Rozdział IV

Być może, iż tylko z zawodowego obowiązku przyszedł, by zobaczyć odjazd wojsk. Najbliższy numer „Porvenir” niewątpliwie miał zamieścić wzmiankę o tym zdarzeniu, ale jego redaktor stał teraz oparty o drzwiczki powozu i zdawał się nie zważać na nic. Przednie szeregi kompanii piechoty, zamykającej w trzy rzędy dostęp na pomost od strony lądu, gdy je zaczęto naciskać zbyt z bliska, pochyliły z groźnym chrzęstem do ataku swe bagnety. Tłum widzów targnął się wstecz, pierzchając aż po nozdrza wielkich, białych mułów. Mimo gęstej ciżby słychać było tylko przyciszone, głuche szmery. Kurz zawisł w brunatnych oparach. Gdzieniegdzie jeźdźcy, wtłoczeni w tłum, unosili się w biodrach, zwracając ponad głowami ludzkimi spojrzenia w jednym kierunku. Niemal każdy z nich miał za sobą towarzysza, który obiema rękami chwytał się od tyłu jego ramion, zaś stykające się ronda ich kapeluszy tworzyły jakby jedną tarczę, podtrzymującą stożki dwu spiczastych wypukłości z dwiema twarzami poniżej. Niekiedy rozlegał się ochrypły głos jakiegoś mozo, który nawoływał znajomych w szeregach, lub zabrzmiał nagle okrzyk kobiecy: „Adios!160, po którym następowało jeszcze imię męskie.

Generał Barrios, w podniszczonej niebieskiej bluzie munduru i białych szarawarach, opadających na osobliwe czerwone buty, stał z odkrytą głową, lekko pochylony, wspierając się na grubej lasce. Nie! Chwała, którą się okrył, mogła zaspokoić każdego człowieka — zapewniał panią Gould, usiłując nadać swemu zachowaniu pozory galanterii. Kruczoczarne włoski zwisały skąpo z jego górnej wargi, miał wystający nos, cienką, długą szczękę, a na jednym oku płatek czarnego jedwabiu. Drugie, małe i głęboko osadzone, zerkało błędnie na wszystkie strony z bezcelową dobrotliwością. Nieliczni widzowie europejscy, skupiający się oczywiście dokoła powozu Gouldów, dawali do zrozumienia surowym wyrazem swych twarzy, iż generał wypił widocznie za dużo ponczu (szwedzkiego ponczu, importowanego w butelkach przez Anzaniego) w klubie „Amarilla”, zanim ze swym sztabem ruszył co koń wyskoczy do portu. Ale pani Gould, pochyliwszy się nieco i nie tracąc panowania nad sobą, dała wyraz przeświadczeniu, iż jeszcze większa chwała oczekuje wodza w najbliższej przyszłości.

— Señora! — przeczył z ogromnym uniesieniem. — Proszę zważyć, na miłość boską. Jakąż chwałę może odnieść mej miary człowiek z pokonania takiego łysego embustero161 o farbowanych wąsach?

Pablo Ignacio Barrios, syn wiejskiego alcade, generał dywizji, komendant Zachodniego Okręgu Wojskowego, nie miał zwyczaju bywać w wytworniejszych towarzystwach. Wolał niekrępujące zebrania męskie, gdzie mógł opowiadać o polowaniach na jaguary, chełpić się swą zręcznością we władaniu lassem, którym dokonywał podobno nadzwyczaj trudnych rzutów, „niemożliwych dla ludzi żonatych”, jak zwykli powiadać llaneros.

Gawędził o nadzwyczajnych wyprawach nocnych, spotkaniach z dzikimi bawołami, walkach z krokodylami, przygodach w dziewiczych lasach, przeprawach przez wezbrane rzeki. I nie z samej tylko chełpliwości wynikały wspomnienia generała, ale także z istotnego upodobania do tego dzikiego życia, które było udziałem jego młodości, zanim nie rozstał się raz na zawsze ze słomianą strzechą rodzicielskiej tolderii162 zagubionej wśród lasów. Powędrował aż do Meksyku, gdzie walczył przeciwko Francuzom po stronie (jak powiadał) Juareza163 i był jedynym wojskowym z całej Costaguany, który kiedykolwiek zetknął się z Europejczykami na polu walki. Fakt ten otoczył blaskiem chwały jego imię, które przyćmiła dopiero wschodząca gwiazda Montery. Przez całe życie był zapamiętałym graczem. Sam potwierdzał otwarcie to, co o nim opowiadano, mianowicie, iż podczas pewnej kampanii, kiedy był jeszcze komendantem brygady, spędził noc przed bitwą, grając w monte164 ze swymi pułkownikami. Przegrał swe konie, pistolety, nawet mundur wraz z epoletami. Ostatecznie posłał pod eskortą swą szablę (szablę galową ze złotą rękojeścią) do miasteczka położonego na tyłach jego linii bojowej z poleceniem, ażeby ją niezwłocznie zastawiono za pięćset pesetas165 u zaspanego i przerażonego sklepikarza. O świcie, kiedy przegrał do grosza te pieniądze, podniósł się z miejsca spokojnie i rzekł tylko: „A teraz chodźmy walczyć do upadłego”. Od tego czasu doszedł do przekonania, iż wódz może prowadzić najzupełniej dobrze swe wojska do boju ze zwykłą laską w ręku. „Stało się to odtąd moim przyzwyczajeniem” — powiadał.

Był zawsze obarczony długami; nawet w okresie świetności swych zmiennych losów generała costaguańskiego, kiedy piastował wysokie funkcje wojskowe, jego haftowane złotem mundury niemal stale znajdowały się w zastawie u lichwiarzy. W końcu, chcąc uniknąć nieustannych zatargów o swą odzież z niespokojnymi wierzycielami, zaczął udawać pogardę dla przepychu wojskowego i przyjął ekscentryczny zwyczaj noszenia starych, podniszczonych kurtek, co w końcu stało się drugą jego naturą. Ale stronnictwo, do którego Barrios się przyłączył, nie potrzebowało się obawiać z jego strony odstępstwa politycznego. Był zanadto szczerym żołnierzem, by niegodnie frymarczyć kupnem i sprzedażą zwycięstw. Pewien przedstawiciel dyplomacji cudzoziemskiej w Santa Marta tak o nim zawyrokował: „Barrios to człowiek bezwzględnie uczciwy, a nawet nie pozbawiony niejakich zdolności strategicznych, mais il manque de tenue166”. Gdy ribierzyści wzięli górę, otrzymał nader zyskowne stanowisko komendanta okręgu zachodniego, głównie dzięki staraniom swych wierzycieli (kupców z Santa Marta, którzy wszyscy byli wielkimi politykami). Poruszali oni publicznie w swym własnym interesie niebo i ziemię, zaś prywatnie oblegali señora Moragę, wpływowego agenta kopalni San Tomé, żaląc się przed nim przesadnie, iż „będziemy zrujnowani, jeżeli generał zostanie pominięty”. Przygodna, lecz przychylna wzmianka o nim w długiej korespondencji, którą pan Gould-senior prowadził ze swym synem, również przyczyniła się nieco do jego mianowania, ale przede wszystkim zaważyła jego niezawodna uczciwość polityczna. Nikt nie podawał w wątpliwość osobistej odwagi tego „pogromcy tygrysów”, jak go nazywała ludność. Utrzymywano wprawdzie, że nie miał szczęścia na polu bitwy, ale było to w przededniu okresu pokojowego. Żołnierze lubili go za jego ludzkie podejście, które niby jakieś dziwne i cenne kwiecie nieoczekiwanie rozkwitło na podłożu zepsucia rewolucyjnego. Pogardliwa jowialność, z jaką wodził po tłumach swym jednym okiem, człapiąc z wolna na koniu ulicami podczas wojskowych uroczystości, wydzierała okrzyki z piersi pospólstwa. Zwłaszcza kobiety z ludu ulegały bezwzględnie urokowi jego długiego nosa, wystającej brody, grubej dolnej wargi, czarnego jedwabnego płatka na oku i przepaski, która niedbale wiła się na jego czole. Dzięki swej wysokiej randze znajdował zawsze słuchaczy wśród caballeros, którym opowiadał swe przygody myśliwskie nader barwnie, z prostotą i szczerym zadowoleniem. Towarzystwa kobiecego nie lubił z powodu ograniczeń, jakie nakładało, nie dając w zamian, jego zdaniem, niczego. Bodaj nie więcej niż trzy razy rozmawiał z panią Gould od chwili, kiedy objął swe naczelne stanowisko w okręgu, ale przyglądał się jej nieraz, gdy jechała konno z señorem administradorem, i wyraził się nawet, iż w swej drobnej ręce dzierżącej wodze ma więcej rozumu niż wszystkie głowy kobiece w Sulaco. Odjeżdżając, pragnął okazać się bardzo ugrzeczniony wobec kobiety, która umiała trzymać się w siodle, a przy tym była żoną człowieka, który miał wielkie znaczenie dla jego pustej kieszeni. Uprzejmość swoją posunął tak daleko, iż na jego rozkaz adiutant (krępy, przysadkowaty kapitan o tatarskiej twarzy) ustawił przed powozem kaprala z kilkoma żołnierzami, aby cofająca się ciżba „nie niepokoiła mułów señory”. Po czym zwróciwszy się do gromadki Europejczyków, którzy przyglądali się z pobliska, odezwał się protekcjonalnie:

— Señores, nie miejcie obaw! Budujcie spokojnie swój ferro carril167, swe koleje, swe telegrafy, swe... Costaguana ma dosyć bogactw, by zapłacić za wszystko, gdyż inaczej was by tu nie było. Ha, ha! Nie zwracajcie uwagi na tę małą picardię168 mojego przyjaciela Montera. Wkrótce ujrzycie jego farbowane wąsy za kratami mocnej drewnianej klatki. Si, señores! Nie lękajcie się niczego, pracujcie nad rozwojem kraju, pracujcie, pracujcie!

Garstka inżynierów przyjęła te napomnienia bez słowa odpowiedzi. Skinąwszy ku nim wyniośle ręką, zwrócił się znowu do pani Gould:

— Oto co powinniśmy czynić, jak powiada don José. Być przedsiębiorczymi! Pracować! Wzbogacać się! Wsadzić Montera do klatki jest moim zadaniem, a kiedy załatwimy się z tą drobnostką, powinniśmy, jak chce don José, wzbogacić się wszyscy i każdy z osobna, na podobieństwo tych Anglików, gdyż zbawieniem dla kraju są pieniądze i...

Wtem jakiś młody oficer, w nowym jak z igły mundurze, nadbiegł od strony pomostu i przerwał mu dalszy wykład poglądów señora Avellanosa. Generał drgnął niecierpliwie, ale przybysz zaczął na niego nalegać, nie szczędząc mu zresztą oznak szacunku. Konie sztabowe już załadowano, łódź okrętowa oczekiwała generała u podnóża pomostu. Barrios, spojrzawszy nań srogo swym jednym okiem, począł się żegnać. Don José silił się na zwroty odpowiadające powadze chwili i wygłaszał je mechanicznie. Przemawiała przez niego straszliwa rozterka obawy i nadziei i zdawało się, że nie szczędzi ostatnich iskier swego żaru na te wysiłki krasomówcze, których echa powinny rozlec się nawet w dalekiej Europie. Antonia, zacisnąwszy różowe usta, kryła odwróconą głowę za wachlarzem, zaś młody Decoud, chociaż czuł na sobie oczy dziewczyny, wspierał się na łokciu i uparcie patrzył w dal z wyrazem zupełnego i pogardliwego odosobnienia. Pani Gould bohatersko skrywała niesmak, jaki w niej rozbudzał widok ludzi i zdarzeń, najzupełniej obcych pojęciom jej rasy; niesmak ten był tak głęboki, iż nie dawał się zawrzeć w słowach nawet w rozmowie z mężem. Rozumiała teraz lepiej jego milczącą powściągliwość. Ich duchowa bliskość zawodziła nie na osobności, lecz właśnie wśród ludzi, kiedy szybkie skrzyżowanie się ich spojrzeń bywało wyjaśnieniem jakiejś zmiany w biegu wypadków. Stała się jego uczennicą w jedynie możliwej sztuce nieprzejednanego milczenia, odkąd w celu dopięcia ich celów trzeba było pogodzić się z wieloma rzeczami, które wydawały się jej gorszące, dziwaczne lub groteskowe, a które w tym kraju uważano za coś normalnego. Dostojna Antonia była stanowczo dojrzalsza i nieskończenie spokojniejsza, ale też nigdy nie przychodziło jej na myśl, jak pogodzić nagłe opady swego ducha z ujmującą ruchliwością wyrazu.

Pani Gould uśmiechnęła się na pożegnanie do Barriosa, skinęła w stronę Europejczyków (którzy równocześnie zdjęli kapelusze) z powabnym zaproszeniem: „Mam nadzieję, że wkrótce będę mogła powitać wszystkich panów u siebie” — po czym rzekła nerwowo do Decouda: „Proszę wsiadać, don Martinie”. Słyszała, jak otwierając drzwiczki powozu, mruknął do siebie po francusku: „ Le sort en est jeté169. Słowa te przejęły ją niemal rozpaczą. Nikt lepiej od niej nie wiedział, iż pierwszy rzut kości w tej rozpaczliwej grze nastąpił już dawno. Rozległy się dalekie okrzyki i słowa komendy, warkot bębnów na pomoście pozdrawiał odjeżdżającego generała. Owładnęła nią jakby lekka niemoc i patrząc pustym wzrokiem na spokojną twarz Antonii, zastanawiała się, co by się stało z Charleyem, gdyby ten cudak zawiódł.

A la casa, Ignacio!170 — zawołała ku nieruchomym, szerokim plecom stangreta, który ujął bez pośpiechu lejce, mrucząc pod nosem: — Si, la casa. Si, si, niña171.

Powóz potoczył się bez szmeru po miękkiej drodze. Długie cienie padały na zapyloną niewielką równinę, usianą ciemnymi chaszczami, kopcami odwalonej ziemi, blaszanymi dachami niskich zabudowań drewnianych, stanowiących własność Towarzystwa Kolejowego. Rząd rzadko rozstawionych słupów telegraficznych wymykał się bokiem z miasta, niosąc w głąb rozległego Campo pojedynczy, niemal niedostrzegalny drut, niby nikłą, drgającą mackę postępu, czekającego chwili pokoju, żeby przeniknąć w głąb kraju i owinąć się dokoła jego udręczonego serca.

Okna kawiarni w „Albergo d’Italia Una” zapełniały ogorzałe, brodate twarze kolejarzy. Natomiast na drugim krańcu domu, gdzie się zbierali signori Inglesi, stał przed drzwiami pośrodku swych córek stary Giorgio z obnażoną głową, białą niby śniegi Higueroty. Pani Gould kazała zatrzymać się stangretowi. Rzadko mijała swego protegowanego, nie zamieniwszy z nim kilku słów, zaś w tej chwili odczuwała jeszcze pragnienie, wywołane podnieceniem, upałem i kurzem. Poprosiła o szklankę wody. Giorgio kazał pójść po nią dzieciom, sam zaś podszedł ku niej z widoczną radością na pobrużdżonej twarzy. Nieczęsto widywał swą dobrodziejkę, która była ponadto Angielką, co było jeszcze jednym powodem jego względów. Przepraszał za swą żonę. Czuje się dzisiaj niedobrze, ma dolegliwości — tu dotknął ręką swej szerokiej piersi. Nie może się ruszyć z fotela.

Decoud, wciśnięty w róg powozu, spoglądał posępnie na starego rewolucjonistę, po czym zapytał bezceremonialnie:

— No, a co pan myśli o tym wszystkim, Garibaldino?

Stary Giorgio zerknął na niego z niejaką ciekawością i odparł grzecznie, iż wojska podczas marszu przedstawiały się bardzo dobrze. Jednooki Barrios i jego oficerowie w krótkim czasie dokonali z tymi rekrutami cudów. Ci Indios, wzięci zaledwie kilka dni przedtem, szli w zdwojonym tempie, jak bersalierzy; wyglądali na dobrze odżywionych i mieli na sobie całe mundury.

— „Mundury!” — powtórzył z bolesnym półuśmiechem. Gorzkie widzenie przeszłości mignęło w jego przenikliwych, niewzruszonych oczach. Inaczej to bywało za jego czasów, kiedy walczono przeciw tyranii w lasach brazylijskich i na równinach Urugwaju na wpół nago, kiedy jedynym pożywieniem bywała na poły surowa wołowina bez soli, a jedyną nieraz bronią nóż, przytwierdzony do kija.

— A jednak braliśmy górę nad ciemiężycielami — dokończył z dumą.

Podniecenie jego przygasło; lekkim ruchem ręki dał wyraz swemu zniechęceniu. Nadmienił jednak, iż prosił jednego z sierżantów, żeby mu pokazał nowy karabin. Nie było takiej broni za jego żołnierskich czasów i jeżeli Barrios nie zdoła...

— Tak, tak — przerwał don José, drżąc niemal z zapału. — Jesteśmy dobrze zaopatrzeni. Zacny señor Viola zna się na rzeczy. Śmiertelnie groźna, czyż nie tak? Wspaniale wywiązałeś się ze swego zadania, mój drogi Martinie!

Decoud rozparł się na siedzeniu, zapatrzony na starego Violę.

— No, tak! Zna się na rzeczy... Ale po czyjej jest pan stronie w głębi duszy?

Pani Gould wychyliła się z powozu ku dzieciom. Linda z wielką ostrożnością przyniosła z domu szklankę wody na tacy. Gizela podała ją wraz z wiązanką zerwanych naprędce kwiatów.

— Po stronie ludu — odparł stary Viola twardo.

— W zasadzie my wszyscy jesteśmy po stronie ludu.

— Tak — zamamrotał gniewnie stary Viola. — Ale oni walczą za was. Ślepi! Esclavos!172

W tej chwili młody Scarfe, członek ekipy kolejowej, wynurzył się z drzwi, które prowadziły do części domu zajmowanej przez signori Inglesi. Przyjechał z gór drezyną do kwatery głównej i zaledwie zdążył wykąpać się i zmienić ubranie. Był to miły chłopak. Pani Gould powitała go serdecznie.

— Jakaż to rozkoszna niespodzianka, że widzę panią, pani Gould! Właśnie zjechałem z gór. Nie mam szczęścia. Znowu wszystko mnie ominęło. Przegląd wojsk już się odbył i słyszałem, że ubiegłego wieczora u don Juste Lopeza tańczono na zabój. Czy to prawda?

— Młodzi patrycjusze — odezwał się nagle Decoud poprawną angielszczyzną — tańczyli istotnie, zanim wyruszyli na wojnę z wielkim Pompejuszem173.

Młody Scarfe wpatrzył się w niego zdumiony.

— Panowie jeszcze się nie znają — wtrąciła pani Gould. — Pan Decoud, pan Scarfe.

— No, ale my nie wyruszamy pod Farsalos — żachnął się don José z nerwowym pośpiechem, również po angielsku. — Nie godzi się żartować w ten sposób, Martinie.

Pierś Antonii falowała od głębszego oddechu. Młody inżynier był jak tabaka w rogu.

— Jaki wielki? — bąknął niepewnym głosem.

— Na szczęście Montero nie jest Cezarem — mówił Decoud dalej. — Nawet obaj Monterowie nie utworzyliby znośnej parodii Cezara. — Skrzyżował ręce na piersiach, spoglądając na señora Avellanosa, który pogrążył się znów w nieruchomości: — To pan tylko jest naprawdę starym Rzymianinem, vir Romanus174, wymownym i nieugiętym.

Usłyszawszy nazwisko Montera, młody Scarfe pośpieszył dać wyraz swym prostym uczuciom. Donośnym i młodzieńczym głosem oświadczył, iż ma nadzieję, że ten Montero zostanie pobity i raz na zawsze usunięty z drogi. Nie wiadomo, co by się stało z koleją, gdyby rewolucja wzięła górę. Może trzeba by było zaprzestać jej budowy. Nie byłaby to pierwsza kolej, którą zmarnowano w Costaguanie.

— Państwo wiedzą, to jedna z ich tak zwanych spraw narodowych — kontynuował, marszcząc nos, jak gdyby to słowo miało podejrzaną woń dla jego głębokiej znajomości stosunków południowoamerykańskich. — Oczywiście — paplał z ożywieniem — dla mnie, w moim wieku, było to ogromnym szczęściem dostać posadę w tak wielkim przedsiębiorstwie, państwo rozumieją. — Zapewniało mu to przewagę nad wieloma innymi, i to, jak zapewniał, przez całe życie. — Zatem, precz z Monterem, pani Gould!

Jego prostoduszny uśmiech zanikał z wolna wobec zgodnej surowości twarzy, które zwracały się ku niemu z powozu. Jedynie ten „starowina” don José o nieruchomym, woskowym profilu, patrzył prosto przed siebie jakby głuchy. Scarfe nie znał bliżej Avellanosów. Nie wydawali balów, a Antonia nie stawała nigdy w parterowym oknie, jak to czyniły niektóre panny, pod opieką starszych dam mizdrzące się do konnych caballeros na calle175. Spojrzenia tych Kreolów nie obchodziły go zbytnio, ale co, u licha, stało się pani Gould? Rzekła: „Jedźmy, Ignacio!” i skinęła ku niemu lekko głową. Usłyszał krótki śmiech tego sfrancuziałego lalusia o okrągłej twarzy. Zaczerwienił się aż po białka oczu i popatrzył na Giorgia Violę, który wraz z dziećmi odsunął się nieco, trzymając kapelusz w ręce.

— Potrzebuję zaraz konia — odezwał się z niejaką cierpkością do starca.

Si, señor. Koni jest pod dostatkiem — mruknął Garibaldino, głaskając bezwiednie swymi brunatnymi rękami główki swych córek, jedną ciemną o brązowych poświatach, drugą jasną, mieniącą się miedzianymi połyskami. Powrotna fala widzów wzbijała wielki kurz na drodze. Jeźdźcy górowali nad tłumem.

— Idźcie do matki — rzekł. — Podrastają, a ja się starzeję i nie ma nikogo...

Spojrzał na młodego inżyniera i urwał, jak gdyby obudzony ze snu. Po czym skrzyżował ramiona na piersiach i przybrał swą zwykłą postawę, oparłszy się o futrynę i utkwiwszy oczy w białym ogromie dalekiej Higueroty.

W powozie Martin Decoud, zmieniając pozycję, jakby mu było niewygodnie, ruszył się z miejsca i szepnął do Antonii:

— Zdaje mi się, że pani mnie nienawidzi.

Po czym głośno zaczął gratulować don Josému, iż wszyscy inżynierowie są z przekonania ribierzystami.

— Słyszał pan, co mówił jeden z nich. Zabawna była ta jego przychylność. Miło jest myśleć, iż pomyślność Costaguany przynosi korzyść światu.

— Jest bardzo młody — zauważyła pani Gould spokojnie.

— A taki mądry na swój wiek — odparł Decoud. — Z ust tego dzieciaka usłyszeliśmy bowiem nagą prawdę. Pan ma słuszność, don José! Bogactwa naturalne Costaguany nie są bez znaczenia dla postępowej Europy, której przedstawicielem jest ten młodzian, podobnie jak przed trzystu laty skarby naszych praojców hiszpańskich były rzeczą nader ważną dla reszty Europy, reprezentowanej przez zuchwałych piratów. Przekleństwo nijakości ciąży na naszym charakterze: Don Kichot i Sancho Pansa, rycerskość i materializm, szczytnie brzmiące uczucia i ospała moralność, potężne wzloty ku idei i gnuśne zastyganie we wszystkich formach zepsucia. Wstrząsnęliśmy całym kontynentem, by odzyskać niepodległość, a staliśmy się bierną pastwą demokratycznej parodii, bezwolnymi ofiarami łotrów i rzezimieszków; nasze instytucje są błazeństwem, nasze prawa kpinami, a naszym władcą Guzman Bento! Upadliśmy tak nisko, iż kiedy taki człowiek jak pan obudził w nas sumienie, głupi barbarzyńca w rodzaju Montera — mój Boże, takiego Montera! — staje się groźnym niebezpieczeństwem, a ciemny samochwał, Indio, Barrios, jest naszym obrońcą.

Jednak don José, pomijając całość oskarżeń, jak gdyby nie słyszał z nich ani słowa, wziął w obronę Barriosa. Człowiek ten mógł sprostać specjalnemu zadaniu, jakie mu poruczono w planie kampanii. Polegało ono na tym, iż przyjmując Caytę za bazę swych działań, miał uderzyć na skrzydło wojsk rewolucyjnych zmierzających od południa ku stolicy, osłanianej przez drugą armię, w której znajdował się prezydent-dyktator. Don José zaczął rozprawiać z wielkim ożywieniem, pochylając się niespokojnie naprzód pod bacznym spojrzeniem swej córki. Decoud, jak gdyby zniewolony do milczenia tym jego zapałem, nie odzywał się ani słowem. Dzwony miejskie nawoływały do modlitwy, gdy powóz wjechał pod sklepienie starej bramy wznoszącej się naprzeciwko portu niby jakiś bezkształtny pomnik, spiętrzony z kamieni i liści. W turkot kół huczących pod arkadą wnikały dziwne, przeraźliwe okrzyki. Decoud, któremu dostało się miejsce na przednim siedzeniu, widział lud, wlokący się drogą hen, za powozem. Wszystkie głowy w sombrerach i rebozos176 zwracały się ku lokomotywie, która przemknęła z wielką szybkością i zniknęła za domem Giorgia Violi w smudze białej pary, jak gdyby roztapiającej się w zdyszanych, histerycznie przeciągłych rykach wojowniczego triumfu.

I wszystko to było niby przelotna wizja: hałaśliwe widmo parowozu, mijającego pierzchliwie sklepione łuki bramy wśród poruszenia ludu, który wracał gromadnie z parady wojskowej i brodził cichymi stopami w kurzu drogi. Był to pociąg towarowy, wracający z Campo do otoczonej ostrokołem zajezdni. Puste wagony toczyły się lekko po jedynym szlaku szyn; nie dudniły koła i nie drgała ziemia. Maszynista, który mijając Casa Viola, podniósł ramię na znak pozdrowienia, zwolnił nieco biegu, zanim wjechał do zajezdni. Kiedy zaś ucichł ogłuszający świst parowego gwizdka, szereg twardych zderzeń, pomieszanych ze szczękiem łańcuchów, zabrzmiał pod sklepieniem bramy odgłosem ciosów i targania kajdan.