Rozdział VII

W skład tego, co Decoud nazywał swym zdrowym materializmem, wchodziła również niewiara w możliwość przyjaźni między kobietą a mężczyzną.

Jedyny wyjątek, który uznawał, potwierdzał jego zdaniem tę bezwzględną regułę. Przyjaźń była możliwa między bratem a siostrą, o ile przez przyjaźń rozumiało się, podobnie jak w stosunku do innych ludzi, swobodną otwartość myśli i uczuć. Była to nieskrępowana i konieczna szczerość, z jaką najbardziej wewnętrzne życie jednej istoty ludzkiej dąży do oddziałania na głębokie przywiązanie drugiej, podobnej istoty.

Ulubiona siostra, ładny, nieco samowolny i rezolutny aniołek, który rządził swym ojcem i matką we frontowym mieszkaniu bardzo wytwornej paryskiej kamienicy, była odbiorczynią zwierzeń Martina Decouda, powiernicą jego myśli, czynów, zamysłów, wątpliwości, nawet pośliźnięć...

„Przygotuj nasze kółko paryskie na narodziny nowej republiki południowoamerykańskiej. Jedna mniej, czy jedna więcej, cóż to za różnica? Przychodzą one na świat jak złowrogie kwiaty, pleniące się na podścielisku przegniłych instytucji. Ale zawiązek tej, o której mówię, począł się w głowie twego brata, co powinno jej zapewnić twą życzliwą przychylność. Piszę do ciebie przy jednej świeczce w czymś w rodzaju hoteliku w pobliżu portu, prowadzonym przez pewnego Włocha, niejakiego Violę, protegowanego przez pani Gould. Zbudował go podobno, o ile mi wiadomo, pewien conquistador, który przed trzystu laty zajmował się połowem pereł. Teraz spowija go głęboka cisza. Cisza zalega także równinę między miastem a portem. Jest na niej cicho, ale nie tak ciemno jak w tym domu, gdyż placówki robotników włoskich, strzegących kolei, porozpalały małe ogniska wzdłuż toru.

Wczoraj nie było tu tak cicho. Mieliśmy groźne rozruchy, nagły bunt ludności, który udało się ostatecznie uśmierzyć dopiero dziś po południu. Miał on bez wątpienia na celu grabież, której zapobieżono, o czym już wiesz zapewne z kablogramu wysłanego przez San Francisco i Nowy Jork ubiegłego wieczora, kiedy kable były jeszcze czynne. Musiałaś już czytać także o tym, iż energiczna postawa Europejczyków pracujących przy budowie kolei ocaliła miasto od zniszczenia. Możesz tej wiadomości wierzyć. Sam redagowałem ten kablogram. Nie mamy tu korespondentów Agencji Reutera. Strzelałem również do tłumu z okien klubu wraz z innymi młodszymi panami z towarzystwa. Trzeba było przez Calle de la Constitution utorować drogę kobietom i dzieciom, które schroniły się na pokład kilku lichtug, stojących teraz w porcie. Było to wczoraj. Z kablogramu dowiedziałeś się niewątpliwie i o tym szczególe, iż zaginiony prezydent Ribiera, który znikł po bitwie pod Santa Marta, dzięki osobliwemu zbiegowi okoliczności, co wydaje się po prostu nieprawdopodobne, dotarł do Sulaco i jadąc na kulawym mule, dostał się w odmęt walki ulicznej. Okazało się, iż uciekał przez góry w towarzystwie pewnego mulnika, niejakiego Bonifacia, i z obawy przed Monterem wpadł w ramiona rozwścieczonego motłochu.

Capataz de cargadores, ten włoski marynarz, o którym w mych listach już wspomniałem, ocalił go od haniebnej śmierci. Ten człowiek z jakąś dziwną zdolnością umie zawsze znaleźć się tam, gdzie jest coś niezwykłego do zrobienia.

O czwartej rano był u mnie w redakcji »Porvenir«, dokąd wstąpił tak wcześnie, by mnie ostrzec przed zbliżającymi się rozruchami i zapewnić, iż wraz ze swymi cargadorami stanie po stronie ładu. Gdy dzień zaświtał, wyglądaliśmy obaj przez okna na tłumy piesze i konne, które zalegały plaza i rzucały kamieniami w okna Intendencji. Nostromo (gdyż tak go tutaj nazywają) pokazywał mi swych cargadorów rozsianych wśród tłuszczy.

Słońce ukazuje się późno w Sulaco, gdyż musi najpierw wznieść się ponad góry. W świetle poranka, jaśniejszym od brzasku, Nostromo dostrzegł po drugiej stronie rozległej plaza, u wylotu jednej z ulic obok katedry, jakiegoś jeźdźca osaczonego przez gromadę wyjących leperos. Zaraz rzekł do mnie: »To ktoś obcy. Czego oni chcą od niego?«. Wyjął srebrny gwizdek, którego zwykł używać w porcie (ten człowiek nie raczy widocznie używać kruszców mniej cennych od srebra), i gwizdnął dwa razy, co było zapewne umówionym znakiem dla jego cargadorów. Uczyniwszy to, wybiegł niezwłocznie, a oni skupili się dokoła niego. Wybiegłem również, lecz za późno, by zdążyć za nimi i pomóc w oswobodzeniu nieznajomego, którego wierzchowiec zwalił się na ziemię. Rzucono się od razu na mnie jako na znienawidzonego arystokratę i miałem szczęście, że udało mi się dotrzeć do klubu, gdzie don Jaime Berges (pamiętasz zapewne, iż bywał u nas w Paryżu przed jakimiś trzema laty) wcisnął mi w rękę strzelbę myśliwską. Strzelano już z okien. Na rozłożonych stolikach do kart leżały małe kupki naboi. Pamiętam kilka przewróconych krzeseł i parę butelek toczących się wśród rozsypanych kart, które spadły, gdy caballeros zerwali się od stolików, by wszcząć ogień do motłochu. Większość młodzieży spędziła tę noc w klubie, przypuszczając, iż dojdzie do rozruchów. W dwu kandelabrach, które stały na konsolach, dopalały się świece. Gdy wszedłem, wielka żelazna mutra, skradziona prawdopodobnie z warsztatów kolejowych, wpadła z ulicy do sali i roztrzaskała duże lustro zawieszone na ścianie. Zauważyłem również, iż jeden ze służących klubowych leżał w kącie, mając ręce i nogi związane sznurami od portier. Majaczy mi się coś, iż don Jaime oświadczył mi pośpiesznie, że tego draba przyłapano, gdy zaprawiał trucizną potrawy, które miano podać do stołu. Pamiętam jednak dokładnie, że wrzeszczał bez przestanku, błagając o litość, ale do tego stopnia nie zwracano na niego uwagi, iż nikt nie zadał sobie trudu, by zatkać mu usta. Wrzask jego był tak nieprzyjemny, iż omal nie uczyniłem tego sam. Ale nie można było marnować czasu na takie drobnostki. Stanąłem przy jednym z okien i zacząłem strzelać.

Dopiero pod wieczór dowiedziałem się, kim był ów nieznajomy, którego Nostromo przy pomocy swych cargadorów oraz kilku robotników włoskich ocalił z rąk pijanej hołoty. Ten człowiek okazuje szczególne zdolności, gdy trzeba dokonać czegoś, co przemawia do wyobraźni. Powiedziałem mu to później, gdyśmy się spotkali po przywróceniu jakiego takiego ładu w mieście, zaś odpowiedź jego zdziwiła mnie nieco. Powiedział ponuro: »I co z tego mam, señor?«. Później zaświtało mi w głowie, iż próżność tego człowieka zapewne szuka zaspokojenia w pochlebstwach pospólstwa i zaufaniu przełożonych”.

Decoud zatrzymał się, by zapalić papierosa, po czym, nie podnosząc głowy, wydmuchnął kłąb dymu, który zdawał się pełzać po papierze. Wziął znowu ołówek w rękę.

„Było to ubiegłego wieczora na plaza. Siedział na stopniach katedry z rękoma opuszczonymi między kolana, dzierżąc lejce swej słynnej siwej klaczy. Przez cały dzień dowodził świetnie swym zastępem cargadorów. Wydawał się znużony. Nie wiem, jak wyglądałem. Prawdopodobnie byłem bardzo brudny. Ale zdaje mi się, że musiałem przy tym wyglądać na człowieka uradowanego. Odkąd zbiegłemu prezydentowi udało się przedostać na pokład »Minerwy«, powodzenie odwróciło się przeciw motłochowi. Wyparty z portu i głównych ulic miejskich, musiał pierzchać do swych kryjówek w ruinach. Trzeba ci wiedzieć, iż te rozruchy, które zrazu niewątpliwie miały na celu tylko opanowanie srebra z kopalni San Tomé złożonego w piwnicach Urzędu Celnego (poza ogólną grabieżą przez ricos), nabrały zabarwienia politycznego, gdy dwu posłów do Zgromadzenia Prowincjonalnego z Bolsonu stanęło na ich czele. Señores Gamacho i Fuentes uczynili to, co prawda, dopiero pod wieczór, gdy motłoch, zawiedziony w swych nadziejach łupu, stłoczył się w wąskich ulicach i zaczął wrzeszczeć: »Viva la Libertad!201 Precz z feudalizmem!« (Chciałbym wiedzieć, jak oni wyobrażają sobie ten feudalizm). »Precz z Gotami i paralitykami!« Przypuszczam, iż señores Gamacho i Fuentes wiedzą, co czynią. To sprytni ludzie. W Zgromadzeniu chcieli uchodzić za umiarkowanych i sprzeciwiali się wszelkim energicznym zarządzeniom z filantropijną wyrozumiałością. Gdy zaczęto przebąkiwać o zwycięstwie Montera, zaczęli okazywać subtelną zmianę w swym wyrozumiałym usposobieniu i dogryzać biednemu don Juste’owi Lopezowi z taką bezczelnością, iż nie pozostawało mu nic innego, jak gładzić w zmieszaniu swą brodę i potrząsać prezydialnym dzwonkiem. Kiedy zaś już nie było ani cienia wątpliwości, iż sprawa ribierzystów poniosła klęskę, przedzierzgnęli się w zapamiętałych liberałów i działając zawsze razem niby dwaj bracia syjamscy, wysunęli się ostatecznie na czoło rozruchów pod hasłem zasad monterystowskich.

Najnowszy ich czyn polega na tym, iż dzisiejszego wieczora zawiązali komitet monterystowski, który obraduje, o ile mi wiadomo, w posadzie pewnego byłego toreadora meksykańskiego. Jest on wielkim politykiem, ale nazwiska jego zapomniałem. Z tej swojej siedziby wystosowali do nas, do Gotów i paralityków z klubu »Amarilla« (gdzie znajduje się nasz komitet), odezwę, w której proponują, abyśmy nawiązali z nimi rokowania co do doraźnego zawieszenia broni, gdyż — jak bezczelnie się wyrażają — nie godzi się, żeby dostojną sprawę wolności »miały zbezcześcić zbrodnicze porywy samolubstwa konserwatywnego«. Kiedy wychodziłem, by usiąść wraz z Nostromem na stopniach katedry, klub rozprawiał gorąco nad odpowiedzią na to pismo w głównej sali, usianej łuskami nabojów, odłamkami szkła, lichtarzami oraz innymi szczątkami zbroczonymi krwią. Ale wszystko to jest niedorzecznością. Nikt w świecie nie ma rzeczywistej władzy prócz inżynierów kolejowych, którzy obsadzili swymi ludźmi opustoszałe domy, nabyte wcześniej przez Towarzystwo Kolejowe celem utworzenia miejskiego dworca, po jednej stronie plaza, oraz Nostroma, którego cargadores ułożyli się do snu pokotem pod arkadami wzdłuż frontowych okien sklepu Anzaniego. Na plaza paliły się złocone meble, wyrzucone ze salonów Intendencji, a ogromny płomień buchał wprost na posąg Karola IV. U jego podnóża leżały zwłoki jakiegoś człowieka; ramiona miał szeroko rozrzucone, a twarz zakrytą sombrerem — ktoś wyświadczył mu widocznie tę przyjacielską przysługę. Łuna płomieni sięgała listowia pierwszych drzew alamedy i pląsała u wylotu pobliskiego zaułka, zawalonego wozami i martwymi wołami. Jakiś otulony w płaszcz lepero siedział na jednym z zewłoków i palił papierosa. Było to, rozumiesz, zawieszenie broni. Na plaza jedyną żywą prócz nas istotą był jakiś cargador, który z długim, nagim nożem w ręce przechadzał się przed arkadami, czuwając nad bezpieczeństwem swych uśpionych towarzyszy. Jedynym poza tym oświetlonym miejscem wśród mroków miejskich były jaśniejące okna klubu na rogu ulicy”.

Nakreśliwszy te słowa, don Martin Decoud, egzotyczny dandys202 z bulwarów paryskich, powstał i zaczął przechadzać się po posypanej piaskiem podłodze kawiarni, która zajmowała jeden kraniec Gospody pod Zjednoczoną Italią, będącej własnością Giorgia Violi, dawnego towarzysza Garibaldiego. W nikłym blasku jedynej świeczki jaskrawo zabarwiona litografia wiernego bohatera zdawała się spoglądać chmurnie na człowieka, który wierzył tylko w prawdę swych własnych uczuć. Wyjrzawszy z okna, Decoud zetknął się z tak nieprzeniknioną ciemnością, iż nie był zdolny rozróżnić ani gór, ani miasta, ani budynków w pobliżu portu. Znikąd nie dobiegał najlżejszy dźwięk, jak gdyby przeraźliwe mroki Zatoki Cichej, rozpostarłszy się z toni morskiej na ląd, nie tylko go oślepiły, ale i oniemiły.

Nagle Decoud poczuł, iż podłoga drży mu z lekka pod stopami, a równocześnie posłyszał daleki szczęk żelaza. Daleko w mroku ukazało się jasne, białe światło i powiększało się przy hukach grzmotu. Był to skład wagonów, który zazwyczaj stał na bocznicy w Rincon, a teraz ze względu na bezpieczeństwo wracał do zajezdni. Niczym tajemniczy kłąb ciemności skrywającej się za latarnią lokomotywy, pociąg przemknął z dudniącym łoskotem, mijając kraniec domu, który w odpowiedzi cały zadrżał. I nic nie było dokładniej widać, prócz nagiego po pas Murzyna, który stał w białych spodniach na ostatnim, płaskim wagonie i wywijał nieustannie zapaloną pochodnią, zataczając krąg nagim ramieniem. Decoud stał bez ruchu.

Za nim, na poręczy krzesła, z którego się podniósł, wisiało jego eleganckie paryskie palto z perłowoszarą, jedwabną podszewką. Kiedy jednak odwrócił się, by podejść do stołu, światło świecy padło na jego twarz, posępną i pokiereszowaną. Różowe usta poczerniały od gorączki i dymu prochowego. Brud i sadza zgasiły połysk jego krótkiej brody. Kołnierz u koszuli i mankiety miał pomięte, błękitny jedwabny krawat zwisał na piersi jak łachman; na białym czole widniała ciemna smuga. Przez jakieś czterdzieści godzin nie mył się i nie zdejmował z siebie ubrania, a pragnienie zaspokajał przełkniętym naprędce łykiem wody. Owładnął nim bolesny niepokój, napiętnował go wszystkimi znamionami rozpaczliwego oporu, zamglił suchym, bezsennym szkliwem jego oczy. Mruknął do siebie ochrypłym głosem: „Ciekaw jestem, czy nie można by tu dostać chleba”, rozejrzał się błędnie dokoła siebie, po czym osunął się na krzesło i ujął znów ołówek w rękę. Uświadomił sobie, iż już od dawna nie miał nic w ustach.

Doznawał wrażenia, iż nikt inny nie zdoła go tak dobrze zrozumieć, jak jego siostra. Kiedy życie waży się na szali, w najbardziej sceptycznych duszach odzywa się pragnienie, by pozostawić po sobie dokładny obraz swych uczuć, które są jakby światłem, przy którym ukażą się czyny, gdy człowiek odejdzie, odejdzie tam, gdzie żaden badawczy promień nie dosięgnie prawdy, znikającej wraz ze śmiercią ze świata. Dlatego zamiast szukać pożywienia lub zdrzemnąć się na chwilę, Decoud wypełniał karty wielkiego notatnika listem do swej siostry.

Serdeczna szczerość tych zwierzeń nie pozwoliła mu ukryć swego wyczerpania, swego ogromnego znużenia, dolegliwych fizycznych doznań. Zaczął znów, jak gdyby mówił do niej. Poddając się niemal złudzeniu jej obecności, napisał słowa: „Jestem bardzo głodny”.

„Doznaję uczucia wielkiego osamotnienia” — pisał dalej. — „Pochodzi to może stąd, iż wśród powszechnego rozprzężenia, wśród zaniku wszelkich zamierzeń i nadziei jestem jedynym człowiekiem z określonym pomysłem w głowie. Mimo to moja samotność jest również bardzo rzeczywista. Wszyscy inżynierowie rozjechali się na dwa dni, by zaopiekować się mieniem Centralnej Kolei Państwowej, tego wielkiego przedsiębiorstwa costaguańskiego, które wzbogaca Anglików, Francuzów, Amerykanów, Niemców i Bóg wie kogo jeszcze. Cisza dokoła mnie jest po prostu złowieszcza. Pośrodku domu, w którym przebywam, jest jakby pięterko z wąskimi okienkami, które za dawnych czasów oddawały zapewne usługi podczas obrony przeciw przewlekłemu barbarzyństwu naszego ojczystego lądu, kiedy dzicz nie przyodziewała się jeszcze w czarne stroje polityków, lecz uderzała, wyjąc, na wpół naga, z łukami i strzałami w ręku. Gospodyni tego domu dogorywa i, jak mi się zdaje, nie ma przy niej nikogo prócz jej starego męża. Klatka schodowa jest tu wąska i zbudowana tak, że jeden człowiek może z łatwością bronić się przeciwko motłochowi, który chciałby wedrzeć się na piętro. Przed chwilą słyszałem przez grubą ścianę, jak starzec schodził po coś do kuchni. Był to niby chrobot, jaki czyni mysz pod tynkiem muru. Cała służba rozbiegła się wczoraj i jeszcze nie powróciła, a nie wiadomo, czy w ogóle kiedykolwiek powróci. Pozostały tylko dzieci, dwie dziewczynki. Ojciec kazał im zejść na dół, więc wśliznęły się do tej kawiarni, może dlatego, że ja tu jestem. Przykucnęły w kącie, tuląc się wzajem do siebie. Zauważyłem je dopiero przed kilkoma minutami i czuję się jeszcze samotniejszy niż poprzednio”.

Decoud odwrócił się na krześle i zapytał:

— Czy nie można by dostać chleba?

Linda potrząsnęła przecząco swą ciemną główką, pochylając się nad jasnymi włosami swej siostry, która przylgnęła do jej piersi.

— Czy nie mogłybyście mi dać trochę chleba? — nalegał Decoud. Dziewczynka się nie poruszyła. Czuł na sobie spojrzenie jej dużych oczu wyzierających głęboką czernią z kąta. — Boicie się mnie? — zapytał.

— Nie — rzekła Linda — nie boimy się pana. Pan przyszedł tu z Gian’ Battistą.

— Czy mówisz o Nostromie? — zagadnął Decoud.

— Tak nazywają go Anglicy, ale nie jest to imię ani ludzkie, ani zwierzęce — odparła dziewczynka, muskając łagodnie dłonią włosy siostry.

— Ale on pozwala, żeby go tak nazywano — zauważył Decoud.

— Nie w tym domu — zaprzeczyło dziecko.

— No, to będę go nazywał capatazem.

Decoud umilkł i pisał czas jakiś bez przerwy, po czym odwrócił się znowu.

— Kiedy go się spodziewacie? — zapytał.

— Po przyprowadzeniu pana tutaj pojechał, żeby przywieźć z miasta señora doktora dla mamy. Powróci lada chwila.

— Będzie miał szczęście, jeśli go nie zastrzelą po drodze — mruknął Decoud do siebie głośno, na co Linda odparła swym przenikliwym głosikiem:

— Nikt nie odważy się strzelić do Gian’ Battisty.

— Wierzysz w to — zapytał Decoud — wierzysz naprawdę?

— Wiem to — odparła dziewczynka z przekonaniem. — Nie ma w tym mieście nikogo, kto by śmiał zaczepić Gian’ Battistę.

— Nie trzeba zbyt wielkiej odwagi, by zza krzaka pociągnąć za spust — mamrotał Decoud do siebie. — Na szczęście noc jest ciemna, inaczej niewiele byłoby szans na ocalenie srebra z kopalni.

Odwrócił się do swego notatnika, przejrzał jego kartki i znów sięgnął po ołówek.

„Tak przedstawiał się stan rzeczy wczoraj, kiedy »Minerwa« ze zbiegłym prezydentem na pokładzie opuściła port, a buntowników udało się wyprzeć w boczne zaułki miasta. Siedziałem na stopniach katedry z Nostromem, wysławszy uprzednio kablogram, dający znać o wszystkim mniej lub bardziej zainteresowanemu światu. Rzecz dziwna, iż jakkolwiek biura Kompanii Telegraficznej znajdują się w tym samym domu co »Porvenir«, motłoch, który wyrzucił moje prasy drukarskie przez okno i porozsypywał czcionki po całej plaza, nie poniszczył przyrządów po drugiej stronie dziedzińca. Kiedy siedziałem, rozmawiając z Nostromem, spod arkad wyszedł telegrafista Bernhardt z jakimś papierem w ręce. Ten mały człowieczek przypasał się do ogromnego miecza i obwiesił się rewolwerami. Mimo swej śmieszności jest najprzyzwoitszym Niemcem, jaki kiedykolwiek miał do czynienia z aparatem Morse’a. Otrzymał telegram z Cayty, donoszący, iż statki z wojskami Barriosa wpłynęły właśnie do portu. Telegram kończył się słowami: »Panuje ogromny entuzjazm«. Poszedłem, by napić się wody z fontanny, gdy ktoś strzelił do mnie, kryjąc się za drzewem. Ale napiłem się i nie zważałem na nic. Skoro Barrios jest w Caycie, a od zwycięskiej armii Montera dzieli nas ogrom Kordylierów, mimo wysiłku panów Gamacho i Fuentesa, mam nowe państwo w garści. Chciałem się przespać, ale kiedy zaszedłem do Casa Gould, zastałem patio zapełnione rannymi, którzy leżeli na słomie. Paliły się światła, a nad zamkniętym dziedzińcem unosiły się w skwarnym powietrzu nocnym mdłe wyziewy krwi i chloroformu. Na jednym końcu doktor Monygham, lekarz górniczy, zakładał opatrunki, na drugim, w pobliżu schodów, klęczał ojciec Corbelan, słuchając spowiedzi konającego cargadora. Pani Gould chodziła po tej rzeźni z wielką butelką w jednej ręce i z paczką waty w drugiej. Spojrzała na mnie, ale nawet nie skinęła głową. Podążała za nią jej camerista, która również trzymała butelkę i szlochała z cicha.

Przez jakiś czas nosiłem wodę z cysterny dla rannych. Potem wszedłem na górę i ujrzałem tam wiele znakomitych pań z Sulaco. Były bledsze niż kiedykolwiek i nosiły przewieszone przez ramię bandaże. Nie wszystkie zdążyły uciec na okręty. Wiele z nich schroniło się za dnia w Casa Gould. Na zakręcie schodów jakaś dziewczyna z rozpuszczonymi do połowy włosami klęczała pod ścianą przed wnęką, gdzie stoi Madonna w błękitnych szatach i ze złotą koroną na głowie. Zdaje mi się, że była to najstarsza panna Lopez; nie widziałem jej twarzy, ale pamiętam, że spojrzałem na wysoki francuski obcas jej małego trzewiczka. Nie odzywała się, nie poruszała, nie łkała i zachowywała się najzupełniej spokojnie, cała czarna na tle białej ściany, niby milczące upostaciowanie żarliwej modlitwy. Jestem pewien, że nie była bardziej przerażona od tamtych bladych pań roznoszących bandaże. Jedna z nich siedziała na najwyższym stopniu schodów i pośpiesznie darła kawał płótna na pasy. Była to młoda żona tutejszego, leciwego już bogacza. Przerwała, by odpowiedzieć skinieniem ręki na mój ukłon, jak gdyby siedziała w swym powozie na alamedzie. Warto zobaczyć nasze kobiety podczas rewolucji. Opada z nich róż i perłowy puder wraz z biernością w stosunku do zewnętrznego świata, biernością, którą od najwcześniejszego dzieciństwa narzuca im wychowanie, tradycja i obyczaj. Myślałem o twej twarzy, która od najmłodszych lat nosiła znamię inteligencji zamiast owego cierpliwego i zrezygnowanego wyrazu, który ukazuje się, gdy jakiś polityczny przewrót zedrze powłokę kosmetyków i nawyków.

W wielkiej sali na piętrze odbywało się posiedzenie jakby junty203 szlacheckiej, pozostałości rozpierzchłego Zgromadzenia Prowincjonalnego. Don Juste Lopez miał brodę do połowy osmaloną od wystrzału dwururki nabitej siekańcami, które jakimś cudownym sposobem wszystkie go chybiły. Kiedy odwracał głowę to w jedną, to w drugą stronę, wydawało się, jak gdyby w jego fraku mieściło się dwóch ludzi: jeden uroczysty i dostojnie brodaty, drugi niechlujny i zeszpecony.

Kiedy wszedłem, zawołali: »Decoud! Don Martin!«. Zapytałem ich: »Nad czym panowie obradujecie?«. Nie było wśród nich, jak się zdaje, przewodniczącego, chociaż don José Avellanos zajmował naczelne miejsce przy stole. Odpowiedzieli wszyscy chórem: »Nad zachowaniem życia i mienia!«. »Do chwili, kiedy przybędą nowi urzędnicy« — tłumaczył mi don Juste, zwracając się ku mnie dostojną połową swej twarzy. Był to jakby strumień zimnej wody wylany na gorejącą we mnie ideę nowego państwa. Zasyczało mi w uszach i sala zamgliła się, jak gdyby nagle napełniły ją wyziewy.

Podszedłem na oślep do stołu, jak gdybym był pijany. »Zamierzacie panowie zdać się na łaskę i niełaskę« — rzekłem. Wszyscy siedzieli cicho, pochyliwszy nosy nad arkuszami papieru, które leżały przed nimi, Bóg wie po co. Jedynie don José ukrył twarz w dłoniach, bełkocąc: »Nigdy, nigdy!«. Kiedy jednak spojrzałem na niego, wydało się mi, iż mógłbym go zdmuchnąć swym oddechem, taki był nikły, zgrzybiały i słaby. Nie przeżyje, bez względu na to, co nastąpi. Zbyt wielki to zawód dla człowieka w jego wieku. Czyż nie widział, jak kartki Pięćdziesięciu lat nierządu, które zaczęliśmy już składać w drukarni »Porvenira«, walały się po plaza, wpadały do rynsztoków, paliły się jako zatyczki petard, nabitych czcionkami, rozpraszały się na wietrze, były wdeptywane w błoto? Widziałem na własne oczy, jak niektóre pływały nawet na wodach portu. Byłoby niedorzecznością przypuszczać, iż przeżyje to wszystko. Byłoby to zbyt okrutne.

»Czy panowie zdajecie sobie sprawę — zawołałem — co oznacza poddanie się dla was samych, dla waszych żon, dzieci i waszego mienia?«

Grzmiałem przez jakieś pięć minut bez wytchnienia, wykazując sprzyjające nam okoliczności i powołując się na dzikość Montera, którego przedstawiłem jako skończone bydlę, nie wątpiąc zresztą, iż nim się okaże, jeżeli tylko będzie miał dość inteligencji, by zaprowadzić systematyczne rządy terroru. Następnie przez kolejnych pięć minut, a może nawet dłużej, przemawiałem płomiennie do ich męstwa z całą namiętnością mej miłości do Antonii. Bo jeżeli kiedykolwiek się zdarzy komuś mówić dobrze, to wynika to zawsze z uczuć osobistych, bez względu na to, czy chodzi o potępienie wroga, czy o bezpieczeństwo własne, czy wreszcie o obronę czegoś, co jest nam droższe nad życie. Grzmiałem na nich po prostu, droga ty moja! Zdawało mi się, że mój głos rozsadzi ściany, a kiedy umilkłem, zauważyłem, iż ich przerażone oczy spoglądają na mnie z niedowierzaniem.

I to było wszystko, co osiągnąłem. Jedynie głowa don Joségo pochylała się coraz niżej i niżej na piersi. Przybliżyłem ucho do jego zwiędłych ust i usłyszałem szept, coś w rodzaju: »W imię Boże, do dzieła, Martinie, mój synu!«. Nie wiem jednak, czy słyszałem dokładnie. Ale pewien jestem, że wspomniał coś o Bogu. Doznałem wrażenia, iż pochwyciłem ostatnie jego tchnienie, duszy pierzchającej z jego ust.

Co prawda żyje jeszcze. Widziałem go potem, lecz było to tylko starcze ciało, leżące na plecach, zakryte aż pod brodę i tak ciche, iż można było mniemać, że już nie oddycha. Obok jego łoża klęczała Antonia. Pozostawiłem go w tym stanie, zanim przyszedłem do tej włoskiej posady, gdzie również czai się wszechobecna śmierć. Wiem jednak, iż don José umarł tam, w tej Casa Gould, wzywając mnie szeptem do podjęcia dzieła, przed którym niewątpliwie musiała się wzdragać jego dusza, spowita w nietykalność umów dyplomatycznych i uroczystych oświadczeń. Zawołałem na cały głos: »Nie może być Boga w kraju, gdzie ludzie nie chcą pomagać sobie samym!«

Na to don Juste rozpoczął stateczną przemowę, której uroczysty ton chybił skutkiem komicznego zeszpecenia jego brody. Nie czekałem, żeby ją zrozumieć. Chciał niby to uzasadnić, iż zamierzenia Montera (nazywał go generałem) nie są może tak złe, choć nadmienił, że ten »znakomity mąż (jeszcze przed tygodniem nie nazywał go inaczej, niż gran’ bestia) jest zapewne w błędzie co do wyboru właściwych środków«. Domyślisz się z pewnością, iż nie chciałem słuchać dalszego ciągu. Znałem zamierzenia brata Montera, Pedrita, guerillera, którego przed kilku laty ośmieszyłem w kawiarni paryskiej uczęszczanej przez studentów południowoamerykańskich, gdzie chciał uchodzić za sekretarza poselstwa. Zachodził tam i gadał całymi godzinami, miętosząc pilśniowy kapelusz w swych kosmatych łapach, a jego ambicją było zostać czymś w rodzaju księcia de Morny204 przy jakimś Napoleonie. Już wówczas wyrażał się o swym bracie nader pompatycznie. Czuł się najzupełniej bezpieczny, ponieważ wszyscy ci studenci zaliczali się do blancos i, jak łatwo się domyślisz, nie bywali w poselstwie. Jedynie Decoud, ten człowiek bez czci i wiary, zachodził tam niekiedy dla rozrywki, jakby to była siedziba tresowanych małp. Znam jego zamiary. Widziałem, jak zmieniał talerze przy stole. Niechaj inni żyją sobie w ucisku, mnie nie pozostaje nic innego, jak śmierć.

Nie, nie pozostałem, by słuchać do końca, jak don Juste Lopez starał się z krasomówczą powagą przekonać samego siebie o łaskawości, sprawiedliwości, uczciwości i czystości braci Montero. Wyszedłem natychmiast, by poszukać Antonii. Ujrzałem ją na korytarzu. Gdy otworzyłem drzwi, wyciągnęła ku mnie załamane ręce.

— Co oni tam robią? — spytała.

— Gadają — rzekłem, patrząc jej w oczy.

— No, tak, ale...

— Czcze gadaniny — przerwałem. — Kryją swój strach za głupimi nadziejami. To sami wielcy parlamentarzyści, jak pani wie.

Byłem tak podniecony, iż ledwo mogłem mówić. Drgnęła ruchem rozpaczy.

Przez drzwi, które pozostawiłem nieco uchylone, słyszeliśmy, jak don Juste ględził monotonnie, miarowo, przechodząc od okresu do okresu, niby opętany przez jakieś czcigodne, namaszczone szaleństwo.

»Być może dążenia demokratyczne mają swoją zasadność. Drogi ludzkiego postępu są niezbadane i skoro los kraju jest w rękach Montera, to powinniśmy...«

Przy tych słowach zatrzasnąłem drzwi. Miałem dosyć, było tego za dużo. Nigdy może na niczyjej pięknej twarzy nie objawiło się tyle grozy i rozpaczy, co na twarzy Antonii. Nie mogłem tego znieść i schwyciłem ją za ręce.

— Czy ci panowie nie zabili mojego ojca? — spytała.

Oczy jej roziskrzyły się oburzeniem, lecz gdy spojrzałem w nie oczarowany, przygasły.

— Chcą się poddać — rzekłem. I pamiętam, że potrząsałem jej dłońmi, trzymając je w rękach. — Lecz jest coś więcej niż ich słowa! Ojciec pani polecił mi przystąpić w imię Boże do dzieła.

Moja ty droga, jest coś w Antonii, co każe mi wierzyć w możliwość dokonania wszystkiego. Dość mi spojrzeć w jej twarz, a moja głowa zajmuje się płomieniem. A jednak kocham ją, jakby kochał każdy inny człowiek — sercem, i tylko sercem. Jest dla mnie czymś więcej niż Kościół dla ojca Corbelana. (Wikariusz generalny znikł ubiegłej nocy z miasta, być może przyłączył się do opryszków Hernandeza). Jest dla mnie czymś więcej niż drogocenna kopalnia dla tego sentymentalnego Anglika. Wolę nie wspominać o jego żonie. Ona też mogła kiedyś być sentymentalna. Teraz pomiędzy tym dwojgiem ludźmi stoi kopalnia San Tomé.

— Własny pani ojciec, Antonio — powtórzyłem — ojciec pani — czy pani rozumie? — polecił mi przystąpić do dzieła!

Odwróciła twarz i zawołała bolesnym głosem:

— Tak powiedział? Jeżeli tak powiedział, to obawiam się, że już nigdy więcej nie przemówi.

Uwolniła ręce z mojego uścisku i zaczęła łkać, przysłaniając usta chusteczką. Nie dbałem o jej mękę; wolałem widzieć ją zrozpaczoną niż nie widzieć jej wcale, nie ujrzeć jej nigdy; gdyż zarówno gdybym uciekł, jak gdybym zginął na miejscu, nie mogliśmy już być razem, nie było już dla nas przyszłości. Ponieważ tak było, nie znajdowałem w sobie współczucia dla przemijających chwil jej bólu. Posłałem ją, zapłakaną, by przyprowadziła doñię Emilię i don Carlosa. Ich uczuciowość była mi potrzebna, by tchnąć życie w mój plan. Jest to sentymentalizm ludzi, którzy nigdy nie uczynią niczego dla urzeczywistnienia swych najgorętszych pragnień, o ile nie objawiają się im one w uroczej osłonce idei.

Późną nocą utworzyliśmy małą juntę, złożoną z czterech osób: z dwu kobiet, don Carlosa i mnie. Zebraliśmy się w biało-błękitnym buduarze pani Gould.

El rey de Sulaco uważa siebie bez wątpienia za bardzo prawego człowieka. I okazałby się nim zapewne, gdyby można było zajrzeć poza jego małomówność. Być może zdaje mu się, że dzięki niej jego uczciwość jest bez plamy. Ci Anglicy żywią się złudzeniami, które w ten czy inny sposób pozwalają im ujmować mocno istotę rzeczy. Jeżeli się odzywa, to tylko po to, by z rzadka powiedzieć »tak« lub „nie«, które brzmią bezosobowo jak słowa wyroczni. Ale nie wyprowadza mnie w pole swoją niemą powściągliwością. Wiem, co ma w głowie: swą kopalnię ma w głowie. Zaś jego żona ma w głowie tylko jego drogocenną osobę, którą powiązał z koncesją Gouldów i uwiesił na jej kobiecej szyi. Mniejsza o to. Sztuka polegała na tym, żeby zechciał przedstawić całą tę sprawę Holroydowi (królowi stali i srebra) i wyjednać jego pieniężne poparcie. W tym czasie, to znaczy przed dwudziestoma czterema godzinami, sądziliśmy, iż srebro kopalni będzie spoczywało bezpiecznie pod sklepieniami Urzędu Celnego, aż do chwili, kiedy zabierze je parowiec płynący na północ. Jak długo zaś te skarby płynęłyby bez przerwy na północ, tak długo krańcowy idealista, Holroyd, nie wyrzekłby się myśli zaszczepienia na tych zatraconych lądach nie tylko sprawiedliwości, przemysłu i pokoju, lecz także swego ulubionego marzenia, przejawiającego się pod postacią »czystszych form chrześcijaństwa«. Niedługo potem nadjechał konno od strony portu najwybitniejszy z Europejczyków, przebywający w Sulaco naczelny inżynier kolejowy, i został dopuszczony do naszych obrad. Tymczasem w wielkiej sali rozprawiała wciąż jeszcze junta szlachecka. Któryś z nich wybiegł na korytarz i zapytał służącego, czy nie mógłby im przynieść czegoś do jedzenia. Pierwsze słowa, które wyrzekł naczelny inżynier, wchodząc do buduaru, brzmiały: »Czymże jest pani dom, pani Gould? Na dole szpital połowy, a na górze, jak się zdaje, restauracja. Widziałem, jak do sali wnoszono kopiaste półmiski ze smakołykami«.

»Tu zaś, w tym buduarze — rzekłem — widzi pan tajny gabinet przyszłej Republiki Zachodniej«.

Był tak roztargniony, iż nie uśmiechnął się na te słowa, nie wydawał się nawet zdziwiony.

Zaczął nam opowiadać, iż kiedy był na stacji kolejowej, gdzie wydawał polecenia mające na celu ochronę własności kolei, wezwano go na stację telegraficzną. Inżynier węzła kolejowego u podnóża gór chciał się z nim porozumieć z drugiego końca linii. W biurze prócz niego był tylko urzędnik telegrafu kolejowego, który odczytywał głośno uderzenia na wstędze papierowej, w miarę jak osuwała się na podłogę. Komunikat, wystukiwany nerwowo z drewnianej chatki w głębi lasu, zawiadamiał przełożonego, że prezydent Ribiera był, a może nawet nadal jest ścigany przez swych wrogów. Było to zupełną nowością dla nas wszystkich w Sulaco. Sam Ribiera, gdyśmy go tu ocalili, ocucili i uspokoili, był skłonny przypuszczać, że nie wysłano za nim pościgu.

Ribiera uległ natarczywym naleganiom swych przyjaciół i opuścił kwaterę główną swej rozgromionej armii sam, a jego przewodnikiem był mulnik Bonifacio, który wziął na siebie tę odpowiedzialność wraz z ryzykiem. Wyjechał o świcie trzeciego dnia. Resztki jego wojska stopniały w nocy. Bonifacio i on pędzili konno ku Kordylierom; po drodze dostali muły, wjechali w wąwozy i zdołali minąć Paramo Ivie, zanim lodowata wichura zadęła nad tym skalistym płaskowyżem i pogrzebała w zawiei śnieżnej małe, murowane schronisko, w którym spędzili noc. Następnie biedny Ribiera doznał wielu przygód, rozłączył się ze swym przewodnikiem, postradał swego człapaka, przedostał się pieszo z gór na Campo i gdyby się nie zdał na łaskę jakiegoś ranchero, byłby zginął z dala od Sulaco. Ten człowiek, poznawszy go zresztą od razu, dał mu świeżego muła, który padł pod ciężkim i niezręcznym zbiegiem. I było to prawdą, że ścigał go oddział, dowodzony nie przez byle kogo, bo przez samego Pedra Montera, brata generała. Na szczęście mroźna wichura z Paramo dopadła prześladowców na szczycie przełęczy. Kilku ludzi i wszystkie zwierzęta zginęły w lodowatej zawiei. Śmierć zdławiła straż przednią, ale główny oddział nie ustał w pościgu. Znaleźli biednego Bonifacia, dogorywającego u podnóża pokrytej śniegiem krzesanicy i szlachetnym obyczajem wojen domowych zakłuli go natychmiast bagnetami. Byliby pojmali również Ribierę, gdyby z jakiegoś powodu nie byli zboczyli ze szlaku dawnej Camino Real i nie zabłądzili w lasach u podnóża niższych zboczy. Zupełnie niespodziewanie natknęli się na obozowisko robotników budujących tor kolejowy. Inżynier węzła kolejowego doniósł zwierzchnikowi telegraficznie, iż Pedro Montero był przy tej czynności w biurze i przysłuchiwał się stukaniu aparatu. Miał zamiar zająć Sulaco w imieniu demokracji. Zachowywał się jak samowładca. Jego ludzie zarżnęli kilka sztuk bydła należącego do Towarzystwa Kolejowego, nie zapytawszy nikogo o pozwolenie, i zaczęli piec mięsiwo na ogniu. Pedrito wypytywał się szczegółowo o kopalnię i chciał wiedzieć, co się stało ze srebrem wydobytym w ostatnich sześciu miesiącach. Oświadczył rozkazująco:

»Proszę zapytać o to swego przełożonego telegraficznie! Będzie zapewne wiedział. Proszę mu powiedzieć, iż don Pedro Montero, gubernator Campo i minister spraw wewnętrznych nowego rządu pragnie być szczegółowo o wszystkim powiadomiony«.

Stopy miał owinięte w zakrwawione łachmany, twarz wychudłą i zdziczałą, brodę i włosy w nieładzie. Przy chodzeniu utykał, wspierając się na kuli sporządzonej z rozwidlonej gałęzi. Jego towarzysze byli w jeszcze gorszym stanie, ale nie porzucili broni ani, w żadnym razie, całego zapasu amunicji. Ich zapadłe twarze wypełniły drzwi i okna chaty, w której mieściło się biuro telegraficzne. A ponieważ stanowiła ona zarazem sypialnię inżyniera, więc Montero rzucił się na czystą pościel i leżąc, dyktował polecenia, które miały być telegraficznie przekazane do Sulaco. Domagał się, żeby przysłano zaraz pociąg, który by zabrał jego ludzi.

— Odpowiedziałem na to z mojej strony — opowiadał nam dalej naczelny inżynier — iż nie odważyłbym się wysłać taboru kolejowego w głąb kraju, gdyż niejednokrotnie usiłowano uszkodzić pociągi krążące po linii kolejowej. Uczyniłem to dla pana, panie Gould — mówił naczelny inżynier. — Odpowiedź mojego podwładnego zamykała się w słowach: »Plugawe bydlę, leżące na moim łóżku, powiedziało: „A gdybym kazał pana rozstrzelać?”«. Na to mój podwładny, który, jak się zdaje, sam pełnił czynności telegrafisty, zauważył, że pociągu to nie sprowadzi. Wówczas Pedrito, ziewając, miał się odezwać: »Mniejsza o to, nie brak koni na Campo«, i odwróciwszy się, zasnął na łóżku Harrisa.

Oto dlaczego, moje ty kochanie, uciekam już dzisiejszego wieczora. Ostatni telegram z węzła kolejowego donosi, iż Pedro Montero i jego ludzie wyruszyli dziś rano po całonocnym objadaniu się pieczonym mięsiwem. Podobno zabrali wszystkie konie i spodziewali się dostać ich więcej po drodze. Będą tu w niespełna trzydzieści godzin, Sulaco nie jest zatem odpowiednim miejscem ani dla mnie, ani dla wielkich zapasów srebra należącego do koncesji Gouldów.

Ale nie to jest najgorsze. Załoga Esmeraldy przeszła na stronę zwycięzców. Dowiedzieliśmy się o tym od telegrafisty Kompanii Telegraficznej, który przyszedł wczesnym rankiem z tą nowiną do Casa Gould. Było tak wcześnie, że w Sulaco ledwie miało się ku świtaniu. Jego kolega z Esmeraldy wezwał go do aparatu i przekazał, iż załoga, wystrzelawszy niektórych swych oficerów, opanowała rządowy okręt stojący w porcie. To rzeczywiście ciężki cios dla mnie. Sądziłem, iż w tej prowincji można polegać na każdym człowieku. Myliłem się. W Esmeraldzie wybuchła rewolucja monterystowska, podobna do tej, jaką wszczęto w Sulaco, z tą tylko różnicą, iż ta ostatnia się nie udała. Telegrafista donosił o wszystkim Bernhardtowi przez cały czas, a ostatnie nadane przez niego słowa brzmiały: »Wyłamują drzwi i przejmują urząd telegraficzny. Jesteście odcięci. Nie mogę nic więcej zrobić«.

Mimo to udało się mu jeszcze zmylić na chwilę czujność swych siepaczy, którzy starali się zapobiec porozumieniu ze światem zewnętrznym. Dokonał tego. W jaki sposób, tego nie wiem. Dość, że w kilka godzin później przesłał znów do Sulaco słowa następujące: »Zbuntowane wojska opanowały statek rządowy stojący w przystani. Żołnierze wsiadają na ten okręt, by dostać się wzdłuż wybrzeża do Sulaco. Miejcie się zatem na baczności. Mają zamiar odpłynąć za kilka godzin i napaść na was przed wschodem słońca«.

Oto wszystko, co zdołał powiedzieć. Widocznie usunięto go tym razem na dobre od aparatu, gdyż Bernhardt wielokrotnie starał się nawiązać połączenie z Esmeraldą, ale nie otrzymał odpowiedzi”.

Nakreśliwszy te słowa w notatniku, który zapełniał dla siostry, Decoud podniósł głowę i zaczął nadsłuchiwać. Ale niczego nie było słychać ani w pokoju, ani w domu prócz szmeru wody, która kapała z cedzidła do ogromnego, glinianego dzbana. Na zewnątrz domu zalegała ogromna cisza. Decoud znowu pochylił głowę nad notatnikiem.

„Pojmujesz zapewne, iż nie uciekam” — zaczął pisać. — „Usuwam się po prostu wraz z tym drogocennym srebrem, które należy ocalić za wszelką cenę. Pedro Montero od strony Campo i zbuntowana załoga Esmeraldy od strony morza podążają, by je zagarnąć. Jednak znalazło się ono na ich drodze tylko przypadkiem. Właściwym ich celem, jak z łatwością się domyślisz, jest sama kopalnia San Tomé. W przeciwnym razie pozostawiono by bez wątpienia Zachodnią Prowincję w spokoju przez długie tygodnie, by dopiero przy nadarzającej się sposobności zagarnąć ją w posiadanie zwycięskiego stronnictwa. Don Carlos Gould będzie miał niemało do zrobienia, żeby ocalić swą kopalnię wraz z jej urządzeniami i górnikami. Jest to imperium in imperio, ta wytwórnia bogactw, z którą jego sentymentalizm kojarzy osobliwą ideę sprawiedliwości. Przywiązał się do niej, jak inni ludzie przywiązują się do idei odwetu lub miłości. Sądzę, iż się nie mylę co do tego człowieka, przypuszczając, że albo kopalnia pozostanie nietknięta, albo ją zburzy odruch jego własnej woli. W jego chłodne, idealistyczne życie wtargnęła namiętność. Namiętność, z której zdolny jestem zdać sobie sprawę tylko intelektualnie. Niepodobna do namiętności, które my znamy, my, ludzie innej krwi. Mimo to jest niemniej niebezpieczna od naszych.

Jego żona zrozumiała to również. Oto dlaczego idzie ze mną ręka w rękę. Sprzyja wszystkim moim zamierzeniom, mając niezawodne poczucie, iż ostatecznie wyjdą one na dobre koncesji Gouldów. Zaś on ulega jej może nie tyle dlatego, że jej ufa, lecz żeby ją niejako wynagrodzić za jakąś nieuchwytną krzywdę, za wiarołomstwo w uczuciach, które jej szczęście i jej życie rzuca na pastwę opętania przez ideę. Ta mała kobietka domyśliła się, że on żyje raczej dla kopalni niż dla niej samej. Niechże im się stanie wedle ich woli. Każdy ma swe przeznaczenie, ukształtowane przez namiętność lub uczucie. Najważniejsze, że poparła mój pomysł, aby natychmiast wywieźć srebro z miasta i z kraju, za wszelką cenę, za cenę wszelkiego ryzyka. Zadaniem don Carlosa będzie ustrzec od zmazy dobre imię kopalni; pani Gould będzie chroniła męża przed następstwami tej chłodnej, przemożnej namiętności, której lęka się ona bardziej od jego zadurzenia się w innej kobiecie. Wreszcie Nostromo będzie miał za zadanie ocalić srebro. Zamierzamy umieścić je na największej lichtudze Towarzystwa Oceanicznej Żeglugi Parowej i przewieźć przez zatokę do małego portu leżącego już poza obrębem Costaguany, po drugiej stronie Azuery. Stamtąd ma je zabrać pierwszy parowiec płynący na północ. Morze jest tu spokojne, pogrążymy się w ciemnościach zatoki, zanim buntownicy przybędą z Esmeraldy. Kiedy zaś dzień zaświta nad oceanem, będziemy już niewidzialni, ukryci za Azuerą, która wygląda z tutejszego wybrzeża niby bladobłękitny obłok na widnokręgu.

Niesprzedajny capataz de cargadores jest jakby stworzony do tego zadania, zaś ja, człowiek z namiętnością, choć bez zadania, popłynę z nim, by powrócić, odegrać w tej farsie swą rolę do końca i gdyby wypadła pomyślnie, otrzymać nagrodę, której nikt inny dać mi nie może prócz Antonii.

Nie będę już jej widział przed odjazdem. Pozostawiłem ją, jak poprzednio wspomniałem, przy łożu don Joségo. Na ulicy było ciemno, domy pozamykane, gdy szedłem z miasta w głąb nocy. Od dwóch dni nie zapalono ani jednej latarni na ulicach. Łuk bramy wjazdowej wyglądał niby kłąb ciemności o niewyraźnych kształtach wieży. Dolatywały z niej głuche, smutne westchnienia, które wydawały się mi odpowiedzią na szmer męskiego głosu.

Dosłyszałem w jego tonie jak gdyby beztroskę i niedbałość. Znamionuje ona owego marynarza genueńskiego, który podobnie jak ja, dostał się tutaj w odmęt wypadków, do których zarówno jego, jak mój sceptycyzm odnosi się jak gdyby z bierną pogardą. O ile zdołałem wywnioskować, jedyną rzeczą, do której przywiązuje wagę, jest, by dobrze o nim mówiono. Ambicja bywa rysem dusz szlachetnych, ale może być także wodą na młyn wyjątkowo inteligentnych łotrów. Tak. Wyraził się najdosłowniej: »Chciałbym, żeby dobrze o mnie mówiono. Si, señor«. Nie wydaje mi się, żeby odróżniał mówienie od myślenia. Ciekaw też jestem, czy jest to zwykła naiwność czy praktyczny punkt widzenia. Indywidualności wyjątkowe są zawsze dla mnie zajmujące, gdyż pozostają w zgodzie z ogólną regułą wyrażającą stan moralny ludzkości.

Nie zatrzymując się, minąłem ich pod ciemnym sklepieniem bramy, lecz wkrótce dogonił mnie na drodze do portu. Rozmawiał z jakąś nieszczęśliwą kobietą. Szedł obok mnie, ale początkowo nie odzywałem się przez dyskrecję. Po chwili sam zaczął opowiadać. Chodziło o coś innego, niż przypuszczałem. Była to tylko babina, stara koronczarka. Przepadł jej syn, jeden z zamiataczy ulic, wynajmowanych przez magistrat. Przyjaciele przyszli przed świtem i wywołali go przez drzwi z lepianki. Poszedł z nimi i odtąd już go nie widziała. Pozostawiła na poły ugotowaną strawę w stygnącym popiele i podreptała aż do portu, bo słyszała, że podczas rozruchów zabito tam rano kilku miejskich mozos. Któryś z cargadorów stojących na straży Urzędu Celnego wyniósł latarnię i pomógł jej obejrzeć kilka zwłok, które leżały w pobliżu. Zawiedziona w swych poszukiwaniach, powlokła się biedaczka z powrotem. Zastał ją siedzącą na kamieniu pod arkadą. Stękała z wielkiego znużenia. Capataz zagadnął ją i wysłuchawszy urywkowej, płaczliwej opowieści, poradził, żeby poszła rozejrzeć się wśród rannych, którzy leżeli na patio Casa Gould. Dał jej też ćwierć dolara, o czym napomknął niedbale.

— Po co pan to zrobił? — spytałem. — Czy pan ją zna?

— Nie, señor! Nie widziałem jej przedtem na oczy, bo nie mogłem widzieć. Zapewne już od lat nie wychodziła na ulicę. To jedna z tych staruszek, które siedzą w tym kraju gdzieś w głębi chat, przykucnięte przy ognisku, mają przy sobie kij na ziemi, ale są za słabe, żeby odpędzić bodaj bezpańskiego psa od swych garnków. Caramba! Słuchając jej głosu, ma się wrażenie, iż śmierć o niej zapomniała. Ale stare czy młode, wszystkie lubią pieniądze i dobrze mówią o człowieku, które je daje. — Jego głos drgnął śmiechem. — Señor, poczułem na ręce jej szpony, gdy wetknąłem jej do garści tych kilka groszy! — Zatrzymał się. — Ostatnie, które miałem.

Nic mu nie odpowiedziałem. Znany jest ze swej hojności, nie ma przy tym szczęścia do gry w monte. Zgrywa się i jest tak samo ubogi, jak był przedtem.

— Myślę, don Martinie — zaczął jak gdyby w zadumie — iż señor administrador kopalni San Tomé odwdzięczy mi się kiedyś, gdy mu ocalę to srebro.

Odrzekłem, że nie ulega to wątpliwości, że jest to rzeczą pewną. Szedł dalej, mamrocząc do siebie:

Si, si, na pewno, na pewno! I widzi pan, co to znaczy, gdy o kimś ludzie dobrze mówią. O nikim innym nie pomyślano by nawet, gdyby chodziło o taką sprawę. Dostanie mi się kiedyś za to nie byle co. Oby rychło. — pomrukiwał. — Czas mija w tym kraju równie prędko, jak gdzie indziej na świecie.

Oto, soeur chérie205, mój towarzysz w wielkiej ucieczce dla dobra wielkiej sprawy. Jest on bardziej naiwny niż przebiegły, bardziej władczy niż zręczny, szczodrobliwszy w szafowaniu swą osobą od ludzi, którzy posługują się nim za swe pieniądze. Zapatruje się też w ten sposób na siebie, raczej z dumą niż z sentymentem. Cieszę się, że się z nim zaprzyjaźniłem. Jako towarzysz nabiera nierównie większego znaczenia, niżeli je kiedykolwiek miał w roli geniusza206 niższej rangi, autentycznego marynarza włoskiego, któremu pozwoliłem wstępować na godzinkę i gawędzić poufale z redaktorem „Porveniru”, gdy dziennik był już pod prasą. Ciekawą, zaiste, jest rzeczą spotkać człowieka, dla którego wartość życia polega na osobistej renomie.

Teraz czekam tu na niego. Gdyśmy przyszli do posady Violi, dzieci były same na dole, zaś stary genueńczyk krzyknął na swego rodaka, by sprowadził doktora. Gdyby nie to, bylibyśmy poszli na nabrzeże portu, gdzie kapitan Mitchell wraz z kilku chętnymi Europejczykami i paru gorliwymi cargadorami ładuje na lichtugę srebro, które trzeba ocalić ze szponów Montery, żeby posłużyło do jego pogromu. Nostromo cwałem popędził do miasta. Pojechał już dawno. Dzięki temu miałem dość czasu, by do Ciebie napisać. Niejedno jeszcze zdarzy się do chwili, kiedy ten notatnik znajdzie się w twoich rękach. Ale obecnie nastąpiła przerwa pod unoszącymi się nad nami skrzydłami śmierci w tym głuchym domu, pogrążonym wśród mroków nocnych, gdzie umiera kobieta, gdzie dwoje dzieci tuli się w milczeniu do siebie, zaś przez gruby mur, niby chrobot myszy, słychać stąpanie starca, który chodzi po schodach, z lekka powłócząc nogami. Jestem tu jedyną prócz nich osobą i nie wiem doprawdy, czy zaliczać siebie do żywych, czy do umarłych. Quien sabe?207, jak mają zwyczaj odpowiadać tutejsi ludzie na każde pytanie. Ale nie! Uczucie do Ciebie na pewno nie umarło i to wszystko, ten dom, ta ciemna noc, te milczące dzieci w tej mrocznej izbie, nawet moja tu obecność jest życiem, musi być życiem, bowiem jest tak bardzo podobna do snu”.

Kreśląc te ostatnie słowa, Decoud doznał uczucia nagłego, całkowitego zapomnienia. Zachwiał się nad stołem, jakby ugodzony kulą. Lecz zaraz opamiętał się, zmieszany, gdy usłyszał, że ołówek potoczył się na podłogę. Niskie drzwi kawiarni stały otworem. Wypełniał je blask pochodni; widniała przy niej połowa konia, chłoszczącego ogonem nogę jeźdźca z długą żelazną ostrogą, przytwierdzoną rzemieniami do nagiej pięty. Dziewczynki odeszły. Pośrodku izby stał Nostromo, spoglądając na niego spod okrągłego ronda sombrera wciśniętego głęboko na oczy.

— Przywiozłem tego angielskiego doktora z kwaśną gębą powozem señory Gould — odezwał się Nostromo. — Wątpię, czy tym razem zdoła swą wiedzą ocalić padronę. Posłali po dzieci. To zły znak.

Usiadł na skraju ławy.

— Zapewne chce je pobłogosławić.

Decoud, na wpół jeszcze nieprzytomny, odezwał się, iż zdaje się mu, że się zdrzemnął, na co Nostromo odpowiedział z nieokreślonym uśmiechem, iż zajrzał przez okno i widział go leżącego na stole z ramionami pod głową.

Angielska señora przyjechała tym samym powozem i od razu poszła na górę z doktorem. Poleciła mu, żeby jeszcze nie budził don Martina; ale kiedy posłano po dzieci, wszedł do kawiarni.

Widoczna na zewnątrz połówka konia z połówką siedzącego na nim jeźdźca wykonała obrót. Pochodnia z pakuł i smoły umieszczona w żelaznym koszu, sterczącym na kiju u łęku siodła, rozjaśniła naraz swą drgającą poświatą całą izbę. W tej chwili weszła śpiesznie pani Gould. Twarz miała bardzo bladą i znużoną. Kaptur granatowego płaszcza zsunął się jej z głowy. Obaj mężczyźni powstali.

— Teresa chciałaby się z panem zobaczyć, Nostromo — rzekła.

Capataz nie poruszył się. Decoud, oparty o stół, zaczął zapinać płaszcz.

— Srebro, pani Gould, srebro! — mruknął po angielsku. — Proszę nie zapominać, że garnizon Esmeraldy ma parowiec. Mogą lada chwila pojawić się u wejścia do portu.

— Doktor powiada, że nie ma nadziei — rzekła pani Gould śpiesznie, również po angielsku. — Odwiozę pana do portu swym powozem, a potem powrócę, by zabrać dziewczęta. — Następnie już po hiszpańsku odezwała się do Nostroma: — Niech pan nie marudzi! Żona starego Giorgia pragnie widzieć się z panem.

— Idę do niej, señora — bąknął capataz.

W tej chwili ukazał się doktor Monygham, który odprowadzał z powrotem dzieci. Na pytające spojrzenie pani Gould potrząsnął tylko głową i wyszedł zaraz w towarzystwie Nostroma.

Koń człowieka z pochodnią zwiesił nisko łeb, a jeździec opuścił lejce, by zapalić papierosa. Blask pochodni pląsał po frontowej ścianie domu, upstrzonej wielkimi, czarnymi literami napisu, z którego tylko słowo „Italia” widniało w pełnym świetle. Łuna rozmigotanego blasku sięgała aż do powozu pani Gould, który czekał na drodze. Na koźle drzemał okazały Ignacio o żółtej twarzy. Obok niego Basilio, kościsty i śniady, trzymał przed sobą oburącz winchesterski karabin i spoglądał trwożnie w ciemność. Nostromo dotknął lekko ramienia doktora:

— Czy ona naprawdę umiera, señor doctor?

— Tak — odparł doktor z jakimś dziwnym skurczem swej naznaczonej blizną twarzy. — Nie pojmuję, dlaczego chce się z panem widzieć.

— Wcześniej też tak z nią bywało — podsunął mu Nostromo, odwracając oczy.

— No, capatazie, mogę pana zapewnić, że już więcej tak z nią nie będzie — warknął doktor Monygham. — Może pan pójść do niej albo nie pójść. Po co te rozmowy z umierającymi? Ale słyszałem na własne uszy, jak mówiła do doñii Emilii, iż opiekowała się panem jak matka, odkąd pan wylądował na tym brzegu.

Si! I nigdy nie powiedziała o mnie do nikogo bodaj jednego dobrego słowa. Zdawało się doprawdy, iż nie może mi przebaczyć, że żyję i że jestem takim mężczyzną, jakim by kiedyś pragnęła widzieć swojego syna.

— Być może — odezwał się jakiś posępny głos obok nich. — Kobiety mają swe własne sposoby udręczania siebie samych.

Giorgio Viola wyszedł z domu. W świetle pochodni jego sylwetka rzucała wielki, czarny cień, a blask płomienia migotał na jego potężnej twarzy i siwej czuprynie wielkiej, włochatej głowy. Wyciągniętą ręką zachęcał capataza, by wszedł do wnętrza.

Doktor Monygham, otworzywszy małą skrzynkę z politurowanego drewna, która leżała na siedzeniu powozu, odwrócił się do starego Giorgia i wetknął jedną z buteleczek ze szklaną zatyczką w jego dużą, drżącą rękę.

— Od czasu do czasu proszę jej dawać łyżkę tego lekarstwa — odezwał się. — To przyniesie jej ulgę.

— I nic już nie można jej pomóc? — spytał starzec cierpliwie.

— Nie. Nic już jej nie pomoże — rzekł doktor i odwróciwszy się od niego, zamknął na zatrzask skrzynkę z lekarstwami.

Nostromo przeszedł z wolna przez wielką kuchnię. Było tam ciemno, lecz pod ogromnym okapem pieca jarzyła się garść węgli, na których w żelaznym garnku bulgotała wrząca woda. Między dwie ściany wąskiej klatki schodowej napływało jasne światło z góry, z pokoju chorej. Wspaniały capataz de cargadores, stąpający bez szmeru w miękkich, skórzanych sandałach, ze swym bujnym zarostem, muskularną szyją i brązową piersią, wyzierającą spod rozchełstanej koszuli w kratę, podobny był do marynarza z Morza Śródziemnego, który dopiero co wysiadł na ląd z jakiejś feluki208 wiozącej wino czy owoce. U szczytu schodów zatrzymał się, barczysty, wąski w biodrach i gibki. Spojrzał ku łożu, które niczym jakaś królewska kareta nurzało się w nadmiarze śnieżnej pościeli. Wśród niej siedziała padrona, niepodparta, pochyliwszy swą wdzięczną, czarnobrewą twarz na piersi. Gęstwa kruczych włosów z nielicznymi tylko, srebrnymi smugami okrywała jej ramiona. Jedno grube pasmo, zwieszające się od przodu, przysłaniało do połowy jej lica. Znieruchomiała w tej postawie, wyrażającej przygnębienie i niepokój, podniosła oczy na Nostroma.

Capataz miał owinięty dokoła bioder czerwony pas. Wielki, srebrny pierścień połyskiwał na palcu wskazującym ręki, którą podniósł, by podkręcić wąsa.

— Te ich rewolucje, ich rewolucje! — dyszała señora Teresa. — Widzisz, Gian’ Battista, zabiły mnie w końcu.

Nostromo nie odezwał się, chora wpatrywała się w niego natrętnymi oczami.

— Widzisz, to mnie zabiło, a tyś tymczasem bił się jak wariat za sprawę, która cię nic nie obchodzi.

— Po co to gadanie? — mruknął capataz przez zęby. — Czy nigdy nie uwierzycie w mój zdrowy rozsądek? Chcę być tym, czym jestem: zawsze sobą samym.

— Wcale się zmieniasz, rzeczywiście! — sarknęła gorzko. — Zawsze myślisz tylko o sobie i łasisz się na słodkie słówka od ludzi, którzy wcale o ciebie nie dbają.

Istniała między nimi zażyłość antagonizmu, na swój sposób nie mniej ścisła od zażyłości, jaką wytwarza czułość i zgoda. Drogi, po których chodził, rozmijały się z życzeniami Teresy. To ona go zachęciła, by porzucił służbę na okręcie, spodziewając się, że się stanie przyjacielem i obrońcą jej dziewcząt. Żona starego Giorgia znała stan swego zdrowia i drżała na myśl o osamotnieniu sędziwego męża i opuszczeniu dzieci. Chciała pozyskać tego na pozór spokojnego i statecznego młodzieńca, miłego i uległego, który, jak sam powiedział, był sierotą od najmłodszych lat i nie miał we Włoszech nikogo prócz wuja, kapitana i właściciela feluki. Wuj tak go poniewierał, że zbiegł z niej przed ukończeniem czternastego roku życia. Wydał się jej odważnym, skrzętnym pracownikiem, który zdoła sobie utorować drogę w świecie. Z wdzięczności i z przyzwyczajenia miał zostać jakby przybranym synem jej i Giorgia, a potem, kto wie, gdy Linda dorośnie... Dziesięć lat różnicy między mężem a żoną nie jest zbyt wiele. Jej własny mąż był od niej niemal o dwadzieścia lat starszy. Poza tym Gian’ Battista był ujmującym młodzieńcem. Jego spokojna osobowość sprawiała, że lubili go mężczyźni, lubiły kobiety i dzieci. Spokój ten, niby pogodny zmierzch, dodawał uroku jego krzepkiej postaci i stanowczości postępowania.

Stary Giorgio, niewtajemniczony w zamierzenia i nadzieje małżonki, wielce poważał młodego rodaka. „Mężczyzny nie należy krępować”, mawiał do niej, przytaczając to hiszpańskie przysłowie na obronę świetnego capataza. Zaczęła stawać się zazdrosna o jego powodzenie. Obawiała się, że jej się wymknie. Była osobą praktyczną, więc uważała go za niedorzecznego marnotrawcę zalet, które czyniły go tak bardzo cennym. Za mało mu one przynosiły. Jej zdaniem trwonił je na prawo i na lewo, rozpraszając wśród zbyt wielu ludzi. Nie odkładał pieniędzy. Szydziła z jego ubóstwa, jego przygód, miłostek i rozgłosu, ale w głębi duszy nie wyrzekała się go nigdy, jak gdyby naprawdę był jej synem.

Pragnęła go jeszcze widzieć nawet w tej chwili, chwili ciężkiej niemocy, kiedy już czuła chłodne, mroczne tchnienie zbliżającego się końca. Było to niby wyciągnięcie drętwiejącej dłoni, żeby chwycić go z powrotem. Ale przeceniła swoje siły. Nie mogła już kierować swymi myślami, zmętniały tak jak jej wzrok. Słowa plątały jej się ustach i tylko przemożna troska oraz pragnienie życia zdawały się jeszcze brać górę nad śmiercią.

Capataz odezwał się:

— Słyszałem już to nieraz. Jesteście niesprawiedliwi, ale to mnie nie boli. No, ale teraz nie macie zbyt wiele sił, żeby mówić, a ja znowu mam zbyt mało czasu, żeby słuchać. Jestem zajęty sprawą ogromnego znaczenia.

Zapytała go z wysiłkiem, czy to prawda, iż znalazł czas, by sprowadzić do niej lekarza. Nostromo skinął potakująco.

Ucieszyła się. Ulżyła jej myśl, że ten człowiek zechciał tak wiele zrobić dla kogoś, kto naprawdę potrzebował jego pomocy. Był to dowód jego przyjaźni. Głos jej stał się mocniejszy.

— Trzeba mi raczej księdza niż doktora — rzekła żałośnie. Nie poruszała głową, tylko jej oczy drgały w kącikach, śledząc capataza, który stał obok jej łoża. — Sprowadziłbyś mi teraz księdza? Pomyśl tylko! Prosi cię o to konająca kobieta!

Nostromo potrząsnął głową stanowczo. Nie wierzył w kapłańskie posłannictwo księży. Lekarz mógł coś zdziałać, ale ksiądz jako ksiądz nie był w stanie uczynić ani nic dobrego, ani nic złego. Nostromo nawet nie wzdrygał się na widok księży, jak to czynił stary Giorgio. Najbardziej uderzała go całkowita bezużyteczność tego zlecenia.

Padrona, bywaliście w tym stanie już przedtem — odparł — i poprawiało się wam po kilku dniach. Poświęciłem wam ostatnie chwile, jakimi rozporządzam. Poproście señorę Gould, niech przyśle wam księdza.

Zrobiło się mu jakoś nieswojo na myśl o bezbożności tej odmowy. Padrona wierzyła w księży i spowiadała się przed nimi. Ale czyniły to wszystkie kobiety. Nie mogło to mieć większego znaczenia. A jednak przykro mu było, gdy pomyślał, czym mogła być dla niej spowiedź, jeżeli wierzyła w nią bodaj odrobinę. Lecz mniejsza o to. Było najzupełniejszą prawdą, że poświęcił jej ostatnie wolne chwile, jakimi jeszcze rozporządzał.

— Odmawiasz mi? — stęknęła. — Ach, ty zawsze jesteś sobą!

— Niechże padrona pomyśli rozsądnie — rzekł. — Polecono mi ocalić srebro kopalni. Słyszycie? To większy skarb niżeli te, których podobno strzegą duchy i diabły na Azuerze. To prawda. Podjąłem się tego dzieła, bodaj najbardziej desperackiego w całym moim życiu.

Owładnęło nią rozpaczliwe oburzenie. Ostateczna próba zawiodła. Stojąc nad nią, Nostromo nie widział udręczonych rysów jej twarzy, udręczonych bólem i gniewem. Zaczęła drżeć na całym ciele. Trzęsła się jej pochylona głowa, dygotały szerokie ramiona.

— Więc może Bóg zmiłuje się nade mną! Ale uważaj, człowieku, żebyś miał coś z tego prócz zgryzot, które cię kiedyś nie miną. — Uśmiechnęła się blado. — Zdobądźże w końcu choć raz bogactwo, ty niezastąpiony, ty podziwiany Gian’ Battisto, dla którego spokój konającej kobiety mniej znaczy od pochwały ludzi, którzy w zamian za twoje ciało i duszę nic ci nie dali prócz głupiego przezwiska.

Capataz de cargadores zaklął z cicha pod wąsem.

— Niech padrona zostawi mą duszę w spokoju, a sam będę wiedział, jak dbać o swoje ciało. Czymże to tak skrzywdzili mnie ludzie, którym jestem potrzebny? Z czegóż to ograbiłem was albo dzieci, że mi tak zazdrościcie? Ci ludzie, których mi wyrzucacie, więcej zrobili dla starego Giorgia, niżeli kiedykolwiek mieli zamiar zrobić dla mnie.

Uderzył się otwartą dłonią w piersi, nie podniósł głosu, choć mówił dobitnie. Podkręcał raz po raz wąsy, a jego oczy zaczęły z lekka błądzić po pokoju.

— Czy to moja wina, że tylko ja jestem im przydatny? Co za głupstwa gadacie, matko? Czyżbyście woleli, żebym był nierozgarnięty i tchórzliwy, sprzedawał melony na targu lub woził łodzią podróżnych po zatoce niby jakiś cacany neapolitańczyk, bez odwagi i dbałości o swe imię? Czybyście chcieli, żebym za młodu żył jak mnich? Nie wierzę w to. Czy chcecie mnicha dla swej starszej córki? Niech tylko dorośnie. Czego się lękacie? Już od lat gniewacie się na mnie za wszystko, co czynię. Od tej chwili, kiedy po raz pierwszy mówiliście mi w tajemnicy przed starym Giorgiem o swej Lindzie. Miałem być mężem dla jednej, a bratem dla drugiej, czy nie tak? Czemuż by nie? Lubię te małe, a trzeba będzie kiedyś się ożenić. Ale właśnie od tego czasu zaczęliście mnie umniejszać przed ludźmi. Dlaczego? Czy wam się zdawało, że będziecie mogli włożyć mi obrożę i łańcuch, niby któremuś z psów, co warują przy zajezdniach kolejowych? Słuchajcie, padrona, jestem tym samym człowiekiem, który wylądował pewnego wieczora, siedział pod słomianą strzechą chaty, w której mieszkaliście wówczas po drugiej stronie miasta, i opowiadał wszystko o sobie. Nie byliście wówczas dla mnie niesprawiedliwi. Cóż zaszło od tego czasu? Nie jestem już byle jakim smarkaczem. Dobre imię, jak Giorgio powiada, jest skarbem, padrona.

— Przewrócili ci w głowie pochwałami — sarknęła chora kobieta. — Odpłacili ci się słowami. Twoje szaleństwo pogrąży cię w ubóstwie, nędzy, niedoli. Nawet leperos będą się z ciebie naśmiewali, wielki capatazie...

Nostromo stał przez chwilę jak porażony niemotą. Nie spojrzała na niego ani razu. Ufny, pogodny uśmiech pierzchł nagle z jego ust. Skierował się do wyjścia. Jego wzgardzona postać znikła za drzwiami. Schodził po schodach z nurtującym w duszy poczuciem, iż dał się poniekąd oszołomić lekceważeniu tej kobiety dla uznania, które zdobył i które pragnął zachować.

Na dole w obszernej kuchni paliła się świeca, otaczały ją cienie padające od ścian i pułapu, ale z otwartego prostokąta drzwi prowadzących na zewnątrz nie wpadał już czerwony blask. Powóz z panią Gould i don Martinem odjechał już do portu, poprzedzany przez jeźdźca dzierżącego pochodnię. Doktor Monygham pozostał, siedział przy stole niedaleko lichtarza. Pochylił wygoloną, poradloną bliznami twarz, skrzyżował ramiona na piersiach, wydął usta i nie odrywał swych wyłupiastych oczu od czarnej ziemi podłogi. W pobliżu kuchennego ogniska, na którym wciąż jeszcze wrzała woda, stał stary Giorgio z brodą ukrytą w dłoni, z jedną nogą wysuniętą naprzód, jakby przykuty do miejsca jakąś nagłą myślą.

Adios, viejo!209 — rzekł Nostromo, dotykając rękojeści rewolweru wiszącego u pasa i obluźniając nóż w pochwie. Wziął ze stołu niebieskie poncho z czerwoną podszewką i przywdział je przez głowę. — Adios, zaopiekuj się gratami w moim pokoju, a jeśli słuch o mnie zaginie, oddaj skrzynkę Paquicie. Niewiele tam cennych rzeczy prócz nowego meksykańskiego serape210 i kilku srebrnych guzów od mojego najlepszego kaftana. Mniejsza o to! Całkiem nieźle będą wyglądały na jej przyszłym kochanku, który nie potrzebuje się obawiać, że będę wałęsał się po śmierci jak ci gringos, co straszą na Azuerze.

Doktor Monygham ściągnął usta gorzkim uśmiechem. Kiedy stary Giorgio wszedł na wąskie schody, skinąwszy zaledwie głową i nie mówiąc ani słowa, doktor odezwał się:

— Jak to, capatazie? Myślałem, że panu wszystko się udaje.

Nostromo zerknął pogardliwie na doktora i stanął w drzwiach, kręcąc papierosa. Po chwili zapalił zapałkę i trzymał ją nad głową, aż do chwili, kiedy płomyk zaczął już niemal muskać jego palce.

— Nie ma wiatru! — mruknął do siebie. — Niech no señor spojrzy. Czy wie pan, czego się podjąłem?

Doktor Monygham ponuro skinął głową.

— To tak, jakbym brał na siebie klątwę, señor doctor. Człowiek z takim skarbem będzie miał wszędzie na tym wybrzeżu wyciągnięte przeciw sobie noże. Rozumie pan, señor doctor? Mam pływać jak wyklęty wzdłuż wybrzeża, aż spotkam parowiec Towarzystwa zdążający na północ. A wtedy o capatazie cargadorów z Sulaco będzie głośno od jednego krańca Ameryki do drugiego.

Doktor Monygham parsknął krótkim, gardłowym śmiechem. Nostromo odwrócił się w drzwiach.

— Ale jeżeli pan zdoła znaleźć innego człowieka przydatnego i chętnego do tej wyprawy, to zostanę. Nie przykrzy mi się jeszcze życie, chociaż jestem taki biedak, że mógłbym całe swoje mienie pomieścić na siodle.

— Gra pan za dużo i nigdy nie odmawia pan ładnej twarzyczce, capatazie — rzekł doktor Monygham z przebiegłą prostotą. — W ten sposób nie robi się majątku. Ale nikt z moich znajomych nie przypuszczał, że jest pan ubogi. Mam nadzieję, iż pomyślał pan o hojnym wynagrodzeniu na wypadek, gdyby udało się panu ujść cało z tych opałów.

— A jak pan sobie wyobraża to wynagrodzenie? — zapytał Nostromo, wydmuchując dym przez drzwi.

Doktor Monygham nasłuchiwał przez chwilę, czy nie ma kogoś na schodach, po czym odparł, parskając znów krótkim, urywanym śmiechem:

— Gdybym miał wziąć na siebie klątwę śmierci, jak pan się wyraża, to nagroda musiałaby być nie mniejsza od samego skarbu, sławetny capatazie.

Nostromo chrząknął niechętnie na te szydercze słowa i znikł za drzwiami. Doktor Monygham usłyszał tętent oddalającego się konia. Nostromo popędził cwałem w ciemność. W zabudowaniach Towarzystwa Oceanicznej Żeglugi Parowej migotały światła, lecz zanim do nich dotarł, spotkał powóz Gouldów. Poprzedzał go jeździec z pochodnią, w której świetle widać było białe muły, okazałego Ignacio i Basilio z karabinem w ręku. Z ciemnego wnętrza powozu głos pani Gould zawołał:

— Czekają na pana, capatazie

Wracała zziębnięta i podniecona, wciąż jeszcze trzymając w ręce notatnik Decouda. Prosił ją, żeby odesłała go jego siostrze. „Może to moje ostatnie słowa do niej” — rzekł, ściskając dłoń pani Gould.

Capataz nie zwolnił pędu. U przyczółka pomostu jakieś mgliste postacie z karabinami przypadły do łba jego konia, inne rzuciły się ku niemu. Byli to cargadorowie, którzy z polecenia kapitana Mitchella stali na straży. Dość było jednego słowa, by odskoczyli pokornie, rozpoznawszy jego głos. U drugiego końca pomostu wśród ciemnej gromadki z żarzącymi się cygarami ktoś z ulgą w głosie wymienił jego imię. Byli tam niemal wszyscy Europejczycy z Sulaco. Zgromadzili się dokoła Charlesa Goulda, jak gdyby srebro kopalni było godłem wspólnej sprawy. Załadowali je na lichtugę własnymi rękami. Nostromo rozpoznał smukłą, szczupłą postać don Carlosa Goulda. Stał milczący nieco na uboczu. Druga wysoka postać, którą był naczelny inżynier, rzekła głośno:

— Jeżeli ma przepaść, to stokroć lepiej, żeby poszło na dno morza.

Martin Decoud zawołał z łodzi:

Au revoir211, panowie, do chwili, kiedy podamy sobie ręce nad kolebką nowo narodzonej Republiki Zachodniej.

Na jego czysty, dźwięczny głos odpowiedziały tylko przytłumione szmery. Po czym wydało mu się, iż pomost roztapia się wśród nocy. Było to dziełem Nostroma, który już odbijał od pomostu, zaparłszy się ciężkim wiosłem o pal. Decoud się nie poruszył, miał wrażenie, jakby został wyrzucony w przestworza. Po kilku pluśnięciach słychać było tylko szmer stóp Nostroma, który krzątał się po łodzi. Wciągnął wielki żagiel. Powiew wiatru musnął policzek Decouda. Wszystko zanikło prócz światła latarni, którą kapitan Mitchell kazał zawiesić na wysokim słupie na samym końcu pomostu, by wskazywała drogę z portu do zatoki.

Obaj mężczyźni nie widzieli siebie wzajem i nie odzywali się ani słowem, gdy łódź pod naporem zmiennych powiewów mknęła między niedostrzegalnymi niemal przylądkami, by zanurzyć się w jeszcze głębszą ciemność zatoki. Przez jakiś czas latarnia rzucała za nimi światło z pomostu. Wiatr przycichł, po czym zaczął powiewać znowu, ale tak słabo, iż wielka półpokładowa łódź ślizgała się bez szmeru, jak gdyby zawieszona w powietrzu.

— Jesteśmy już w zatoce — zabrzmiał spokojny głos Nostroma. Po chwili dodał: — Señor Mitchell kazał opuścić latarnię.

— Tak — rzekł Decoud — teraz nikt nas nie znajdzie.

Gęstniejąca ciemność ogarnęła łódź ze wszystkich stron. Toń w zatoce była równie czarna jak chmury na niebie. Nostromo na próżno zapalał zapałki, by rzucić okiem na kompas znajdujący się na pokładzie, i zaczął w końcu sterować według wiatru, który muskał mu policzek.

Dla Decouda nowym doznaniem była tajemniczość tych wielkich, szeroko rozpościerających się, dziwnie cichych wód, jak gdyby ich niepokój uległ pod naciskiem tej nieprzeniknionej nocy. Zatoka Placido spała głęboko pod swym czarnym poncho.

Główne zadanie, które miało rozstrzygnąć o powodzeniu, polegało obecnie na tym, by oddalić się od wybrzeża i jeszcze przed świtem dotrzeć do środka zatoki. Wyspy Izabele znajdowały się gdzieś w pobliżu.

— Przed panem na lewo, señor — rzekł nagle Nostromo.

Gdy głos jego przebrzmiał, ogromna cisza, bez światła i dźwięku, oddziałała na zmysły Decouda niby jakiś mocny narkotyk. Chwilami nie zdawał sobie nawet sprawy, czy jest we śnie, czy też na jawie. Jak człowiek głęboko uśpiony, nic nie widział. Dla jego oczu nie istniała nawet ręka podniesiona do twarzy. To nagłe przejście od niepokojów, namiętności i niebezpieczeństw, od szmerów i głosów rozlegających się na lądzie, było tak zupełne, iż nie różniłoby się niczym od śmierci, gdyby nie przeżyły jego myśli. W tym przedsmaku wiekuistego spokoju przemykały one żywo i lekko jak nieziemsko jasne sny o ziemskich rzeczach, które czarują zapewne dusze wyzwolone przez śmierć z mglistej atmosfery nadziei i żalu. Decoud otrząsnął się i wzdrygnął nieco, chociaż powietrze wokół niego było ciepłe. Doznał niezmiernie dziwnego uczucia, jakby jego dusza powróciła do ciała z otaczającej go ciemności, w której ląd, morze, niebo, góry i skały jakby nie istniały.

Od steru rozległ się głos Nostroma, który również zdawał się nie istnieć.

— Czy pan spał, don Martinie? Caramba! Gdy by to było możliwe, pomyślałbym, że ja też się zdrzemnąłem. Miałem dziwne wrażenie, jak gdyby śnił mi się dźwięk podobny do głosu cierpiącego człowieka, gdzieś w pobliżu łodzi. Coś pośredniego pomiędzy wzdychaniem a szlochaniem.

— To dziwne! — mruknął Decoud, leżąc na stosie skrzyń ze srebrem, przykrytych płachtami nieprzemakalnego płótna. — Czy to możliwe, że oprócz nas jest w zatoce jakaś inna łódź? Wie pan, mogliśmy jej nie dostrzec.

Nostromo parsknął śmiechem z niedorzeczności tego pomysłu. Nie mieścił się mu w głowie. Osamotnienie było niemal dotykalne. Gdy wiatr ustał, ciemność przywaliła Decouda jak kamień.

— Jakie to przepotężne! — bąknął. — Czy my w ogóle płyniemy, capatazie?

— Mniej więcej jak pełzający chrząszcz, który uwiązł w trawie — odrzekł Nostromo, a jego głos zdawał się obumierać za gęstą zasłoną ciemności, która spowijała ich, ciepła i beznadziejna. Nieraz na długo zupełnie milknął i nie było go widać ani słychać, jak gdyby tajemniczo przepadł gdzieś ze statku.

Wśród tej bezpostaciowej nocy Nostromo nie był nawet pewny, jaką drogą zaczęła podążać łódź, gdy wiatr zupełnie zamarł. Wypatrywał wysp. Nie było ich ani śladu, jak gdyby zapadły się na dno morza. W końcu rzucił się jak długi obok Decouda i szepnął mu do ucha, iż gdyby wiatr całkiem zawiódł i świt zastał ich w pobliżu Sulaco, to można by jeszcze ukryć łódź pod urwiskiem na wysokim brzegu na krańcu Wielkiej Izabeli. Decouda zdziwiła siła jego niepokoju. Dla niego usunięcie skarbu miało znaczenie polityczne. Było wiele powodów, dla których nie powinien był wpaść w ręce Montera, lecz oto był człowiek, który inaczej zapatrywał się na tę sprawę. Caballeros z wybrzeża nie mieli najmniejszego pojęcia o tym, co polecili mu zrobić. Nostromo, jakby pod wpływem otaczającego mroku, wydawał się nerwowo przeczulony. Decoud był zdumiony. Capataz, nie dbając o niebezpieczeństwa, które jego towarzyszowi wydawały się oczywiste, z jakąś pogardliwą goryczą przejmował się śmiertelną fatalnością skarbu, który najzwyczajniej w świecie powierzono jego dłoniom. Było to dużo niebezpieczniejsze, mówił Nostromo, klnąc i śmiejąc się, niż posłać kogoś po skarby, których duchy i diabły strzegą ponoć w głębokich czeluściach Azuery.

— Señor — powiedział — musimy przychwycić parowiec na morzu. Musimy pływać po pełnym morzu i wypatrywać go aż do chwili, kiedy zjemy i wypijemy wszystko, co zabraliśmy na pokład. Gdybyśmy go przypadkiem przeoczyli, to musimy dalej trzymać się z dala od brzegu, aż się pochorujemy, powariujemy może, pomrzemy i będziemy błąkali się martwi, aż inny parowiec Towarzystwa napotka łódź z dwoma martwymi ludźmi, którzy ocalili ten skarb. Oto jedyny sposób, by go ocalić, bo chyba pan rozumie, że przybić gdzieś do brzegu ze srebrem, choćby i o sto mil dalej, to to samo, co rzucić się nagą piersią na ostrze noża. Przekazano mi ten skarb jak jakąś śmiertelną chorobę. Jeśli ludzie to odkryją, będę trupem, i pan także, skoro pan będzie ze mną. Tego srebra jest tyle, że można by nim wzbogacić całą prowincję. Czyż więc możemy się z nim zatrzymać się w jakimś przybrzeżnym pueblo, zamieszkanym przez złodziei i włóczęgów? Señor, przecież pomyślą, że samo niebo zsyła im te bogactwa, i pozarzynają nas w okamgnieniu jak barany. Nie dowierzałbym pięknym słówkom najlepszych nawet ludzi mieszkających wokół tej dzikiej zatoki. Co tu mówić? Gdybyśmy nawet oddali te skarby na pierwsze wezwanie, nie zdołalibyśmy ujść cało. Czy pan to pojmuje, czy może jaśniej to panu wytłumaczyć?

— Nie, nie potrzebuje już pan tłumaczyć — rzekł Decoud z lekką urazą. — Ja sam pojmuję, że posiadanie tego skarbu jest jakby śmiertelną chorobą dla ludzi w naszym położeniu. Ale trzeba było usunąć go z Sulaco, a pan jakby był stworzony do tego dzieła.

— Tak, ale nie chce mi się wierzyć — rzekł Nostromo — żeby jego strata bardzo zubożyła don Carlosa Goulda. Jest jeszcze więcej tych bogactw w górach. Po skończeniu pracy w porcie nieraz jeździłem do pewnej dziewczyny w Rincon i słyszałem, jak dudniły wśród ciszy nocnej po rynnach. Od lat bogate głazy staczają się z hukiem gromu, a górnicy powiadają, że w samym sercu gór jest ich aż nadto, by grzmiały tak jeszcze przez długie czasy. A jednak walczyliśmy onegdaj212, by obronić ten skarb przed motłochem, a dzisiaj wysłano mnie w tę ciemność i ciszę morską, żebym go wywiózł, jak gdyby to był ostatni łut213 srebra na ziemi, za który można kupić chleba dla głodnych. Ha, ha! Dobrze. Chcę, żeby to było najsłynniejszym i najrozpaczliwszym dziełem mego życia, i wszystko mi jedno, czy jest wiatr czy go nie ma. Małe dzieci podrosną, a dorośli się zestarzeją, nim pamięć o nim zaginie. Powiedziano mi, że monteryści nie mogą dostać srebra bez względu na to, co stanie się z capatazem Nostromem, i powiadam panu, że nie będą go mieli, bo Nostromo uwiązał je sobie u szyi.

— Rozumiem — mruknął Decoud. Zrozumiał istotnie, iż jego towarzysz ma swój własny, osobliwy pogląd na to przedsięwzięcie.

Nostromo przerwał jego rozmyślania nad sposobem, w jaki wykorzystuje się zalety ludzkie, nie mając pojęcia o ich istocie, pytając, czy nie byłoby dobrze wyciągnąć długie wiosła, by popchnąć łódź w kierunku Izabel. Byłoby niedobrze, gdyby światło dnia odsłoniło skarb pływający zaledwie o milę od wejścia do portu. Liczył na skorzystanie z podmuchów wiatru, które zazwyczaj bywają tym silniejsze, im ciemność jest głębsza, ale dzisiaj zatoka pod swym ponchem z obłoków spoczywała tak głucho, iż wydawała się raczej martwa niż uśpiona.

Delikatne ręce don Martina cierpiały straszliwie, uwierane przez grubą rękojeść olbrzymiego wiosła. Mimo to władał nią dzielnie, zaciskając zęby. On również zamotał się w sieci urojonego istnienia i ta osobliwa praca przy popychaniu łodzi wydawała mu się częścią naturalnego początku nowego państwa, której miłość do Antonii nadała idealne znaczenie. Mimo wielkich wysiłków, ciężko obciążona lichtuga ledwo się poruszała. Przy wtórze regularnego plusku wioseł rozlegały się klątwy Nostroma.

— Kręcimy się w kółko — mruczał do siebie. — Żebyż to móc dojrzeć te wyspy!

Wskutek braku wprawy don Martin przepracował się. Od czasu do czasu jakaś niemoc mięśni przenikła z końców obolałych palców we wszystkie włókna jego ciała i roztapiała się w fali gorąca. Walczył, mówił, cierpiał duchowo i fizycznie, wytężając ducha i ciało przez czterdzieści osiem godzin bez przerwy. Nie odpoczywał, jadł bardzo mało, nie miał chwili wytchnienia w rozterce uczuć i myśli. Nawet jego miłość do Antonii, z której czerpał siły i natchnienie, przeszła w stan tragicznego napięcia podczas przelotnej rozmowy u łoża don Joségo. I oto z odmętu tego wszystkiego wpadł nagle w ciemność zatoki, której głęboki mrok, cisza i nieruchomy spokój pomnażał mękę wynikającą z konieczności fizycznego trudu. Z drżeniem dziwnej rozkoszy wyobrażał sobie, iż łódź idzie na dno.

„Jestem na krawędzi obłędu” — myślał. Opanował rozdygotanie wszystkich członków, piersi, wewnętrzne drżenie całego ciała, pozbawionego sił nerwowych.

— Może byśmy odpoczęli, capatazie? — zagadnął swobodnym tonem. — Mamy jeszcze długą noc przed sobą.

— To prawda. Zdaje mi się, że nie przepłynęliśmy więcej niż milę. Niech pan pozwoli wypocząć ramionom, jeżeli o to panu chodzi. Ręczę, iż nie zazna pan innego odpoczynku, odkąd pan związał się z tym skarbem, którego strata nie uczyniłaby żadnego biedaka biedniejszym. Nie, señor, nie wypoczniemy, aż spotkamy parowiec płynący na północ albo pomrzemy, leżąc na srebrze Anglika, i znajdzie nas jakiś inny okręt. Ale lepiej nie, por Dios! Raczej zrąbałbym siekierą pokład do samej wody, niż pozwoliłbym, żeby głód i pragnienie pozbawiły mnie sił. Na wszystkich świętych i diabłów! Wolałbym rzucić ten skarb w morze, niż oddać go w ręce obcego człowieka. Skoro caballeros raczyli mnie wysłać na tę wyprawę, to niechaj się dowiedzą, że jestem człowiekiem, jakiego potrzebowali.

Decoud leżał zdyszany na skrzyniach ze srebrem. Wszystkie wrażenia i uczucia, które powodowały nim, odkąd tylko mógł sięgnąć pamięcią, wydawały się mu szaleństwem sennym. Nawet jego namiętna czułość dla Antonii, do której wzniósł się z padołów swego sceptycyzmu, postradała wszelkie znamiona rzeczywistości. Na chwilę stał się pastwą połączonego z niezmiernym omdleniem, lecz bynajmniej nie przykrego zobojętnienia.

— Jestem przekonany, iż nie wyobrażali sobie, by pan tak rozpaczliwie mógł wziąć tę sprawę do serca — powiedział.

— Cóż więc to było? Żart? — zżymał się człowiek, którego księgi płatnicze Towarzystwa Oceanicznej Żeglugi Parowej w Sulaco określały jako „przodownika portowego”, wymieniając obok wysokość jego wynagrodzenia. — Czy to dla żartu zbudzono mnie po dwu dniach ulicznej walki, żebym postawił życie na taką kiepską kartę? Wszyscy wiedzą, iż nie mam szczęścia w grze.

— No, tak, ale wszyscy wiedzą, że ma pan szczęście do kobiet, capatazie — uspokajał Decoud swego towarzysza znużonym, przeciągłym głosem.

— Nich pan posłucha, señor — mówił dalej Nostromo — ja się nawet nie sprzeciwiałem. Kiedy usłyszałem, o co chodzi, zrozumiałem, jaka to niebezpieczna sprawa, i od razu zdecydowałem. Ważna była każda chwila. Najpierw musiałem czekać na pana. Potem, gdyśmy przybyli do „Italia Una”, stary Giorgio krzyknął na mnie, żebym pojechał po angielskiego doktora. Później, jak pan wie, chciała widzieć się ze mną ta biedna, konająca kobieta. Nie chciałem do niej pójść, señor. Czułem, że to przeklęte srebro ciąży mi już na grzbiecie i obawiałem się, iż czując się bliska śmierci, zażąda ode mnie, abym pojechał po księdza. Ale ojciec Corbelan jest daleko, bo schronił się wśród zbójców Hernandeza, a ludność, która by go rozszarpała na ćwierci, jest bardzo wzburzona przeciwko księżom. Żaden opasły padre nie zgodziłby się wytknąć dzisiaj nosa ze swej kryjówki, by zbawić chrześcijańską duszę, chyba że wziąłbym go pod swoją opiekę. Oto czego chciała. Udawałem, iż nie wierzę w jej konanie. Señor, odmówiłem sprowadzenia księdza do umierającej kobiety...

Decoud drgnął w ciemności.

— Odmówił pan! — zawołał. Ton jego się zmienił. — No, wie pan, to raczej dobrze.

— Pan nie wierzy w księży, don Martinie? Ja także nie. Po co to marnować czas? Ale ona, ona w nich wierzy. Stoi mi to kością w gardle. Może już umarła, a my tu kołyszemy się tu bezradnie, bo nie ma wiatru. Niech diabli wezmą wszystkie zabobony! Pewno umarła, myśląc, że pozbawiłem ją raju. To bodaj najfatalniejsza sprawka w moim życiu.

Decoud rozmyślał głęboko. Próbował analizować wrażenia, jakich doznawał, słuchając tego opowiadania. Głos capataza zabrzmiał znowu:

— A teraz, don Martinie, zabierzmy się do wioseł i szukajmy Izabel. Jeżeli dzień nas tu zastanie, to nie pozostanie nic innego jak zatopić łódź. Nie zapominajmy, że może nadpłynąć parowiec z Esmeraldy wiozący żołnierzy. Popłyniemy teraz wprost przed siebie. Znalazłem kawałek świecy i trzeba będzie zaryzykować i zapalić światełko, żeby obrać kierunek przy pomocy kompasu. Wiatr jest taki słaby, że jej nie zgasi. Bodaj licho wzięło tę ciemną zatokę!

Płomyk palił się całkiem równo. Zamajaczyły mocne wiązania i żebrowania wewnętrznej, pustej części lichtugi. Decoud ujrzał Nostroma, który wiosłował, stojąc. Widział go od dołu po czerwony pas na biodrach. Migała biała rękojeść rewolweru i drewniany trzonek długiego noża zwisającego z jego lewego boku. Decoud rozstrajał się od wytężonego wiosłowania. Wprawdzie wiatr był za słaby, by zgasić świecę, lecz mimo to jej płomień drgał z lekka w takt powolnych ruchów ciężkiej łodzi. Była tak wielka, iż mimo największych ich wysiłków posuwała się w ciągu godziny zaledwie o niecałą milę. Wystarczało to jednak, by dotrzeć do Izabel przed świtem. Mieli przed sobą jeszcze ze sześć godzin ciemności, a odległość od portu do Wielkiej Izabeli nie przekraczała dwóch mil. Decoud wykonywał tę znojną pracę, ulegając niecierpliwości capataza. Chwilami przestawali i nadsłuchiwali bacznie, czy nie płynie statek z Esmeraldy. Wśród tej idealnej ciszy ruch parowca usłyszeliby z daleka. Niepodobna natomiast było dostrzec czegokolwiek. Nie widzieli siebie wzajemnie. Nawet rozpięty żagiel statku był niewidzialny. Odpoczywali bardzo często.

Caramba! — odezwał się nagle Nostromo podczas jednej z przerw, gdy dyszeli, oparci bezczynnie o ciężkie trzonki wioseł. — Co się stało? Czy panu coś dolega, don Martinie?

Decoud zapewnił, że nic mu nie dolega. Nostromo zachowywał się przez czas jakiś bardzo cicho, po czym szeptem wezwał Martina, żeby poszedł na tył łodzi.

Dotykając niemal ustami ucha Decouda, oświadczył mu, że ktoś oprócz nich musi być jeszcze w łodzi, bo już dwukrotnie słyszał odgłos przytłumionego łkania.

— Señor — szeptał z trwożnym zdumieniem — jestem pewien, że ktoś płacze w tej łodzi.

Decoud nie słyszał nic. Dał wyraz swemu niedowierzaniu. Zresztą nietrudno było to sprawdzić.

— Zadziwiające — szepnął Nostromo. — Czyżby ktoś ukrył się pod pokładem, gdy łódź stała jeszcze przy pomoście?

— Mówi pan, że to było podobne do łkania? — zapytał Decoud, przyciszając również głos. — Jeżeli ten ktoś płacze, to nie może być bardzo groźny.

Przedostawszy się przez drogocenny stos spiętrzony pośrodku, popełzli chyłkiem naprzód, pod maszt, dostali się pod półpokład i zaczęli szukać po omacku. Wyciągając ręce przed siebie, natknęli się w najciemniejszym zakątku na członki jakiegoś człowieka, który milczał jak grób. Oniemiali z osłupienia, wywlekli go stamtąd za ramię i kołnierz od marynarki. Był bezwładny, bez życia.

Światło ogarka padło na okrągłą twarz o haczykowatym nosie, czarnych wąsach i niedużych bokobrodach. Był ohydnie brudny. Niechlujny zarost brody rozpościerał się na wygolone policzki. Grube wargi rozchyliły się nieco, ale oczy pozostały zamknięte. Ku swemu niezmiernemu zdumieniu Decoud poznał señora Hirscha, handlarza skór z Esmeraldy. Nostromo poznał go również. Spoglądali na siebie nad tym ciałem, leżącym z bosymi stopami wyżej głowy w niedorzecznym pozorze snu, omdlenia czy śmierci.