Rozdział dziesiąty

— Zaszło nareszcie! — rzekła Nina do matki, wskazując na wzgórza, za które stoczyło się słońce. — Posłuchaj, matko, jadę teraz do zatoki Bulangiego, a gdybym nigdy już nie wróciła...

Zamilkła nagle. Coś jakby zwątpienie zamgliło na chwilę jej oczy, przygasł gorejący w nich płomień powściąganego uniesienia, który tchnął życie w pogodną, obojętną jej twarz owego pamiętnego dnia — dnia radości i niepokoju, nadziei i zgrozy, nieuchwytnego żalu i mglistej rozkoszy. Trwała niezłomnie w powziętym zamiarze, póki jaśniał blask słońca; w jego promiennym olśnieniu poczęła się i wzrosła miłość Niny, aż owładnęła całą jej istotę. Skryte podszepty pragnień podsycały jej niecierpliwość i tęsknotę za mrokiem, który miał położyć kres niebezpieczeństwu i walce, zwiastując szczęście, zachwyt miłości, pełnię życia. Zaszło nareszcie! Krótki, podzwrotnikowy zmierzch minął, nim zdążyła z ulgą odetchnąć. Wydało jej się nagle, że ciemność roi się od groźnych głosów wzywających, aby rzuciła się bez pamięci w nieznane, aby pozostała wierna własnym porywom i oddała się namiętności, która wybuchnęła w Dainie, ogarniając ją swym płomieniem. W odosobnieniu dalekiej polanki czekał wśród głuchej ciszy lasów samotny zbieg, niepewny życia. Obojętny na czyhające niebezpieczeństwa, wyglądał jej przybycia. Po nią tylko wrócił; a teraz, gdy nadeszła dla niego chwila nagrody, Nina zapytywała siebie z trwogą, co znaczy to zwątpienie mrożące jej wolę i porywy. Z wysiłkiem odtrąciła lęk przed chwilową słabością. Ona go musi nagrodzić. Miłość jej i honor kobiecy zwyciężą przelotny brak wiary w nieznaną przyszłość, która czeka na nią w mrokach rzeki.

— Nie, nie wrócisz nigdy — wyrzekła proroczo pani Almayer. — On bez ciebie nie odjedzie, a jeśliby tu pozostał... — wyciągnęła rękę w kierunku świateł w „Szaleństwie Almayera” i urwane zdanie rozpłynęło się w groźnym pomruku.

Obie kobiety spotkały się za domem i szły teraz powoli w kierunku zatoki, gdzie przywiązane były czółna. Przystanęły nagle u skraju zarośli, tknięte wspólnym odruchem. Pani Almayer położyła rękę na ramieniu córki, usiłując spojrzeć na próżno w odwróconą jej twarz. Chciała coś powiedzieć, lecz słowa jej utonęły w zduszonym szlochu, który zabrzmiał dziwnie, dobyty z piersi tej kobiety. Zdawało się, że ze wszystkich ludzkich namiętności tylko gniew i nienawiść nie są jej obce.

— Odchodzisz, aby stać się wielką rani — rzekła wreszcie dość pewnym głosem. — Jeżeli będziesz mądra, posiądziesz wielką władzę, co przetrwa długie lata i sięgnie nawet w dni twojej starości. Czymże ja byłam? Niewolnicą. Przez całe życie gotowałam ryż dla człowieka pozbawionego męstwa i mądrości. Hai! Taką kobietę jak ja wódz i wojownik oddał w darze człowiekowi, który był niczym. Hai! Hai!

Zawodziła po cichu, opłakując stracone sposobności walk i mordów, co byłyby się stały jej udziałem w razie skojarzenia się z duchem pokrewnym. Nina schyliła się nad wątłą postacią matki i w świetle gwiazd — które wybiegły na czarne niebo i zawisły bez tchu nad tym dziwnym rozstaniem — wpatrywała się badawczo w zwiędłą jej twarz; zatopiła wzrok w zapadłych oczach, zdolnych przeniknąć mroczną przyszłość w świetle długich, bolesnych doświadczeń. Tak jak dawniej, uczuła się znów we władzy dziwnego czaru bijącego z uniesień matki i proroczej pewności jej słów. Wyroczny ton i gniewne uniesienia pani Almayer przyczyniły się niemało do opinii o czarodziejskiej władzy, z jakiej słynęła w osadzie.

— Ja byłam niewolnicą, a ty będziesz królową — ciągnęła pani Almayer, patrząc wprost przed siebie — lecz pamiętaj o tym, co jest siłą mężczyzny, a co jego słabością. Drżyj przed jego gniewem, aby widział w świetle dnia twoją trwogę, ale śmiej się z tego w sercu, gdyż po zachodzie słońca będzie twym niewolnikiem.

— Niewolnikiem! On, władca życia! Nie znasz go, matko.

Pani Almayer raczyła zaśmiać się pogardliwie.

— Mówisz jak głupia biała kobieta. Co ty wiesz o gniewie męskim i o męskiej miłości? Czy czuwałaś nad snem mężów strudzonych od zadawania śmierci? Czy poczułaś kiedy uścisk potężnego ramienia, co zdolne jest wrazić głęboko kris w bijące serce? Ja! Jesteś białą kobietą i winnaś modlić się do boga-niewiasty.

— Dlaczego mi to mówisz? Słuchałam twoich słów tak długo, że zapomniałam o dawnym życiu. Czy stałabym teraz obok ciebie gotowa na wszystko, gdybym była białą kobietą? Matko, wrócę do domu i spojrzę raz jeszcze w twarz ojca.

— Nie! — rzuciła gwałtownie pani Almayer. — Nie, on śpi teraz snem ginu; gdybyś wróciła, mógłby się ocknąć i ujrzeć cię. Nie, on ciebie już nigdy nie zobaczy. Kiedy ten groźny starzec zabrał mi cię malutką, pamiętasz...

— To było już tak dawno — szepnęła Nina.

— Ale ja pamiętam — ciągnęła dziko pani Almayer. — Pragnęłam spojrzeć na ciebie raz jeszcze. Nie pozwolił! Usłyszałam twój płacz i skoczyłam w rzekę. Byłaś wtedy jego córką, a teraz należysz do mnie. Nie wrócisz nigdy do tego domu; nie przejdziesz już nigdy przez ten dziedziniec. Nigdy! Nigdy!

Głos jej wzmógł się prawie do krzyku. Po drugiej stronie zatoki zaszeleściła wysoka trawa, spłoszone kobiety nasłuchiwały chwilę w trwożnym milczeniu.

— Pobiegnę prędko — szepnęła Nina cicho, ale wyraźnie. — Co mnie obchodzi twoja zemsta albo twoja nienawiść!

Zwróciła się ku domowi. Pani Almayer wczepiła się w nią, usiłując ją zatrzymać.

— Stój! Ani kroku dalej — syknęła.

Nina odepchnęła niecierpliwie matkę i uniosła suknię do szybkiego biegu, lecz pani Almayer zabiegła jej drogę i stanęła z rozpostartymi ramionami.

— Jeśli posuniesz się o krok — szepnęła gorączkowo — zacznę krzyczeć. Widzisz światła w wielkim domu? Tam siedzą dwaj biali i gniewają się, ponieważ nie mogą przelać krwi człowieka, którego kochasz. A w tych ciemnych chatach — ciągnęła spokojniej, wskazując w stronę osady — głos mój potrafi zbudzić ludzi, którzy zaprowadzą do niego żołnierzy orang Belanda, do niego, który czeka na ciebie.

Nie mogła widzieć rysów córki, lecz biała postać stała przed nią w mroku, milcząca i niezdecydowana.

Pani Almayer skorzystała ze swej przewagi.

— Zaniechaj dawnego życia! Zapomnij — mówiła błagalnie. — Zapomnij, że spoglądałaś na białe twarze, zapomnij ich słów, zapomnij ich myśli. Słowa ich kłamią i myśli ich kłamią. Pogardzają nami, którzyśmy lepsi od nich, choć nie tak silni. Zapomnij o ich przyjaźni i wzgardzie, zapomnij o ich wielu bogach. Dziewczyno, jakże możesz wspominać przeszłość, gdy wojownik i wódz czeka, na ciebie, gotów poświęcić wszystko, nawet własne swoje życie, za jeden twój uśmiech!

Mówiąc to, popychała z lekka córkę ku czółnom, kryjąc własną obawę, niepokój i niepewność w potoku namiętnych słów, które nie pozwoliły Ninie ani przez chwilę zebrać myśli i stawić oporu, gdyby nawet chciała to uczynić. Ale już teraz nie chciała. Na dnie przelotnej zachcianki, aby spojrzeć raz jeszcze w twarz ojca, nie było silnego przywiązania. Nie miała żadnych skrupułów i nie czuła wyrzutów sumienia, opuszczając nagle człowieka, którego miłości nie potrafiła ani zrozumieć, ani nawet dostrzec. Było to tylko instynktowne lgnięcie do dawnego życia, dawnych przyzwyczajeń, dawnych twarzy — ten lęk przed krokiem ostatecznym — lęk, co czai się w każdej ludzkiej piersi i zapobiega tylu bohaterstwom i tylu zbrodniom. Lata całe przebyła między matką a ojcem, z których jedna tak silna była w swej słabości, a drugi tak słaby, gdy mógł okazać siłę. Trwała z oniemiałym sercem między tym dwojgiem istot tak do siebie niepodobnych, tak wręcz sobie przeciwnych, rozpamiętując ze zdumieniem i gniewem fakt własnego istnienia. Ciśnięta przez los bezmyślnie i upokarzająco w sam środek dziczy, patrzyła, jak dzień za dniem mija bez żadnej nadziei, pragnienia ani też celu, który by nadał jakiś sens życiu ciążącemu jej coraz dotkliwiej. Nie wierzyła marzeniom ojca i nie rozumiała ich wcale, ale dzikie majaczenia matki trąciły o pokrewną strunę gdzieś na dnie zrozpaczonego serca. Zapamiętywała się w rojeniach jak więzień, który rwie się do swobody wśród ścian celi. Wreszcie zjawił się Dain i ukazał jej drogę do wolności. Poddała się nowym siłom, które nagle się w niej zrodziły, i wierzyła w pełnym zdumienia olśnieniu, że w oczach Daina wyczyta odpowiedź na dręczące ją zagadki. Posiadła tajemnicę życia — cel jego i znaczenie — i w radosnym tryumfie odrzuciła wzgardliwie całą przeszłość. Smutne myśli, gorzkie uczucia i wątłe przywiązania — wszystko zwiędło i zmartwiało w zetknięciu z potęgą namiętności.

Pani Almayer odwiązała czółno Niny i wyprostowawszy się z trudem, stała z liną w ręku, patrząc na córkę.

— Prędko! — rzekła. — Musisz odjechać, nim księżyc wzejdzie, póki cień leży jeszcze na rzece. Lękam się niewolników Abdulli. Ci nędznicy włóczą się często po nocy, mogliby cię dostrzec i puścić się twoim śladem. Są tu dwa wiosła w łódce.

Nina podeszła do matki i musnęła niepewnie ustami jej pomarszczone czoło. Pani Almayer żachnęła się pogardliwie, protestując przeciw tej pieszczocie, ale poczuła, że tkliwość córki mogłaby się stać zaraźliwa.

— Czy cię jeszcze kiedy zobaczę, matko? — szepnęła Nina.

— Nie — odrzekła pani Almayer po krótkim milczeniu. — Na co ci wracać tutaj, gdzie przeznaczone mi jest umrzeć? Będziesz pędziła życie hen daleko, we wspaniałości i potędze. Jeśli posłyszę, że nasi wojownicy żeną100 z wysp białych ludzi, wówczas zrozumiem, że żyjesz i że pamiętasz moje słowa.

— Będę je zawsze pamiętała — rzekła poważnie Nina — ale powiedz, w czym leży moja potęga? Co ja mogę uczynić?

— Nie pozwól mu zbyt długo spoglądać w twoje oczy ani trzymać głowy na twych kolanach; przypominaj, że mężczyzna ma walką zapracować na wypoczynek. Gdyby się ociągał, podaj sama kris i rozkaż mu pójść, jak przystoi żonie potężnego władcy, gdy nieprzyjaciel w pobliżu. Niech zabija białych ludzi, którzy przybywają do nas i handlują z modlitwą na ustach, a nabitą strzelbą w ręku. Ach — kończyła z westchnieniem — oni są na każdym morzu i na każdym wybrzeżu i jest ich bardzo wielu!

Obróciła łódkę dziobem ku rzece, ale wciąż jeszcze trzymała rękę na krawędzi, zamyślona i niepewna. Nina oparła koniec wiosła o brzeg, gotowa do odjazdu.

— Co to jest, matko? — spytała po cichu. — Czy słyszysz coś?

— Nie — odrzekła z roztargnieniem pani Almayer i po krótkiej pauzie zaczęła znów porywczo: — Słuchaj mnie, Nino, po latach będą inne kobiety...

Przerwał jej zduszony krzyk i łoskot: Nina upuściła wiosło i wyciągnęła ramiona, jak gdyby broniąc się przed jej słowami. Pani Almayer uklękła na brzegu i pochyliła się nad łódką, aby spojrzeć z bliska w twarz córki.

— Będą inne kobiety — powtórzyła nieubłaganie — mówię ci to, bo jesteś na wpół biała: możesz zapomnieć, że on jest wielkim wodzem i że tak być musi. Ukryj swój gniew i nie pokaż bólu, który będzie jadł twoje serce. Spotykaj go z weselem w oczach i mądrością na ustach, gdyż do ciebie zwróci się w smutku czy zwątpieniu. Póki wzrok jego będzie spoczywał na wielu kobietach, póty przetrwa twoja władza, ale gdyby znalazła się jedna — jedna jedyna — z którą by ciebie zapomniał, wówczas...

— Nie mogłabym żyć — wybuchnęła Nina, kryjąc twarz w dłoniach. — Nie mów tego, matko, to być nie może!

— Wówczas — ciągnęła niewzruszenie pani Almayer — dla tej kobiety, Nino, bądź bez miłosierdzia.

Pchnęła lekko czółno, zwrócone dziobem do rzeki, trzymając je wciąż za krawędź obu rękami.

— Płaczesz? — spytała surowo córki, która siedziała bez ruchu z zakrytą twarzą. — Powstań i ujmij wiosło, bo czekał już dość długo. Pamiętaj, Nino, bądź bez miłosierdzia; a jeśli będziesz musiała ugodzić, niechaj ci ręka nie zadrży.

Zebrała wszystkie siły i podawszy się naprzód, pchnęła lekkie czółenko daleko na wody rzeki. Gdy przyszła do siebie po tym wysiłku, na próżno wytężała wzrok; łódka rozpłynęła się w białej mgle rozwleczonej nad ogrzanymi wodami Pantai. Chwilę jeszcze pozostała na kolanach, nasłuchując usilnie, wreszcie dźwignęła się z głębokim westchnieniem. Dwie łzy stoczyły się z wolna po zwiędłych jej policzkach. Otarła je szybko kosmykiem siwych włosów, jakby wstydząc się samej siebie, lecz nie potrafiła stłumić głośnego westchnienia; ciężko jej było na sercu i cierpiała bardzo, nie będąc zwyczajną tkliwych wzruszeń. Nagle wydało się jej, że słyszy lekki szmer, jak echo własnego westchnienia; przystanęła, wytężywszy słuch, spoglądając lękliwie w stronę pobliskich krzaków.

— Kto tam? — spytała niepewnie, a w wyobraźni ujrzała widziadła błąkające się w pustce wybrzeża. — Kto tam? — powtórzyła słabym głosem.

Nie było żadnej odpowiedzi. Tylko szum rzeki, snując się smutno i monotonnie za białą zasłoną, jak gdyby wzmógł się na chwilę i przycichł znów w miękkim szepcie wirów podmywających wybrzeże.

Pani Almayer potrząsnęła głową niby w odpowiedzi własnym myślom i oddaliła się szybko od krzaków, rozglądając się czujnie na wszystkie strony. Szła wprost do szopy kuchennej, gdyż spostrzegła, że węgle w ognisku żarzą się silniej niż zwykle; widać ktoś w ciągu wieczora dorzucił świeżego paliwa. Babalaczi, przykucnięty w ciepłym blasku żaru, powstał i spotkał się z nią w mroku za szopą.

— Czy pojechała? — spytał dyplomata porywczo i niespokojnie.

— Tak — odrzekła pani Almayer. — Co robią biali? Dlaczego ich opuściłeś?

— Pewno śpią teraz. Oby nie zbudzili się już więcej! — wybuchnął żarliwie. — Och, to są wcielone diabły, tyle gwałtu i gadaniny o tego trupa! Wódz ich groził mi dwa razy ręką i powiedział, że chciałby mnie widzieć przywiązanego do drzewa! Mnie! Przywiązanego do drzewa! — powtarzał, bijąc się gwałtownie w piersi.

Pani Almayer zaśmiała się szyderczo.

— A ty biłeś pokłony, prosząc o przebaczenie. Mężowie z bronią u boku zachowywali się inaczej za czasów mej młodości.

— Ty szalona kobieto! I gdzież oni są, mężowie z czasów twojej młodości? — odparł gniewnie Babalaczi. — Zabici przez Holendrów. A ja będę żył, aby wywodzić ich w pole. Mężczyzna wie dobrze, kiedy ma walczyć, a kiedy rzec pojednawcze kłamstwo. I ty byś wiedziała, gdybyś nie była kobietą!

Lecz pani Almayer zdawała się go nie słyszeć. Wyciągnąwszy ramię, nasłuchiwała pochylona.

— Tam za szopą słychać dziwne dźwięki — szepnęła z niepokojem. — Już przedtem słyszałam jakby płacz i westchnienia. To było tam na wybrzeżu. A teraz znowu...

— Gdzie? — spytał Babalaczi zmienionym głosem. — Co słyszałaś?

— Tu blisko. Tak jakby ktoś głęboko westchnął. Trzeba było spalić papier nad ciałem, zanim je pogrzebali.

— Tak — potwierdził Babalaczi. — Ale biali ludzie wyrzucili je zaraz do jamy. Widzisz, on zginął w rzece — dodał raźniej — i duch jego będzie się włóczył za czółnami, ale wybrzeże zostawi w spokoju.

Pani Almayer, która z wyciągniętą szyją zaglądała za węgieł szopy, cofnęła wreszcie głowę.

— Nie ma tu nikogo — rzekła uspokojona. — Czy już nie czas, aby wojenna łódź radży ruszyła w stronę polanki?

— Zajedzie tu po mnie, bo i ja muszę popłynąć — objaśnił Babalaczi. — Pojadę chyba zobaczyć, czemu się opóźniają. Kiedy do nas przybędziesz? Radża ci daje schronienie.

— Przeprawię się przed świtem. Nie mogę tu zostawić moich dolarów — mruknęła pani Almayer.

Rozeszli się. Babalaczi minął podwórze, kierując się ku zatoce, gdzie było przywiązane jego czółno, a pani Almayer ruszyła z wolna ku domowi. Wspięła się po kładce, minęła tylną werandę i weszła na korytarz wiodący do frontu. We drzwiach obejrzała się jeszcze, ogarniając wzrokiem puste, ciche podwórze, już oświetlone promieniami wschodzącego miesiąca. Ledwie znikła w korytarzu, niewyraźny cień mignął między pniami drzew bananowych, przeszył jak strzała przestrzeń zalaną księżycem i zapadł w mrok u stóp werandy. Tak błyskawicznie i cicho przemknęło to zjawisko, że mogło wydać się cieniem pędzącej chmury, gdyby nie ślad pozostały na trawach. Pierzaste kity słaniały się i drżały długi czas jeszcze w księżycowej poświacie, zanim stanęły nieruchomo, błyszcząc na ciemnym tle jak misterny haft ze srebrnych gałązek.

Pani Almayer zapaliła kaganek z kokosowej łupiny; odsunąwszy ostrożnie czerwoną firankę, spojrzała na męża, osłaniając światło dłonią. Almayer leżał rozwalony w fotelu; lewe jego ramię zwisło ku ziemi, a drugie przerzucone było przez twarz; wyglądało to, jakby chciał odeprzeć cios niewidzialnego napastnika. Nogi wyciągnął przed siebie i spał ciężkim snem, nieświadom wrogich oczu, które przyglądały mu się badawczo i pogardliwie. U jego stóp leżał zwalony stół wśród szczątków zastawy i potłuczonych butelek. Weranda wyglądała jak pobojowisko, gdzie stoczono rozpaczliwą walkę; krzesła, poroztrącane gwałtownie na wszystkie strony, leżały w żałosnych, pijackich pozach pełnych bezsilności. Tylko wielki fotel Niny sterczał nieruchomo na wysokich biegunach, górując z niezachwianą godnością nad chaosem zgnębionych mebli; ten czekał cierpliwie na swoją panią.

Pani Almayer rzuciła jeszcze na męża pogardliwe spojrzenie i puściwszy firankę, skierowała się do swego pokoju. Para nietoperzy ośmielonych mrokiem i ciszą jęła znów pląsać w ukośnych zygzakach nad głową Almayera. Długi czas nic nie mąciło skupionej ciszy domu prócz głębokiego oddechu śpiącego mężczyzny i słabego dźwięku srebra w rękach kobiety przygotowującej się do ucieczki.

Księżyc wzniósł się tymczasem ponad nocną mgłę, wydobył z mroku sprzęty na werandzie, zalał ją światłem i zrzucił czarne bryzgi cienia, uwydatniając brzydotę i nieporządek poprzewracanych mebli. Na brudnej bielonej ścianie za śpiącym Almayerem zjawiła się jego karykatura, wyolbrzymiona do bohaterskich rozmiarów o groteskowo przesadzonych szczegółach. Spłoszone światłem nietoperze odfrunęły, poszukując ciemniejszego zakątka, a na stół wylazła jaszczurka o krótkich, nerwowych ruchach; snadź podobał jej się biały obrus, bo przystanęła na nim i znieruchomiała. Mogło się zdawać, że tknęła ją nagła śmierć, gdyby nie melodyjny zew, którym wabiła mniej odważnego towarzysza, skrytego gdzieś między rupieciami na podwórzu. Zatrzeszczała podłoga w korytarzu, jaszczurka znikła, a Almayer poruszył się niespokojnie i westchnął. Z nicości i zatraty pijackiego snu wracał powoli do świadomości przez krainę widzeń. Przerzucał głowę z ramienia na ramię w sennym otumanieniu. Niebieskie sklepienie spadło mu na barki jak ciężki płaszcz; gwiezdne fałdy wloką się gdzieś głęboko, hen w dole. Gwiazdy w górze i wszędzie wokoło; z gwiezdnej przepaści wznosi się szept nabrzmiały błaganiem i łzami; smutne twarze snują się śród rojów świateł migocących w nieskończonym przestworze. Natrętne, żałosne krzyki uderzają o jego uszy, smutne oczy patrzą ku niemu z twarzy cisnących się wokoło — aż tchu mu brak pod miażdżącym brzemieniem światów rzuconych na omdlałe barki. Uciec! Ale jak? Jeśli posunie się o krok, stąpnie w próżnię i z przeraźliwym łoskotem zwalą się razem w otchłań — i on, i wszechświat, którego jest jedyną podporą. Czego chcą te głosy? Żądają, aby ruszył naprzód. Dlaczego? Ruch to zagłada! Ani mu to w głowie. Oburzył go ten szalony pomysł. Rozparł się mocniej na nogach i wytężył muskuły w bohaterskim postanowieniu: będzie dźwigał swoje brzemię przez całą wieczność! Mijały tysiąclecia, a on trwał w nadludzkim trudzie wśród wirujących światy. Żałosny szept smutnych głosów snuł się ciągle i naglił do czynu, póki nie jest jeszcze za późno. Tajemnicza moc, która zwaliła na niego nadludzkie zadanie, postanowiła wreszcie jego zgubę. Uczuł ze zgrozą ciężar żelaznej dłoni wstrząsającej jego ramieniem, a jednocześnie chór głosów wybuchł rozpaczliwą modlitwą, błagając, aby nie zwlekał, aż będzie za późno. Wydało mu się, że coś pęta mu nogi; stracił równowagę, poślizgnął się i padł z krzykiem w otchłań. Pierzchła zmora walących się światów. Leżał w półśnie, nie wyzwolony jeszcze spod władzy sennego czaru.

— Co? Co? — szepnął ospale, nie otwierając oczu. Głowa ciężyła mu bardzo i nie miał odwagi rozewrzeć powiek. Do uszu cisnęły się wciąż błagalne szepty. — Czy ja śpię? Dlaczego słyszę te głosy? — Usiłował zrozumieć, co się z nim dzieje. — Nie mogę się jeszcze pozbyć tej okropnej zmory. Bardzo byłem pijany. Kto to mną potrząsa? Jeszcze mi się coś śni. Muszę otworzyć oczy i raz z tym skończyć. Widać nie jestem jeszcze zupełnie obudzony.

Pokonał z wysiłkiem odrętwienie i rozwarł powieki. Ujrzał tuż przy twarzy wytrzeszczone, błyszczące źrenice. Zamknął prędko oczy, osłupiały i przerażony, i siadł w fotelu, trzęsąc się ze zgrozy. Co to za stwór? Z pewnością jakieś przywidzenie. Nic dziwnego: nerwy jego przeszły taki straszny wstrząs, a w dodatku dużo wypił. Niechby się tylko zdobył na odwagę i otworzył oczy — na pewno nic już nie zobaczy. Zaraz spojrzy. Tylko przedtem trzeba się uspokoić. O tak. — Już!

Spojrzał. W oddalonym kącie werandy stała kobieca postać oblana stalowym światłem i błagalnie wyciągała ku niemu ramiona. Między upartą zjawą a Almayerem szemrał potok słów; do uszu jego dobijały się dręczące go zdania, lecz mimo największych wysiłków nie mógł nic zrozumieć. Ktoś mówi po malajsku... Kto uciekł? Dlaczego już za późno? Co znaczą te słowa nienawiści i miłości tak dziwnie poplątane? Te imiona, co uderzają wciąż o jego uszy: Nina, Dain; Dain, Nina. Dain nie żyje, a Nina śpi, nie przeczuwając, że z ojcem jej dzieje się coś strasznego. Czy ta męka ma trwać wiecznie? I we śnie, i na jawie? Czy nie ma dla niego spokoju ani we dnie, ani w nocy? Co to ma wszystko znaczyć?

Krzyknął głośno ostatnie słowa. Ciemna postać wzdrygnęła się z piskiem i posunęła ku drzwiom. Almayer, doprowadzony do ostateczności niepojętą męką, rzucił się ku niej, lecz wymknęła mu się; uderzył ciężko o ścianę. Odwrócił się błyskawicznie i rozpoczął dziki pościg. Tajemnicza postać uciekała, wydając przenikliwe krzyki, które podsycały coraz bardziej jego wściekłość. Sadził przez meble, biegał wokoło przewróconego stołu i wpędził ją nareszcie w kąt za fotelem Niny. Rzucali się to na prawo, to na lewo, krzesło kołysało się jak szalone; zjawa odpowiadała przenikliwym piskiem na każdy podstępny ruch Almayera, który ciskał urywane przekleństwa przez zaciśnięte zęby. Cóż to za piekielny wrzask! W mózg się wwierca i wtłacza oddech w gardło. Zabije go ten wrzask. Trzeba go zdusić! Porwała go obłąkana żądza, aby zmiażdżyć ten wrzeszczący stwór. Rzucił się na oślep przez fotel i oboje potoczyli się w tumanie kurzu wśród potrzaskanych szczątków mebla. Ostatni pisk zamarł pod Almayerem w słabym bełkocie; zdobył wreszcie upragnioną ulgę głuchej ciszy.

Spojrzał na twarz zjawy. To kobieta — prawdziwa kobieta. Jakieś znajome rysy — na Boga, to Tamina! Skoczył na równe nogi i stał w oszołomieniu, obcierając czoło, zawstydzony swoją wściekłością. Dziewczyna zwlekła się na kolana i objęła mu nogi, żebrząc o miłosierdzie.

— Nie bój się — rzekł, podnosząc ją. — Nic ci się nie stanie. Dlaczego przychodzisz tu po nocy? A jeśli masz coś ważnego, czemu nie wejdziesz tam za firankę, gdzie śpią kobiety?

— Miejsce za firanką jest puste — wykrztusiła Tamina, chwytając oddech między poszczególnymi słowami. — Nie ma już kobiet w twoim domu, tuanie. Widziałam, jak stara mem odeszła, zanim zaczęłam cię budzić. Nie chcę mówić z twoimi kobietami, chcę mówić z tobą.

— Stara mem! — powtórzył Almayer. — To znaczy się moja żona?

Skinęła głową w odpowiedzi.

— Ale mojej córki się nie boisz?

— Czy nie słyszałeś, tuanie? — wykrzyknęła. — Mówiłam do ciebie długi czas, gdyś leżał z zamkniętymi oczami. Ona także odeszła!

— Przecież wiesz, że spałem. Czy nie umiesz poznać, kiedy człowiek śpi, a kiedy czuwa?

— Niekiedy — szepnęła Tamina — niekiedy duch trzyma się blisko ciała uśpionego człowieka i słyszy, co się mówi. Mówiłam długo, zanim ciebie dotknęłam, i mówiłam bardzo cicho, żeby nie przerazić ducha; nagły hałas mógłby go spłoszyć i pozostałbyś śpiącym na wieki. Dotknęłam twojego ramienia dopiero, gdy zacząłeś mruczeć słowa, których nie mogłam zrozumieć. Więc nic nie słyszałeś i nic nie wiesz?

— Nie mam pojęcia, o co chodzi. Powtórz, to będę wiedział.

Wziął ją za ramię i pociągnął ku balustradzie w światło księżyca. Nie stawiała oporu, tylko załamała ręce z wyrazem takiej rozpaczy, że ogarnął go niepokój.

— Mówże! Narobiłaś hałasu, że umarli mogliby się zbudzić. A jednak nikt żywy się nie zjawił — szepnął po chwili niespokojnie. — No! Zaniemówiłaś? Odezwijże się nareszcie!

Chwilę jeszcze pasowała się z sobą, wreszcie potok słów wydarł się z drżących jej ust; opowiedziała wszystko o miłości Niny i o swojej zazdrości. Na próżno spoglądał groźnie w jej twarz, nakazując milczenie; nie był w stanie powstrzymać dźwięków, które buchnęły z ust Taminy jak wrzący potok i objęły palącym wirem jego stopy. Rozpętane fale pną się coraz wyżej; już dotykają serca, już wdzierają się do ust jak roztopiony ołów; kłęby pary pochłaniają wszystko naokół. Wreszcie kipiąca toń zwiera się nad jego głową, przynosząc bezlitosną zagładę. Gdy Tamina mówiła o zmyślonej śmierci Daina i podstępie, którego ofiarą padł Almayer ledwie wczoraj, spojrzał na nią tak dziko, że słowa uwięzły jej na chwilę w gardle — lecz wnet się odwrócił i z twarzy jego znikł wszelki wyraz. Patrzył kamiennym wzrokiem gdzieś w dal ponad rzekę. Ach, ta rzeka! Dawny jego przyjaciel i dawny wróg. Przemawia wiecznie tym samym głosem, szemrząc nieustannie; rok za rokiem niesie powodzenia i zawody, szczęście i zgryzotę — a powierzchnia jej zawsze jednaka, choć tak rozmaita, pełna połyskliwych prądów i kotłujących się wirów. Przez długie lata słuchał jej beznamiętnego, kojącego szeptu, który brzmiał chwilami jak śpiew nadziei, to znów jak hejnał tryumfu lub otuchy. Najczęściej jednak niosła mu ukojenie, szemrząc o lepszych dniach, które nadejdą niebawem. Tyle lat! Tyle lat!... A teraz szmer tych samych fal wtóruje mozolnym i bolesnym uderzeniom jego serca. Przysłuchuje. się uważnie i dziwi ich miarowości, Zaczyna machinalnie liczyć: raz, dwa... Po co liczyć? Przy najbliższym uderzeniu serce musi się zatrzymać. Żadne serce nie jest w stanie tyle wycierpieć i bić tak spokojnie. Zmilkną miarowe uderzenia, co tętnią w jego uszach jak głuche ciosy młota. A jednak bije wciąż jeszcze, nieustające i okrutne. Nikt by tego znieść nie mógł. Czy to ostatnie uderzenie? A może następne będzie ostatnie? Jak długo jeszcze to potrwa, o Boże, jak długo?

Ręka Almayera wpierała się nieświadomie w ramię Taminy z coraz większą siłą. Znalazła się wreszcie u jego nóg i kończyła opowiadanie ze łzami bólu, wstydu i gniewu. Czyżby zemsta jej miała pójść na marne? Ten biały człowiek nieczuły jest jak kamień. Za późno! Za późno!

— Widziałaś, jak odchodziła? — zabrzmiał nad Taminą ochrypły głos Almayera.

— Czyż ci nie mówiłam, tuanie? — łkała, starając się wywinąć nieznacznie z jego garści. — Przecież widziałam na własne oczy, jak czarownica zepchnęła czółno! Przyczaiłam się w trawie i słyszałam każde słowo. Ta, którą zwaliśmy białą mem, chciała wrócić się i spojrzeć ci w twarz, ale czarownica zabroniła jej, a ona...

Pod naciskiem ciężkiej dłoni Tamina zrobiła pół obrotu i zgięła się jeszcze niżej, lecz podniosła głowę, patrząc mściwie na Almayera.

— A ona usłuchała! — wybuchnęła konwulsyjnie, płacząc i śmiejąc się z bólu. — Puść mnie, tuanie! Dlaczego się na mnie gniewasz? Spiesz się! Wkrótce już będzie za późno i nie pokażesz swego gniewu kobiecie, która cię oszukała.

Almayer poderwał z ziemi Taminę i spojrzał jej z bliska w oczy, choć wyrwała mu się, odwracając twarz przed wściekłym jego wzrokiem.

— Kto ciebie wysłał? Po co mnie dręczysz? — wybuchnął. — Nie wierzę ci. Kłamiesz.

Wyprężył nagle ramię i cisnął ją przez werandę ku drzwiom, gdzie padła i znieruchomiała. Zdało się, że wydarte jej życie zostało w dłoni Almayera, a u drzwi leży tylko nieruchomy, ciemny kłąb gałganów.

— Nino! — szepnął Almayer z tkliwym wyrzutem, pełnym bólu i miłości. — Nino! Ja nie wierzę!

Lekki powiew od rzeki przeciągnął falą po trawie podwórza, wbiegł na werandę i musnął chłodnym oddechem czoło Almayera niby pieszczota pełna niezmiernej litości. Zasłona w drzwiach wydęła się i opadła natychmiast z niepokojącą bezsilnością. Spojrzał na trzepocącą się tkaninę.

— Nino! — krzyknął. — Nino, gdzie jesteś?

Wiatr przewiał przez pusty dom z żałosnym westchnieniem i wszystko znów ucichło.

Almayer ukrył twarz w dłoniach jak przed ohydnym jakimś widokiem. Nagle usłyszał lekki szelest i odsłonił oczy: ciemny kłąb gałganów znikł z werandy.