Ballada z tamtej strony (tomik)

[Dedykacja]

panu wilamowi horzycy

pieśń

wieczorze seledynowy łuku pachnący

o wieczorze jaskółek

turkusy chryzolity1 rubiny beryle2

wśród wizji dawno już czułem

ślubny śpiew nocy

zamknięty w wielkie motyle

o

pachnący wieczorze podaj dłoń

sypie się zmięte powietrze popiołem

do kin przez zapasowe drzwi wbiegają konie

i włosy równo ucięte nad czołem

a ot i różowy dom

i deszcz drobny idzie między buki

seledynowym łukiem

skręcają się jak muskuł elipsy ciemności półzmroku

wąska jest brama

w chłodnej kośbie3 zapachów

schody i rząd świeczników wiodą cię na zachód

czy ty czy inny w sennych gwiazd otoku

ucz się seledynowymi okrętami kłamać

o wieczorze

o

sierpniowe święto

do kolan dziewczętom

sięgające grą jak morze

jak morze

więzienie

maleją źrenice dnia

przysłonięte rzęsami choin

od myśli do myśli od pnia do pnia

po ciemku chodzić się boisz

przed chatą dotykając chust kwiatem podstrzesza

kobieta w słonecznikach bieliznę rozwiesza

kipi rąk oceanem betonowy stadion

gdy gibki bicz biegnących u mety się zagiął

na przestrzeni z szafirów i oliwnej wodzie

statek pod dymem dąży ku białej pogodzie

wszystko wszystko jest na ziemi

w szpitalu zmiele łóżka płonąca pokrzywa

w ślad zębatej gorączki topią się leniwo

nad wiotszą4 niż łodygi kolumną obliczeń

astrofizyk natchnione unosi oblicze

bijąc młotem w żelazo na niebios otchłani

murarz przy chmur drapaczu świeci jak archanioł

wszystko wszystko jest na ziemi

tak wiele

wszystko

tak mało

melancholia

rosły

sztywne łodygi anten

dźwięczący na dachach wykres

w godzinach wyniosłych

burzą układał się dzień ten i tamten

i cóż pomogły tu

obrazy nikłe

chęć najdłuższego snu

ach tak

serce serdeczne stuka

ach tak

serce czerwone jak kwitnie lak

odwieczna karuzela

a jeśli nie

niedziela

może zaróżowi mnie

jeśli tak

wiem

nieszczęście kipi i mgła

pod wodą ciemnego dnia

a przecież był złoty krzak

był radością

był tym

pani marii maćkowskiej

w pejzażu

szum kasztanów niżej morski śpiew

gasną o zmierzchu świece ukwieconych drzew

droga w gaju wprost słońca złoci się podwójnie

od szumu i wieczoru ciemnieją ustronia

kołysząc się trawą bujną

dziewczyny smukłe na koniach

wzgórze na drożyn skrzyżowaniu

tam kapliczka chłodna jak koral

w półmroku krzyż tam anioł

opuszczone wota rybaków

zapomniana od dawna pora

w rozbitym dzbanku spleśniała śmierć maków

morze szumi kasztany

konie kopytami złoto nad wodą mącą

z jadących jedna rękę podniosła

i znak daje poruszając nią w powietrzu jak wiosłem

bo został u kaplicy źrebak zabłąkany

zajrzał do wnętrza dotknął miękką wargą drzwi

zarżał dziecinnie wysoko niewiadomo o co

piłsudski5

śnieżne konie śnieżyca po świętym marcinie

zamieć dom tratowała a dom mocny wytrwał

dawny czas w zegarach szafach skrzyniach

litwa litwa

pryzmaty dachów tkwiły na wonnych ścian zrębie

dachy strzegły i drzwi i serca okiennic

ganek raźno skrzykiwał do siebie gołębie

prowadząc na ogródek ze sosnowej sieni

jezioro sine wolno szło do brzegu

usypiając fale jak dzieci

w domu dzieci bez kołysek kołysał spod śniegów

jęczący nieustannie rok 63

inny teraz rok czoło marszczy się inaczej

rusztowania maszty na 20 pięter mur

czerwony ołówek to polityki karabin

przekreślił pozycję starej rozpaczy

organizować cyfry znaczy prowadzić szturm

czyżby koniec na akcjach gumy i jedwabiu

ile milionów rocznie bluzgają nafciane wieże

iloma miliardami fabryki gwiżdżą i rżą

a jego nie zmierzyć

on jest on

nie deszcz kwiecia czeremchy6 siny mundur oblepił

krzyżów orderów gwiazd na piersiach jezioro więc srebrno

dom na litwie belweder gorzej albo lepiej

może wszystko jedno

sercem zagrać na mapach jak czerwiennną kartą

stuka pod wstęgą drgnęło zabolało

stukającym będzie otwarto

stukać czy nie za mało

działa bagnety nike7 to było 10 lat

przygasły wybuchy śmierci ogniste smugi grzywy

westchnieniem maszyn w tęgim znoju

oddychają za miastem niwy

domy ceglane chaty łakną chleba pokoju

belweder8 to także dom stary biały jak księżyc

dwoje w nim oczu a tyle światła

patrz nocą na tym domu widać jak ziemia cięży

tam dźwiga ją na barach atlas9

bez nut

zapada w biały papier

naprzeciw słońca i wód

odwieczne promienie

spadają też mieczami z chmur

śpiewaczki jedwabne jagnięce

i wy dziewice pożogi10

przez wiersz przeświecają wasze ręce

księżycem złowrogim

zorza opada przez chmury

a semafor wybucha wzwyż

drzewa kwitną drzewa wichr11 łamie

konie fal szaleją u zgliszcz12

chrapliwe pierwotne krzyki

trzaskają nad światełkiem muzyki

i wąwozami popłynęła szumu ulewa

te wiersze z mitycznego kraju

niechcące śpiewać

lato na wołyniu

łąka huśtawka

sznury pogody chrzęszczą

rozwiewa się nieba kaftan

w rozkołysaniach

kołyszą się gałęzie pachnąc szczęściem

tryumfowania

od chmur dalekich do suchych skał

młot słońca połysk

moich stóp chwała

tratuje wołyń13

unosimy się falisty dym

to słoneczna głowa i ja

opadamy jak zgaszony wybuch

krąży fosforyczny rym

napowietrzną rybą

z rozkoszą gwiżdżę w czerwcowy czad

skaczę kołuję tętnię

25 lat

nagiego ciała ogień

ręce ptakami w niebie

wiatrem nad trawą nogi

to pięknie

to pięknie słuchaj

gdy karminowy grzebień

południa żłobi upał

gdy lazurowym koniem do nas

przyfruwa z gorącej przestrzeni

asonans14

ukochanej ziemi

hej

pamięci zniknionego

gdzie czerwona kalina

styka się z niebem słodko

szumiąca wiotka

jest jasno

u kaliny zamyślona dziewczyna

jak piękna

niewiele takich w życiu spotkań

spojrzeć w zachwycie zasnąć

morze morze morze

okręt orzeł

ciemność białą mętną stojącą

łańcuch mocnym sprężeniem trąca

w tej kopule zwróconej w dół

wielkiej jak nicość

łańcuch drży ogniwa idą wzwyż

ostre szpony drą piach i muł dna

wyrywa się z mroku żelazny masyw krzyż

i prąc przez głębię gra

kotwica

morze morze morze

między liny jak deszcz ukośne

wplątał się wiatru proporzec

trzepoce ostro i głośno

ku zorzy

morze morze morze

wysp bukiety różowe granatowe

w słonej burzy jak pięści się trzęsły

głos daleki szybkim biegał krokiem

przez obszary jasne i szerokie

sztywnym jakby przerzucając się przęsłem

głos daleki tulił się nam do głowy

nie wiedział drżał powtarzał

morze morze morze

wichrze wyspach kotwicy burzy

szukał głos duży

orła conrada15 żeglarza

panu kazimierzowi miernowskiemu

zdrada

dziewanno16

grzmiały bryły chmur

dziewojo17

szmery drzew się stroją

dziewico

błysnęło złote lico sponad gór

on żonę pojął

w półkolu półksiężycu mulistym śniada

wstęgami ciężkim dymem idzie smuga światła

od sadu w noc gorącą dyszącego jak stado

los się gmatwa

a tymczasem woda się czesała

wartkim szumem u wodopoju

w siedmiu lustrach odbijał się pałac

i słowa

on żonę pojął

wonią próchna ten dom się odziewa

modlitwami szemrzący w kątach

wśród okrzyków do dziewic dziewann

los się zaplątał

samobójstwo

ostatnim towarzyszem świt na hafcie firanek

uderzony wystrzałem z bliska

w ognistym huku i złocie

rozszerzył się nagle w czarnych wód ścianę

wody spadły w cień bez nazwiska

cień w olbrzymie paprocie

z dołu posrebrzane

spadał o sny o sny

bardzo głęboko siwy tuman zmurszały

twarze krążą bezwładnie oślepłe

zalane strużącą się krwią

każdej dłoni kwiat biały

ciepły

w atmosferze stojącej pływa drżąc

poprzez gęstwę18 przepastną

w milczeniu jak rzeka długim

świecąc w ciemnościach niejasno

sennego lotu łukiem

powoli spadł

we mgłą szarawą migocący

nieistniejący

świat

głębiej

tuman zatrzepotał jastrzębiem

nad wieczną nocą

w zawiei form

jak kamień

oszalały wszechmocą

runął mu na spotkanie

sztorm

grzmot grzmot grzmot

nicość

przepaści głodna

żelazna błyskawico

w lot

w odmęt

pęd pęd

ciężkimi tabunami gwiazdy

tratować na szczęt

miażdżyć

wichrem w ryczącej burzy

urastał jego gniew

miotał się palił w ryk zamieniał

nie mogły śpiewać dłużej

sprawy człowiecze wspomnienia

poranek wystrzał ziemia

nawet krew

stopionym lały się brązem żywioły w gromie

on poznał i wrzawą w górę

wzbijał się niby płomień

otchłań krzykiem napełniał wojennym

w miliona głosów zawierusze

z wszechrzeczy chórem

i złudzeń

jesteśmy zjawiska czasy ludzie

śmierci geniuszem jednym

śmierci geniuszem

pani halinie powiadowskiej

deszcz w concarneau

nisko nad lądem chmury zwinięte w pięść

dziewczyna białe wiadro zanurza w zatokę

trzepocze się falami horyzontu część

żagle zakryły drugą przed patrzącym okiem

spoza skały wiśniowej wiatr prychał jak zwierzę

obtarłem o liść ręce burza czas mi odejść

gdy barka rozhuśtana gniotła w pianach wodę

płótna jej się wydęły dziewczęco i świeżo

niby daleka bitwa na budynku grzmiał dach

to w źle przybitych blachach i krokwiach19 wiatr zagrał

znikły kontury rzeczy zaszumiało z nagła

deszcz spadł niby kurtyna w eliptycznych fałdach

przeczucia

u czarnych okien wicher

brzęk choinkowych świecideł

I wołam przychyl się przychyl

twarzą ślepą

niewidzialny trzepot

szepce idę

więc wówczas pokoju przestrzeń ściany

zbratane z sufitem czworgiem krawędzi górą

siny grzmot przekłuwa na wskroś

pochłania łóżko szafę obrazy stół

więc

jest wielki obszar pod chmurą

ciemny to dół

echem zalany

nawinięty na grzmotu oś

chyba tak płomień szumi

spalając jodłowe wieńce

gdym umilkł

oparłszy głowę na ręce

szumiącą głowę

szumiącą głowę

rozszerzają się mroki granatowe na wszystko

na światłość kobiet

na szybkich pociągów

przytupujący po polach takt

fontanny biura bitwy czeluście szacht20

szarość armat wieczorów posągów

zjawiska dawne nowe

dogasają ciemnoaniołowe

smugą się leje powolną ni dobra ni zła ni dziwna

ni śmieszna ni straszna

trwoga

po prostu zimna

jak prąd wichru ze szczelin u proga

imieniny

sobie samemu z goryczą

więc jeszcze jedna mila

wiatr silniejszy we włosach

że godzina godzinę odchyla

łagodnym uchwytem

cały mój posag 21

pod popiołem

wichrze popielny czyś po to wiał

by imię moje zetrzeć ze skał

głowy snem owinięte głowy

czarny kozioł prowadzi na makowy zagon

widziałem w czeluści skrzypcowej

jaskółka zawisła wagą

cienie się w cieniach pławią

formy poddają się rytmom

światłością krwawopawią

parne parowy22 kwitną

z morza kobiety złotorogie

wychodzą szukając pieszczot

w jałowcach czerwony ogień

krzaki w ogniu proroczym szeleszczą

do jakich rozwiać się granic

by nie pachniały bagnem

wichru popielny taniec

me imię ściera ze skał

pragnę

sam

u dna ostrego krzyku

nic się nie jawi

brudna skrwawiona stopa na chodniku

płot afisz

drzewa szeregami bojowo

chcą śpiewać ramionami nad głową

ziemia w kamieniach płowych nie może się uśmiechać

a gdzieś

chociaż nici pajęcze na strzechach

ptaki lecą pod zorzę

świtem

wiatrak ręce ogromne rozłożył

nad żytem

chociaż rola wędruje bruzdami wzdłuż

od horyzontu do horyzontu

od zórz do zórz

nie ma spokoju

pokoju mój z zegarem

przyjacielu z zacisznym objęciem ścian

ty nawet wietrze stary

na ulicach mnie zdradzasz gdziem sam

ach nie noc jedwabi żałobnych

nie burza nad pustki żywiołem

nie sen

słowami czerwonymi

strunami czerwonymi

za rozpalonym czołem

ciemny tors mostu nad ciszą

wszędzie czerwienie kołem

płomienie wisząc

w mętnym strumieniu sekund

grożą

powodzią wieków

straszniej niż noc

straszniej niż burza

niż sen

pontorson23

ósmą godzinę znaczy twardy zegara terkot

dzieci w sabotach24 śmieją się biegną do szkoły

odprowadza je sad brzoskwiniowy a pachnie cierpko

jest tu i ranek jasny jak lusterko

wesoły

to on siekierą z bursztynu podcina drzewa nocy

więc walą się ciemnymi koronami na zachód

w uliczce kościół ma srebrne oczy

domy na kolanach modlą się bez strachu

pole w ciepłych okrzykach

bo tam żółty łubin

swoim nocnym kolorem się upił

a jeszcze słońca połyka

ramieniem pijanym otacza

najmilszą zabawkę swą

miasteczko

płaskie jak taca

stare jak zgrzyt zegara

pontorson

pani stanisławie z gozdeckich horzycowej

preludium25