Rozdział V
Powóz Gouldów pierwszy wracał z portu do wyludnionego miasta. Po starym, ułożonym w wzory bruku, pełnym dziur i wybojów, stateczny Ignacio, dbały o resory sprowadzonego z Paryża powozu, jechał noga za nogą. Decoud ze swego kąta zaczął przyglądać się chmurnie wnętrzu bramy. Graniaste, uwieńczone wieżyczkami narożniki zawierały między sobą ogrom murów porośniętych z wierzchu kępami trawy. U szczytu arkady widniała szara, grubo rzeźbiona kamienna tarcza z herbami Hiszpanii, które niemal już się zatarły, jak gdyby w oczekiwaniu jakiegoś nowego godła, znamionującego zbliżanie się postępu.
Twarde łomoty wagonów kolejowych zdawały się wzmagać rozdrażnienie Decouda. Zamamrotał coś do siebie, po czym urywanymi, zjadliwymi uwagami zaczął narzucać się milczeniu obu kobiet. Don José, którego przezroczyste, woskowe oblicze ocieniał miękki szary kapelusz, kiwał się z lekka, podrzucany przez powóz, obok pani Gould.
— Ten zgiełk jest niby nowe ostrze przyłożone do starej prawdy.
Decoud mówił po francusku, może dlatego, iż nad nim na koźle siedział Ignacio. Stary woźnica, którego szerokie plecy wypełniały krótką, haftowaną srebrem kurtkę, miał wielkie uszy, z muszlami odstającymi mocno od jego krótko ostrzyżonej głowy.
— Tak, ten zgiełk za murami miasta jest nowy, ale zasada jest stara.
Przeżuwał czas jakiś swe niezadowolenie, po czym zaczął na nowo, zerknąwszy z ukosa na Antonię:
— A gdyby tak właśnie teraz wyobrazić sobie naszych praojców w hełmach i pancerzach, jak stoją w szeregu przed tą bramą, mając przeciwko sobie zastęp awanturników, którzy dopiero co wylądowali w przystani! Naturalnie, złodzieje. No, i spekulanci. Każda z ich wypraw była spekulacją statecznych i czcigodnych osób w Anglii. Tak wygląda historia, jak zawsze zwykł powiadać ten kiep Mitchell.
— Załadowaniem wojska Mitchell pokierował znakomicie! — zawołał don José.
— To... to było w rzeczywistości zasługą tego jakiegoś marynarza genueńskiego! Lecz wróćmy do tego, co mówiłem o zgiełku. Dawnymi czasy rozlegało się przed tą bramą granie surm177 bojowych! Jestem pewien, że były to surmy. Czytałem gdzieś, iż Drake178, największy z tych ludzi, zwykł był ucztować w swej kabinie, na pokładzie okrętu, przy dźwięku surm. Podówczas miasto to było ogromnie bogate. Ci ludzie przyjeżdżali, by zagarnąć te bogactwa. Obecnie cały kraj jest jakby jednym skarbcem, a ci ludzie włamują się do niego, gdyż my wodzimy się za łby. Jedyna rzecz, która jeszcze ich trzyma z dala, to wzajemna zazdrość. Ale z czasem się pogodzą, a kiedy przyjdzie chwila, że zaprzestaniemy swych kłótni, nabierzemy stateczności i rzetelności, nic już dla nas nie zostanie. Zawsze bywało tak samo. Jesteśmy przedziwnym ludem, ale taki już nasz los, że zawsze nas — nie powiedział: „rabowano”, lecz dodał po chwili: „wyzyskiwano”.
Pani Gould obruszyła się:
— Och, to niesprawiedliwe!
Ale Antonia wtrąciła:
— Nie odpowiadaj, Emilio! To przymówka do mnie.
— Chyba pani nie przypuszcza, że miałem na myśli don Carlosa? — odezwał się Decoud.
Powóz zatrzymał się wreszcie przed bramą Casa Gould. Młodzieniec podał rękę damom. Wysiadły pierwsze. Za nimi podążał don José w towarzystwie Decouda. Podagryczny, stary odźwierny dreptał na końcu, niosąc lekkie okrycia.
Don José ujął pod ramię publicystę z Sulaco.
— „Porvenir” powinien zamieścić długi, podniosły artykuł o Barriosie i o potędze jego armii z Cayty. Trzeba dodać otuchy krajowi. W odpowiednich streszczeniach należałoby go nadać telegraficznie do Europy i Stanów Zjednoczonych dla podtrzymania przychylnej opinii za granicą.
Decoud mruknął:
— O tak, trzeba podtrzymywać na duchu naszych przyjaciół spekulantów!
Długi, otwarty krużganek wraz z nieruchomym kwieciem roślin, umieszczonych w doniczkach wzdłuż balustrady, nurzał się w cieniu. Wszystkie oszklone drzwi prowadzące do salonów stały otworem. Dźwięk ostróg zamierał gdzieś w drugim końcu.
Basilio, stojący opodal pod ścianą, rzekł miękkim głosem do przechodzących pań: „Senior administrador powrócił dopiero co z gór”.
W wielkiej sali, gdzie staroświeckie, hiszpańskie i nowoczesne, europejskie meble stanowiły niby dwa różne ośrodki pod wyniosłością białego sklepienia, jarzyło się wśród grupek karłowatych foteli srebro i porcelana zastawy stołowej, tworząc jak gdyby buduar179 kobiecy, pełen niewieściej, pieściwej delikatności.
Don José usiadł w fotelu na biegunach i umieścił kapelusz na kolanach. Decoud przechadzał się wzdłuż salonu, krążąc wśród stołów zastawionych cackami i niewidocznych niemal za wysokimi oparciami wysłanych skórą kanap. Myślał o gniewnej twarzy Antonii; miał nadzieję, iż uda mu się z nią pojednać. Nie po to pozostał w Sulaco, by zrażać do siebie Antonię.
Martin Decoud był zły na siebie. Wszystko, co widział i słyszał dokoła siebie, pozostawało w irytującej sprzeczności z przyjętymi przez niego pojęciami europejskiej cywilizacji. Wyglądało to zupełnie inaczej aniżeli wówczas, kiedy rozmyślał o rewolucjach z oddali bulwarów paryskich. Tu, na miejscu, niepodobna było zbyć tej tragikomedii słowami: Quelle farce!180
Rzeczywistość zdarzeń politycznych w całej swej nagości stała się bliższa i dolegała mu tym dotkliwiej, iż Antonia wierzyła w tę sprawę. Cierpkość tej wiary raziła jego uczucia. Dziwił się swemu przeczuleniu.
— Zdaje mi się, że jestem więcej Costaguanerem, aniżeli przypuszczałem — myślał.
Niechęć jego wzmagała się w miarę, jak potężniał odpór jego sceptycyzmu przeciwko działalności, do której zniewoliła go zapamiętała miłość do Antonii. Starał się uspokoić, wmawiając w siebie, że nie jest patriotą, lecz człowiekiem zakochanym.
Panie powróciły, zdjąwszy kapelusze. Pani Gould osunęła się na krzesło przed małym stolikiem z zastawą do herbaty. Antonia zajęła swoje zwykłe miejsce, zajmowane podczas przyjęć — narożnik wysłanej skórą kanapy; z wachlarzem w ręce, przybrała postawę pełną surowego wdzięku. Decoud zboczył z linii prostej, po której się przechadzał, i przyszedł oprzeć się o wysoką poręcz jej siedzenia.
Przez jakiś czas mówił jej do ucha łagodnie, z półuśmiechem i wyrazem powściąganej poufałości. Wachlarz, na wpół złożony, leżał na jej kolanach. Nie obejrzała się na Decouda ani razu. Jego spieszne słowa stawały się coraz natarczywsze i pieszczotliwsze. W końcu parsknął z lekka śmiechem.
— Nie, naprawdę! Niech mi pani przebaczy. Człowiek czasem musi być poważny.
Zamilkł. Odwróciła nieco głowę. Jej błękitne oczy podążyły z wolna ku niemu, nieco słodsze i pytające.
— Czyż pani sądzi, że jestem poważny, gdy co drugi dzień nazywam w „Porvenir” Montera gran’ bestia181? To nie jest poważne zajęcie. Żadne zajęcie nie jest poważne, nawet gdy ktoś okupuje swój błąd strzałem w serce.
Jej dłoń zacisnęła się mocno dokoła wachlarza.
— Jedyną rzeczą poniekąd rozumną, jedynym, co ma jaki taki sens, jest pogrążyć się w myślach; to jakby błysk prawdy. Mówię o prawdzie istotnej, dla której nie ma miejsca w polityce i dziennikarstwie. Zdarzyło się mi powiedzieć, co myślałem. A pani się pogniewała! Jeśli pani uczyni mi tę łaskę i zastanowi się nieco, to przekona się pani, że mówiłem jak patriota.
Po raz pierwszy rozchyliła nieco łaskawiej swe czerwone usta:
— Zapewne, lecz pan nigdy nie ma przed oczyma celu. Trzeba posługiwać się ludźmi takimi, jakimi są. Zdaje mi się, iż nikt nie jest naprawdę bezinteresowny, prócz może pana, don Martinie.
— Broń Boże! Pragnąłbym, by ta wiara we mnie znajdowała się u pani na ostatnim miejscu — odezwał się swobodnie i zamilkł.
Zaczęła lekko poruszać wachlarzem, nie podnosząc ręki. Po chwili szepnął namiętnie:
— Antonio!
Uśmiechnęła się i angielskim zwyczajem wyciągnęła rękę do Charlesa Goulda, który składał jej ukłon. Decoud, opierając się łokciem o poręcz kanapy, spuścił oczy i bąknął: „Bonjour”182.
Señor administrador kopalni San Tomé pochylił się na chwilę nad swą żoną. Zamienili kilka słów, z których zabrzmiały głośniej tylko wyrazy: „największy entuzjazm”, wyrzeczone przez panią Guld.
— No, tak — zaczął znów półgłosem Decoud — nawet on!
— To istna potwarz — rzekła Antonia niezbyt surowo.
— Niechże go pani poprosi, by rzucił swą kopalnię w tygiel wielkiej sprawy — szepnął Decoud.
Don José zabrał głos. Zacierał ręce zadowolony. Doskonała postawa wojsk oraz wielka ilość nowych, śmiercionośnych karabinów na ramionach tych dzielnych żołnierzy napełniała go jakąś ekstatyczną otuchą.
Charles Gould stał wysoki i szczupły przed swym krzesłem i słuchał, ale na jego twarzy nie można było dojrzeć niczego prócz uwagi, uprzejmej i pełnej poszanowania.
Tymczasem Antonia powstała z miejsca i podeszła ku jednemu z trzech wielkich okien wychodzących na ulicę. Decoud podążył za nią. Okno było otwarte. Oparł się o ścianę w jego zagłębieniu. Długie fałdy adamaszkowej portiery zwisającej z szerokiego, mosiężnego gzymsu zakrywały go częściowo od strony salonu. Skrzyżował ramiona na piersiach i patrzył uparcie na profil Antonii.
Tłum wracający z portu roił się na chodnikach; szmer sandałów i głuchy rozgwar głosów wzbijał się ku oknu. Od czasu do czasu jakiś pojazd przejechał z wolna po zrujnowanych brukach Calle de la Constitucion. W Sulaco było niewiele prywatnych powozów, w najruchliwszej porze dnia można było policzyć je na alamedzie od jednego rzutu oka. Wielkie landary183 familijne o wysokich, wyścielanych skórą siedzeniach pełne były ładnych, upudrowanych twarzyczek, z których wyzierały czarne, ogniste oczy. Pierwszy przejechał don Juste Lopez, przewodniczący Zgromadzenia Prowincjonalnego, w otoczeniu swych trzech uroczych córek. W czarnym fraku i sztywnym białym krawacie wyglądał tak uroczyście, jakby przewodniczył obradom z wysokiej trybuny. Wprawdzie wszyscy podnieśli oczy ku balkonowi, ale Antonia nie powitała ich zwykłym skinieniem ręki, więc udawali, że nie widzą dwojga młodych osób, tych Costaguanerów z europejskimi obyczajami, nad których niezwykłością rozprawiano za kratami okien najznamienitszych domów w Sulaco. Druga z kolei minęła ich piękna i pełna godności wdowa, señora Gavilaso de Valdes, w swej wielkiej landarze, w której miała zwyczaj jeździć do swego dworu na wsi pod strażą zbrojnego orszaku w skórzanej odzieży i wielkich sombrerach, z karabinami przy łękach siodeł. Była to kobieta najznakomitszego rodu, dumna, bogata i dobrego serca. Jej drugi syn, Jaime, wyruszył właśnie na wojnę ze sztabem Barriosa. Najstarszy, nicpoń o humorzastym usposobieniu, napełniał Sulaco rozgłosem swych hulanek i grywał grubo w klubie. Dwaj najmłodsi synowie siedzieli na przednim siedzeniu, z żółtymi kokardami ribierystowskimi u czapek. Udawała również, iż nie widzi, jak señor Decoud rozmawia publicznie z Antonią wbrew przyjętym obyczajom. A nie był on nawet jej novio184, przynajmniej o ile było wiadomo! Ale nawet i w takim wypadku byłaby to rzecz zdrożna. Ta czcigodna pani, podziwiana i szanowana w towarzystwach arystokratycznych, czułaby się niewątpliwie jeszcze bardziej zgorszona, gdyby usłyszała słowa, które zamieniali między sobą:
— Powiedziała pani, że straciłem cel z oczu? Mam tylko jeden cel w życiu.
Uczyniła głową niemal niedostrzegalny ruch zaprzeczenia, wciąż zapatrzona na dom Avellanosów, szary, naznaczony piętnem ruiny, z żelaznymi kratami na podobieństwo więzienia.
— A tak łatwo można by go osiągnąć! — mówił dalej. — Cel ten, świadomie czy nie, miałem zawsze w sercu, od owej chwili, kiedy dała mi pani tak dotkliwą nauczkę w Paryżu. Pamięta pani?
Jakby lekkim uśmiechem drgnęła jedna strona jej ust.
— Straszna była z pani osoba! Niby Charlotte Corday185 w mundurku pensjonarki. Zapamiętała patriotka. Byłaby pani pchnęła nożem Guzmana Bento, nieprawdaż?
Przerwała mu:
— Za wiele dla mnie zaszczytu!
— Bądź co bądź — odparł, przybierając nagle ton cierpkiej lekkomyślności — bez wyrzutu sumienia byłaby mnie pani wysłała, żebym go zasztyletował.
— Ah, par exemple!186 — rzekła z urazą w głosie.
— A teraz — upierał się nieszczerze — każe mi pani pisywać śmiertelne niedorzeczności. Zabójcze dla mnie! Zabiły już we mnie godność własną. Proszę sobie wyobrazić — mówił dalej głosem, w którym drgnął akcent lekkiej żartobliwości — iż Montero, gdyby mu się powiodło, postąpiłby ze mną w jedyny sposób, w jaki postąpić może zwierzę, takie zwierzę z człowiekiem inteligentnym, który trzy razy w tygodniu raczy go nazywać gran’ bestia. To pewnego rodzaju śmierć intelektualna, ale na dziennikarza mojego pokroju czyha jeszcze inna.
— Gdyby mu się powiodło! — rzekła Antonia zamyślona.
— Zdawało mi się, że pani jest zadowolona, iż moje życie wisi na włosku — odparł Decoud z przykrym uśmiechem. — Co się zaś tyczy drugiego Montero, „godnego zaufania brata” z proklamacji, tego guerillero, to czyż nie pisałem o nim, iż za czasów Rojasa w chwilach wolnych od szpiegowania naszych emigrantów zdejmował płaszcze gościom i zmieniał im talerze w naszym poselstwie paryskim? Tę fatalną prawdę postara się on utopić we krwi. W mojej krwi! Dlaczego spogląda pani z takim zaniepokojeniem? To po prostu szczegół z życiorysu jednego z naszych wielkich ludzi. A co on ze mną zrobi, jak pani się zdaje? Za rogiem plaza wznoszą się mury pewnego klasztoru. Pani wie? Naprzeciw drzwi z napisem: Intrada de la sombra187. Odpowiedni, nieprawdaż? To miejsce, gdzie stryj naszego gospodarza wyzionął swego anglo-południowoamerykańskiego ducha. A proszę zważyć, że mógł uciec. Człowiek, który walczył z bronią w ręku, ma prawo uciec. Gdyby pani dbała o mnie, to byłaby mi pani pozwoliła pójść z Barriosem. Byłbym stanął z największą radością w jednym szeregu z biednymi peonami i Indios, którzy nie mają pojęcia o zasadach i o polityce, i byłbym dźwignął jeden z tych karabinów, w których taką ufność pokłada don José. Najbardziej straceńcza placówka w najbardziej straceńczej armii na świecie jest bezpieczniejsza od zadania, dla którego kazała pani mi tu zostać. Gdy się jest w boju, można się cofnąć, ale niepodobna myśleć o ucieczce, gdy spędza się swój czas na zachęcaniu biednej, ciemnej tłuszczy, by zabijała i dawała się zabijać.
Mówił wciąż lekkim tonem, zaś ona, jakby nie wiedząc o jego obecności, stała nieruchomo, ze splecionymi lekko dłońmi, a wachlarz zwisał z jej zachodzących na siebie palców. Poczekał chwilę, po czym:
— Pójdę pod ścianę — odezwał się z jakąś żartobliwą rozpaczą.
Ale nawet po tych słowach nie spojrzała na niego. Nie poruszyła głową, zapatrzona na dom Avellanosów, którego obłupane kolumny i obłamane narożniki skryły już swe pohańbione dostojeństwo w gęstniejących zmierzchach ulicznych. Z całej jej postaci tylko usta drgnęły słowami:
— Czy pan chce, żebym się rozpłakała?
Milczał przez chwilę zaskoczony, jak gdyby przytłoczony brzemieniem jakiegoś zalęknionego szczęścia. Drwiący uśmiech zastygł na jego ustach, a jego oczy znieruchomiały w wyrazie niedowierzającego zdumienia. Wartość słów zależy od osoby, która je wypowiada, gdyż niczego nowego nie może powiedzieć ani kobieta, ani mężczyzna. Słowa wyrzeczone przez Antonię były ostatnimi, jakich się od niej spodziewał. Nigdy jeszcze nie był z nią tak blisko podczas ich krótkich spotkań. I zanim zdążyła zwrócić się ku niemu, co uczyniła z oziębłym wdziękiem, zaczął nalegać:
— Moja siostra tylko czeka, żeby panią uścisnąć. Mój ojciec będzie uszczęśliwiony. A czyż mam mówić o mej matce? Nasze matki będą jak dwie siostry. W przyszłym tygodniu statek pocztowy odpływa na południe. Jedźmy! Ten Moraga to głupiec! Człowieka takiego jak Montero można było przekupić. To zwyczaj tego kraju. To jego tradycja polityczna. Niechaj pani zajrzy do Pięćdziesięciu lat nierządu.
— Proszę nie powoływać się na mego ojca! On wierzy...
— Myślę z największą tkliwością o pani ojcu — mówił namiętnie. — Ale panią kocham, Antonio! Moraga haniebnie popsuł całą tę sprawę. Być może, iż przyczynił się także do tego pani ojciec, nie wiem. Montero dałby się przekupić. Trzeba mu było dać odczepne z tej sławetnej pożyczki zaciągniętej na cele rozwoju narodowego. Czemuż ci głupcy ze Santa Marta nie wysłali go w jakiejś misji do Europy lub nie obmyślili dla niego czegoś podobnego? Byłby wziął wynagrodzenie za pięć lat z góry i pojechałby trwonić je w Paryżu, ten głupi, dziki Indio!
— Ten człowiek — rzekła zamyślona, odpowiadając spokojnie na jego porywcze słowa — dał się opętać próżności. Mieliśmy o nim dokładne informacje nie tylko od Moragi, ale i od innych. Przy tym jego brat również wziął udział w intrygach.
— No, tak! — przemówił. — Pani wie o tym. Pani wie wszystko. Czytuje pani całą korespondencję, pisuje wszystkie dokumenty. Wszystkie dokumenty państwowe powstają tutaj, w tym salonie, natchnione przez ślepą uległość teorii czystości zasad politycznych. Czyż nie ma pani przed oczyma Charlesa Goulda? Rey de Sulaco!188 On i jego kopalnia są praktycznym pokazem tego, co dałoby się zrobić. Czyż pani sądzi, że może mieć powodzenie, wierząc w swą teorię cnoty? A wszyscy ci inżynierowie kolejowi, ludzie uczciwej pracy! Bo trzeba przyznać, że pracują uczciwie. Ale czyż można pracować uczciwie, dopóki nie zaspokoi się złodziei? Czyż nie mógł ten dżentelmen powiedzieć temu jakiemuś sir Johnowi, czy jak tam on się nazywa, że trzeba przede wszystkim przekupić Montera, jego i tych murzyńskich liberałów, uwieszonych przy jego haftowanych złotem rękawach? Sprzedałby siebie, swą tępą osobę na wagę złota, sprzedałby wraz z sobą buty, szablę, ostrogi, kapelusz z kogucim pióropuszem — słowem wszystko. Proszę mi wierzyć.
Potrząsnęła głową z lekka.
— To było niemożliwe — rzekła cicho.
— Chciał zagarnąć wszystko? Co?
Zwróciła się teraz twarzą do niego w głębokiej framudze okiennej. Stała bliska i nieruchoma. Tylko jej usta poruszały się szybko. Decoud, oparłszy się plecami o ścianę, słuchał z założonymi rękami i przymkniętymi nieco powiekami. Poił się brzmieniem jej miarowego głosu i śledził ruchliwą żywość, z jaką fale wrażeń zdawały się wynikać z jej serca i przepływać przez jej krtań ulatującym w powietrze szmerem jej rozumnych słów. On także nie miał aspiracje: pragnął wyrwać ją z tej zabójczej jałowości reform i pronunciamentos. Wszystko to było chybione, zupełnie chybione. Pozostawał pod jej urokiem, ale chwilami nieodparta słuszność jakiegoś powiedzenia przełamywała ten czar, nagle pierzchało zaklęcie pod niemiłym naporem ciekawości. „Czasem kobieta staje jak gdyby na progu geniuszu — myślał. — Po co im wiedzieć, zastanawiać się, rozumieć? Namiętność starczy za wszystko” — i gotów był uwierzyć, że to lub owo zdumiewająco głębokie spostrzeżenie, ocena czyjegoś charakteru lub sąd o jakimś zdarzeniu po prostu graniczą z cudem. W dojrzałej Antonii dostrzegał z nadzwyczajną wyrazistością surową pensjonarkę z lat minionych. Umiała przykuć jego uwagę, niekiedy nie mógł się powstrzymać, by jej nie przyznać słuszności, to znów całkiem poważnie czynił jakieś zastrzeżenia. Stopniowo zaczęli dyskutować; portiera zasłaniała ich po części przed oczyma osób zebranych w sali.
Na dworze zapadła ciemność. Z głębokich smug cienia między domami, majaczącymi w migotaniu lamp ulicznych, roztaczała się przez Sulaco wieczorna cisza, cisza miasta, gdzie jest mało pojazdów, nie podkuwa się koni, a ludzie noszą miękkie sandały. Okna Casa Gould rzucały świetlne prostokąty na ściany domu Avellanosów. Od czasu do czasu przeszedł ktoś cichym krokiem i błysnął roziskrzony żar papierosa u podnóża ściany. Powietrze, jakby ochłodzone śniegami Higueroty, muskało świeżością ich twarze.
— My, ludzie Zachodu — mówił Martin Decoud, używając określenia, którym posługiwali się zazwyczaj mieszkańcy prowincji Sulaco, gdy mówili o sobie — byliśmy zawsze odsunięci i oddaleni. Jak długo mamy Caytę w rękach, nic nas nie może dosięgnąć. Nie zdarzyło się jeszcze podczas naszych zaburzeń, żeby jakaś armia przekroczyła te góry. Rewolucja w centralnych prowincjach od razu nas odgradza. Proszę tylko zważyć, jak zupełne jest teraz to odosobnienie! Wiadomości o ruchach Barriosa będą przesyłane telegraficznie do Stanów Zjednoczonych i dopiero z przeciwległego wybrzeża morskiego będą docierały do Santa Marta. Posiadamy największe bogactwa, najżyźniejsze ziemie, najczystszą krew w naszych wielkich rodach, najpracowitszą ludność. Zachodnia Prowincja winna być samoistna. Federalizm przeszłości nie był dla nas niekorzystny! Nastąpiło po nim zjednoczenie, któremu opierał się don Henrique Gould. Utorowało ono drogę do tyranii. Odtąd reszta Costaguany wisi jak kamień młyński u naszej szyi. Zachodnia Prowincja jest dość wielka, żeby dla nas wszystkich była ojczyzną. Niech pani spojrzy na góry. Nawet przyroda zdaje się nawoływać nas: „Oddzielcie się”.
Zaprzeczyła energicznym gestem. Nastało milczenie.
— Wiem, że to przeciwne zasadom wyłuszczonym w Dziejach pięćdziesięciu lat nierządu. Staram się tylko być rozsądny. Ale mój rozsądek zawsze panią obraża. Czy bardzo przeraziły panią te najzupełniej rozumne dążenia?
Potrząsnęła głową. Nie, nie była urażona, ale ten pomysł pozostawał w sprzeczności z jej przekonaniami. Jej patriotyzm sięgał dalej. Nie zastanawiała się nigdy nad taką możliwością.
— A jednak to jedyny sposób, by ocalić choć po części pani przekonania — rzekł proroczo.
Nie odpowiedziała. Wydawała się znużona. Stojąc obok siebie, opierali się oboje po przyjacielsku o kratę niewielkiego balkonu. Zakończyli rozmowę o polityce i pogrążyli się w milczącym poczuciu wzajemnej bliskości, w tym głębokim mgnieniu, które tętni rytmem namiętności. W głębi plaza, u wylotu ulicy, jarzyły się jaskrawo węgle, żarzące się w brazeros189 przekupek, które gotowały dla siebie wieczerzę. Jakiś człowiek przemknął bez szmeru, mignąwszy w świetle lampy ulicznej barwnym, odwróconym trójkątem swego bramowanego poncho, zarzuconego na barczyste ramiona i sięgającego poniżej kolan. Od strony portu jakiś jeździec człapał ulicą na koniu, który mijając lampy, mglił się srebrzyście pod ciemnymi kształtami postaci ludzkiej.
— Oto słynny capataz de cargadores — odezwał się Decoud miękko. — Ukończył pracę i nadjeżdża w całej swej okazałości. Po don Carlosie Gouldzie jest to największy człowiek w Sulaco. Dobry z natury, więc z nim się zaprzyjaźniłem.
— Naprawdę? — zapytała Antonia. — W jaki sposób pan z nim się zaprzyjaźnił?
— Dziennikarz powinien wyczuwać tętno ludu, a ten człowiek jest jednym z przywódców pospólstwa. Dziennikarz powinien znać ludzi niezwykłych, a ten człowiek jest na swój sposób niezwykły.
— Zapewne — rzekła Antonia w zamyśleniu. — Wiadomo powszechnie, iż ten Włoch wywiera wielki wpływ.
Jeździec ich minął, mignęły w mgławej poświacie połyskliwe blachy uprzęży, wielkie, błyszczące strzemiona oraz długie srebrne ostrogi. Ale przelotne muśnięcie żółtawego światła ześliznęło się bezsilnie po ciemnej tajemniczej postaci, której oblicze nikło zupełnie pod wielkim sombrerem.
Decoud i Antonia stali wciąż jeszcze oparci o poręcz balkonu, tak blisko siebie, iż dotykali się niemal łokciami. Ich pochylone głowy nurzały się w ciemności ulicznej, a za nimi jarzyła się oświecona jasna sala. To tête à tête190 było w najwyższym stopniu zdrożne i na całym obszarze republiki zdolna była do niego tylko ta niezwykła Antonia, biedna, osierocona dziewczyna, którą nikt się nie opiekował, której niedbały ojciec dbał tylko o wykształcenie. Nawet Decoud doznawał wrażenia, iż osiągnął więcej, aniżeli mógł się spodziewać przed... zakończeniem rewolucji, kiedy wreszcie będzie mógł zabrać ją ze sobą do Europy, wyrwać ją z tego nieskończonego zamętu wojen domowych, których niedorzeczność była bodaj przykrzejsza od hańby. Oto po jednym Montero pojawi się na pewno inny, jemu podobny; wśród ludności najprzeróżniejszego pochodzenia i zabarwienia skóry będzie dalej szalało bezprawie, barbarzyństwo i nieunikniona tyrania. Wielki wyzwoliciel, Bolivar, słusznie rzekł z głębi swej rozgoryczonej duszy: „Ameryką rządzić niepodobna. Ci, co pracowali dla jej niepodległości, orali morze”. Zaś on sam oświadczał bez ogródek, iż nie dba o ojczyznę. Przy każdej sposobności powiadał Antonii otwarcie, że nie jest patriotą, chociaż udało się jej uczynić z niego dziennikarza, który oddał swe pióro na usługi blancos. Przede wszystkim samo pojęcie patriotyzmu nie ma sensu dla umysłów światłych, dla których ciasnota wszelkich przekonań ideologicznych jest nie do zniesienia; po wtóre pojęcie to sponiewierano beznadziejnie w nieustannych zamieszkach w tym nieszczęsnym kraju. Stało się ono hasłem ciemnego barbarzyństwa, osłoną bezprawia, zbrodni, grabieży i pospolitego złodziejstwa.
Dziwiła go płomienność własnej wymowy. Nie potrzebował przyciszać głosu, gdyż przez cały czas mówił cicho, szeptem, zatracającym się wśród milczenia mrocznych domów, których okiennice w Sulaco zamyka się wcześnie z obawy przed nocnym powietrzem. Jedynie salon w Casa Gould rzucał wyzywający blask ze swych czterech okien, jasne snopy światła wśród głuchego mroku ulicy. Po krótkiej chwili rozległ się znowu na małym balkonie szmer głosów.
— Pracujemy, żeby to zmienić — przeczyła mu Antonia. — To jest naszym pragnieniem. To jest naszym zadaniem. Na tym polega wielkość sprawy. Zaś w owym pojęciu, którym pan pomiata, zawarł się ogrom poświęcenia, męstwa, stałości, cierpienia. Mój ojciec, który...
— Orze tonie morskie — przerwał Decoud, spoglądając w dół.
Zadudniły pod nimi śpieszne, ciężkie kroki.
— Wuj pani, wikariusz generalny191, wszedł właśnie do bramy — objaśnił Decoud. — Odprawił mszę dla wojska na plaza dziś rano. Czy wie pani, że zbudowano dla niego ołtarz z bębnów? I że wyniesiono z kościoła wszystkie pomalowane drewna, żeby się przewietrzyły? Wszyscy drewniani święci stali jak żołnierze w szeregu u podnóża wielkich schodów. Wyglądali niby wspaniały orszak towarzyszący wielkiemu wikariuszowi. Przyglądałem się temu uroczystemu obrzędowi z okien „Porveniru”. Pani wuj, ostatni z Corbelanów, jest zdumiewający. Skrzył się w swym ornacie z krzyżem ze szkarłatnego aksamitu na plecach. Tymczasem nasz zbawca, Barrios, siedział w klubie „Amarilla” przy otwartym oknie i popijał poncz. To esprit fort192, ten nasz Barrios. Spodziewałem się, iż wuj pani ciśnie lada chwila klątwą w to przysłonięte czarnym płatkiem oko, które wyzierało z okna po drugiej stronie plaza. Ale nie. W końcu wojsko odmaszerowało. Barrios raczył wreszcie zejść na dół z kilkoma oficerami i rozmawiając, stał na skraju chodnika w porozpinanym mundurze. Nagle u drzwi katedry ukazał się wuj pani, już nie w skrzących szatach, lecz w czerni. Jak zwykle, wyglądał groźnie, niby jakiś duch pomsty. Spojrzał, podszedł wielkimi krokami ku oficerom i uprowadził generała, wziąwszy go pod ramię. Wodził go jakiś kwadrans w cieniu kościoła. Ani na chwilę nie puszczał go od siebie, mówiąc bez przerwy gorączkowo i gestykulując swym długim, czarnym ramieniem. Było to ciekawe widowisko. Oficerowie jakby osłupieli ze zdumienia. Niezwykły człowiek, ten pani wuj misjonarz. Nienawidzi bardziej heretyka niż bezbożnika, a stokroć woli poganina od bezbożnika. Czy pani wie, iż raczy niekiedy nazywać mnie poganinem?
Antonia słuchała, przełożywszy ręce przez balustradę. Dłonie jej otwierały i zamykały z wolna wachlarz. Decoud mówił nieco nerwowo, jak gdyby się obawiał, iż odejdzie od niego, jeśli przestanie mówić. Ich częściowe odosobnienie, tkliwe poczucie zbliżenia, lekkie zetknięcie ich ramion napawały go błogością. W jego ironicznym szepcie odzywała się niekiedy słodycz czułości.
— Umiem cenić nawet najniklejszą oznakę łaskawości ze strony pani krewnych. A przy tym może on mnie rozumie. Bo ja znam padre Corbelana. Godność polityczna, sprawiedliwość, uczciwość polega w jego pojęciu na zwrocie dóbr zabranych Kościołowi. Nic innego nie zdołałoby skłonić go do powrotu z puszcz, gdzie nawracał zapamiętale dzikich Indian! Ta zawodna nadzieja skłoniła go do pracy na rzecz ribierzystów. Gdyby znalazł zwolenników, to dla tej sprawy sam byłby gotów wywołać pronunciamento przeciw każdemu rządowi. Co też myśli o tym don Carlos Gould? Ale któż odgadnie jego myśli za tą nieprzeniknioną angielską skrytością? Najprawdopodobniej nie obchodzi go nic poza jego kopalnią, jego imperium in imperio. Jeżeli zaś chodzi o panią Gould, to ona myśli o swych szkołach, o swych szpitalach, o matkach z drobnymi dziećmi i o wszystkich chorych starcach w trzech wioskach górniczych. Gdyby pani odwróciła teraz głowę, to na pewno zobaczyłaby pani, iż albo odbiera raport od tego zakazanego doktora w kraciastej koszuli, jakże on się nazywa? Ach, prawda, Monygham, albo wypytuje don Pépégo albo też słucha padre Romana. Wszyscy oni są dziś tutaj, zeszli się wszyscy ministrowie jej państwa. Uczuciowa z niej kobieta, a don Carlos jest może uczuciowym mężczyzną. To jedna z cech angielskiego zdrowego rozsądku, by nie myśleć za wiele i dbać tylko o to, co można praktycznie zużytkować w danej chwili. To ludzie niepodobni do nas. Nie mamy politycznego rozumu; miewamy tylko polityczne namiętności, i to niekiedy. Czym jest przekonanie? Swoistym wyrazem naszych osobistych korzyści, bądź to praktycznych, bądź też uczuciowych. Nie jest się za darmo patriotą. Na tym słowie nieźle się wychodzi. Ale ja patrzę jasno i nie mam prawa go używać, mówiąc do pani. Nie mam złudzeń patriotycznych. Mam tylko najwyższe złudzenie — człowieka zakochanego.
Zamilkł, po czym szepnął niemal bezgłośnie:
— Które może zaprowadzić bardzo daleko.
Wzmagający się za ich plecami gwar głosów był oznaką, iż nastała chwila przypływu politycznego, który raz na dwadzieścia cztery godziny zwykł był przelewać się wzdętą falą przez salon Gouldów. Napływali goście pojedynczo, dwójkami, trójkami: wyżsi urzędnicy prowincjonalni i ogorzali inżynierowie kolejowi. Wśród ich młodych, czerstwych twarzy widniała szpakowata głowa ich zwierzchnika, który uśmiechał się z lekko żartobliwą pobłażliwością. Scarfe, miłośnik fandango193, wymknął się już, poszukując, gdzie by można zatańczyć, chociażby mu wypadło iść na krańce miasta. Don Juste Lopez, odwiózłszy córki do domu, wszedł uroczyście, mając na sobie czarny, pognieciony surdut, pozapinany aż pod bujną, ciemną brodę. Nieliczni członkowie Zgromadzenia Prowincjonalnego skupili się zaraz dokoła swego prezesa i zaczęli omawiać nowiny z pola walki oraz najnowszą proklamację buntowniczego Montera, nikczemnego Montera, który w imieniu „płonącej słusznym oburzeniem demokracji” wzywał wszystkie Zgromadzenia Prowincjonalne republiki, by zaprzestały posiedzeń aż do chwili, kiedy jego miecz zapewni spokój i będzie można zasięgnąć zdania ludu. Praktycznie było to wezwanie do rozwiązania Zgromadzeń. Co za niesłychane zuchwalstwo tego podłego szaleńca!
Garstka posłów stojących za Josém Avellanosem zakipiała oburzeniem. Don José podniósł głos i zawołał do nich przez wysokie oparcie swego fotela:
— Sulaco dało odpowiedź, wysyłając dziś armię, która uderzy na niego od skrzydła. Gdyby wszystkie inne prowincje dowiodły bodaj w części patriotyzmu, który ożywia nas, obywateli z Zachodu...
Burza okrzyków zagłuszyła rozedrgany głos człowieka, który był życiem i duszą swego stronnictwa. — Tak jest? To prawda! To wielka prawda! Sulaco stanęło na czele, jak zawsze! — zahuczał pochwalny zgiełk; wiekopomny dzień rozbudził otuchę wśród tych caballeros z Campo, troszczących się o swe łany, o swe trzody, o bezpieczeństwo swoich rodzin. Wszystko rzucono na szalę...
— Nie! To niepodobna, żeby Montero zwyciężył! Ten zbrodniarz, ten bezwstydny Indio! — Wrzawa nie przycichała. Wszystkie spojrzenia zwróciły się ku gromadce, wśród której don Juste przybrał wyraz tak bezstronny i uroczysty, jak gdyby przewodniczył posiedzeniu Zgromadzenia Prowincjonalnego.
Decoud odwrócił się i oparłszy się plecami o balustradę, wrzasnął na cały głos do wnętrza sali: — Gran’ bestia!
Pod wpływem tego nieoczekiwanego okrzyku zgiełk ucichł. W oczach, które podążyły za nim w stronę okna, błysnęło przychylne oczekiwanie. Ale Decoud zdążył już odwrócić się od salonu i stał znów pochylony nad cichą ulicą.
— Oto najistotniejsza treść mojej działalności publicznej. Oto najdosadniejszy jej argument! — przemówił do Antonii. — Wynalazłem to określenie, to hasło wielkiej sprawy. Ale nie jestem patriotą. Nie jestem nim tak samo, jak capataz de cargadores, ten genueńczyk, który tak wiele uczynił dla tego portu i stał się czynnym pracownikiem w materialnej dziedzinie naszego rozwoju. Słyszała pani, jak kapitan Mitchell nieustannie się zwierza, iż odkąd znalazł tego człowieka, sam nie wie, jak długo trwa wyładowanie okrętu? To jest ze szkodą dla postępu. Widziała go pani, jak mijał nas po pracowicie spędzonym dniu na swej słynnej klaczy. Pojechał bałamucić dziewczęta w salonach, gdzie tańczy się na ubitej ziemi. Szczęśliwy z niego człowiek! Jego praca polega na oddziaływaniu potężnej indywidualności, jego zabawa na przyjmowaniu oznak bezgranicznego uwielbienia. A on to lubi! Czyż można być szczęśliwszym? Być przedmiotem lęku i podziwu jest...
— Czy to szczyt pańskich dążeń? — przerwała Antonia.
— Mówiłem o człowieku tego pokroju — odparł Decoud krótko. — Bohaterów podziwiano i lękano się. Czegóż mu więcej trzeba?
Decoud czuł nieraz, iż właściwy mu nawyk ironicznego myślenia kruszy się, rozbity o powagę Antonii. Irytowała go wtedy, jak gdyby i ona uległa tej niepojętej, kobiecej tępocie, która tak często bywa przeszkodą między mężczyzną a kobietą pospolitej miary. Ale od razu powściągnął rozdrażnienie. Nie przychodziło mu na myśl, by uważać Antonię za naturę pospolitą, aczkolwiek jego sceptycyzm nawet o nim samym wydał takie orzeczenie. Z drżeniem przejmującej czułości w głosie zapewnił, iż jedynym jego dążeniem jest szczęście tak bezmierne, iż wydaje się niemal niemożliwe do osiągnięcia na tej ziemi.
Zarumieniła się niedostrzegalnie i ogarnął ją płomień, którego niezdolne już były przytłumić powiewy Sierry, jak gdyby postradały swe chłodzące moce w nagłym topnieniu śniegów. Nie było to następstwem jego szeptu, chociaż w głosie jego było tyle żaru, iż roztajałoby nawet serce z lodu. Antonia odwróciła się nagle, jak gdyby chciała szmer jego zaklęć unieść w głąb salonu, pełnego świateł i rozgwaru głosów.
Przypływ rozważań politycznych wezbrał wysoko wśród czterech ścian wielkiej sali, jak gdyby wzdęty nad miarę potężnym podmuchem nadziei. Roztaczająca się na kształt wachlarza broda don Juste’a wciąż jeszcze była ośrodkiem głośnych, ożywionych rozmów. Ze wszystkich głosów rozbrzmiewała ufność we własne siły. Nawet nieliczni Europejczycy, zebrani dokoła Charlesa Goulda — jeden Duńczyk, dwu Francuzów oraz rozsądny, gruby Niemiec, który uśmiechał się, nie podnosząc oczu — nawet wszyscy ci przedstawiciele materialnych interesów, zapuszczających korzenie w Sulaco pod możną opieką kopalni San Tomé, wnieśli do swego wielkiego poważania odrobinę dobrego humoru. Charles Gould, któremu starali się przypodobać, był widomym symbolem stałości, jaką można osiągnąć na grząskim gruncie rewolucji. Zaczęli znów patrzeć z otuchą na swe różnorodne przedsiębiorstwa. Jeden z Francuzów, drobny, czarny, o skrzących oczach, ginących w ogromnej gęstwie kudłatej brody, wymachiwał chuderlawymi, śniadymi rękami o wątłych przegubach. Pracował w głębi kraju dla pewnego syndykatu kapitalistów europejskich. Jego wymuszone „monsieur l’administrateur” przenikliwie rozlegało się co chwila wśród nieustającego rozgwaru. Opowiadał o swych odkryciach. Był wniebowzięty. Charles Gould spoglądał na niego uprzejmie.
Podczas takich koniecznych przyjęć pani Gould miała zwyczaj w pewnej chwili usuwać się do przeznaczonego wyłącznie dla siebie saloniku, który znajdował się tuż obok wielkiej sali. Powstała właśnie i czekając na Antonię, słuchała z wyrazem nieco roztargnionego wdzięku naczelnego inżyniera kolejowego, który pochyliwszy się nad nią, opowiadał powoli i bez najlżejszego gestu coś, co zapewne miało być zabawne, gdyż mrugał przy tym jowialnie oczyma. Antonia, zanim weszła do salonu, by przyłączyć się do pani Gould, na jedno mgnienie odwróciła przez ramię głowę ku Decoudowi.
— Dlaczego ktokolwiek z nas miałby sądzić, że jego dążenia nie dadzą się urzeczywistnić? — spytała pośpiesznie.
— Nie wyrzeknę się swoich do ostatka, Antonio! — odpowiedział przez zaciśnięte zęby, po czym skłonił się nisko i nieco z daleka.
Naczelny inżynier nie zdążył ukończyć jeszcze swej zabawnej opowieści. Komiczne sytuacje związane z budową kolei w Ameryce Południowej przemawiały do jego bystrego postrzegania absurdów, toteż wybierał bardzo trafnie przykłady ciemnych przesądów i ciemnej przebiegłości. Nie opuścił pań, kiedy wychodziły z salonu, idąc obok pani Gould, która zaczęła go słuchać z niepodzielną uwagą. Ostatecznie we trójkę wyszli niepostrzeżenie przez oszklone drzwi korytarza. Jedynie rosły duchowny, który kroczył w milczeniu wśród wrzawy salonu, zerknął ukradkiem za nimi. Ojciec Corbelan, którego Decoud zauważył z balkonu, kiedy wchodził do bramy Casa Gould, nie przemówił jeszcze do nikogo. Długa, skromna sutanna uwydatniała smukłość jego postaci. Idąc, wysuwał naprzód swą potężną pierś. Prosta czarna kreska jego zrośniętych brwi, ostre kontury kościstej twarzy i biała blizna na sinym, wygolonym policzku (świadcząca o jego apostolskiej gorliwości wśród zgrai nienawróconych jeszcze Indian) sprawiały wrażenie, jak gdyby coś zdrożnego kryło się pod powłoką jego kapłaństwa. Wyglądał niby jakiś kapelan bandytów. Rozłączył swe kościste, żylaste ręce, założone dotychczas w tył, by pogrozić palcem Martinowi.
Decoud wszedł za Antonią do salonu, ale nie poszedł wgłąb. Zatrzymał się przy portierze z wyrazem niezupełnie szczerej powagi, z jaką ludzie dorośli zwykli brać udział w zabawach dzieci. Spojrzał spokojnie na groźnie podniesiony palec.
— Widziałem, jak wasza wielebność nawoływała do skruchy generała Barriosa — rzekł, nie ruszając się z miejsca.
— Co za niemądre gadanie! — Potężny głos ojca Corbelana rozległ się tak gromko po całej sali, iż wszyscy odwrócili głowy. — To pijak! Señores, bóstwem waszego generała jest butelka.
Jego pogardliwe słowa wywołały niemiłe milczenie, jakby z grona obecnych pierzchła naraz otucha. Ale nikt nie odniósł się do tej wypowiedzi.
Wiedziano, iż ojciec Corbelan wrócił z dżungli, by bronić uświęconych praw Kościoła z tą samą fanatyczną nieustraszonością, z jaką głosił słowo Boże wśród dzikich, krwiożerczych plemion, pozbawionych ludzkich uczuć i czci dla jakichkolwiek świętości. Wprost legendarnie brzmiały opowiadania o powodzeniu, jakie osiągał w swej działalności misjonarskiej, z dala od oczu chrześcijańskiego społeczeństwa. Zdołał ochrzcić całe plemiona indiańskie, żyjąc wśród nich jak dziki. Opowiadano, iż padre miał zwyczaj uganiać na wpół nagi wraz z swymi Indianami na koniu, dzierżąc tarczę z bawolej skóry, no i zapewne długą włócznię. Zaszyty w skóry, miał podobno wałęsać się, hen, na pograniczu śniegów w Kordylierach, szukając prozelitów194. Nie słyszano jednak nigdy, żeby padre Corbelan sam opowiadał o tych przygodach. Nie robił natomiast tajemnicy ze swego przeświadczenia, iż politycy z Santa Marta mają twardsze serca i nikczemniejsze dusze aniżeli poganie, którym głosił Ewangelię. Nierozważna żarliwość, z jaką stawał w obronie doczesnych dóbr Kościoła, szkodziła sprawie ribierzystów. Utrzymywano powszechnie, iż nie chciał przyjąć godności biskupa tytularnego diecezji zachodniej, zanim pokrzywdzony Kościół nie otrzyma zadośćuczynienia. Polityczny jéfé z Sulaco (ten sam dygnitarz, którego kapitan Mitchell ocalił później z rąk tłumu) dawał do zrozumienia z naiwnym cynizmem, iż panowie ministrowie zapewne dlatego wysłali padre przez góry do Sulaco w najgorszej porze roku, ażeby zamarzł na śmierć w lodowatych zawiejach górskich paramos195. Nie było roku, ażeby kilku zuchwałych mulników, ludzi zahartowanych w takich wyprawach, nie ginęło w ten sposób. Ale co się okazało? Ekscelencje nie osiągnęły swego celu, taki twardy z niego człowiek. Tymczasem wśród ciemnych tłumów wszczęło się szemranie, iż reformy ribierystowskie zmierzają po prostu do odebrania ludowi ziemi. Część jej mieli otrzymać cudzoziemcy, którzy budowali kolej, zaś resztę mieli zagarnąć padres.
Takie były owoce gorliwości wikariusza generalnego. Nawet w krótkim przemówieniu do wojsk na plaza (słyszały je zresztą tylko przednie szeregi) nie zaniedbał wspomnieć o znieważeniu Kościoła, który oczekuje, że ojczyzna zadośćuczynieniem odpokutuje swe winy. Polityczny jéfé zirytował się. Ale szwagra don Joségo nie mógł przecież wtrącić do więzienia w cabildo196. Dygnitarz ten, przystępny i ludzki służbista, miał zwyczaj zachodzić o zmierzchu z Intendencji do Casa Gould, dokąd udawał się sam, odpowiadając z jednakowo uprzejmą godnością na pozdrowienia możnych i pospólstwa. Tego wieczora podszedł prosto do Charlesa Goulda i syknął mu do ucha, że miałby ochotę wywieźć wikariusza generalnego z Sulaco na jakąś odludną wyspę, na przykład na którąś z Izabel.
— Na tę bezwodną najlepiej, nieprawdaż, don Carlosie? — dodał żartobliwie, lecz z poważną miną. Ten nieobliczalny kapłan, który nie chciał zamieszkać w pałacu biskupim i wolał zawieszać swój dziurawy hamak wśród brudu i pajęczyn zagarniętego przez władze świeckie klasztoru dominikańskiego, uwziął się, by uzyskać bezwarunkową amnestię dla rozbójnika, Hernandeza! I nie dość na tym, wszedł bowiem, jak się zdaje, w porozumienie z tym najzuchwalszym przestępcą, jakiego kiedykolwiek nosiła ta ziemia. Policja z Sulaco wiedziała oczywiście, co się święci. Padre Corbelan porozumiał się z tym lekkomyślnym Włochem, capatazem de cargadores, jedynym do takich zleceń, i wyprawił go z poselstwem. Ojciec Corbelan kształcił się w Rzymie i mówił po włosku. Dowiedziano się, iż tenże capataz bywał nocą w starym klasztorze dominikańskim. Staruszce, która usługiwała wikariuszowi generalnemu, obiło się o uszy nazwisko Hernandeza, zaś ubiegłej soboty widziano capataza, jak cwałem wyjeżdżał z miasta. Nie było go przez dwa dni. Policja mogła rzecz jasna podążyć tropem Włocha, ale obawiała się cargadores, ludzi bardzo burzliwych, którzy mogli wywołać rozruchy. W obecnych czasach niełatwo jest rządzić w Sulaco. Zaczęły napływać tu szumowiny, zwabione pieniędzmi w kieszeniach robotników kolejowych. Przemówienia ojca Corbelana wywołują wrzenie wśród ludności. I urzędnik naczelny zaczął tłumaczyć Charlesowi Gouldowi, iż odkąd prowincja jest ogołocona z wojska, w razie wybuchu bezprawia władze nie wiedziałyby, co począć.
Po czym, zasępiwszy się, usiadł w fotelu, paląc długie, cienkie cygaro i pochylając się od czasu do czasu, by zamienić kilka słów z don Josém, który siedział opodal. Udawał, że nie zauważył wchodzącego księdza, a kiedy głos ojca Corbelana rozlegał się za jego plecami, wzruszał niecierpliwie ramionami.
Ojciec Corbelan stał przez chwilę nieruchomo, ale z tej jego nieruchomości przemawiała jakaś mściwość, która znamionowała całe jego postępowanie. Posępny żar surowych przekonań nadawał szczególniejszego wyrazu tej czarnej postaci. Ale ta srogość złagodniała, gdy padre, utkwiwszy oczy w Decoudzie, podniósł powoli, znacząco długie, czarne ramię:
— A pan... pan jest zupełnym poganinem — odezwał się przytłumionym, głębokim głosem.
Postąpił krok naprzód i dotknął wskazującym palcem piersi młodzieńca. Decoud, bardzo spokojny, poczuł, iż poprzez portierę tyłem głowy dotyka ściany. Po czym uśmiechnął się, wysuwając brodę.
— Tak jest — potwierdził z lekko znużoną niedbałością człowieka, który przywykł do podobnych wystąpień. — Ale coś mi się zdaje, że ksiądz jeszcze nie zna bóstwa mojej wiary? Łatwiej to poszło z naszym Barriosem!
Kapłan powściągnął gest zniechęcenia.
— Nie wierzy pan w nic — przemówił.
— Nawet w butelkę — dodał Decoud wyzywająco. — Ale nie wierzy w nią także drugi ulubieniec waszej wielebności. Mam na myśli capataza de cargadores. Nie pije. Znajomość mojej natury przynosi zaszczyt przenikliwości księdza dobrodzieja. Ale dlaczego nazywa mnie ksiądz poganinem?
— To prawda — odparł ksiądz — pan jest stokroć gorszy. Nawet cud by pana nie nawrócił.
— Oczywiście, nie wierzę w cuda — rzekł Decoud spokojnie.
Ojciec Corbelan wzruszył powątpiewająco swymi potężnymi ramionami.
— Ot, taki Francuz, bezbożnik, materialista — wypowiadał powoli słowa, jak gdyby ważąc określenia starannej analizy. — Ani to dziecię własnego, ani cudzego kraju — mówił dalej w zadumie.
— Innymi słowy, ledwie zasługujący na miano człowieka — skomentował Decoud z głową opartą o ścianę i oczyma utkwionymi w suficie.
— Ofiara tej bezbożnej epoki — zakończył ojciec Corbelan głębokim, lecz przytłumionym głosem.
— Ale poniekąd przydatny jako publicysta. — Decoud zmienił postawę i zaczął mówić z większym ożywieniem. — Ale czy czytała wasza wielebność ostatni numer „Porveniru”? Zapewniam, iż nie różni się niczym od poprzednich. Co do ogólnej linii politycznej, nadal nazywa Montera gran’ bestia i piętnuje jego brata, guerillera, jako lokaja i szpiega. Czyż może być coś dosadniejszego? Jeśli chodzi o sprawy lokalne, zwraca się z wezwaniem do władz prowincjonalnych, aby wcieliły do armii narodowej bandę rozbójnika Hernandeza, który, jak się zdaje, cieszy się opieką Kościoła, a przynajmniej wikariusza generalnego. Nic rozsądniejszego.
Ksiądz skinął i obrócił się na szerokich obcasach swych tępo zakończonych trzewików, opatrzonych wielkimi, stalowymi sprzączkami. Założywszy znów ręce w tył, zaczął się przechadzać, stawiając mocno nogi. Kiedy się obracał, poły jego sutanny zawijały się lekko od nagłości jego ruchów.
Wielki salon powoli się opróżniał. Gdy jéfé politico powstał, by również odejść, wszyscy jeszcze obecni podnieśli się ze swych miejsc na znak szacunku, a don José Avellanos zatrzymał swój rozbujany fotel. Ale dobrotliwy dostojnik poprosił gestem, by się nie ruszali, pożegnał skinieniem ręki Charlesa Goulda i wymknął się chyłkiem.
Wśród względnej ciszy salonu skrzeczące „monsieur l’administrateur” chuderlawego, zarośniętego Francuza rozlegało się z przeraźliwą nienaturalnością. Wysłannik syndykatu kapitalistycznego nie opamiętał się jeszcze ze swego entuzjazmu.
— Miedź wartości dziesięciu milionów dolarów w perspektywie, monsieur l’administrateur! Dziesięć milionów w perspektywie! I będzie kolej, kolej! Nie uwierzą mojemu raportowi. C’est trop beau!197 — I wśród kiwających poważnie głów popadł w stan skrzeczącej ekstazy, mając naprzeciw niewzruszenie spokojną sylwetkę Charlesa Goulda.
A ksiądz przechadzał się dalej, zawijając połami swej sutanny przy każdym obrocie. Decoud mruknął do niego ironicznie:
— Ci panowie mówią o swych bogach.
Ojciec Corbelan przystanął na chwilę, spojrzał twardo na publicystę z Sulaco, wzruszył lekko ramionami i podjął znowu swą wędrówkę z zaciekłością niestrudzonego piechura.
Europejczycy otaczający kręgiem Charlesa Goulda zaczęli odłączać się od koła jeden po drugim, aż w końcu administrator wielkiej kopalni srebra ukazał się w całej okazałości swej szczupłej postaci, pozostawiony przez odpływ swych gości na wielkim spłachciu dywanu, który niby barwna ławica kwiatów i arabesek roztaczał się pod jego brązowymi butami.
Ojciec Corbelan zbliżył się do fotelu na biegunach, w którym siedział don José Avellanos.
— Chodź, bracie — odezwał się dobrotliwą szorstkością i odcieniem niecierpliwej ulgi, jakiej zwykło się doznawać pod koniec najzupełniej zbytecznej ceremonii. — A la casa! A la casa! Tu już powiedziano wszystko, co można było powiedzieć. Chodźmy teraz myśleć i modlić się o łaskę niebios.
Podniósł swe czarne oczy w górę. Obok tego wątłego dyplomaty, który był duszą i życiem swego stronnictwa, wydawał się olbrzymem z ogniem fanatyzmu w źrenicach. Ale głos tego stronnictwa, a raczej jego trąba, „syn Decouda” z Paryża, który dla pięknych oczu Antonii został dziennikarzem, wiedział, że tak nie było, że był on tylko gorliwym księdzem opętanym przez jedną ideę, istnym postrachem dla kobiet, przeklinanym przez mężczyzn z ludu. Martin Decoud, dyletant życiowy, wyobrażał sobie, iż dozna rozkoszy artystycznej, śledząc malowniczą krańcowość opętania, w jakie uczciwość, a nawet świątobliwość przekonań może wtrącić jednostkę ludzką. „To coś jak obłęd. Musi nim być, gdyż dąży do własnego unicestwienia” — nieraz powtarzał sobie Decoud. Zdawało się mu, że każde przekonanie, gdy tylko wyjdzie ze stanu bierności, przeistacza się w szaleństwo, którym bogowie karzą ofiary swego gniewu. Rozkoszował się cierpkim urokiem tego przykładu z lubością znawcy, który obrał sobie pewną dziedzinę sztuki. Obaj ci ludzie lgnęli do siebie, jak gdyby czuli w pewnej mierze, iż zarówno niepowściągliwość przekonań, jak rozpętanie sceptycyzmu mogą zaprowadzić człowieka na bezdroża w działalności politycznej.
Don José był posłuszny dotknięciu wielkiej, owłosionej ręki. Decoud podążył za nimi. W obszernym, pustym salonie, pełnym niebieskawego dymu tytoniowego, pozostał jeszcze jeden tylko gość, o wielkich oczach, okrągłych policzkach i obwisłych wąsach. Był to handlarz skór z Esmeraldy, który przedostał się lądem do Sulaco, jadąc konno z kilkoma peonami wzdłuż wybrzeża. Był ogromnie przejęty swą podróżą, którą podjął, by zobaczyć się z señorem administradorem i prosić go o poparcie dla swego przedsiębiorstwa eksportu skór. Miał nadzieję znacznie je powiększyć, gdy tylko kraj się uspokoi. A zanosi się na to, że się uspokoi, powtórzył kilka razy, pospolitując jakimś dziwacznym, niespokojnym skomleniem dźwięczność hiszpańskiego języka, którym paplał śpiesznie, jak gdyby to był jakiś służalczy żargon. Porządny kupiec może teraz robić interesy w tym kraju, a nawet spokojnie myśleć o ich powiększeniu. Czyżby nie? Wyglądał, jakby błagał Charlesa Goulda, by potwierdził jego słowa, by mruknął coś na pociechę lub bodaj skinął głową.
Nie doczekał się niczego. Jego zaniepokojenie wzrastało. Łypał od czasu do czasu oczyma, po czym zmuszony do poniechania tematu, zaczął uskarżać się na niebezpieczeństwa swojej podróży. Bezczelny Hernandez, opuściwszy swe zwykłe kryjówki, przekroczył podmiejskie Campo i zaczajał się, jak utrzymywano, w wąwozach wzdłuż wybrzeża. Nie dalej jak wczoraj handlarz skór i jego towarzysze widzieli, jak zaledwie o parę godzin drogi od Sulaco na gościńcu zatrzymało się jakichś podejrzanych trzech ludzi, a ich konie miały łby zwrócone do siebie. Dwóch z nich odjechało natychmiast cwałem i przepadli w płytkim jarze, który odchodził na lewo.
— Zatrzymaliśmy się — opowiadał dalej kupiec z Esmeraldy — a ja starałem się ukryć za krzakami. Żaden z moich mozos nie chciał się ruszyć, by dowiedzieć się, co się święci, a ten trzeci jeździec wyglądał, jakby czekał, żebyśmy podjechali bliżej. Nie było rady. Już nas zobaczył. Ruszyliśmy więc powoli naprzód, drżąc na całym ciele. Pozwolił nam przejechać obok siebie, siedział na siwym koniu, z wciśniętym na oczy kapeluszem, nie pozdrawiając nas ani słowem. Ale zaraz potem usłyszeliśmy, iż pędzi za nami cwałem. Obróciliśmy konie ku niemu, ale wcale go to nie wystraszyło. Przypadł jak wicher i szturchnąwszy mnie w nogę końcem buta, poprosił o cygaro z uśmiechem, od którego krew zastygła mi w żyłach. Wydawało się, że jest bez broni, ale gdy sięgnął w tył ręką po zapałki, ujrzałem olbrzymi rewolwer u jego pasa. Struchlałem. Miał takie niesamowite wąsy, don Carlosie, a ponieważ nie powiedział nam, że możemy jechać dalej, więc nie śmieliśmy ruszyć się z miejsca. W końcu, puszczając dym z mego cygara przez nos, odezwał się: „Señor, byłoby może lepiej dla was, gdybym pojechał za wami. Ale jesteście już niedaleko od Sulaco. Jedźcie z Bogiem”. Co pan by zrobił? Ruszyliśmy. Niepodobna było mu się opierać. To mógł być sam Hernandez, chociaż mój służący, który nieraz jeździł do Sulaco morzem, zapewniał, iż poznał go i wie na pewno, że jest to capataz cargadorów portowych. Później, już wieczorem, widziałem tego samego człowieka na rogu plaza, jak rozmawiał z jakąś morenitą, która stała przy jego strzemieniu i trzymała rękę na grzywie siwka.
— Zapewniam pana, señor Hirsch — mruknął Charles Gould — że tym razem nie był pan narażony na żadne niebezpieczeństwo.
— Być może, señor, chociaż jeszcze się trzęsę. Wygląda na bardzo okrutnego człowieka. I co to znaczy, żeby urzędnik Towarzystwa Żeglugi Parowej rozmawiał z salteadores — bo tamci drudzy jeźdźcy to byli salteadores — na odludnym miejscu i sam zachowywał się jak rozbójnik. Cygaro to nic, ale kto by mu zabronił zażądać ode mnie sakiewki?
— Nie, nie, señor Hirsch — rzekł Charles Gould, odwracając z niejakim roztargnieniem oczy od okrągłej twarzy z haczykowatym nosem, po której błąkał się jeszcze wyraz dziecinnego niemal wyrzutu. — Jeżeli pan istotnie spotkał capataza de cargadores, a to nie ulega wątpliwości, to był pan najzupełniej bezpieczny.
— Dziękuję panu. Pan jest bardzo dobry. Ale ten człowiek ma okrutny wygląd. Zażądał ode mnie cygara, jakbyśmy się znali od dawna. A gdybym nie miał cygara przy sobie, to co by się stało? Dreszcz mnie jeszcze przechodzi. Co on ma w tym za interes, że rozmawia z rozbójnikiem na odludnym miejscu?
Ale Charles Gould, widocznie zajęty jakąś myślą, nie rzekł na to nic, nie uczynił nawet znaku. Nieprzeniknioność tego przedstawiciela koncesji Gouldów miała swe zewnętrzne odcienie. Niemota jest tylko fatalną ułomnością, ale król Sulaco dostatecznie władał słowem, aby otoczyć się tajemniczym urokiem milczącej potęgi. Milczenie jego, poparte w razie potrzeby siłą wysłowienia, posiadało w swych odcieniach tyle znaczeń, ile ich zawrzeć mogą słowa, oznaczające zgodę, wątpienie, przeczenie lub bodaj zwykły komentarz. Jedne zdawały się mówić wyraźnie: „zastanów się nad tym”, inne dawały niedwuznacznie do zrozumienia: „dobrze, dalej”. Proste, ciche: „rozumiem”, poparte twierdzącym skinieniem na zakończenie cierpliwego półgodzinnego posłuchania, równało się zawarciu ustnej umowy, której ludzie nawykli ufać bezwzględnie, skoro stała za nią kopalnia San Tomé, która jako ośrodek materialnych interesów była tak potężna, iż nie zależała od niczyjej dobrej woli na całym obszarze Zachodniej Prowincji, mianowicie od takiej dobrej woli, której by nie mogła kupić za pieniądze. Ale dla krzywonosego człowieczka z Esmeraldy, który myślał tylko o wywozie skór, milczenie Charlesa Goulda było zwiastunem niepowodzenia. Widocznie nie był to czas sprzyjający rozwojowi kupieckich interesów. Przemknęło mu przez głowę przekleństwo, obejmujące cały ten kraj wraz z jego mieszkańcami, bez względu na to, czy stali po stronie Ribiery czy Montera; jego niemy gniew zaczął wzbierać łzami na myśl o niezliczonych skórach wołowych, które zmarnują się na sennych obszarach Campo, gdzie wśród zakola widnokręgu sterczą samotne palmy niby okręty na morzu, znacząc się nieruchomością swych potężnych sylwetek, podobnych do wysp okrytych listowiem, nad pierzchliwością rozfalowanych traw. Tam gniły skóry bez niczyjej korzyści, gniły, porzucone przez ludzi, którzy poszli czynić zadość pilnym koniecznościom rewolucji politycznych. Praktyczna, kupiecka dusza señora Hirscha wzdrygała się przed tymi szaleństwami, gdy pełen szacunku, ale i niepokoju żegnał się z potęgą i majestatem kopalni San Tomé w osobie Charlesa Goulda. Nie mógł powściągnąć rozdzierającego bełkotu, który wydarł się z jego boleściwego serca:
— To wszystko jest bardzo, bardzo niemądre. Ceny skór w Hamburgu idą ciągle w górę. Oczywiście rząd Ribiery będzie chciał z tego korzystać, gdy się już ustali. Tymczasem...
Westchnął.
— Tak, tymczasem — powtórzył Charles Gould zagadkowo.
Kupiec wzruszył ramionami. Ale nie zamierzał jeszcze odejść. Prosił, ażeby mu było wolno wspomnieć o pewnej drobnej sprawie. Miał dobrych przyjaciół w Hamburgu (tu wymienił nazwę firmy), którzy by bardzo chętnie podjęli się dostawy dynamitu. Kontrakt na dostawę dynamitu dla kopalni San Tomé, a potem może dla innych kopalń, które na pewno... Człowieczyna z Esmeraldy chciał rozwodzić się dalej, ale Charles mu przerwał. Cierpliwość señora administradora zaczęła się wyczerpywać.
— Señor Hirsch — odezwał się — mam taki zapas dynamitu w górach, że mógłbym w pył obrócić dolinę — podniósł nieco głos — że mógłbym wysadzić w powietrze pół Sulaco, gdyby mi się podobało.
Charles Gould spoglądał z uśmiechem na zaokrąglone, przerażone oczy handlarza skór, który zabełkotał śpiesznie:
— No tak, no tak — i zbierał się do odejścia. Niepodobna było handlować materiałami wybuchowymi z tym administradorem, który był tak dobrze w nie zaopatrzony, a przy tym tak zniechęcał. Nadaremnie znosił męki piekielne w siodle i narażał się na okrucieństwa bandyty Hernandeza. Nie udało się ani ze skórami, ani z dynamitem. Nawet ramiona przedsiębiorczego Izraelity wyrażały przygnębienie. W drzwiach pokłonił się nisko naczelnemu inżynierowi. Ale u podnóża schodów, na patio, przystanął i położył pulchną rękę na ustach z wyrazem zamyślonego zdziwienia.
— Po co on nagromadził tyle dynamitu? — mruknął do siebie. — I dlaczego mi o tym powiedział?
Naczelny inżynier, zajrzawszy przez drzwi do pustego salonu, skąd przypływ polityczny wyciekł już aż do ostatniej marnej kropli, powitał poufałym skinieniem głowy pana domu, który stał nieruchomo jak żeglarski znak na mieliźnie, wśród opustoszałego zbiorowiska sprzętów.
— Dobranoc. Odjeżdżam. Mam na dole rower. Kolej chciałaby wiedzieć, dokąd zwrócić się po dynamit, gdyby nam go zabrakło. Dotychczas rąbaliśmy i kopaliśmy. Teraz zaczniemy rozsadzać skały, by utorować sobie drogę.
— Nie do mnie — odparł Charles Gould z najzupełniejszym spokojem. — Nie mogę odstąpić ani szczypty, ani szczypty. Nie odstąpiłbym nawet własnemu bratu, gdybym miał brata i gdyby on był naczelnym inżynierem kolei rokującej najświetniejsze nadzieje na całym świecie.
— Co to? — zapytał naczelny inżynier pogodnie. — Nieżyczliwość?
— Nie — odparł Charles Gould stanowczo. — Polityka.
— Radykalna, moim zdaniem — zauważył naczelny inżynier, stojąc we drzwiach.
— Czy to słuszne określenie? — rzekł Charles Gould ze środka salonu.
— Chciałem powiedzieć, sięgające do samych korzeni — tłumaczył inżynier żartobliwie.
— No, tak — przemówił powoli Charles. — Koncesja Gouldów w sięgnęła tak głęboko do korzeni tego kraju, tej prowincji, tej gardzieli górskiej, iż chcąc ją wykorzenić, trzeba użyć dynamitu. Tak postanowiłem. To moja ostatnia karta.
Naczelny inżynier gwizdnął z cicha.
— Ładna gra! — rzekł nieco powściągliwie. — A czy powiedział pan Holroydowi o tym niezwykłym atucie, który ma pan w ręku?
— To karta, której użyć można tylko pod koniec gry. Tymczasem może pan ją nazywać...
— Bronią — podpowiedział inżynier.
— Nie, właściwiej byłoby ją nazwać argumentem — sprostował uprzejmie Charles Gould. — I w ten sposób przedstawiłem tę sprawę panu Holroydowi.
— A cóż on na to powiedział? — zapytał inżynier z nieukrywanym zaciekawieniem.
— On — rzekł Charles Gould po chwili namysłu — mówił coś tam o wytrwaniu do samej śmierci i o pokładaniu ufności w Bogu. Zdaje mi się, iż po prostu się przeraził. Ale — mówił dalej administrador kopalni San Tomé — on jest, wie pan, bardzo daleko, a Bóg, jak powiadają w tym kraju, bardzo wysoko.
Potakujący śmiech inżyniera zamierał, w miarę jak schodził po schodach. Stojąca w płytkiej wnęce Madonna z Dzieciątkiem zdawała się spoglądać na jego barczyste plecy, drżące od śmiechu.