Rozdział VI

W Casa Gould panowała głęboka cisza. Pan domu, minąwszy korytarz, otworzył drzwi od swego pokoju i ujrzał żonę zagłębioną w wielkim fotelu, w którym siadywał zazwyczaj, paląc cygaro. Spoglądała w zamyśleniu na swe małe trzewiki. Kiedy wszedł, nie podniosła nawet oczu.

— Zmęczona? — spytał Charles Gould.

— Trochę — odparła pani Gould i wciąż jeszcze nie patrząc na niego, dodała ze smutkiem: — To wszystko wydaje się takie okropnie nierzeczywiste.

Charles Gould, stojąc przed długim stołem zawalonym papierami, na których leżała szpicruta myśliwska i para ostróg, spojrzał na żonę.

— Musiał być po południu okropny skwar i kurz — powiedział ze współczuciem. — Blask wody musiał być po prostu nieznośny.

— Można zamknąć oczy na blask — rzekła pani Gould. — Ale mój drogi Charley, niepodobna ich zamknąć na nasze położenie, na ten okropny...

Podniosła oczy i spojrzała na twarz swego męża, z której znikł wyraz współczucia oraz wszelkich innych uczuć.

— Czemu nie powiesz mi wszystkiego? — zajęczała niemal.

— Zdawało się mi, iż pojęłaś mnie dokładnie od samego początku — odpowiedział powoli Charles Gould. — Myślałem, że powiedzieliśmy sobie już od dawna wszystko, co powiedzieć należało. Teraz nie ma o czym mówić. Były różne rzeczy do zrobienia. Zrobiliśmy je lub zabraliśmy się do pracy nad nimi. Teraz nie ma odwrotu. I zdaje się mi, że od samego początku nie było możliwości odwrotu. Co więcej, nie możemy nawet zatrzymać się na miejscu.

— Ach, gdyby przynajmniej można było wiedzieć, jak daleko zamierzasz się posunąć! — rzekła jego żona niemal żartobliwie, choć zadrżała w duszy.

— Do samego ostatka — brzmiała odpowiedź w tonie tak rzeczowym, iż pani Gould znów powściągnęła drżenie.

Powstała, uśmiechnęła się z wdziękiem, a jej drobna postać wydała się jeszcze mniejsza z powodu szczodrej bujności jej włosów i długiego trenu eleganckiej sukni.

— Ale pomyślnego — rzekła przekonywająco.

Charles Gould objął ją stalowobłękitnym spojrzeniem swych bacznych oczu i odparł bez wahania:

— Och, nie ma innej możliwości.

W jego głosie brzmiała ogromna pewność. Co zaś do słów, to nic więcej sumienie nie pozwoliło mu powiedzieć.

Uśmiech pani Gould zamglił się długim cieniem na jej ustach. Odezwała się cicho:

— Opuszczę cię. Boli mnie trochę głowa. Pył i skwar były rzeczywiście... Pewnie masz zamiar wrócić do kopalni jeszcze przed ranem?

— O północy. Przywieziemy jutro srebro. Potem zostanę z tobą w mieście przez całe trzy dni.

— Ach, więc jedziesz na spotkanie eskorty? Będę o piątej rano na balkonie, by zobaczyć, jak będziecie przejeżdżali. Tymczasem do widzenia!

Charles Gould przeszedł nagle na drugą stronę stołu, ujął jej ręce i pochyliwszy się nad nimi, przycisnął obie do swych ust. Zanim zdążył znów się wyprostować, wyzwoliła jedną dłoń i musnęła jego twarz lekkim dotknięciem, jak gdyby był małym chłopcem.

— Połóż się na kilka godzin — szepnęła, spoglądając na hamak rozpięty w kącie pokoju. Jej długa suknia zaszeleściła miękko po czerwonych płytkach posadzki. Obejrzała się w drzwiach.

Dwie duże lampy o kloszach z matowego szkła zalewały łagodnym, obfitym światłem cztery białe ściany pokoju, oszkloną szafę z bronią, z leżącą na aksamicie mosiężną rękojeścią kawaleryjskiej szabli Henryka Goulda, i akwarelowy szkic przedstawiający wąwóz San Tomé. Pani Gould, spoglądając na niego westchnęła:

— Ach, gdybyśmy byli nie tykali go wcale, Charley!

— Nie — odparł Charles Gould chmurnie. — Niepodobieństwem było go nie tykać.

— Być może było niepodobieństwem — przyznała pani Gould po namyśle. Jej usta drgnęły z lekka, lecz uśmiechnęła się z wyrazem słodkiej brawury. — Dokuczyliśmy niejednemu wężowi w tym raju, prawda, Charley?

— Ach, tak, pamiętam — rzekł Charles Gould — to don Pépé nazwał ten wąwóz rajem węży. Z pewnością dokuczyliśmy niejednemu z nich. Pomyśl jednak, kochanie, że nie jest on już tym, czym był, gdy malowałaś swój szkic. — Skinął ręką w stronę akwareli, która w czarnych ramach wisiała samotnie na wielkiej, pustej ścianie. — Przestał być rajem węży. Wprowadziliśmy do niego ludzi, więc nie możemy go porzucić i zaczynać nowego życia gdzie indziej.

Przeszył żonę stanowczym, skupionym spojrzeniem, na które oczy pani Gould odpowiedziały obietnicą nieustraszonego męstwa, zanim wyszła z pokoju i zamknęła cicho drzwi za sobą.

W odróżnieniu od roziskrzonej bieli pokoju przyćmiony korytarz miał w sobie zaciszną tajemniczość leśnej polany, a wrażenie to potęgowały jeszcze łodygi oraz liście roślin ustawionych rzędem wzdłuż poręczy od strony patia. W smugach światła, padającego przez otwarte drzwi salonu, białe, czerwone i bladoliliowe kwiecie ożyło barwami kwiatów, błyszczących jakby w pełni słonecznego blasku. Przechodząca obok nich pani Gould zaznaczała się z wyrazistością postaci widzianej w jasnych plamach słońca sączącego się przez mroki leśne. Kamienie w pierścionkach zdobiących jej rękę przyciśniętą do czoła, migotały w świetle lamp napływającym przez drzwi salonu.

— Kto tam? — spytała przestraszonym głosem. — Czy to ty, Basilio? — Przyjrzała się dokładniej i zobaczyła Martina Decouda, który chodził między krzesłami i stołami, jak gdyby czegoś szukał.

— Antonia zapomniała tu wachlarza — odezwał się Decoud z jakimś dziwnym roztargnieniem. — Wstąpiłem, by go poszukać.

Jednak mówiąc to, zaprzestał równocześnie swych poszukiwań i podszedł do pani Gould, która patrzyła na niego z wyrazem zdumionej niepewności.

— Señora — zaczął przyciszonym głosem.

— Co się stało, don Martinie? — spytała pani Gould. Po czym dodała, śmiejąc się z lekka: — Jestem dziś taka zdenerwowana — jakby chciała usprawiedliwić szorstkość pytania.

— Nic, co by groziło już teraz — odrzekł Decoud, nie mogąc już ukryć swego wzburzenia. — Proszę się nie niepokoić. Naprawdę, niech pani się nie niepokoi.

Pani Gould, otwarłszy szeroko swe słodkie oczy i złożywszy do uśmiechu usta, zapanowała nad sobą i oparła o futrynę swą drobną, zdobioną pierścionkami rękę.

— Może pan nie wie, jakie to niepokojące, kiedy się pan tak nieoczekiwanie zjawia...

— Czyżby? Niepokojące? — zaperzył się, szczerze zdziwiony i urażony. — Zapewniam panią, iż sam bynajmniej nie czuję się zaniepokojony. Przepadł gdzieś wachlarz, no i chciałbym go odszukać. Ale nie wydaje się mi, żeby tu był. Po prostu szukam wachlarza. Nie pojmuję, jak Antonia mogła... Mniejsza o to! Czy znalazłeś go, amigo198?

— Nie, señor — odezwał się za plecami pani Gould łagodny głos Basilia, kamerdynera w Casa Gould. — Nie sądzę, żeby señorita zapomniała go w tym domu.

— Idź i poszukaj go jeszcze na patio. Idź, przyjacielu! Szukaj na schodach, pod bramą i obejrzyj każdy kamień. Szukaj, aż zejdę na dół... Chodzi boso — odezwał się po angielsku do pani Gould — i nigdy nie wiadomo, kiedy zjawi się za plecami. Kazałem mu szukać tego wachlarza, gdy tylko przyszedłem, by usprawiedliwić moje ponowne przybycie, mój niespodziewany powrót.

Zamilkł, a pani Gould rzekła uprzejmie:

— Jest pan zawsze mile widziany. — Umilkła również na jedno mgnienie. — Chciałabym się jednak dowiedzieć, co pana sprowadziło z powrotem.

Decoud przybrał nagle niedbały ton.

— Nie znoszę, żeby mnie szpiegowano. Ale pani pyta o powód? No, tak, jest powód! Przepadło jeszcze coś innego oprócz ulubionego wachlarza Antonii. Odprowadziłem don Joségo i Antonię i wracałem już do domu, gdy spotkałem jadącego konno ulicą capataza de cargadores, który mnie zagadnął...

— Czy stało się coś u Violów? — zapytała pani Gould.

— U Violów? Pani zapewne ma na myśli starego hotelarza, Garibaldina, u którego mieszkają inżynierowie? Nie, nic tam się nie stało. Przynajmniej capataz nic o nich nie mówił. Powiedział mi tylko, iż telegrafista z Kompanii Telegraficznej chodzi z gołą głową po plaza i mnie szuka. Nadeszły wiadomości z głębi kraju, pani Gould. Powinienem był powiedzieć raczej: pogłoski o wiadomościach.

— Dobre nowiny? — rzekła pani Gould przyciszonym głosem.

— Moim zdaniem, takie sobie. Ale gdybym musiał je określić, to nazwałbym je złymi. Sprowadzają się do tego, że w pobliżu Santa Marta stoczono dwudniową bitwę i że ribierzyści zostali pobici. Stało się to zapewne przed kilkoma dniami, może przed tygodniem. Pogłoski dotarły już do Cayty i urzędnik tamtejszej stacji telegraficznej przekazał tę wiadomość swemu tutejszemu koledze. Można było równie dobrze zatrzymać Barriosa w Sulaco.

— Cóż teraz robić? — szepnęła pani Gould.

— Nic. Jest teraz z wojskiem na morzu. Za kilka dni będzie w Caycie i dowie się o wszystkim. Kto wie, co wtedy zrobi? Czy będzie trzymał Caytę? Czy podda się Monterowi? Czy wreszcie rozpuści swą armię? To ostatnie jest najprawdopodobniejsze. Sam zaś wsiądzie na jeden ze statków T.O.Ż.P. i popłynie na północ lub na południe, do San Francisco lub Valparaiso, wszystko jedno dokąd. Nasz Barrios ma wiele doświadczenia w wygnaniach i powrotach do ojczyzny, które są niby punkty zwrotne w grze politycznej.

Decoud, nie spuszczając oczu z pani Gould, dodał, jak gdyby chcąc ją wystawić na próbę:

— A jednak, gdybyśmy mieli tu Barriosa z dwoma tysiącami nowoczesnych karabinów, można by było coś zrobić.

— Montero zwyciężył, zupełnie zwyciężył! — szepnęła pani Gould z niedowierzaniem.

— Może to kaczka. Lęgną się one obficie w takich czasach jak dzisiejsze. Ale nawet gdyby to było prawdą? No, przypuśćmy najgorsze, przyjmijmy, że to prawda.

— Wtedy wszystko stracone — odezwała się pani Gould ze spokojem rozpaczy.

Wtem jakby nagły domysł błysnął w jej głowie i wydało się jej, że pod wymuszoną niedbałością Decouda dostrzega straszliwe podniecenie. Rzeczywiście widać je było w śmiałym i czujnym spojrzeniu jego oczu, w na poły beztroskim, na poły pogardliwym skrzywieniu jego ust. Wydobył się z nich francuski zwrot, jakby dla tego bulwarowego Costaguanera był to jedyny przekonywujący język:

Non, madame. Rien n’est perdu.199

Słowa te niczym wstrząs elektryczny obudziły panią Gould z odrętwienia. Spytała żywo:

— Cóż pan zamierza uczynić?

Ale w powściąganym podnieceniu Decouda drgnął już lekki odruch szyderstwa.

— A czegóż mogłaby się pani spodziewać po rdzennym Costaguanerze? Oczywiście, nowej rewolucji. Daję pani słowo honoru, pani Gould, iż uważam siebie za rodowitego hijo del pays, prawego syna tego kraju, chociaż ojciec Corbelan ma o mnie inne wyobrażenie. I nie jestem do tego stopnia niewierzący, abym nie dowierzał swym własnym pomysłom, swym własnym środkom zaradczym, swym własnym pragnieniom.

— Czyżby? — rzekła pani Gould z powątpiewaniem.

— Zdaje mi się, że nie zdołałem pani przekonać — podjął znów Decoud po francusku. — Powiedzmy zatem: swym namiętnościom.

Pani Gould przyjęła ten dodatek bez zaskoczenia. By go zrozumieć, nie potrzebowała bynajmniej dalszych zapewnień, które wyrzekł półgłosem:

— Nie ma rzeczy, której nie uczyniłbym dla Antonii. Gotów jestem podjąć się wszystkiego. Gotów jestem narazić się na wszystko. — Decoud zdawał się czerpać świeżą śmiałość z wypowiadania swoich myśli. — Nie uwierzyłaby mi pani, gdybym powiedział, że to z miłości ojczyzny...

Zaprzeczyła zniechęconym gestem ręki, jakby chciała powiedzieć, iż podobnej pobudki nie spodziewa się po nikim.

— Sulaco powinno wszcząć rewolucję — mówił dalej Decoud półgłosem, ale z zapałem. — Wielkiej sprawie można służyć tu, gdzie się zaczęła, gdzie jest jej miejsce urodzenia.

Zagryzając w zamyśleniu dolną wargę, odstąpiła na krok od drzwi.

— Czyżby pani zamierzała pomówić z mężem? — Zatrzymał ją zaniepokojony Decoud.

— Czyż nie będzie pan potrzebował jego pomocy?

— Niewątpliwie — przyznał Decoud bez wahania. — Wszystko zależy od kopalni San Tomé, ale wolałbym, aby na razie nic nie wiedział o moich... moich nadziejach.

Wyraz zakłopotania pojawił się na twarzy pani Gould. Decoud podszedł ku niej i rzekł, jakby się zwierzał:

— Bo widzi pani, on jest idealistą.

Pani Gould pokraśniała z lekka, a oczy jej pociemniały.

— Charley idealistą! — odezwała się ze zdziwieniem, jakby do siebie samej. — Co pan chce przez to powiedzieć?

— Tak jest — upierał się Decoud. — Brzmi to dziwnie, gdy ma się przed oczyma kopalnię San Tomé, największe bodaj dzieło w całej Ameryce Południowej. Lecz niech pani na nie spojrzy, a zobaczy pani, że wyidealizował je do tego stopnia... — Zatrzymał się. — Czy pani zdaje sobie sprawę, do jakiego stopnia wyidealizował on istnienie, wartość i znaczenie kopalni San Tomé? Czy pani zdaje sobie z tego sprawę?

Widocznie wiedział, o czym mówi. Wywołał wrażenie, o które mu chodziło. Płomień, który wrzał w duszy pani Gould, przygasł nagle w nikłym, głuchym okrzyku, podobnym do jęku.

— Cóż pan powie? — spytała słabym głosem.

— Nic! — odparł Decoud stanowczo. — Ale czyż pani nie zdaje sobie sprawy, że jest Anglikiem?

— Cóż z tego? — spytała pani Gould.

— Po prostu nie może żyć ani działać, nie idealizując każdego najzwyczajniejszego uczucia, pragnienia lub czynu. Niezdolny jest wierzyć w swe pobudki, zanim nie przedzierzgnie ich w okruch jakiejś czarodziejskiej baśni. Coś mi się zdaje, iż ziemia mu nie wystarcza. Czy pani nie ma mi za złe mojej otwartości? Zresztą, bez względu na to, czy pani mi wybaczy, czy nie, jest to cząstka tej prawdy, która razi — jakby to powiedzieć? — wrażliwość anglosaską, zaś w obecnej chwili nie wiem, czy byłbym zdolny liczyć się poważnie czy to z jego sposobem pojmowania rzeczy, czy chociażby nawet — niechaj mi będzie wolno powiedzieć — ze sposobem pojmowania ich przez panią.

Pani Gould nie okazała niczym, że czuła się obrażona.

— Sądzę, iż Antonia całkowicie pana rozumie?

— Rozumie? Zapewne. Ale nie jestem pewien, czy pochwala. Zresztą to nie ma znaczenia. Jestem dość uczciwy, by powiedzieć to pani, pani Gould.

— Pan dąży do oderwania? — zagadnęła.

— Naturalnie — oświadczył Martin. — Do oderwania całej Zachodniej Prowincji od reszty niespokojnego państwa. Ale moim prawdziwym dążeniem, jedynym, na którym mi zależy, jest uniknąć rozłąki z Antonią.

— I to wszystko? — spytała pani Gould, nie okazując surowości.

— Bezwarunkowo. Nie zwykłem mydlić sobie oczu co do swych pobudek. Ona nie chce opuścić dla mnie Sulaco, zatem Sulaco musi opuścić resztę republiki i stać się samodzielne. To jasne jak słońce. Lubię jasno określone sytuacje. Nie mogę wyjechać w towarzystwie Antonii, więc jedna i niepodzielna Republika Costaguana musi postradać swą Zachodnią Prowincję. Na szczęście, pozostaje to w zgodzie także ze zdrowym rozsądkiem. Najbogatszą, najżyźniejszą połać tego kraju będzie można ocalić od anarchii. Osobiście bardzo mało mnie to obchodzi, ale to pewne, iż kiedy Montero dojdzie do władzy, moja śmierć jest nieunikniona. We wszystkich proklamacjach zapowiadających powszechną amnestię moje nazwisko oraz kilka innych wyraźnie wyłączono. Wie pani bardzo dobrze, iż obaj bracia mnie nienawidzą. I oto szerzy się pogłoska, że wygrali bitwę. Powie pani zapewne, iż jeśli te wieści się sprawdzą, to będę miał jeszcze dość czasu, by ratować się ucieczką.

Przerwała mu na chwilę lekkim odruchem protestu. Spojrzał na nią z posępną stanowczością.

— Ach, umknąłbym, pani Gould, uciekłbym, gdyby to mogło wyjść na dobre temu, co jest obecnie jedynym mym pragnieniem. Mam dość odwagi, by to powiedzieć, a nawet, by to zrobić. Ale kobiety, nawet nasze kobiety, bywają idealistkami. To Antonia nie chce uciekać. Nowy rodzaj próżności.

— I pan nazywa to próżnością! — rzekła pani Gould z urazą w głosie.

— Niech więc będzie dumą, o której ojciec Corbelan powiedziałby pani, że jest grzechem śmiertelnym. Ale ja nie jestem dumny. Jestem po prostu za bardzo zakochany, żeby uciec. A przy tym chcę żyć. Po śmierci już się nie kocha. Dlatego jest rzeczą konieczną, żeby Sulaco nie uznało władzy zwycięskiego Montera.

— I pan sądzi, że mój mąż udzieli panu poparcia?

— Sądzę, iż może zostać w tę sprawę wciągnięty, jak to bywa ze wszystkimi idealistami, gdy dostrzegą dla swych działań podstawę natury uczuciowej. Ale nie chciałbym z nim mówić. Same tylko fakty nie przemówiłyby do jego uczuć. Będzie zatem dla niego lepiej, gdy dojdzie do tego przekonania swą własną drogą. Wyznaję szczerze, że może nie byłbym obecnie zdolny do należytego uszanowania jego pobudek, a może nawet pobudek pani.

Było widoczne, iż pani Gould mocno postanowiła nie obrażać się. Uśmiechnęła się niejasno, jakby zastanawiała się nad sprawą. O ile mogła sądzić z dziewczęcych półzwierzeń, Antonia rozumiała tego młodzieńca. Niepodobna było zaprzeczyć, iż w jego planie, a raczej w jego pomyśle istniała zapowiedź bezpieczeństwa. Co więcej, dobry czy zły, pomysł nie mógł zaszkodzić. Było również rzeczą najzupełniej możliwą, że pogłoska była nieprawdziwa.

— Czy ma pan już plan? — zagadnęła.

— Niezmiernie prosty. Barrios wyruszył, niech więc jedzie. Będzie bronił Cayty, która stanowi wrota szlaku morskiego do Sulaco. Tamci nie mogą wysłać dostatecznych sił przez góry. Nie, nawet gdyby chodziło tylko o poskromienie bandy Hernandeza. Tymczasem zorganizujemy tu opór. Przyda się nam do tego tenże Hernandez. Jako bandyta nieraz gromił wojsko, dokona zapewne tego samego, gdy go się mianuje pułkownikiem lub nawet generałem. Zna pani ten kraj już dość dobrze, by nie raziły pani moje słowa. Słyszałem, jak twierdziła pani, iż ten biedny bandyta jest żywym przykładem okrucieństwa, niesprawiedliwości, ucisku i głupoty, które niszczą w tym kraju mienie i dusze ludzkie. Będzie to więc jakby poetyczna odpłata, gdy temu człowiekowi da się możność zmiażdżenia zła, które uczciwego ranchero popchnęło do zbrodniczego życia. Piękna idea odpłaty, nieprawdaż?

Decoud przeszedł z łatwością na angielski, którym mówił biegle i bardzo poprawnie, nadużywając jednakowoż dźwięku z.

— Proszę nie zapominać również o swym szpitalu, o swej szkole, o cierpiących matkach i słabych starcach, słowem o całej tej ludności, którą sprowadziliście państwo do skalistego wąwozu San Tomé. Czyż nie jest pani odpowiedzialna przed swym sumieniem za tych ludzi? Czy nie lepiej zdobyć się na kolejny wysiłek, który bynajmniej nie jest tak rozpaczliwy, jak się wydaje, niż...

Decoud dokończył swej myśli poderwaniem ręki w górę, co miało oznaczać unicestwienie. Pani Gould odwróciła głowę ze zgrozą.

— Czemu pan nie chce powiedzieć tego wszystkiego mojemu mężowi? — spytała, nie patrząc na Decouda, który śledził, jakie wrażenie wywołają jego słowa.

— Ach, don Carlos jest tak bardzo Anglikiem... — zaczął, lecz pani Gould przerwała mu:

— Proszę przestać, don Martinie! Jest tak samo Costaguanerem... Nie! Jest bardziej Costaguanerem niż pan.

— Sentymentalny, sentymentalny! — gruchał niemal Decoud tonem uprzejmej i słodkiej wyrozumiałości. — Zdumiewająco sentymentalny, jak cały wasz naród. Przyglądam się królowi Sulaco, odkąd przybyłem tu z tym niedorzecznym zleceniem, wiedziony zapewne podstępną ręką losu, który czyha na niezliczonych zakrętach życia ludzkiego. Ale nie dbam o to, nie jestem sentymentalny. Nie umiem przystrajać swych osobistych pragnień w złotogłowie i klejnoty. Życie nie jest dla mnie powiastką moralną, która snuje się z tradycji pięknych, czarodziejskich bajek. Nie, pani Gould! Jestem człowiekiem praktycznym. Nie wstydzę się swych pobudek. Ale proszę mi wybaczyć, dałem się unieść za daleko. Chciałem jedynie powiedzieć, że obserwowałem. Może jednak lepiej nie mówić, co odkryłem...

— Nie, to niepotrzebne — szepnęła pani Gould, odwracając ponownie głowę.

— Owszem. Wspomnę tylko o tym drobnym szczególe, że mąż pani mnie nie lubi. Jest to drobiazg, który w obecnych okolicznościach nabiera wprost śmiesznego znaczenia. Śmiesznego i ogromnego, gdyż mój plan, rzecz jasna, wymaga pieniędzy. — Zamyślił się, po czym dodał znacząco: — A tu mamy do czynienia z dwoma sentymentalnymi ludźmi.

— Zdaje mi się, iż pana nie rozumiem, don Martinie — rzekła pani Gould oschle, nie zmieniając przyciszonego tonu rozmowy. — Ale gdybym rozumiała, to kimże byłby ten drugi?

— Oczywiście wielki Holroyd ze San Francisco — szepnął Decoud swobodnie. — Sądzę, iż pani mnie doskonale rozumie. Kobiety są idealistkami, ale przy tym są bardzo przenikliwe.

Pani Gould zdawała się nie zwracać uwagi na to spostrzeżenie, ubliżające i razem pochlebne. Nazwisko Holroyda było nowym zarzewiem jej zaniepokojenia.

— Jutro rano będą wieźli srebro do portu, plon półrocznej pracy! — zawołała z trwogą.

— To dobrze, niech je przywiozą! — szepnął jej Decoud niemal do ucha.

— Ale jeżeli o tej pogłosce dowie się ludność, a zwłaszcza, jeśli okaże się ona prawdziwa, mogą wybuchnąć rozruchy w mieście — zauważyła pani Gould.

Decoud przyznał, że jest to możliwe. Znał dobrze osiadłych w Sulaco ludzi z Campo; byli złośliwi, złodziejscy, mściwi i krwiożerczy, mimo wielkich zalet, jakie okazywali ich krewniacy z równiny. Ale chodziło o tego drugiego sentymentalnego człowieka, który faktom rzeczywistym nadawał dziwnie idealne znaczenie. Strumień srebra musiał popłynąć na północ, jeśli miał powrócić potem pod postacią finansowego poparcia z wielkiej firmy Holroyda. Trzymane w potężnych skarbcach kopalni srebrne sztaby posiadały dla jego zamierzeń wartość mniejszą od zwykłego ołowiu, z którego było można przynajmniej lać kule. Niechże je przywiozą i przygotują do załadunku.

— Zabierze je najbliższy statek płynący na północ i dzięki temu uratuje kopalnię San Tomé, która wydała tyle skarbów. Poza tym pogłoska jest zapewne nieprawdziwa — pospiesznie dorzucił z przekonaniem w głosie. — Zresztą, señora — mówił dalej Decoud — można się postarać, żeby nieprędko dotarła do publicznej wiadomości. Rozmawiałem z telegrafistą na samym środku Plaza Mayor, jestem więc pewien, że nikt nie mógł nas podsłuchać. Nie było w pobliżu nas nikogo, nawet ptaka w powietrzu. Niechaj ponadto będzie mi wolno powiedzieć jeszcze coś więcej. Zaprzyjaźniłem się z tym capatazem, którego nazywają Nostromo. Mówiłem z nim dziś wieczorem, idąc przy boku jego konia. Wyjeżdżał właśnie z miasta. Przyrzekł mi, że gdyby z jakiegokolwiek powodu wybuchły rozruchy — chociażby z powodów wyłącznie politycznych — jego cargadores, którzy, jak pani wiadomo, stanowią znaczną część ludności, staną po stronie Europejczyków.

— Obiecał to panu? — zagadnęła pani Gould z ożywieniem. — Cóż go skłoniło, iż złożył panu taką obietnicę?

— Doprawdy, nie wiem — oświadczył Decoud nieco zdziwionym tonem. — Wiem, że mi przyrzekł, ale nie umiem odpowiedzieć, z jakich powodów. Mówił ze swoją zwykłą niedbałością, którą, gdyby był czymś innym niż podrzędnym marynarzem, nazwałbym pozą lub udawaniem.

Decoud przerwał i spojrzał z ciekawością na panią Gould.

— Biorąc wszystko pod uwagę, przypuszczam — mówił dalej — że oczekuje z tego jakiejś korzyści dla siebie. Nie można zapominać, iż nadzwyczajna władza, jaką posiada nad pospólstwem, połączona jest z niejednym niebezpieczeństwem i wielką hojnością w wydawaniu pieniędzy. Za tak cenną rzecz jak potęga indywidualności trzeba zapłacić w ten czy inny sposób. Zaprzyjaźniliśmy się podczas zabawy tanecznej, w pewnej posadzie za miastem, której gospodarzem jest jakiś Meksykanin. Powiedział mi, iż przyjechał tutaj, by zdobyć fortunę. Widocznie uważa swoje wpływy za pewien rodzaj inwestycji.

— A może też ceni je dla nich samych — rzekła pani Gould takim tonem, jak gdyby chciała odeprzeć niezasłużone oszczerstwo. — Garibaldino, Viola, który zna go z bliska od kilku lat, nazywa go nieprzekupnym.

— Ach, więc to jeden z pani protegowanych w porcie? Muy bien200. Kapitan Mitchell nazywa go zdumiewającym człowiekiem. Nasłuchałem się już nieskończonych opowiadań o jego sile, odwadze i wierności. Całe mnóstwo pięknych rzeczy! Hm, nieprzekupny! To istotnie chlubne miano dla capataza cargadorów z Sulaco. Nieprzekupny! Piękne to, ale mgliste. Mimo to przypuszczam, iż jest również sprytny. Rozmawiałem z nim, wychodząc z tego zdrowego i praktycznego założenia.

— Ja zaś wolę wyobrażać sobie, że jest bezinteresowny i że właśnie dlatego zasługuje na zaufanie — rzekła pani Gould ze zwięzłością, z jaką miała zwyczaj formułować swe przypuszczenia.

— No, jeżeli tak, to srebro jest tym pewniejsze. Niechaj je państwo sprowadzą, señora! Trzeba je sprowadzić i wysłać na północ, żeby powróciło pod postacią kredytu.

Pani Gould rzuciła okiem w głąb korytarza, ku drzwiom pokoju swego męża. Decoud, który patrzył na nią, jak gdyby miała jego los w swych rękach, zauważył, iż niemal niedostrzegalnie skinęła głową na znak zgody. Ukłonił się z uśmiechem i włożywszy rękę do bocznej kieszeni surduta, wyjął wachlarz z jasnych piór osadzonych na pomalowanych listewkach z drzewa sandałowego.

— Włożyłem go do kieszeni — mruknął z triumfem — żeby mieć wiarygodny pretekst. — Ukłonił się ponownie. — Dobranoc, señora.

Pani Gould zaczęła przechadzać się po korytarzu z dala od pokoju swego męża. Przeznaczenie kopalni San Tomé zwaliło się ciężko na jej serce. Zaczęła go się lękać już od dawna. Kiedyś było ideą. Śledziła z niedowierzaniem, jak zamieniało się w fetysz, a teraz ten fetysz stał się potwornym i miażdżącym brzemieniem. Zdawało się jej, jak gdyby natchnienie jej lat dziewczęcych pierzchło z jej serca i zamieniło się w mur ze srebrnych cegieł, który w milczeniu zbudowały złe duchy między nią a jej mężem. Zamieszkał sam w warowni z drogocennego kruszcu, pozostawiając ją samą za tym murem z jej szkołą, szpitalem, z chorymi matkami i niedołężnymi starcami, tymi nic nieznaczącymi pozostałościami pierwotnego natchnienia.

— Biedni ludzie! — szepnęła do siebie.

Z dołu doleciał głos Martina Decouda, który odezwał się głośno na patio:

— Basilio, znalazłem wachlarz doñii Antonii! Mam go, widzisz?