Rozdział ósmy

Wieści o rozpoznaniu zwłok złożonych w osiedlu Almayera przebiegły szybko osadę. Większość mieszkańców wyległa na drogę; rozprawiali aż do południa o tajemniczym powrocie i niespodzianej śmierci człowieka, którego mieli sposobność poznać jako kupca. Jego przybycie w czasie północno-wschodniego musonu, długi pobyt w osadzie i nagły odjazd brygu stanowiły niewyczerpany temat rozmów i domysłów. Lecz przede wszystkim rozprawiano o tajemniczym zjawieniu się trupa, który miał być właśnie jego zwłokami. Mahmat krążył od chaty do chaty i od gromadki do gromadki, gotów powtarzać co chwila swoje opowiadanie: jak to spostrzegł trupa zaczepionego sarongiem o kłodę, jak pani Almayer zjawiła się zaraz na jego wołania i rozpoznała zwłoki, zanim je zdążył na brzeg wydostać, i jak Babalaczi kazał wyciągnąć trupa z wody. „Wywlokłem go za nogi — patrzę — a tu nie ma wcale twarzy!” — rozpowiadał Mahmat. „Skądże żona białego mogła poznać, kto to taki?” „Wiadomo — jest czarownicą! A czyście widzieli, jak biały człowiek porwał się i uciekł od trupa? Sadził jak jeleń!” Tu Mahmat naśladował wielkie kroki Almayera ku szczerej radości widzów. Za cały ten kłopot nic się Mahmatowi nie okroiło; pierścień z zielonym kamieniem zatrzymał tuan Babalaczi. „Nic a nic!”, powtarzał Mahmat, spluwając z obrzydzeniem, i szedł dalej szukać słuchaczy.

Wieści dotarły do najdalszych krańców osady i wreszcie do Abdulli. Potężny kupiec siedział w składzie, w chłodnym zaciszu: doglądał urzędników Arabów i ludzi ładujących i wyładowujących czółna przybyłe z górnych okolic rzeki. Reszyd, zajęty wówczas w przystani, został wezwany przed oblicze stryja. Znalazł go — jak zwykle — pełnego spokoju, a nawet pogody, choć wielce zdumionego. Wiedział już od trzech dni o ujęciu czy też zniszczeniu statku Daina: donieśli o tym rybacy znad morza i mieszkańcy niższych okolic Pantai. Wieści wędrowały w górę rzeki od sąsiada do sąsiada, aż wreszcie Bulangi, mieszkający najbliżej osady, zjawił się z tą ważną nowiną u Abdulli, o którego łaski zabiegał. Pogłoski mówiły również o walce i o śmierci Daina na pokładzie własnego okrętu, a teraz cała osada rozprawiała o jego odwiedzinach u radży i o tym, że poniósł śmierć, przeprawiając się przez rzekę w drodze do kampungu Almayera. Ani Abdulla, ani Reszyd nie mogli nic z tego zrozumieć. Reszyd dziwił się bardzo, a przy tym niespokojny był i pełen wątpliwości. Lecz Abdulla, otrząsnąwszy się ze zdumienia, ujawnił rezygnację właściwą ludziom wiekowym, którzy niechętnie zajmują się rozwiązywaniem zagadek. Stwierdził, że Dain w każdym razie nie żyje, przestał więc być niebezpieczny. Po co roztrząsać wyroki losu, szczególniej jeśli są pomyślne dla prawowiernych wyznawców? Tu Abdulla zwrócił się z pobożnym westchnieniem do Allaha, który jest łaski pełen i miłosierdzia, po czym uznał, że zajmowanie się tym wypadkiem nie jest na razie potrzebne.

Reszyd innego był zdania. Ociągał się z odejściem, gładząc w zamyśleniu starannie utrzymaną brodę.

— Widzę w tym wiele łgarstw — mruknął. — On już raz nie żył i zmartwychwstał, a teraz znów umarł po raz drugi. Wkrótce zjawią się tu Holendrzy i zażądają wydania tego człowieka. Czy nie lepiej uwierzyć raczej świadectwu własnych oczu niż językom bab i próżniaków?

— Mówią, że ciało zabrano do kampungu Almayera — odrzekł Abdulla. — Jeśli chcesz je zobaczyć, idź tam przed przybyciem Holendrów. Wybierz się późnym wieczorem; nie trzeba, aby którego z nas widziano tymi czasami w osiedlu Almayera.

Reszyd zgodził się na to i opuścił stryja. W wielkich drzwiach wejściowych przystanął i wsparł się ramieniem o futrynę, spoglądając leniwie przez otwartą bramę ku głównej ścieżce osady. Stała przed nim bezludna, prosta i żółta pod ulewą światła. Gładkie pnie palm, chaty, dach domku Almayera, widzialny wśród zarośli na ciemnym tle lasu u drugiego końca ścieżki — wszystko zdawało się drgać w żarze południowej godziny bijącym od rozprażonej ziemi. Roje żółtych motyli wznosiły się i opadały w krótkich wzlotach przed przymkniętymi oczami Reszyda. U jego stóp, w bujnej trawie dziedzińca, brzęczała ckliwie kapela owadów. Patrzył sennie przed siebie.

Z bocznej ścieżki między chatami wyszła na drogę kobieta; smukła, dziewczęca jej postać kryła się w cieniu wielkiej tacy, którą niosła na głowie. Widok zbliżającej się postaci rozbudził na wpół uśpionego Reszyda. Poznał Taminę, niewolnicę Bulangiego, roznoszącą ciastka na sprzedaż — codzienne zjawisko bez żadnego znaczenia. Dziewczyna szła ku domowi Almayera. Może się da użyć jej za narzędzie? Otrząsnął się z senności i pobiegł ku bramie, nawołując: „Tamino! o!”. Stanęła, zawahała się i wróciła wolnym krokiem, a on czekał, kiwając na nią niecierpliwie.

Zatrzymała się przed nim ze spuszczonymi oczami. Przypatrywał jej się przez chwilę i zapytał:

— Czy idziesz do domu Almayera? W osadzie mówią, że w kampungu białego człowieka leży kupiec Dain, którego znaleźli w rzece dziś rano.

— Słyszałam o tym — szepnęła Tamina — i dziś rano widziałam trupa nad brzegiem rzeki. Nie wiem, gdzie się teraz znajduje.

— Więc go widziałaś? — zapytał skwapliwie Reszyd. — Czy to Dain? Spotykałaś go nieraz. Powinnaś go poznać.

Wargi dziewczęcia zadrgały; milczała przez chwilę, oddychając szybko.

— Widziałam go niedawno — odrzekła wreszcie. — Ludzie mówią prawdę: Dain nie żyje. Czego chcesz ode mnie, tuanie? Muszę już odejść.

W tej chwili właśnie rozległ się wystrzał armatni na pokładzie parowca; odpowiedź zawisła na ustach Reszyda. Zostawił niewolnicę i pobiegł w kierunku domu. W podwórzu spotkał Abdullę zmierzającego ku bramie.

Orang Belanda przybyli — zawołał Reszyd — czeka nas teraz nagroda!

Abdulla pokiwał głową z powątpiewaniem.

— Długo się czeka na nagrodę z rąk białych ludzi — odpowiedział. — Biali skorzy są w gniewie, ale powolni we wdzięczności. Zobaczymy.

Przystanął u bramy, gładząc siwą brodę, i słuchał dalekich okrzyków powitania niosących się z drugiego krańca osady. Zawołał na Taminę, która zabierała się do odejścia.

— Posłuchaj mnie, dziewczyno — rzekł do niej — w domu Almayera znajdzie się dzisiaj wielu białych ludzi. Pójdziesz tam i będziesz sprzedawała ciastka żeglarzom z okrętu. Cokolwiek usłyszysz i zobaczysz, masz mi wszystko powtórzyć. Przyjdź jeszcze przed zachodem słońca, dam ci niebieską chustkę w czerwone kropki. A teraz idź i nie zapomnij, że masz tu wrócić!

Pchnął odchodzącą Taminę końcem długiej laski tak, że aż się potknęła.

— Cóż to za niemrawa niewolnica — rzekł do siostrzeńca, spoglądając niełaskawie na dziewczynę.

Tamina szła z tacą na głowie i oczami wbitymi w ziemię. Przez otwarte drzwi chat biegły ku niej przyjazne nawoływania, zapraszające, aby zaszła z towarem; pogrążona w myślach, nie zwracała na to żadnej uwagi, zaniedbując swoje obowiązki. Od wczesnych godzin ranka napatrzyła się i nasłuchała wielu rzeczy, które napoiły jej serce radością, a zarazem wielkim cierpieniem i trwogą. Przed świtem, zanim opuściła dom Bulangiego, aby udać się do Sembiru, dosięgły jej uszu głosy znad rzeki. Cały dom był jeszcze pogrążony we śnie. Słowa usłyszane w ciemnościach sprawiły, że trzymała teraz w rękach życie człowieka, a w sercu kryła wielki smutek. Lecz nie byłby tego nikt odgadł ze sprężystego jej chodu, śmigłej postawy i twarzy obleczonej w codzienny wyraz apatycznej obojętności. Nie przypuściłby nikt, że prócz ciężaru tacy i całej góry ciastek sporządzonych skrzętnymi rękoma żon Bulangiego Tamina dźwigała brzemię stokroć dotkliwsze. W gibkiej postaci, prostej jak strzała, sunącej wdzięcznie i swobodnie, w łagodnych oczach, wyrażających tylko nieświadomą rezygnację, drzemały wszelkie możliwe uczucia i namiętności, wszelkie nadzieje i wszystkie obawy — przekleństwo życia i ukojenie śmierci. A przecież nic z tego nie było jej znane. Rosła jak te otaczające ją wyniosłe palmy, które dążą ku światłu, pożądają blasku słońca i lękają się burzy, z niczego sobie sprawy nie zdając. Nie żywiła nigdy żadnej nadziei, nie spodziewała się żadnej zmiany. Nie znała innego nieba, wód ani lasów; nie wyobrażała sobie innego świata ani odmiennego życia. Nie doznawała żadnych pragnień, nie czuła miłości, nie lękała się niczego — prócz bicia. Jedynym uczuciem dostępnym dla niej był głód, który zresztą cierpiała rzadko, gdyż Bulangi był człowiekiem bogatym i nie brakowało ryżu w samotnym jego domku na polance. Sytość i brak bólu stanowiły jej szczęście, a nieszczęściem było tylko większe niż zwykle zmęczenie po całodziennej pracy. W gorące noce południowo-zachodniego musonu spoczywała w spokojnym śnie bez marzeń pod jasnymi gwiazdami na pomoście zbudowanym przy chacie nad wodą. Wewnątrz chaty leżał tuż przy progu Bulangi, dalej jego żony i dzieci przy swoich matkach. Słyszała ich oddechy; niekiedy odzywał się zaspany głos Bulangiego lub ostry krzyk dziecka, uciszany zaraz tkliwymi słowami. I zamykała powieki wśród poszeptów ciepłego wiatru, przy wtórze szemrzącej rzeki, nieświadoma tętniącego nieustannie życia tropikalnej natury, która przemawiała do niej na próżno tysiącem cichych głosów z pobliskiego lasu. Wabił ją oddech ciepłego powiewu, ciężkie aromaty snuły się naokoło, a białe majaki przedrannej mgły zwisały nad nią w chwili uroczystego skupienia całej przyrody — przed rozbłyśnięciem zorzy.

Tak upływało życie Taminy, zanim pojawił się obcy bryg w Sembirze. Pamiętała dokładnie chwilę jego przybycia. Wrzawa zapanowała w osadzie; nienasycona ciekawość ogarnęła wszystkich mieszkańców, podniecając ich do rozmów dniem i nocą. Pamiętała także swoją nieśmiałość wobec obcych ludzi. Z czasem, gdy statek przymocowany u brzegu stał się niejako częścią osady, lękliwość Taminy ustępowała stopniowo wobec rosnącej zażyłości. Odwiedziny na pokładzie weszły w skład jej codziennych obowiązków. Wstępowała z wahaniem na pochyłe deski pomostu, wśród zachęcających okrzyków, którym towarzyszyły mniej lub więcej przyzwoite żarty majtków wspartych bezczynnie o burtę. Dostawszy się na pokład, sprzedawała swój towar hałaśliwym żeglarzom o wielce swobodnym obejściu. Panował tam nieustanny tłok i ruch, jedni wychodzili, drudzy wracali; rozlegały się nawoływania i rozkazy, które spełniano przy wtórze głośnych okrzyków; zgrzytały bloki, zwoje lin migały w powietrzu. Tamina siadywała na uboczu w cieniu płóciennego dachu, zakrywszy szczelnie twarz zasłoną; tacę z ciastkami umieszczała przed sobą. Czuła się bardzo onieśmielona wśród tylu obcych mężczyzn. Uśmiechała się do wszystkich kupujących, lecz nie rozmawiała z żadnym, puszczając mimo uszu ich żarty z tępą obojętnością. Różne opowiadania o oddalonych krainach, o dziwnych obyczajach i jeszcze dziwniejszych wypadkach obijały się o jej uszy. Wszyscy ci ludzie byli odważni, lecz najmężniejsi z nich mówili z trwogą o swym wodzu. Mąż, którego zwali panem, przechodził często obok Taminy, wyprostowany i obojętny. Bił od niego blask młodości, połyskiwały wspaniałe szaty i podźwięk złotych ozdób szedł za nim, a żeglarze usuwali mu się z drogi i zawisłszy wzrokiem u jego warg, wyczekiwali niespokojnie rozkazów. Całe życie Taminy zbiegało się wówczas w jej oczach; spoglądała ku niemu spod zasłony, pociągnięta nieodpartym czarem, ale bała się zwrócić jego uwagę. Pewnego dnia spostrzegł ją i spytał, co to za dziewczyna. „Niewolnica, tuanie! Roznosi ciastka na sprzedaż!” — zabrzmiała jednogłośna odpowiedź z kilkunastu piersi. Porwała się do ucieczki, lecz przyzwał ją z powrotem, a gdy stanęła przed nim, drżąca, ze zwieszoną głową, przemówił łaskawie i ująwszy pod brodę, spojrzał jej w oczy z uśmiechem. „Nie bój się!” — powiedział. Nigdy się już więcej do niej nie odezwał. Ktoś zawołał na niego z brzegu; odwrócił się i zapomniał o jej istnieniu. Na wybrzeżu stał Almayer z Niną u boku. Tamina posłyszała wesoły głos Niny i ujrzała radość na twarzy Daina, który mig znalazł się na brzegu. W owej to chwili znienawidziła dźwięk głosu Niny.

Przestała odtąd odwiedzać kampung Almayera, spędzając południowe godziny na pokładzie w cieniu płóciennego dachu. Wyglądała Daina z piersią falującą coraz szybciej, a gdy nadchodził, serce miotało się w niej jak oszalałe w rytm świeżo zrodzonych uczuć — wesela, nadziei i trwogi. Z oddaleniem się Daina przycichał dziki zamęt w jej duszy; wyczerpana jak po walce siedziała długi czas w sennym bezwładzie. Wieczorem wracała do domu, wiosłując od niechcenia, unoszona leniwym prądem wzdłuż brzegu. Wiosło wisiało bezczynnie, a ona siedziała na rufie, z głową wspartą na ręku i szeroko rozwartymi oczyma, wsłuchując się usilnie w szept własnego serca, który się rozrastał w pieśń niewymownej słodyczy. Zasłuchana w jej nutę, łuskała ryż w domu; cudna melodia głuszyła krzykliwe kłótnie żon Bulangiego i gniewne wymówki, których jej nie szczędzono. Gdy słońce miało się ku zachodowi, szła kąpać się w zatoce; stojąc na miękkiej trawie wybrzeża, z suknią leżącą u stóp, słuchała wciąż śpiewu serca, zapatrzona w odbicie swej postaci w gładkim zwierciadle wody. Wracała potem z wolna ku domowi, z mokrymi włosami rozsypanymi na plecach; kładła się na spoczynek pod migotaniem gwiazd i zamykała oczy przy wtórze fal, w poszeptach ciepłego wiatru; cała przyroda przemawiała do niej tysiącem szmerów z wielkiego lasu, a serce jej zanosiło się śpiewem.

Słuchała, nie rozumiejąc, i piła senną radość nowego bytu bez troski o jego trwałość lub znaczenie, aż przyszła do niej przez ból i gniew pełna świadomość życia. Straszny ból targnął nią, gdy ujrzała po raz pierwszy, jak długie czółno Niny mija uśpioną chatę Bulangiego, unosząc dwoje zakochanych w gęstwę białej mgły zawisłej nad rzeką. Zawiść i wściekłość Taminy wzmogły się aż do paroksyzmu fizycznego cierpienia; padła na wybrzeże, dysząc w niemej męce ranionego zwierzęcia. Lecz mimo to krążyła dalej w zaklętym kole niewoli i dzień w dzień spełniała swoje obowiązki, żywiąc w sercu wielki tragizm cierpienia, którego nie umiała wyrazić nawet wobec samej siebie. Unikała Niny, czuła na jej widok jak gdyby ostrze noża wżerające się w ciało, nie przestała jednak odwiedzać brygu, sycąc pokarmem rozpaczy swoją niemą, ciemną duszę. Widywała Daina niejednokrotnie. Nigdy się już nie odezwał ani nie spojrzał na nią. Czy oczy jego mogły widzieć tylko jedną kobietę? Czy uszy jego były otwarte dla jednego, jedynego głosu? Nie zwrócił na nią uwagi już ani razu.

Wreszcie stało się, że odjechał. Ostatni raz widziała go u boku Niny owego ranka, gdy Babalaczi, zwiedzając zastawione sieci, stwierdził na własne oczy, że słusznie podejrzewa Daina i Ninę o miłosne konszachty. Dain znikł, a serce Taminy — w którym spoczywały bezużytecznie i jałowo ziarna wszelkiej miłości i nienawiści, wszystkich namiętności i wszystkich poświęceń — serce to zapomniało o swych radościach i bólach, gdy zbrakło mu oparcia zmysłów. Pierwotna, nieokrzesana jej dusza, podlegająca niewolniczo ciału — tak jak i ciało jej podlegało ludzkiej woli — zapomniała o nikłym i mętnym obrazie ideału, który wyrósł na tle fizycznych podniet jej dzikiej natury. Zapadła znowu w drętwą tępość poprzedniego życia i znajdowała pociechę, a nawet pewien rodzaj szczęścia, w myśli, że Nina i Dain rozstali się — przypuszczalnie na zawsze. On zapomni o Ninie! Ta myśl łagodziła męki gasnącej zazdrości, której zbrakło pokarmu, i Tamina znalazła wreszcie spokój. Była to jak gdyby martwa cisza pustyni, gdzie spokój panuje tylko dlatego, że nie ma tam życia.

Lecz oto Dain powrócił. Poznała jego głos nawołujący w nocy Bulangiego. Wysunęła się z chaty w ślad za swoim panem, aby wsłuchać się w ten dźwięk czarowny. Dain siedział w łódce i rozmawiał z Bulangim. Tamina, chłonąc jego słowa z zapartym oddechem, posłyszała drugi głos jeszcze. Obłąkana radość, rozsadzająca jej serce, zgasła wnet, rzuciwszy ją na pastwę fizycznego bólu; doznawała go już i przedtem na widok Daina i Niny. Głos Niny rozkazywał i groził na przemian, a Bulangi odmawiał, tłumaczył — i zgodził się w końcu. Poszedł do chaty, aby wziąć wiosło ze stosu za drzwiami. Szmer głosów nad rzeką snuł się ciągle; uszu Taminy dochodziły niekiedy pojedyncze wyrazy. Zrozumiała, że Dain ucieka przed białymi, że szuka kryjówki, że jest w niebezpieczeństwie. Lecz posłyszała także słowa, które zbudziły wściekłą zazdrość uśpioną przez wiele dni w jej duszy. Skulona w błocie, w czarnym mroku między palami, nasłuchiwała szeptu przepojonego lekceważeniem trudów niebezpieczeństw, a nawet samego życia — jeśli nagrodą ma być gorący uścisk, spojrzenie umiłowanych oczu, powiew słodkiego oddechu, dotknięcie miękkich warg. Tak mówił w łódce Dain do Niny, czekając na powrót Bulangiego — a Tamina, wsparta o pal śliski od błota, czuła, że niezmierny jakiś ciężar wali się na nią i ciągnie w czarną gęstą wodę. Chciała krzyknąć, rzucić się ku nim i roztrącić niewyraźne cienie, a potem pchnąć Ninę w gładką toń, oplątać ją sobą i przywrzeć do dna, gdzie by ten człowiek nie mógł jej dosięgnąć. Niezdolna była do płaczu ani do najlżejszego ruchu. Niebawem rozległy się kroki na bambusowym pomoście nad jej głową; widziała, jak Bulangi wsiadł do najmniejszego czółenka i wysunął się naprzód, a za nim podążyła łódka z Dainem i Niną. Plusnęły lekko wiosła, zanurzone ostrożnie w wodę, mgliste postacie dwojga ludzi przesunęły się przed zbolałymi oczami Taminy i znikły w ciemnościach.

Pozostała na miejscu, bezwładna w chłodzie i wilgoci, dysząc ciężko pod miażdżącym brzemieniem, które tajemnicza ręka losu zwaliła tak niespodziewanie na smukłe jej barki; trzęsąc się, czuła, jak pożera ją piekący ogień, podżegany własnym jej tchnieniem. Gdy świt rozwinął bladozłocistą wstęgę nad czarnymi lasami, popłynęła do osady z towarem i roznosiła placki na sprzedaż, wiedziona jedynie siłą przyzwyczajenia. Spostrzegła podniecenie ludności i usłyszała, że znaleziono ciało Daina. Szybko ochłonęła ze zdumienia; była to oczywiście nieprawda — wiedziała o tym dobrze. Żal jej się zrobiło, że nie umarł. Chętnie ujrzałaby go martwym, aby odgrodzić go śmiercią od tej kobiety — od wszystkich kobiet w ogóle. Zapragnęła nagle zobaczyć Ninę — bez wyraźnego celu. Nienawidziła i lękała się jej, ale czuła, że nieodparty jakiś popęd gna ją ku domowi Almayera, że pragnie spojrzeć w twarz białej kobiecie, zatopić wzrok w jej oczach i usłyszeć znów dźwięk głosu, za który Dain gotów narazić wolność, a nawet życie. Widywała przecież Ninę tyle razy, słyszała dzień w dzień jej głos przez długie miesiące. Cóż jest szczególnego w tej istocie? Jak się to dzieje, że Dain tak do niej przemawia, że oślepł na wszystko, co nią nie jest, że ogłuchł na wszystko — krom91 jej głosu?

Zostawiła tłum na wybrzeżu i szła bez celu wśród pustych chat. Walczyła wciąż z popędem, który ciągnął ją nieprzeparcie ku Ninie. Może zdoła zgłębić w jej oczach tajemnicę własnej niedoli? Słońce wznosiło się coraz wyżej, chłonąc cienie, i zalewało Taminę potokami blasku i dusznego żaru. Przechodziła z cienia w światło, ze światła w cień, wśród chat, krzewów i wyniosłych drzew, uchodząc nieświadomie przed cierpieniem skrytym we własnym sercu. W ostatecznej niedoli nie umiała złożyć modlitwy z prośbą o ulgę, nie znała żadnych niebios, do których by mogła słać błagania, i wędrowała przed siebie strudzonymi stopami w niemym zdumieniu i zgrozie wobec niesprawiedliwości mąk spadłych na nią bez powodu i bez miłosierdzia.

Krótka rozmowa z Reszydem i propozycja Abdulli pokrzepiły ją nieco, zwracając myśli w inną stronę. Niebezpieczeństwo grozi Dainowi. Dain kryje się przed białymi ludźmi: oto co zdołała zrozumieć ubiegłej nocy. Wszyscy mieli go za umarłego. Lecz Tamina wiedziała, że żyje, i wiedziała także, dokąd się schronił. Czego chcą Arabowie od białych ludzi? Czego chcą biali ludzie od Daina? Czyżby zamierzali go zabić? Mogłaby im wszystko powiedzieć... Nie, nie powie im nic! Przekradnie się do niego w nocy, sprzeda mu własne jego życie za słowo, za uśmiech — chociażby za skinienie — a potem będzie jego niewolnicą w odległej krainie, z dala od Niny. Ale czyhają różne niebezpieczeństwa. Jednooki Babalaczi wie wszystko, a żona białego jest czarownicą. Mogą zdradzić tajemnicę. A Nina? Trzeba pójść i zobaczyć.

Zboczyła w pośpiechu ze ścieżki i biegła ku domowi Almayera przez zarośla i gaj palmowy. Znalazła się z tyłu domu, gdzie szeroki rów pełen wody sączącej się z rzeki oddzielał kampung od reszty osady. Gąszcz krył przed jej wzrokiem rozległy dziedziniec z szopą kuchenną. Wykwitały stamtąd smukłe kolumienki dymu; dźwięk obcych głosów zdradzał, że „morscy ludzie” z wojennego statku już wylądowali i obozują między rowem a domem. Z lewej strony zbliżyła się do rowu któraś z niewolnic Almayera i schyliła się nad lśniącą wodą, szorując rondel. Na prawo szczyty drzew w bananowym lasku chwiały się i wstrząsały pod dotknięciem niewidzialnych rąk zrywających owoce. Na cichej wodzie rowu tkwiło kilka czółen uwiązanych do tęgiego pala, tworząc niemal rodzaj mostu tuż przed Taminą. Gwar na dziedzińcu rozsypywał się niekiedy w grad okrzyków, śmiechów i nawoływań, po czym ucichał stopniowo, aby po chwili znów wrzawą wybuchnąć. Wątły niebieski dym gęstniał, czerniejąc, rozwłóczył się wonnymi smugami po zatoce i owijał Taminę duszną oponą; potem, gdy ogień wgryzł się już w świeże polana, dym znikał w jasnym blasku słońca i tylko aromat pachnącego drzewa niósł się z powiewem od trzaskających ognisk.

Umieściła tacę na pniu i stała z oczyma zwróconymi w stronę domu, którego dach i część bielonej ściany widać było między krzewami. Niewolnica skończyła swoją pracę, spojrzała z ciekawością w stronę Taminy i zapuściła się znów w gęstwę krzaków ku dziedzińcowi. Tamina pozostała teraz w zupełnej samotności. Rzuciła się na ziemię i skryła twarz w rękach. Będąc już tak blisko, poczuła, że nie ma odwagi spojrzeć na Ninę. Za każdym razem, gdy rozlegały się krzyki, drżała w obawie, że usłyszy jej głos. Postanowiła czekać, aż się ściemni, i udać się wprost do kryjówki Daina. Z miejsca, gdzie leżała, mogła śledzić poruszenia białych i Niny — wszystkich przyjaciół Daina i wszystkich jego wrogów. Nienawidziła jednako i jednych, i drugich, gdyż i jedni, i drudzy chcieli jej go zabrać. Przytaiła się w bujnej trawie, oczekując zachodu słońca, które przeciągało w nieskończoność swoją wędrówkę po niebie.

Z drugiej strony rowu, za krzakami, majtkowie z fregaty, zaproszeni gościnnie przez Almayera, rozłożyli się obozem naokoło jasnych ognisk. Almayer pod wpływem próśb i nalegań Niny otrząsnął się wreszcie z apatii i znalazł się w porę na wybrzeżu, aby powitać oficerów. Dowodzący porucznik przyjął zaproszenie Almayera i zauważył, że tak czy owak mają do niego interes — może nawet nie bardzo przyjemny — dodał. Almayer ledwie go słyszał. Machinalnie podał rękę gościom i szedł naprzód ku domowi. Niejasno zdawał sobie sprawę z uprzejmych słów, którymi witał nieznajomych, choć powtarzał je po kilkakroć, wysilając się na swobodę. Zmieszanie jego nie uszło uwagi oficerów; starszy szepnął drugiemu na ucho, iż trzeźwość Almayera pozostawia wiele do życzenia. Młody podporucznik roześmiał się i wyraził nadzieję, że mimo to biały człowiek da im chyba coś do wypicia,

— Ten nie wygląda niebezpiecznie — dodał, gdy wstępowali powoli za Almayerem na schody werandy.

— Wcale nie, wygląda prędzej na głupca niż na łotra; słyszałem o nim — odparł starszy.

Zasiedli naokoło stołu. Almayer przyrządził trzęsącymi się rękoma cocktaile z ginu, poczęstował gości i pił razem z nimi, czując, jak z każdym łykiem wstępuje w niego siła, spokój i zdolność do pokonania wszelkich trudności. Nie wiedział, co się stało z brygiem, i nie podejrzewał prawdziwego celu wizyty oficerów. Miał niejasne wrażenie, że władze holenderskie przewąchały coś niecoś o handlu prochem, ale nie obawiał się niczego poza jakimś chwilowym kłopotem. Wychylił szklankę i jął swobodnie gawędzić, rozparty wygodnie w fotelu, z nogą przerzuconą przez poręcz. Porucznik siedział okrakiem na krześle, z żarzącym się cygarem w kącie ust, i z przebiegłym uśmiechem przysłuchiwał się Almayerowi zza gęstych kłębów dymu wymykających się przez zaciśnięte wargi. Młody podporucznik oparł łokcie o stół, głowę ujął w dłonie i spoglądał sennie, odurzony zmęczeniem i ginem. Almayer wciąż mówił:

— Wielka to przyjemność widzieć tu u nas białe twarze. Przez długie lata żyłem w zupełnej samotności. Panowie rozumiecie: Malaje — cóż to za towarzystwo dla białego człowieka! A przy tym oni nie są dla nas przyjaźnie usposobieni. Wcale nas nie rozumieją. To skończone łotry. Zdaje mi się, że jestem jedynym białym, który zamieszkuje na stałe wschodnie wybrzeże. Mamy tu czasem gości z Makassaru czy Singapuru — kupców, ajentów, badaczy, ale rzadko. Rok temu, a może i więcej, bawił tu pewien uczony. Mieszkał u mnie i pił od rana do nocy. Żył sobie wesoło przez kilka miesięcy, a kiedy zabrakło wreszcie trunków, które przywiózł ze sobą, wrócił do Batawii ze sprawozdaniem o mineralnych bogactwach w głębi wyspy. Ha, ha, ha! Dobre, co?

Urwał nagle i powiódł po gościach bezmyślnym wzrokiem. Oficerowie śmieli się, a on powtarzał wciąż to samo: „Dain nie żyje. Na nic wszystkie moje plany. Przepadła ostatnia nadzieja — wszystko przepadło”. Zamarło w nim serce. Uczuł się zmożony jak gdyby śmiertelną chorobą.

— To doskonałe! Znakomite! — wykrzykiwali obaj oficerowie.

Almayer otrząsnął się z przygnębienia w nowym przypływie gadatliwości.

— No, a co będzie z obiadem? Panowie macie z sobą kucharza! To doskonale! Jest tam szopa kuchenna w podwórzu. Mogę panom ofiarować gęś. Proszę popatrzeć na moje gęsi — jedyne gęsi na całym wybrzeżu, może i na całej wyspie. To jest kucharz panów? Bardzo dobrze. Słuchaj, Ali, zaprowadź tego Chińczyka do kuchni i powiedz mem Almayer, żeby pozwoliła mu się rozgościć. Moja żona, proszę panów, nigdy się nie pokazuje; co innego moja córka. Napijmy się jeszcze tymczasem. Gorący dzień dzisiaj.

Porucznik wyjął z ust cygaro, spojrzał krytycznie na popiół, strzepnął go i zwrócił się do Almayera:

— Mamy do pana niezbyt przyjemny interes — oświadczył.

— Bardzo mi przykro — odrzekł Almayer. — Ale to chyba nic ważnego?

— Pan uważa, że próba wysadzenia w powietrze czterdziestu ludzi nie jest czymś ważnym? Niewiele osób zgodzi się z pańskim zdaniem — odparł ostro oficer.

— Wysadzenia w powietrze? Co takiego? Nic nie wiem! — zawołał Almayer. — Któż to zrobił czy też chciał to zrobić?

— Człowiek, z którym łączą pana różne konszachty — odparł porucznik. — Przebywał tutaj pod mianem Daina Maruli. Pan dostarczył mu prochu, który znaleźliśmy na brygu opanowanym przez nas.

— Skąd pan dowiedział się o brygu? — spytał Almayer. — Nie wiem nic o żadnym prochu.

— Kupiec arabski z waszej osady doniósł o pańskich sprawkach do Batawii parę miesięcy temu — odrzekł oficer. — Czatowaliśmy na bryg przy ujściu rzeki, ale prześliznął się obok nas i musieliśmy ścigać tego łotra ku południowi. Dostrzegł nas, puścił się między skały i wpędził statek na brzeg. Załoga umknęła, nim zdołaliśmy się zbliżyć, a kiedy łodzie nasze podjechały do brygu, wyleciał z przeraźliwym hukiem w powietrze i zatopił najbliższe czółno. Dwóch ludzi utonęło — oto skutek pańskich matactw, panie Almayer. Chcemy teraz dostać w ręce tego Daina. Mamy wszelkie powody do przypuszczenia, że kryje się w Sembirze. Czy panu wiadomo, gdzie on jest? Radzę panu usprawiedliwić się wobec władz — tak dalece, jak to będzie możliwe — przez otwarte wyznanie. Gdzie jest ten Dain?

Almayer powstał i zbliżył się do balustrady. Zdawał się nie myśleć wcale o zapytaniu oficera. Spoglądał na wyciągnięte, sztywne ciało pod białą oponą, na którą spływał nikły blask czerwieni od słońca kłoniącego się wśród chmur ku zachodowi. Porucznik czekał na odpowiedź i zaciągał się raz po raz, usiłując rozpalić na wpół wygasłe cygaro. W głębi werandy Ali krzątał się cicho przy nakrywaniu stołu; ustawił uroczyście niedobrany i obtłuczony serwis, rozmieścił cynowe łyżki, widelce o wyłamanych zębach i noże z obluzowanymi rączkami, o ostrzach wyszczerbionych na kształt piły. Zapomniał już niemal, jak się nakrywa stół dla białych ludzi. Bardzo był zmartwiony, bo mem Nina nie chciała mu pomóc. Odstąpił wreszcie od stołu i spojrzał na swoje dzieło z podziwem i wielką dumą. Tak jest chyba dobrze, a jeżeli pan będzie się potem gniewał i wymyślał — tym gorzej dla mem Niny. Dlaczego nie chciała mu pomóc? I wysunął się z werandy, aby przynieść obiad.

— No, panie Almayer, czy pan odpowie mi tak szczerze, jak ja pana pytam? — odezwał się wreszcie porucznik po długim milczeniu.

Almayer odwrócił się i spojrzał na niego ze spokojem.

— Jeśli pan dostanie do rąk tego Daina, co pan z nim zrobi? — zapytał.

Twarz oficera poczerwieniała.

— To nie jest odpowiedź — rzekł zniecierpliwiony.

— A co pan zrobi ze mną? — ciągnął Almayer, nie zważając na jego słowa.

— Czy pan ma zamiar się targować? — warknął oficer — Zapewniam pana, że to zła taktyka. Nie dano mi na razie żadnych wskazówek co do pańskiej osoby; spodziewamy się, że pan nam pomoże ująć tego Malaja.

— Otóż to — przerwał Almayer — nie możecie nic robić beze mnie, a że znam dobrze tego człowieka, więc chcecie, abym pomógł go schwytać.

— Tego właśnie od pana oczekujemy — potwierdził oficer. — Złamał pan prawo, panie Almayer, powinien pan dać nam zadośćuczynienie.

— Aby siebie ocalić?

— No tak, do pewnego stopnia. Pańska głowa nie jest niebezpieczeństwie — dodał porucznik, zaśmiawszy się krótko.

— Więc dobrze — rzekł stanowczo Almayer — wydam wam tego człowieka.

Obaj oficerowie zerwali się na równe nogi, rozglądając się za odpasaną bronią. Almayer roześmiał się chrapliwie.

— Spokojnie, panowie! — zawołał. — Na wszystko przyjdzie czas. Będziecie go mieli po obiedzie.

— To nonsens — naglił porucznik. — Panie Almayer, tu nie ma żartów! Ten człowiek jest zbrodniarzem. Zasłużył na stryczek. Będziemy tu spokojnie jedli obiad, a on drapnie przez ten czas. Wiadomość o naszym przyjeździe...

Almayer podszedł do stołu.

— Daję panom słowo honoru, że nie ucieknie; trzymam go w bezpiecznym miejscu.

— Trzeba go uwięzić przed zmrokiem — zauważył młodociany podporucznik.

— Będzie pan odpowiadał, jeśli nam się nie uda. Jesteśmy w pogotowiu, ale nie możemy nic zrobić bez pana — dodał starszy, nie tając zniecierpliwienia.

Almayer kiwnął potakująco głową.

— Ręczę słowem honoru — powtórzył. — A teraz siadajmy do stołu — dodał żywo.

We drzwiach ukazała się Nina. Przystanęła na chwilę, usunąwszy firankę przed Alim i starą Malajką, którzy wnieśli półmiski, po czym zbliżyła się do trzech mężczyzn stojących obok stołu.

— Niechże panowie pozwolą — rzekł pompatycznie Almayer. — Oto moja córka. Nino, panowie są oficerami z przybyłej dziś fregaty; uczynili mi zaszczyt, przyjmując moje zaproszenie.

Nina skłoniła powoli głowę, odpowiadając na niskie ukłony obu oficerów, i siadła przy stole naprzeciw ojca. Nadszedł sternik z szalupy, niosąc kilka butelek wina.

— Czy pozwoli mi pan postawić to na stole? — spytał porucznik Almayera.

— Jak to! Wino? To bardzo uprzejmie z pańskiej strony. Ależ naturalnie! W moim domu wcale nie ma wina. Ciężkie czasy!

Głos zadrżał mu przy ostatnich słowach. Uświadomił sobie znów z całą jaskrawością, że Dain nie żyje; poczuł, jak gdyby niewidzialna ręka zaciskała mu się wokoło gardła. Goście odkorkowywali wino, a on sięgnął po butelkę ginu i pociągnął długi łyk. Porucznik, który rozmawiał z Niną, obrzucił go krótkim wejrzeniem. Młodociany podporucznik ochłonął już trochę z podziwu i zmieszania, jakie go ogarnęło z chwilą niespodziewanego pojawienia się Niny na widok niezmiernej jej piękności. „Bardzo piękna i imponująca — rozmyślał — ale koniec końców to przecież Metyska!” Ta myśl sprawiła, że zebrał się na odwagę i spojrzał bokiem na Ninę. Spokój powlekał jej twarz, rozmawiała cichym, równym głosem ze starszym oficerem, który rozpytywał uprzejmie o kraj i o tryb jej życia. Almayer odepchnął talerz i pił wino swych gości w ponurym milczeniu.