Rozdział siódmy
Po burzliwej nocy nastał jasny, przejrzysty poranek. Ścieżka wiodąca od niskiego brzegu Pantai do wrót osiedla Abdulli tonęła w blasku wczesnego słońca. Tego ranka była pusta i słała się między kępami palm ciemnożółtym szlakiem udeptanym twardo przez bose nogi. Cienie wyniosłych pni przekreślały ją w nieregularnych odstępach ostrymi, czarnymi liniami, a sylwetki liściastych głów palmowych padały ponad dachami domów stojących nad brzegiem Pantai, hen, aż na samą rzekę, która płynęła szybko i cicho obok opustoszałych chat. Na wąskim pasie wydeptanej trawy między zabudowaniami a ścieżką kurzyły się porzucone ogniska; cienkie, żłobione kolumienki dymu wykwitały z nich w chłodnym powietrzu, zasnuwając słoneczną pustkę osady przejrzystą gazą tajemniczej niebieskawej mgły. Almayer wstał dopiero co z hamaku i wodził sennym wzrokiem po Sembirze, dziwiąc się jego martwemu wyglądowi. W domu panowała także głucha cisza. Nie słyszał ani głosu żony, ani kroków Niny, krzątającej się zwykle o tej porze w wielkim pokoju, który łączył się z werandą. Pokój ów zwany był salonem w chwilach, gdy Almayer chciał podkreślić wobec białych swoje kulturalne potrzeby i nawyknienia. Nikt w tym salonie nigdy nie siadywał; zresztą nie było i na czym siedzieć, bo pani Almayer zniszczyła w napadach wściekłości całe umeblowanie. Podniecona wspomnieniami z korsarskich swoich czasów, zrywała z okien firanki na sarongi dla dziewcząt służebnych, a okazałe meble paliła po kawałku, aby ugotować ryż. Lecz Almayer nie myślał o tym w danej chwili; rozpamiętywał powrót Daina i jego nocne widzenie się z Lakambą. Jaki wpływ będzie miała ich narada na wykonanie z dawna obmyślonych planów, tak bliskich urzeczywistnienia? Niepokoiła go nieobecność Daina, który obiecał zjawić się wczesnym rankiem. „Miał aż nadto czasu, aby przeprawić się przez rzekę — rozmyślał Almayer. — Tyle jest dziś jeszcze do roboty! Trzeba obmyślić szczegóły jutrzejszego wczesnego wyjazdu, trzeba spuścić łodzie na rzekę — i w ogóle chodzi o mnóstwo rzeczy, które nasuwają się dopiero w ostatniej chwili. Wyprawa musi być zorganizowana bez zarzutu; nie wolno niczego zapomnieć ani zaniedbać, ani też...”
Ogarnęło go nagle poczucie niezwykłego osamotnienia. Zatęsknił za czyimkolwiek głosem, choćby to był nienawistny głos żony — aby tylko położyć kres złowróżbnej ciszy, w której zalękniona wyobraźnia przeczuwała zwiastunkę nowego nieszczęścia.
— Cóż się stało? — mruknął i poczłapał do balustrady w zsuwających się z nóg pantoflach. — Czy wszyscy pospali się, czy też wymarli?
Osada jednak żyła, i to nawet bardzo intensywnie. Ocknęła się już o bladym świcie, gdy Mahmat Bandżar w przypływie niesłychanej energii dźwignął się z posłania i wziąwszy siekierę, przestąpił przez postacie swoich dwóch śpiących żon. Drżąc z chłodu, szedł nad brzeg rzeki, aby sprawdzić, czy woda nie porwała domku, który tam zbudował.
Przedsiębiorczy Mahmat umieścił swoją nową chatę na dużej tratwie, przymocowanej bezpiecznie u błotnistego przylądka, przy zbiegu obu ramion Pantai. Wybrał miejsce, gdzie chata była zabezpieczona przed pniami ocierającymi się o przylądek w czasie wylewu. Mahmat szedł przez wilgotną trawę, szczękając zębami, i przeklinał po cichu twarde wymagania codziennego życia, które wyganiały go z ciepłego posłania w chłód poranny. Rzuciwszy okiem, przekonał się, że chata stoi na miejscu. Powinszował sobie przezorności w umieszczeniu jej, bo coraz jaśniejsze światło dnia ukazało mu pogmatwane szczątki drzew, osiadłych na błotnistej mieliźnie, splecione gałęźmi w bezkształtną tratwę. Wir powstały u zbiegu obu ramion rzeki szarpał tą plątaniną gałęzi i kłód, uderzając i trąc je o siebie. Mahmat zszedł aż do wody, aby opatrzyć liny z rotanu, którymi chata była przymocowana. Słońce wysunęło się właśnie zza lasu na przeciwległym brzegu rzeki. Pochylony nad wiązadłami, spojrzał obojętnie na gmatwaninę pni miotających się niespokojnie i dostrzegł widać coś niezwykłego, bo upuścił nagle siekierę i wyprostował się, ocieniając ręką oczy przed promieniami wschodzącego słońca. Dojrzał jakiś czerwony przedmiot, po którym przewalały się kłody, otaczając go lub też zwierając się nad nim. Zrazu wydało się Mahmatowi, że to kawał czerwonego materiału, ale wnet spostrzegł swoją pomyłkę i podniósł wielki wrzask.
— Ah, ja! Tam w wodzie, tam jest człowiek między kłodami! — Przytknął dłonie do ust i krzyczał, zwrócony w stronę osady, wymawiając wyraźnie sylaby. — Tu w wodzie są czyjeś zwłoki! Chodźcie zobaczyć! Jakiś obcy trup!
Kobiety z najbliższego domku krzątały się już na dworze przy rozniecaniu ognisk i łuskały ryż na śniadanie. Ostrymi głosami podjęły wezwanie Mahmata, które przewędrowało całą osadę od chaty do chaty i zamarło w oddali. Mężczyźni, podnieceni wieścią, wypadli z chat, biegnąc w milczeniu ku błotnistemu cyplowi, gdzie nieczułe kłody zwierały się, tarły i przewalały nad nieznajomym trupem z tępą zawziętością właściwą bezdusznym przedmiotom. Za mężczyznami śpieszyły kobiety, zaniedbując domowe obowiązki i lekceważąc sobie skutki takiego postępowania, a na samym końcu biegły z radosnym świergotem gromadki dzieci upojonych nieoczekiwanymi wrażeniami.
Almayer zawołał głośno na żonę i córkę, nie otrzymał jednak żadnej odpowiedzi. Znieruchomiał, nasłuchując pilnie. Słaby, oddalony gwar tłumu dosięgnął go teraz, świadcząc, że dzieje się coś niezwykłego. Ruszył ku schodom, lecz spojrzawszy ku rzece, wstrzymał się nagle na widok czółenka płynącego od strony osiedla radży. Samotny wioślarz, w którym Almayer rozpoznał niebawem Babalacziego, przeprawił się przez rzekę i płynął teraz ku pomostowi pasmem cichej wody wzdłuż brzegu. Wylazł powoli z czółenka i jął przytwierdzać je z przesadną starannością, jak gdyby pragnął odwlec chwilę spotkania z białym, spoglądającym ku niemu z werandy. Ta zwłoka pozwoliła Almayerowi zauważyć ze zdumieniem urzędowy strój Babalacziego. Sembirski statysta przybrany był odpowiednio do wysokiego stanowiska: jaskrawy sarong w kraty ujmował jego biodra, a z gęstych fałd u pasa sterczała srebrna rękojeść krisa, który oglądał światło dzienne tylko podczas wielkich uczt lub też urzędowych przyjęć. Przez lewe ramię i nagą pierś wiekowego dyplomaty biegł błyszczący, lakierowany pas ze skóry, opatrzony mosiężną tabliczką z herbem Niderlandów i napisem: „Sułtan Sembiru”. Głowa Babalacziego okręcona była czerwonym turbanem, zdobionym frędzlami, spadającymi na lewy policzek i ramię, co nadawało zwiędłej twarzy Malaja pocieszny wyraz zuchowatej wesołości. Przymocowawszy wreszcie czółno należycie, wyprostował się, strzepnął fałdy sarongu i ruszył wielkimi krokami ku domowi, podpierając się wysoką hebanową laską, której złota rękojeść, nasadzona drogocennymi kamieniami, skrzyła się w rannym słońcu. Almayer wyciągnął rękę na prawo w kierunku cypla, niewidocznego z miejsca, w którym stał; z pomostu widać go było jednak dokładnie.
— Babalaczi, hej, Babalaczi! — zawołał. — Cóż się tam dzieje? Czy widzisz?
Babalaczi przystanął i wpatrzył się uważnie w tłum na wybrzeżu. Almayer zobaczył po chwili, że Babalaczi zbacza ze ścieżki, zbiera w garść fałdy sarongu i puszcza się przez mokrą trawę na przełaj ku błotnistemu przylądkowi. Zaintrygowany, zbiegł ze schodów; usłyszał teraz wyraźnie gwar męskich głosów i przenikliwe krzyki kobiece. Znalazłszy się za domem, ujrzał na niskim przylądku ciżbę89 ludzi tłoczącą się naokoło czegoś, co wzbudzało ogólne zaciekawienie. Doszedł go głos Babalacziego; widział, jak tłum rozstąpił się przed nim i pochłonął go z gorączkowym gwarem, wzrastającym stopniowo aż do głośnej wrzawy.
Gdy Almayer był już blisko tłumu, oderwał się od ciżby jakiś człowiek i biegł ku osadzie, nie odpowiadając wcale na jego wołania, aby zatrzymał się i wyjaśnił przyczynę tego poruszenia. Wreszcie Almayer dopadł zbitej gromady, lecz prosił na próżno, aby go przepuszczono; nikt się nie usunął, gdy usiłował przepchnąć się ku brzegowi.
Torował sobie drogę powoli i ostrożnie, gdy nagle wydało mu się, że słyszy głos żony dochodzący z największego tłoku. Nie mylił się, był to rzeczywiście jej krzykliwy głos, lecz słychać go było tak niewyraźnie, że nie mógł zrozumieć, o co chodzi. Przestał się przepychać i zwrócił się do otaczających, aby zasięgnąć wyjaśnień, gdy wtem ostry i przeciągły krzyk rozdarł powietrze. Ucichła wrzawa, zamilkły głosy ludzi odpowiadających Almayerowi, a on sam skamieniał ze zdumienia i zgrozy: był już pewien, że jego żona zawodzi nad umarłym. Przypomniał sobie nagle zagadkową nieobecność Niny i oszalały z niepokoju o nią rzucił się przed siebie na oślep, a tłum ustępował przed jego wściekłym naporem z okrzykami zdumienia i bólu.
Na wąskim cyplu leżały wydobyte spośród kłód zwłoki nieznajomego, otoczone pierścieniem tłumu. Obok trupa stał Babalaczi; wsparł się brodą o rękojeść laski i wlepił nieporuszenie jedyne oko w bezkształtną masę zdruzgotanych członków, poszarpanego ciała i krwawych łachmanów. Gdy Almayer przebił się wreszcie przez ciżbę struchlałych widzów, żona jego zarzuciła zasłonę na twarz topielca, przykucnęła obok zwłok i zawyła ponuro po raz drugi, budząc dreszcz przerażenia w oniemiałym tłumie. Ociekający wodą Mahmat zwrócił się do Almayera, żądny powtórzyć swoje opowiadanie.
Gdy minął poryw przerażenia i rozpaczy, Almayer uległ tak silnej reakcji, że blask słońca śćmił mu się w oczach; przestał rozumieć, co mówią koło niego. Kiedy potężnym wysiłkiem woli odzyskał panowanie nad sobą, usłyszał słowa Mahmata:
— To było tak, tuanie. Sarong zaczepiony był o złamaną gałąź, a on wisiał z głową zanurzoną w wodzie. Kiedy rozpoznałem, co to jest, chciałem się tego pozbyć. Chciałem go wyciągnąć spomiędzy kłód i puścić z prądem. Dlaczego mamy grzebać obcego człowieka pośród chat, aby duch jego straszył nasze żony i dzieci? Czy nie dosyć duchów tu się już wałęsa?
Potakujący gwar rozległ się w tłumie i zgłuszył opowiadanie. Mahmat spojrzał z wyrzutem na Babalacziego.
— Ale tuan Babalaczi kazał mi wyciągnąć zwłoki na brzeg — mówił dalej, zwrócony do Almayera, wodząc oczami po słuchaczach — i wyciągnąłem go za nogi; przywlokłem go tutaj przez błoto, choć serce moje pragnęło widzieć, jak popłynie w dół rzeki. Byłby może wylądował na polance Bulangiego... Oby grób jego ojca został pohańbiony!
Stłumione śmiechy zabrzmiały z kilku stron, gdyż nieprzyjaźń Mahmata i Bulangiego była faktem powszechnie znanym i stanowiła niewyczerpany przedmiot zainteresowania dla mieszkańców Sembiru. Wśród ogólnej wesołości rozległ się znowu lament pani Almayer.
— Allahu! Cóż się stało tej kobiecie! — wykrzyknął gniewnie Mahmat. — Dotknąłem ścierwa, które nie wiadomo skąd tu się przyplątało, i pokalałem się przed spożyciem ryżu. I to wszystko na rozkaz tuana Babalacziego, aby przypodobać się białemu człowiekowi. Czy jesteś zadowolony, tuanie Almayer? A co ja będę miał za to? Tuan Babalaczi powiedział, że dostanę jakąś nagrodę — i to od ciebie, tuanie. Pomyśl tylko! Zostałem pokalany przez tego trupa, a przy tym mógł na mnie paść urok. Spójrz na te złote obręcze! Kto kiedy widział, żeby trup zjawiał się się nocą wśród pni z takimi kółkami na nogach! To są czary. Jednakże — dodał Mahmat po chwili zastanowienia — wezmę sobie te kółka, jeśli można, bo mam czarodziejski środek na duchy i nie boję się ich. Bóg jest wielki!
Nowy wybuch hałaśliwego lamentu pani Almayer przerwał Mahmatowi. Zmieszany Almayer popatrzył kolejno na żonę, Mahmata, Babalacziego i wreszcie jak urzeczony zatrzymał wzrok na zwłokach, które leżały w błocie z zakrytą twarzą. Zmiażdżone członki powyginały się dziwacznie, a jedna z rąk, wykręcona i pogruchotana, wyciągnięta była w bok; w kilku miejscach sterczały z niej białe kości przez poszarpane ciało. Rozpostarte palce tej ręki dotykały prawie nogi Almayera.
— Czy wiesz, kto to taki? — zapytał cicho Babalacziego.
Babalaczi poruszył z lekka wargami, ale hałaśliwy lament pani Almayer zgłuszył szept jego odpowiedzi, przeznaczonej tylko dla uszu Almayera.
— Tak chciało przeznaczenie. Spójrz do swoich stóp, biały człowieku. Widzę na tych poszarpanych palcach pierścień, który znasz dobrze.
Mówiąc to, Babalaczi postąpił niedbale naprzód i nadepnął niby niechcący na wyciągniętą rękę trupa, wciskając ją w miękkie błoto. Machnął groźnie laską w stronę tłumu, który cofnął się nieco.
— Odejdźcie — rzekł z powagą — i odeślijcie kobiety do domowych ognisk. Nie powinny rzucać domu i gapić się na nieznajomego trupa. Tu jest robota dla mężczyzn. Zabieram zwłoki w imieniu radży. Tylko niewolnicy tuana Almayera mają ze mną pozostać. Odejdźcie.
Tłum zaczął się rozchodzić, ociągając się niechętnie. Pierwsze ruszyły kobiety, wlokąc za sobą dzieci, które wieszały się u rąk matczynych i ciągnęły je w tył całym ciężarem. Za nimi szli z wolna mężczyźni w ruchomych zmiennych grupkach, topniejących w miarę zbliżania się do osady; każdy przyśpieszał kroku, myśląc o oczekującym go rannym ryżu. Tylko na lekkim wzniesieniu, skąd wybrzeże zbiegało ku błotnistemu przylądkowi, pozostało kilku ludzi, przyjaciół lub też wrogów Mahmata; przypatrywali się z ciekawością gromadce otaczającej zwłoki.
— Nie rozumiem ciebie, Babalaczi — rzekł Almayer. — O jakim mówisz pierścieniu? Kimkolwiek jest ten biedak... patrz, wdeptałeś w błoto jego rękę. Odsłoń mu twarz — zwrócił się do pani Almayer, która przykucnęła przy głowie trupa i kiwała się nad nim, wstrząsając od czasu do czasu potarganymi, siwymi splotami i mrucząc coś ponuro.
— Hai! — wykrzyknął Mahmat, który ociągał się jeszcze z odejściem. — Popatrz, tuanie, kłody zwarły się tak — tu przycisnął dłoń do dłoni — a głowa jego musiała dostać się w środek, bo nie ma już twarzy, którą byś mógł oglądać. Jest tam jego ciało i kości, i nos, i usta, a pewnie i jego oczy — ale nikt nie rozróżni jednego od drugiego. W dniu, kiedy się urodził, zostało zapisane, że żaden człowiek nie będzie mógł spojrzeć na niego po śmierci i powiedzieć: oto twarz mojego przyjaciela.
— Cicho, Mahmacie! Dosyć tego — rzekł Babalaczi. — A nie gap się tak na jego złotą obręcz, ty zjadaczu świńskiego mięsa. Tuanie Almayer — dodał, zniżywszy głos — czy widziałeś Daina dziś rano?
Almayer otworzył szeroko oczy i zaniepokoił się.
— Nie — odparł prędko — a tyś go widział? Czy nie ma go u radży? Czekam na niego; dlaczego nie przychodzi?
Babalaczi pokiwał smutnie głową.
— On przyszedł, tuanie. Opuścił nas w nocy podczas tej wielkiej burzy, kiedy rzeka bardzo się gniewała. Noc była zupełnie ciemna, ale w jego sercu gorzał płomień, który rozjaśniał mu drogę. Rzeka wydała mu się gładka jak woda w wąskiej cieśnince, a rozpędzone kłody nie większe od źdźbeł suchej trawy. Więc popłynął — i oto leży tutaj — Babalaczi wskazał głową na trupa.
— Skąd wiesz, że to on? — krzyknął gorączkowo Almayer. Odepchnął żonę, zerwał nakrycie i wpatrzył się w bezkształtną miazgę ciała, włosów i schnącego błota leżącą na miejscu, gdzie była twarz topielca.
— Nikt nie rozpozna — dodał i wzdrygnął się ze zgrozą.
Tymczasem Babalaczi ukląkł, obcierając z błota palce wyciągniętej ręki. Powstał i błysnął przed oczami Almayera złotym pierścieniem o wielkim, zielonym kamieniu.
— Znasz dobrze ten pierścień — rzekł — nie schodził on nigdy z ręki Daina. Musiałem poszarpać palec, aby go zdjąć. Czy mi teraz wierzysz?
Almayer podniósł ręce do głowy i opuścił je bezwładnie w przystępie ostatecznej rozpaczy. Babalaczi przyglądał mu się ciekawie i zobaczył ze zdumieniem uśmiech na jego twarzy. Dziwne urojenie opanowało mózg Almayera, zmącony tym nowym ciosem. Przywidziało mu się, że przez wiele lat spadał w głęboką przepaść. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu spadał nieustannie; była to gładka, krągła, mroczna przepaść, której czarne ściany sunęły w górę z nużącą szybkością. Zdawało mu się, że słyszy jeszcze odgłos tego zawrotnego spadania. Nagle doznał straszliwego wstrząsu: runął na dno i — o dziwo! — oto jest żywy i cały, a Dain leży martwy z pogruchotanymi kośćmi. Uderzyło go to jako rzecz zabawna. Nieżywy Malaj; tak wielu nieżywych Malajów oglądał bez najmniejszego wzruszenia — a teraz czuje, że płacz go chwyta za gardło, ale nie nad Malajem; żal mu białego człowieka, który spadł w głęboką przepaść, a nie zabił się. Wydało mu się, że stoi tak jakby z boku, w pewnym oddaleniu — i przygląda się niejakiemu Almayerowi, który jest w bardzo ciężkich opałach. Biedny, biedny człowiek! Dlaczego nie poderżnie sobie gardła? Chciałby zachęcić go do tego i ujrzeć, jak Almayer padnie martwy na trupa Daina. Dlaczego nie umiera, aby położyć kres męce? Jęknął mimo woli i zląkł się swojego głosu. Czy ogarnia go szaleństwo? W najwyższym przerażeniu rzucił się ku domowi, powtarzając ciągle: „Ja nie zwariowałem! Nie, nie — naturalnie, że nie!” Starał się przyswoić sobie dokładnie tę myśl. „Nie jestem wariatem, nie jestem wariatem!” Potknął się, wbiegając na oślep na schody i coraz prędzej powtarzał te słowa, w których zdawał się widzieć ratunek. Zobaczył przed sobą Ninę i chciał jej coś powiedzieć, ale nie mógł sobie przypomnieć co; pochłonął go szalony wysiłek, aby nie stracić ani na chwilę świadomości, że nie jest wariatem. Powtarzał wciąż to samo, biegając naokoło stołu, aż potknął się wreszcie o fotel i padł nań wyczerpany. Utkwił dziki wzrok w Ninie, wciąż zapewniając siebie po cichu, że jest przy zdrowych zmysłach, i zdziwił się, że dziewczyna cofa się przed nim z przestrachem w oczach. Cóż jej się stało? Co za głupota! Walnął pięścią w stół i krzyknął ochrypłym głosem: „Dżinu! Prędko!”. Nina wybiegła, a on siedział w fotelu cicho i spokojnie, zdziwiony hałasem, jaki wywołał.
Wróciła ze szklanką nalaną do połowy ginem. Zastała ojca wpatrzonego bezmyślnie przed siebie; czuł się teraz bardzo zmęczony — jak po powrocie z długiej podróży. Miał wrażenie, że uszedł tego ranka wiele kilometrów, i spragniony był wypoczynku. Wziął szklankę trzęsącą się ręką i zaczął pić, dzwoniąc zębami o szkło; wysączywszy gin do ostatniej kropli, stuknął ciężko szklanką o stół. Podniósł z wolna oczy na Ninę stojącą obok niego i rzekł spokojnym głosem:
— Wszystko przepadło, Nino. On nie żyje, a ja mogę popalić moje łodzie.
Czuł się dumny, że jest w stanie mówić tak spokojnie. Najwidoczniej obłąkanie już mu nie grozi; ta pewność jest bardzo kojąca. Opowiedział o znalezieniu zwłok, przysłuchując się z upodobaniem własnemu głosowi. Nina stała spokojnie z ręką opartą lekko o ramię ojca. Twarz jej była nieporuszona, lecz i rysy, i cała postawa wyrażały natężoną, trwożną uwagę.
— Więc Dain nie żyje — odezwała się chłodno, gdy zamilkł głos ojca.
Sztuczny spokój Almayera ustąpił w mgnieniu oka gwałtownemu wybuchowi oburzenia.
— Stoisz przede mną jak słup — krzyknął gniewnie — i mówisz tak, jakby to była fraszka. Tak, Dain nie żyje! Czy rozumiesz? Nie żyje! Cóż to cię obchodzi! Nigdy o mnie nie dbałaś; patrzyłaś obojętnie, jak wysilam się, haruję i walczę; nigdy nie widziałaś moich cierpień, nigdy! Nie masz serca i nie masz duszy, bo inaczej byłabyś zrozumiała, że pracowałem tylko dla ciebie, dla twojego szczęścia! Chciałem być bogaty, chciałem się stąd wydostać, chciałem widzieć, jak biali ludzie będą się gięli nisko przed potęgą twojej piękności i twojego bogactwa. Choć jestem stary, pragnąłem znaleźć się w obcym kraju, wśród obcej cywilizacji i rozpocząć nowe życie, aby napatrzyć się twojemu powodzeniu, twoim tryumfom, twojemu szczęściu. Tylko dlatego dźwigałem cierpliwie brzemię pracy, zawodów i upokorzeń wśród tych dzikich. I już miałem szczęście prawie że w ręku!
Spojrzał na uważną twarz córki i zerwał się, przewracając fotel.
-– Słyszysz? Miałem szczęście pod ręką — o, tak tylko sięgnąć! — Zamilkł, usiłując poskromić rosnący gniew, ale nie potrafił się opanować.
— Czy ty nic nie czujesz? — ciągnął. — Czy nie wiesz, co to nadzieja? — Milczenie Niny rozjątrzało go; podnosił głos coraz bardziej, choć starał się wciąż zapanować nad sobą.
— Czy miło ci żyć wśród nędzy i oczekiwać na śmierć w tej nikczemnej dziurze? Nino, odezwijże się! Czy nie ma w tobie litości? Czy nie znajdziesz ani słowa pociechy? A ja cię tak kochałem!
Czekał przez chwilę i nie słysząc odpowiedzi, potrząsnął pięścią przed oczami córki.
— Widzę, że jesteś idiotką! — wrzasnął.
Poszukał wzrokiem fotela, podniósł go i siadł sztywno. Gniew jego wygasł; zawstydzony był swoim wybuchem, ale przyniosła mu ulgę świadomość, że odsłonił przed córką istotną treść swego życia. Myślał tak w najlepszej wierze i łudził się co do pobudek swojego postępowania, nie zdając sobie sprawy, jak dalece drogi jego są zawiłe, cel nierealny, a żale jałowe. Wielka, tkliwa miłość do córki przepełniała mu serce. Chciał widzieć ją nieszczęśliwą, aby cierpieć z nią razem, ale pragnął tego w sposób właściwy naturom słabym, które tęsknią za współczuciem i narzucają swoje cierpienia ludziom najzupełniej wobec nich niewinnym. Gdyby Nina cierpiała, zrozumiałaby go i współczułaby mu, a tymczasem ona nie chce czy nie może znaleźć ani słowa pociechy i miłości wobec jego strasznej niedoli. Poczucie zupełnego osamotnienia owładnęło Almayerem z taką siłą, że dreszcz nim wstrząsnął. Zachwiał się i padł twarzą na stół z wyciągniętymi sztywno rękami. Nina przysunęła się szybko do ojca i patrzyła na siwą głowę, na szerokie barki drgające konwulsyjnie pod wpływem uczuć, które znalazły wreszcie ujście we łzach i łkaniu.
Odeszła od stołu z głębokim westchnieniem. Rysy jej straciły pozór kamiennej obojętności, który doprowadził Almayera do wybuchu gniewu i żalu; wyraz jej twarzy uległ teraz, gdy ojciec na nią nie patrzył, nagłej zmianie. Gdy błagał ją o współczucie, o słowo pociechy, słuchała z pozorną obojętnością, choć w sercu jej zmagały się sprzeczne porywy; wstrząsnęły nią wypadki, których nie przewidziała, a w każdym razie nie spodziewała się, że nastąpią tak prędko. Poruszona była do głębi rozpaczą Almayera; wiedząc, że może zapobiec jego męce jednym jedynym słowem, gorąco pragnęła je wypowiedzieć, a jednocześnie słyszała ze zgrozą głos przemożnej miłości nakazujący jej milczenie. Poddała się po krótkiej i dzikiej walce, stoczonej przez dawne „ja” z nowymi prawami jej życia. Uzbroiła się w zupełne milczenie, jedyną tarczę przeciw jakiejś zgubnej słabości. Nie ufała sobie tak dalece, że bała się wyszeptać słowo lub uczynić najlżejszy ruch, aby nie powiedzieć za wiele; i właśnie ta gwałtowność uczuć szalejących w najtajniejszych głębiach duszy pozornie obróciła ją w kamień. Tylko rozdęte nozdrza i pałające oczy świadczyły o miotającej nią burzy, lecz Almayer nie dostrzegł wzruszenia córki, bo wzrok jego był zmącony przez rozpamiętywanie swej niedoli, gniew i rozpacz.
Gdyby był spojrzał na Ninę wspartą teraz o poręcz werandy, zobaczyłby, że obojętność ustępuje z jej twarzy; głęboki ból odmalował się w jej oczach, a cudownie piękne rysy ściągnął wyraz czujnego niepokoju. Wysoka trawa porastająca zapuszczone podwórze stała przed Niną, wyprężona w żarze południa. Od strony rzeki zbliżały się głosy i szelest bosych nóg; słychać było, jak Babalaczi daje wskazówki ludziom Almayera. Wreszcie zza węgła ukazał się szczupły korowód ze zwłokami topielca; pani Almayer otwierała pochód, głośno zawodząc, a Babalaczi szedł obok zwłok i niósł w ręku kółko zdjęte z nogi trupa. Mahmat trzymał się nieśmiało w tyle, w nadziei, że nie minie go obiecana nagroda.
— Złóżcie go tutaj — rzekł Babalaczi do ludzi Almayera, wskazując na stos desek suszących się przed werandą. — Złóżcie go tutaj. Był kafirem90 i synem psa, i przyjacielem białego człowieka. On pił mocną wodę białego człowieka — dodał z udanym wstrętem. — Sam to widziałem.
Niewolnicy złożyli pogruchotane zwłoki na dwóch zsuniętych deskach; pani Almayer nakryła je kawałem białego płótna i poszeptawszy czas jakiś z Babalaczim, odeszła do zajęć domowych. Ludzie Almayera rozproszyli się w poszukiwaniu cienistych zakątków, gdzieby mogli dzień cały przepróżniaczyć. Babalaczi pozostał sam przy trupie, który leżał sztywny pod białym płótnem w jaskrawym blasku słońca.
Nina zeszła ze schodów i zbliżyła się do Babalacziego; sembirski dyplomata podniósł rękę do czoła i przykucnął z wielkim szacunkiem.
— Przyniosłeś złotą obręcz — rzekła Nina, spoglądając na zadartą twarz Babalacziego i samotne jego oko.
— Przyniosłem, mem putih — potwierdził ugrzeczniony mąż stanu i zwróciwszy się do Mahmata, kiwnął na niego, wołając:
— Chodź no tu bliżej!
Mahmat zbliżył się z pewnym wahaniem. Starał się nie patrzeć na Ninę, lecz utkwił wzrok w Babalaczim.
— A teraz słuchaj — rzekł ostro Babalaczi. — Widziałeś pierścień i bransoletę i wiesz, że nie należą do nikogo innego, tylko do kupca Daina. Dain przyjechał wczoraj łódką późnym wieczorem. Po rozmowie z radżą opuścił nas w nocy, aby przeprawić się do domu białego człowieka. Woda była bardzo wielka — i dziś rano znalazłeś go w rzece.
— Wyciągnąłem go za nogi — mruknął po cichu Mahmat. — Tuanie Babalaczi, a moja nagroda! — wykrzyknął głośno.
Babalaczi podniósł złotą bransoletę do oczu Mahmata.
— To, co ci powiedziałem, przeznaczone jest dla wszystkich uszu. To, co ci daję, przeznaczone jest jedynie dla twoich własnych oczu. Bierz!
Mahmat wziął skwapliwie złote kółko i schował je w fałdach pasa.
— Nie głupim pokazywać taką rzecz w domu, gdzie są trzy kobiety — mamrotał. — Ale opowiem im o kupcu Dainie, będą miały o czym gadać.
Odwrócił się i odszedł, a za osiedlem Almayera przyśpieszył zaraz kroku.
Babalaczi spoglądał za nim, póki nie znikł za krzakami.
— Czy dobrze zrobiłem, mem putih? — spytał pokornie, zwracając się do Niny.
— Tak — odrzekła Nina. — Pierścień możesz sobie zatrzymać.
Babalaczi dotknął ust i czoła i dźwignął się z ziemi. Spojrzał na Ninę, jakby oczekiwał dalszych jej słów, lecz ona zwróciła się ku domowi i weszła na schody, odprawiając go skinieniem ręki.
Babalaczi podniósł laskę i zabierał się do odejścia. Bardzo było gorąco i nie miał wcale ochoty przeprawiać się przez rzekę w taki upał. Ale trudno — musi zawiadomić radżę o nieprzewidzianych wypadkach, o zmianie planów, o wszystkich swoich podejrzeniach. Znalazłszy się na pomoście, zaczął rozplątywać linę z rotanu, którą czółno było przywiązane.
Rozległa powierzchnia dolnego biegu rzeki mieniła się olśniewającym blaskiem. Pokrywały ją czarne plamki czółen rybackich, które zdawały się brać udział w jakichś szalonych wyścigach. Babalaczi przestał odwiązywać czółno i spojrzał z nagłym zainteresowaniem. Rybak z najbliższej łódki, znalazłszy się na odległość głosu od chat stojących na skraju osady, złożył wiosło i stanął w łódce, krzycząc:
— Łodzie, łodzie! Wojenne łodzie jadą! Są już tutaj!
W mgnieniu oka osada zaroiła się znów ludźmi biegnącymi ku rzece. Mężczyźni odwiązywali czółna, kobiety skupiły się w gromadki, spoglądając ku zakrętowi w dole rzeki. Nad drzewami porastającymi brzegi ukazał się lekki kłąb dymu niby czarna skaza na wspaniałym lazurze przeczystego nieba.
Babalaczi stał z liną w ręku, zaskoczony tym widokiem. Spojrzał w dół rzeki, potem w górę ku domowi Almayera i znowu zwrócił się w dół, niepewny, co ma robić. Wreszcie przywiązał czółno z powrotem, rzucił się ku domowi i wbiegł po schodach na werandę.
— Tuanie, tuanie! — zawołał gorączkowo. — Łodzie jadą, wojenne łodzie. Przygotuj się, tuanie. Oficerowie przyjdą do ciebie, wiem to na pewno!
Almayer dźwignął powoli głowę ze stołu i spojrzał na niego tępym wzrokiem.
— Mem putih! — krzyknął Babalaczi do Niny. — Popatrz tylko! On nic nie słyszy. Musisz bardzo uważać — dodał znacząco.
Nina skinęła głową z bladym uśmiechem i chciała coś odpowiedzieć, gdy nagle wystrzał armatni wstrzymał słowa na rozchylonych jej wargach. Równocześnie ukazała się parowa szalupa z armatą umieszczoną na przednim pomoście. Uśmiech zgasł na ustach Niny, a z oczu jej wyjrzał znowu czujny niepokój. Od strony dalekich wzgórz nadpłynęło echo jak przeciągłe żałosne westchnienie — niby odzew słany przez kraj w odpowiedzi na głos swoich panów.