez rozdarcie w lecącej chmurze przelotna jasność spłynęła na polankę; spostrzegł nagle wyciągniętą ku sobie rękę z czymś błyszczącym i usłyszał krzyk Niny: „Ojcze!”. Dziewczyna znalazła się w mgnieniu oka między Dainem i rewolwerem Almayera. Gwałtowny jej okrzyk zbudził echa drzemiących lasów. Wszyscy troje zastygli w milczeniu; zdawało się, że czekają z wyrażeniem swych różnorakich uczuć aż do chwili, gdy cisza nastanie. Na widok Niny Almayer opuścił rękę i postąpił krok naprzód. Dain łagodnie usunął Ninę na bok.

— Czy jestem dzikim zwierzem, że usiłujesz zabić mnie znienacka i w ciemności, tuanie Almayer? — rzekł, przerywając naprężone milczenie. — Dorzuć chrustu do ognia — ciągnął dalej zwracając się do Niny — a ja będę pilnował mego białego przyjaciela, aby nie wyrządził krzywdy ani mnie, ani tobie, o rozkoszy mego serca!

Almayer ścisnął zęby i podniósł znów ramię. Błyskawicznym skokiem Dain znalazł się przy nim; zawiązała się krótka walka, rewolwer wypalił nieszkodliwie, aż wreszcie, wyrwany z ręki Almayera, zawirował w powietrzu i padł w krzaki. Obaj mężczyźni stali obok siebie, ciężko dysząc. Podsycony ogień rzucał niepewny krąg blasku i oświetlał przerażoną twarz Niny, która patrzyła na nich z wyciągniętymi rękoma.

— Dainie! — krzyknęła ostrzegawczo — Dainie!

Uspokoił ją skinieniem i zwrócił się z dwornością Almayera.

— Możemy teraz porozmawiać, tuanie. Łatwo zadać śmierć, ale czy twoja mądrość potrafi przyzwać z powrotem życie? Mogłeś ją zranić — ciągnął, wskazując na Ninę. — Ręka ci mocno drżała; nie bałem się o siebie.

— Nino! — krzyknął Almayer. — Chodź tu natychmiast! Co znaczy ten nagły obłęd? Co cię opętało? Chodź do ojca, postaramy się zapomnieć o tej ohydnej zmorze!

Otworzył ramiona, pewien, że przyciśnie ją natychmiast do serca. Nie poruszyła się wcale. Gdy zrozumiał, że nie zechce go usłuchać, poczuł śmiertelny chłód w sercu i ścisnął dłońmi czoło w niemej rozpaczy. Dain wziął Ninę za ramię i powiódł ją do ojca.

— Przemów w języku jego narodu — rzekł do niej. — On rozpacza i któż by nie rozpaczał, tracąc ciebie, moja perło! To już ostatnie słowa, które możesz do niego powiedzieć. Głos twój słodkim być musi i dla niego, ale dla mnie jest wszystkim.

Puścił ją, odstąpił poza krąg światła i zatrzymał się w mroku, przypatrując się obojgu ze spokojnym zainteresowaniem. Daleka błyskawica zapaliła chmury nad ich głowami; rozległ się stłumiony łoskot grzmotu i zlał się z głosem Almayera, który wreszcie przemówił.

— Czy ty wiesz, co robisz? Czy wiesz, co cię czeka, jeśli pójdziesz za tym człowiekiem? Nie masz nad sobą litości! Będziesz z początku jego zabawką, a potem wzgardzoną niewolnicą, popychadłem, igraszką każdej nowej fantazji tego człowieka!

Przerwała mu ruchem ręki i odwróciła z lekka głowę, pytając:

— Słyszysz, Dainie! Czy to prawda?

— Na wszystkie bogi — zabrzmiała z mroku przesycona namiętnością odpowiedź — na ziemię i niebo, na moją i na twoją głowę przysięgam: to jest kłamstwo białego człowieka. Złożyłem duszę na wieki w twoje dłonie; oddycham twoim tchnieniem, patrzę twoimi oczami, myślę twoim umysłem i biorę cię w serce na zawsze.

— Złodzieju! — krzyknął rozjątrzony Almayer.

Głęboka cisza zapadła po tym wybuchu; wkrótce głos Daina rozległ się znowu.

— Nie, tuanie — odrzekł łagodnie — to także nieprawda. Dziewczyna jest tu z własnej woli. Ja tylko okazałem jej swoją miłość, jak przystoi mężczyźnie; usłyszała krzyk mego serca i przyszła. Okup za nią dałem kobiecie, którą nazywasz żoną.

Almayer jęknął w ostatecznej wściekłości i wstydzie. Nina położyła mu lekko rękę na ramieniu; dotknięcie to, słabe jak otarcie się spadającego liścia, zdało się nieść mu ukojenie. Zaczął prędko mówić, tym razem po angielsku.

— Powiedz, co oni ci zadali104 oboje, twoja matka i ten człowiek? Co cię przywiodło do oddania się temu dzikiemu? Bo to jest dziki. Między nim a tobą jest przepaść, której nic nie zapełni. Widzę w twoich oczach nieprzytomny wyraz człowieka, co w chwili szału popełnia samobójstwo. Jesteś szalona! Nie uśmiechaj się, rozdzierasz mi serce. Nie cierpiałbym straszniejszej męki, gdybyś tonęła w moich oczach bez możliwości ratunku. Czy zapomniałaś wszystko, czego cię uczyli przez tyle lat?

— Nie — przerwała — pamiętam dobrze. Pamiętam także, jak się skończyła moja nauka. Wzgarda za wzgardę, poniżenie za poniżenie, nienawiść za nienawiść. Nie należę do twojej rasy. Między twoim narodem a mną jest także przepaść, której nic nie zapełni. Pytasz, czemu odchodzę, a ja się ciebie pytam, czemu mam pozostać?

Zachwiał się jak od policzka, lecz podtrzymała go szybkim ruchem, chwyciwszy jego ramię.

— Czemu masz pozostać! — powtórzył z wolna jak otępiały i urwał, zdumiony ogromem swego nieszczęścia.

— Powiedziałeś mi wczoraj — ciągnęła — że nie umiem ciebie zrozumieć, że nie widzę twojej miłości; to jest prawda. I jakże ma być inaczej? Nie ma na świecie dwóch istot rozumiejących się nawzajem; rozumieją tylko swoje słowa. Chciałeś, abym żyła twoimi marzeniami, abym zatopiła się w twoich wizjach, wizjach życia wśród białych twarzy, wśród ludzi, którzy odepchnęli mnie z gniewną pogardą. Lecz gdy mówiłeś, wsłuchiwałam się w głos własnej duszy. Nagle zjawił się ten człowiek i wszystko na raz ucichło; słyszałam tylko szept miłości. Nazywasz go dzikim! A jak nazwiesz moją matkę, a twoją żonę?

— Nino! — krzyknął Almayer. — Nie patrz tak na mnie!

Spuściła natychmiast oczy, lecz ciągnęła dalej, zniżywszy głos prawie do szeptu:

— Z czasem nasze głosy zlały się w słodką harmonię dostępną tylko nam dwojgu. Mówiłeś wtedy o złocie, ale uszy nasze pełne były śpiewu miłości i nie słyszeliśmy cię. Przekonałam się, że widzimy wszystko jednakowo; że on widzi to, czego prócz mnie i jego nikt spostrzec nie jest w stanie. Znaleźliśmy się w kraju, dokąd nikt nie mógł za nami podążyć, a ty najmniej ze wszystkich. Wtedy dopiero zaczęło się dla mnie życie.

Zatrzymała się. Almayer odetchnął głęboko. Z oczami wbitymi wciąż w ziemię zaczęła mówić na nowo.

— Ja chcę żyć! Chcę pójść za nim. Biali ludzie odepchnęli mnie z pogardą, jestem teraz Malajką! Wziął mnie w ramiona i położył mi do stóp swoje życie. Mężny jest i stanie się potężnym władcą. Trzymam w ręku jego męstwo i jego siłę i uczynię go wielkim. Imię jego będzie głośno rozbrzmiewać, gdy oba nasze ciała w proch się już rozsypią. Kocham cię tak jak i dawniej, ale nie opuszczę go nigdy, bo żyć bez niego nie mogę.

— Jeśli zrozumiał, co mówisz — odrzekł pogardliwie Almayer — musi się czuć niezmiernie zaszczycony, Potrzebujesz go dla zaspokojenia niezrozumiałej jakiejś ambicji. Dosyć tego. Jeżeli nie zejdziesz natychmiast do zatoki, gdzie Ali czeka w łódce, każę Alemu wrócić do osady i sprowadzić tu Holendrów. Nie możesz uciec, puściłem z prądem twoje czółno. Jeśli Holendrzy złapią tego twojego bohatera, powieszą go bez wahania. A teraz chodź!

Zbliżył się i położył rękę na jej ramieniu wskazując ścieżkę wiodącą ku rzece.

— Strzeż się! — krzyknął Dain. — Ta kobieta należy do mnie!

Nina wyrwała się i spojrzała prosto w gniewną twarz Almayera.

— Nie pójdę! — rzekła z rozpaczliwą energią. — Jeśli on zginie, umrę z nim razem.

— Ty nie umrzesz — odparł pogardliwie Almayer. — Będziesz żyła życiem pełnym kłamstw i oszustw, póki nie zjawi się inny jakiś włóczęga i nie zaśpiewa ci — jak to powiedziałaś? — pieśni miłości! No, decyduj się prędko.

Czekał przez chwilę, po czym spytał z naciskiem:

— Czy mam zawołać Alego?

— Wołaj go — odrzekła po malajsku — ty, co nie umiesz być wierny nawet własnym rodakom. Dopiero co sprzedawałeś proch na ich zagładę, a teraz chcesz wydać im człowieka, którego wczoraj zwałeś przyjacielem. Dainie — zwróciła się do postaci stojącej nieruchomo, lecz w niemym oczekiwaniu w mroku — przynoszę ci śmierć zamiast życia, on cię wyda, jeżeli nie porzucę ciebie na zawsze!

Dain zbliżył się, objął Ninę za szyję i szepnął jej do ucha:

— Mogę zabić go tak, jak stoi, nim zdoła wymówić słowo. Od ciebie to tylko zależy. Babalaczi musi już być blisko.

Wyprostował się, wypuścił ją z ramion i zwrócił się w stronę Almayera, który patrzył w nich z wyrazem skupionej wściekłości.

— Nie! — krzyknęła dziko, czepiając się z trwogą Daina. — Zabij mnie raczej! Może ci wtedy daruje. Nie znasz serca białego człowieka. On woli ujrzeć mnie martwą niż oddać w twoje ramiona. Przebacz mi, przebacz twej niewolnicy, ale nie zabijaj go! — Upadła mu do nóg, łkając gwałtownie i powtarzając ciągle: — Zabij mnie! Zabij!

— Chcę cię mieć żywą — rzekł po malajsku Almayer z ponurym spokojem. — Albo pójdziesz ze mną, albo on będzie wisiał. Słyszysz, co mówię?

Dain odepchnął Ninę i nagłym ruchem uderzył w pierś Almayera rękojeścią krisa, zwracając ostrze ku sobie.

Hai, popatrz tylko! Łatwo mi było obrócić ostrze w stronę przeciwną — rzekł równym, spokojnym głosem. — Odejdź, tuanie putih — dodał z godnością. — Darowuję ci twoje życie, moje życie i jej życie. Jestem niewolnikiem tej kobiety, a ona tego żąda.

Niebo zaciągnęło się szczelnie mrokiem. Szczyty i pnie drzew tonęły w gęstwie chmur wiszących nisko nad lasem, polanką i rzeką. Kontury znikły w głębokiej czerni, co pochłonęła, zda się, wszystko krom przestrzeni. Tylko ogień świecił jak gwiazda, o której zapomniano w zagładzie wszystkiego oprócz przestrzeni. Gdy Dain skończył mówić, w ciszy rozlegały się tylko łkania Niny; Dain trzymał ją w ramionach, klęcząc obok ogniska. Almayer patrzył na nich w ponurej zadumie. Gdy otwierał usta, aby coś powiedzieć, padł ostrzegawczy okrzyk od strony rzeki; po chwili usłyszeli plusk wioseł i gwar głosów.

— Babalaczi! — krzyknął Dain i zerwał się, podnosząc Ninę.

Ada! Ada!105 — zabrzmiał w odpowiedzi głos Babalacziego, który wbiegł na ścieżkę i stanął wśród nich, zgorączkowany i bez tchu. — Leć do mego czółna — rzekł do Daina, nie zwracając żadnej uwagi na Almayera. — Prędko! Jedziemy natychmiast. Ta kobieta wszystko im powiedziała.

— Jaka kobieta? — spytał Dain, spoglądając na Ninę. W tej chwili istniała dla niego jedna, jedyna kobieta na świecie.

— Ta suka z białymi zębami, po siedemkroć przeklęta niewolnica Bulangiego. Darła się u wrót Abdulli, aż cała osada zerwała się na nogi. Biali oficerowie jadą tutaj, prowadzeni przez nią i przez Reszyda. Jeśli chcesz żyć, nie przypatruj mi się, tylko uciekaj.

— Skąd wiesz o tym? — spytał Almayer.

— Och, tuanie, czy to ważne w tej chwili! Jedno tylko mam oko, lecz dojrzałem światło w kampungu Abdulli, gdy przejeżdżaliśmy tamtędy. I uszy mam dobre; leżeliśmy tuż pod brzegiem i usłyszałem, jak słano gońców do białych ludzi.

— Czy pojedziesz bez tej kobiety, która jest moją córką? — rzekł Almayer do Daina.

Babalaczi tupał z niecierpliwości, powtarzając:

— Jedź ze mną! Jedź natychmiast!

— Nie — odrzekł spokojnie Dain — nie pojadę. Nikomu na świecie nie oddam tej kobiety.

— Więc zabij mnie i uchodź! — wyszeptała Nina wśród łkań.

Przytulił ją i spojrzał tkliwie w jej twarz, szepcząc:

— Nie rozstaniemy się nigdy!

— Ja tu siedzieć nie myślę — oświadczył gniewnie Babalaczi. — To szaleństwo. Żadna kobieta nie jest warta życia mężczyzny. Stary jestem i wiem to dobrze.

Podniósł laskę, zabierając się do odejścia, i spojrzał raz jeszcze pytająco na Daina, lecz Dain wtulił twarz w czarne sploty Niny, nie dostrzegł więc tego ostatniego niemego wezwania.

Babalaczi znikł w ciemnościach i wkrótce usłyszeli, jak łódź wojenna oddala się z rytmicznym pluskiem wielu wioseł. Jednocześnie nadszedł Ali od strony rzeki, niosąc dwa wiosła na ramieniu.

— Tuanie Almayer, ukryłem nasze czółno w zatoce — rzekł — w gęstych zaroślach, tam gdzie las schodzi aż do wody. Zrobiłem to, bo usłyszałem od wioślarzy Babalacziego, że biali ludzie tu jadą.

— Czekaj tam na mnie i zostaw łódkę w ukryciu — odrzekł Almayer.

Nasłuchiwał przez chwilę jeszcze kroków Alego, po czym zwrócił się do Niny:

— Nino — rzekł smutnie — czy nie ulitujesz się nade mną?

Nie było odpowiedzi. Nie odwróciła nawet głowy przytulonej do piersi Daina.

Poruszył się, jakby chciał odejść, i zatrzymał się znowu. W słabym blasku dopalającego się ogniska widział nieruchome ich postacie. Nina odwrócona była do niego plecami, a jej długie, czarne włosy spływały po białej sukni; nad głową córki spoglądała ku niemu spokojna twarz Daina.

— Nie mogę — szepnął Almayer i zamilkł. Po długiej pauzie zaczął mówić jeszcze ciszej, niepewnym głosem.

— To byłaby za wielka hańba. Jestem przecież białym człowiekiem! — Poczuł się doszczętnie złamany i szeptał dalej przez łzy: — Jestem białym człowiekiem i pochodzę z dobrej rodziny. Z bardzo dobrej rodziny — powtórzył, gorzko płacząc. — To byłaby hańba... wszędzie po wyspach... jedyny biały człowiek na całym wschodnim wybrzeżu... Nie, to się stać nie może. Biali ludzie nie zobaczą mojej córki z tym Malajem... Mojej córki! — krzyknął głośno z rozpaczą.

Po chwili odzyskał panowanie nad sobą i rzekł wyraźnie:

— Nie przebaczę ci nigdy, Nino, nigdy! Gdybyś teraz do mnie wróciła, pamięć tej nocy zatrułaby mi całe życie. Postaram się zapomnieć. Nie mam córki. Była w moim domu dziewczyna, Metyska, a teraz właśnie odchodzi na zawsze. Dainie, czy jak się tam nazywasz, zabieram ciebie i tę kobietę na wyspę przy ujściu rzeki. Chodźcie za mną.

Poszedł naprzód wybrzeżem w stronę lasu. Ali odpowiedział okrzykiem na jego wołanie. Przedarłszy się przez zwarty gąszcz, wsiedli do czółna ukrytego pod nawisłymi gałęźmi. Dain ułożył Ninę na dnie i siadł, trzymając jej głowę na kolanach. Almayer i Ali wzięli się do wioseł. Gdy już mieli ruszać, rozległ się ostrzegawczy syk Alego; wytężyli słuch wszyscy troje.

Wśród wielkiej ciszy poprzedzającej burzę usłyszeli zgrzyt wioseł obracających się rytmicznie w dulkach. Odgłos ów zbliżał się coraz bardziej; wreszcie Dain ujrzał przez gałęzie mętny zarys wielkiej, białej łodzi. Kobiecy głos odezwał się po cichu:

— Biali ludzie, możecie tu wylądować. Trochę wyżej, o, tam.

Łódź przepłynęła tak blisko, że końce długich wioseł zawadziły prawie o czółno.

— Dość miejsca na przejazd! Zatrzymać się. Lądujcie! On jest sam jeden i bezbronny — rozległ się spokojny rozkaz w języku holenderskim.

Ktoś drugi szepnął:

— Zdaje mi się, że widzę błysk ognia przez zarośla. — I łódź minęła ich, wchłonięta zaraz przez ciemność.

— A teraz — szepnął Ali — do wioseł. Odbijajmy prędko!

Czółenko znalazło się wnet na środku rzeki. W chwili gdy skoczyło naprzód pod energicznym naporem wioseł, usłyszeli gniewny okrzyk:

— Nie ma go przy ogniu! Rozbiegnąć się i szukać wszędzie!

Niebieskie światełka zabłysły w różnych stronach polanki. Nagle rozległ się ostry krzyk kobiecy, pełen bólu i wściekłości:

— Za późno! O głupi biali ludzie, nie ma go! Uciekł!