II

1. Tytus nakazał teraz żołnierzom, którzy go otaczali, zburzyć Antonię do fundamentów, aby wojsko miało łatwiejszy dostęp do szturmu, sam zaś zasłyszawszy, że owego dnia, a był to siedemnasty miesiąca Panemos1250, z braku ofiarników przerwano tak zwaną Nieustającą Ofiarę1251, co miało na lud wywrzeć niezmiernie przygnębiające wrażenie, wezwał do siebie Józefa i nakazał mu oświadczyć Janowi po dawnemu, że jeśli istotnie pała tak niepohamowaną żądzą walki, niechaj wystąpi z jaką chce siłą, ale niech nie pociąga za sobą do zguby miasta i Przybytku, niech nie kala świętego miejsca, niech nie obraża Boga; jeżeli się do tego zastosuje, będzie mógł natychmiast wznowić składanie w świątyni ofiar przez Żydów, jakich sam do tej czynności wyznaczy. Józef stanął tedy tak, aby być słyszanym nie tylko przez Jana, ale i przez tłumy, następnie wyłożył im po hebrajsku obwieszczenie Cezara, a od siebie dodał jeszcze gorącą prośbę, aby nie gubili ojczyzny, aby bronili Przybytku przed ogniem, który już niemal płomieniami swymi go obejmuje, i wszystko uczynili, by można przerwane ofiary składać Bogu na nowo. Lud wysłuchał tych słów z przygnębieniem i milczeniem, ale ów tyran jął Józefowi złorzeczyć, wyklinał go, wreszcie oświadczył, że nie doznaje najmniejszych obaw co do możliwości zajęcia miasta przez Rzymian, bo stoi ono pod opieką Boga. Tedy Józef odkrzyknął mu: „Zaiste, tyś miasta w obliczu Boga nie splamił i świątyni jego bynajmniej nie skalał, ani też nie zawiniłeś przeciw Temu, którego pomocy oczekujesz, a On od ciebie przepisane zwyczajem otrzymuje ofiary! Gdyby ktoś tobie, nędzny człowieku, chleb odebrał powszedni, okrzyknąłbyś go natychmiast za wroga. Jakże tedy mniemasz, że Bóg, którego pozbawiłeś odwiecznych ofiar, będzie ci w tej wojnie podporą? Zbrodniami, któreś popełnił, chcesz teraz obarczyć Rzymian, kiedy oni sami Zakon nasz uczcić pragną i domagają się wznowienia przerwanych przez ciebie ofiar? Któż nie westchnie, któż nie zabiada nad miastem z powodu tak gwałtownej przemiany w samej naturze rzeczy, że ludzie obcy, że nieprzyjaciele chcą naprawić zło z bezbożności twojej wykwitłe, kiedy ty, Żyd rodowity, pod opieką Zakonu wychowany, gorzej się nad nim znęcasz, niż mógłby się znęcać wróg najzaciętszy? Ale, Janie, z upadku dźwignąć się bodaj w chwili ostatecznej żadną nie jest hańbą. Wszak tu chodzi o uratowanie miasta, a w tym względzie niechaj ci pięknym świeci przykładem król żydowski Jechoniasz1252, który gdy Babilończyk wojskiem miasto nasze otoczył, opuścił je i wraz z rodziną dobrowolnie poszedł w niewolę, byle tylko tych siedzib świętych nie oddać na pastwę wroga, a przybytku bożego na pastwę płomieni. I oto wszyscy Żydzi pieśń świętą o nim śpiewają, oto żyje on na wieki w pamięci pokoleń. Piękny to przykład, Janie, choć droga, na którą wypadałoby wstąpić wedle tego wzoru, miałaby grozić tobie nawet niebezpieczeństwem. Ale ja ci zaręczam, że na moje wstawiennictwo Cezar ci wszystko wybaczy. Pomnij, że ja, rodak twój, ja, Żyd, ręczę ci za to; zważ tedy, kto ci to radzi i dlaczego radzi. Nigdy na tyle nie pogrążę się w niewoli, iżbym się miał wyprzeć ojczyzny mojej i zapomnieć, z jakiego wyszedłem narodu. Lecz ty znowu miotasz się na mnie, pokrzykujesz i klątwę na mnie ciskasz. Zaiste cięższej jestem godzien klątwy, bo takich rad udzielając, działam na przekór nieubłaganym postanowieniom losu, bo z otchłani zguby chcę wyciągnąć tych, których już potępił Bóg. Któż nie czytał pism starodawnych proroków, któż nie zna przepowiedni, która się teraz na oczach naszych spełnia? Zginie Jerozolima, wołali prorocy, kiedy krew bratnia strumieniem się poleje! I oto przepełnione miasto, przepełniona świątynia zwłokami przez was pomordowanych obywateli. Tedy sam Bóg ręką rzymską podsuwa czyszczący ogień i niby chwast plugawy wyrwać chce z korzeniem to miasto tyloma obciążone zbrodniami!”.

2. Oto jak przemawiał Józef, zalany łzami, biadający, aż wreszcie szlochanie całkiem odjęło mu mowę. Rzymian patrzących na jego cierpienie ogarnęło współczucie i z wielkim uznaniem wyrażali się o jego dobrych chęciach. Ale skutek był taki, że stronnicy Jana jeszcze się bardziej zaciekli na Rzymian, a co do Józefa, to tylko o tym myśleli, jakby go dostać w swoje ręce. Wszelako wybitniejszych Żydów poruszyły jego słowa. Jedni wprawdzie, aczkolwiek jasno już widzieli, jaki koniec czeka miasto i ich samych, nie kwapili się do ucieczki z obawy przed rozstawionymi strażami powstańców, drudzy wszakże, upatrzywszy sobie bezpieczną chwilę, zbiegli do Rzymian. Do tych ostatnich należeli arcykapłani Józef i Jezus, których ojcowie również byli arcykapłanami, dalej trzej synowie Izmaela, ściętego w Kyrene1253, dalej czterej synowie Mateusza i wreszcie czwarty syn owego Mateusza, którego Szymon, syn Giory, kazał stracić wraz z trzema synami, jak to było wyżej opowiedziane1254. Wraz z arcykapłanami zbiegło do Rzymian w ogóle bardzo wielu wybitnych mężów. Cezar przyjął ich nie tylko łaskawie, ale sądząc, że się nie będą czuli swojsko wśród ludzi cudzoziemskiego obyczaju, pozwolił im udać się do Gofny, gdzie mieli pozostawać do czasu; po wojnie, kiedy będzie mniej zajęty, obiecywał każdemu przywrócić jego majątek. W poczuciu bezpieczeństwa i w radosnym usposobieniu udali się do miasteczka, jakie im zostało wskazane, a że ich tedy w rzymskim obozie nie było, powstańcy rozpuścili kłamliwą wieść, że Rzymianie ich stracili, co uczynili w tym celu, aby innych odstraszyć od zbiegostwa. Ta wieść, szerzona podstępnie, zyskała rzeczywiście wiarę na jakiś czas, jak to już raz miało miejsce1255, a ludzie istotnie bali się uciekać z miasta do Rzymian.

3. Wszelako nieco później, gdy Tytus owych mężów umyślnie z Gofny kazał sprowadzić i przechadzać się im razem z Józefem na oczach ludu przed murami, znowu znaczna ilość obywateli zbiegła do Rzymian. Zbiegowie ci, wyszedłszy liczną gromadą przed szeregi Rzymian, z wielkim płaczem zaklinali powstańców, aby miasto poddali, czym uchronią ojczyznę od zguby ostatecznej, jeśli zaś tego nie chcą uczynić, niech przynajmniej Przybytek opuszczą i dla innych go zachowają; bo choćby się na znacznie śmielsze ważyli czyny, nie powstrzymają Rzymian, którzy przyparci koniecznością, święte miejsca z dymem puszczą. Błagania te jeszcze bardziej rozjątrzyły powstańców. Poczęli zbiegów lżyć, nad świętymi bramami ustawili skorpiony, katapulty i balisty, że Przybytek wyglądał jak twierdza, a świątynia z powodu wielkiej liczby pomordowanych ciał jak grzebalnia. Z rękami ciepłą krwią bratnią ociekającymi krzątali się po tym Przybytku i po niedostępnym Świętym Świętych, takie popełniając ohydy i taką ku Żydom u Rzymian budząc nienawiść za owo skalanie własnej świątyni, jaką zaiste pałać by mogli tylko Żydzi względem Rzymian, gdyby ci w sposób podobny obeszli się z świątynią. Bo przecie nawet prosty żołnierz rzymski spoglądał z wielkim szacunkiem na Przybytek i wyrażał pragnienie, aby się przecież rozbójnicy nareszcie rozmyślili, bo potem nieszczęście już się nie da odwrócić.

4. Wzburzony Tytus raz jeszcze zwrócił się z wyrzutami do Jana i jego stronników, przemówiwszy w te słowa: „Czyż to nie waszymi rękami, nędznicy, zostało uczynione obwiedzenie dokoła Przybytku? Czy to nie wy sami ustawiliście te tablice, na których wypisane jest w języku greckim i naszym, że nikomu dalej wchodzić nie wolno? Czy nie pozwalaliśmy wam każdego, kto by się tam wdarł, karać śmiercią1256, choćby to był nawet Rzymianin? A teraz, nędzni ludzie, czyż sami nie tratujecie tam po ciałach zabitych? Czyż sami nie kalacie Przybytku krwią cudzoziemców i rodaków? Biorę na świadków bogów mojej ojczyzny i Tego, który niegdyś na to miejsce łaskawym spoglądał okiem, kiedyś, jak sądzę, nie teraz, biorę na świadków wszystkie wojska moje, Żydów przebywających w moim obozie, a wreszcie was samych, że nie ja was zmusiłem do pokalania świątyni. A jeśli inne do walki obierzecie sobie miejsce, noga rzymska w świątyni waszej nie postanie, niczyja ręka Przybytku waszego nie znieważy, bo ja sam chcę go uchronić od zagłady nawet wbrew waszej woli”.

5. Zaledwie Józef obwieścił powyższe słowa Cezara, powstańcy i tyran, dostrzegłszy w nich strach, a nie przychylność, odpowiedzieli urągowiskiem. Zobaczył więc Tytus, że ludzie ci ani o własny ratunek nie dbają, ani o ocalenie świątyni; nakazał tedy, aczkolwiek niechętnie, powrócić do działań wojennych. Wszystkich sił przeciwko powstańcom wyprowadzić nie mógł z powodu ciasnoty miejsca; dlatego wybrał z każdej centurii trzydziestu najdzielniejszych żołnierzy, każdy taki tysiąc oddał pod przywództwo trybuna, a wszystkich pod naczelne rozkazy Cerealiusza, następnie o godzinie dziewiątej1257 w nocy nakazał uczynić wypad na straże. Sam także wdział zbroję i gotów był wziąć udział w boju, ale wodzowie i przyjaciele wszelkich używali środków, aby go odwieść od tego tak niebezpiecznego postanowienia. Większa wypłynie korzyść, mówili, jeżeli pozostanie w Antonii i będzie miał ogólny dozór nad wszystkim, niż jeżeli zejdzie w dół i ruszy do boju na czele szeregów; bo każdy żołnierz, widząc Cezara w górze, będzie się starał bić jak najwaleczniej. Tytus ustąpił tym naleganiom i oświadczył żołnierzom, że dlatego tylko pozostaje w Antonii, aby mógł należycie ich męstwo osądzić, aby dzielność nie pozostała bez nagrody, tchórzostwo bez kary; sam on, pan nagród i kar, chce się przekonać, jak się też wezmą do rzeczy. O naznaczonej godzinie kazał tedy owym zastępom ruszyć do boju, a stanąwszy na jednej z wież, śledził bieg wypadków.

6. Ale placówki żydowskie, jak przypuszczali idący do boju żołnierze, bynajmniej nie spały; przeciwnie, zerwały się natychmiast z wielką wrzawą i rzuciły się do walki. Na ich krzyk wylegli inni zbitą gromadą. Natarcie straży Rzymianie zdołali powstrzymać. Tymczasem dalsze zastępy Żydów uderzyły z tyłu na swoich i jęły ich tratować, jakby to byli nieprzyjaciele. Powstała tak niesłychana wrzawa, że po głosie swoich od nieswoich wcale nie było można odróżnić, a i okiem nic nie było można rozeznać z powodu nocnych ciemności, całkiem niezależnie od tego, że w dodatku jednych zaślepiał szał, drugich strach. Każdy bił, gdzie trafił. W tym zamęcie mniejsze szkody ponieśli Rzymianie, bo wystawiwszy tarcze, postępowali naprzód w zwartym szeregu. Ale Żydzi, którzy na przemian to napadali, to się cofali, to znowu bez planu rzucali się naprzód, niejednokrotnie wzajemnie brali się za nieprzyjaciół, widząc często w uciekającym swojaku nacierającego Rzymianina. Wielu tedy więcej ran odniosło od swoich niż od wrogów, aż wreszcie uczynił się dzień, walczący rozeznali się wzajemnie, podzielili się na dwa przeciwne zastępy i oto rozpoczął się prawidłowy napad i prawidłowa obrona. Teraz ani jedna strona, ani druga nie chciała ustąpić, nie spoczęła. Rzymianie, czując na swych plecach wzrok Cezara, prześcigali się w męstwie, jeden żołnierz chciał przewyższyć drugiego, jeden oddział nad drugi błysnąć dzielnością, bo każdy mówił sobie, że jeśli się będzie dzielnie potykał, dzień ten na pewno przyniesie mu odznaczenie. Żydzi zaś wytężali wszystkie swoje siły nie tylko w obawie o siebie i o świątynię, ale także z powodu obecności tyrana, który zagrzewał ich do boju okrzykiem, groźbą, a niekiedy nawet biciem. To było powodem, że walka wrzała przeważnie na jednym miejscu, rzadko kiedy przesuwając się nieco dalej, bo żadna strona nie miała ani gdzie uciekać, ani gdzie ścigać. Ilekroć w walce nastał jakiś zwrot, gromki okrzyk rozbrzmiewał z Antonii, bo rzymscy żołnierze towarzyszów swoich, gdy brali górę, do dalszych zagrzewali wysiłków, gdy się zachwiali, do wytrwania zachęcali. Rzekłbyś, że patrzysz na jakieś widowisko; żaden szczegół bitwy nie uszedł wzroku Tytusa i jego otoczenia. Nareszcie ta walka, która się rozpoczęła o godzinie dziewiątej w nocy, ustała o godzinie piątej w dzień1258, a ponieważ ani jedna, ani druga strona nie mogła przeciwnika wyprzeć z zajmowanego stanowiska, przeto bitwa była nierozegrana. Ze strony rzymskiej odznaczył się był wtedy niejeden wojownik, spomiędzy Żydów zaś stronnik Szymona Judes, syn Mereota1259, i Szymon, syn Hozeasza1260, Idumejczycy Jakub, syn Sozasa i Szymon, syn Akatelasa1261, spomiędzy stronników Jana Gefteos1262 i Aleksas, wreszcie spomiędzy gorliwców Szymon, syn Ariego.

7. Tymczasem reszta sił rzymskich, zburzywszy w ciągu siedmiu dni Antonię, utorowała do świątyni szeroką drogę dla dostępu wojsk. Tedy legie, zbliżywszy się do pierwszego muru, poczęły budować wały, jeden naprzeciwko północno-zachodniego załomu wewnętrznego dziedzińca Świątyni, drugi w pobliżu eksedry1263 północnej między dwiema bramami, dalej jeden wał w pobliżu zachodniego krużganku zewnętrznego dziedzińca i także jeden w pobliżu północnego krużganku. Budowa tych wałów kosztowała Rzymian wiele trudu i zachodu, albowiem drzewo trzeba było sprowadzać z odległości stu stajań, a jeśli tylko Rzymianie, nadto przewadze swojej ufając, pod jakimkolwiek względem zaniedbali się w czujności, Żydzi urządzali im zasadzki, a zupełnie utraciwszy nadzieję i nie widząc już dla siebie żadnego ratunku, poczynali sobie coraz zuchwalej. Jeśli na przykład jeźdźcy, udając się po paszę albo drzewo, puścili konie luzem na pastwisko, Żydzi, wypadłszy gromadnie, uprowadzali je. Ponieważ się to powtarzało częściej, tedy Cezar orzekłszy, że takie uprowadzanie koni wynika raczej z niedbalstwa żołnierzy niż z dzielności Żydów, jak było w istocie, postanowił przedsięwziąć środki celem zmuszenia żołnierzy do baczniejszego czuwania nad końmi. Gdy zatem znowu jakiemuś żołnierzowi uprowadzono konia, Tytus kazał go ukarać śmiercią; tedy inni, strachem przejęci, zaraz byli baczniejsi. I już koni luzem na pastwisko nie puszczali, jeno siedzieli na nich, jak gdyby im do grzbietów przyrośli. Oto jak wyglądało obleganie świątyni i budowanie wałów.

8. Następnego dnia po tej walce powstańcy, których już porządnie naciskał głód, a rabunkiem potrzeb swych zaspokoić nie mogli, postanowili około godziny jedenastej1264 w dzień uczynić wypad na straże wartujące na Górze Oliwnej. Sądzili, że łatwo je rozproszą, bo była to chwila posiłku i żołnierz prawdopodobnie nie oczekiwał żadnych kroków zaczepnych. Ale Rzymianie w porę spostrzegli zbliżanie się Żydów, zaraz też z sąsiednich strażnic nadbiegły oddziały, aby przeszkodzić wtargnięciu na szańce i wydostaniu się poza mur. Wywiązała się zacięta walka, w której obie strony błysnęły niejednym świetnym czynem. Rzymianie starali się rozwinąć całą swoją siłę i sprawność, Żydzi szalony napór i bezmierną zaciekłość; jednych podżegała duma, drugich parła konieczność. Dać ujść Żydom niby w sieć złapanym wydało się Rzymianom rzeczą niegodną; dla Żydów natomiast jedynym pozostawało ratunkiem uczynić wyłom w rzymskim murze i w ten sposób się przebić. Wielce się wtedy odznaczył pewien jeździec imieniem Pedanius; kiedy bowiem Żydzi już się rzucili do odwrotu i kiedy ich coraz bardziej spychano w dolinę, pędem z boku najechawszy, chwycił jednego z uciekających za nogę u kostki, młodzieńca doskonale uzbrojonego i wcale krzepkiego, i uniósł go z sobą. Nisko musiał się po niego ku ziemi schylić, i to w całym pędzie, czym wykazał, że nie tylko był mocny w ręku i w sobie, ale że również znakomicie dosiadał rumaka. Owego jeńca niby jakiś drogocenny klejnot przywiózł Cezarowi. W nagrodę za okazanie takiej siły Tytus wyraził mu swój podziw, jeńca kazał stracić za udział w napaści na mur, sam zaś znowu całą swoją uwagę zwrócił na toczące się około świątyni walki i na wznoszenie wałów.

9. Żydzi, spostrzegłszy, że w tych walkach ponoszą ciągłe porażki i że fala wojenna wzdyma się wyżej i wyżej do Przybytku, postanowili sami pozbyć się tego, co za uważali stracone, jako odcina się przegniły członek, aby choroba po całym nie rozeszła się ciele. Zapalili tedy krużganki po stronie północno-zachodniej, gdzie stykały się z Antonią, zburzywszy je prócz tego dalej jeszcze na przestrzeni dwudziestu łokci, a więc własnymi swymi rękami miotnęli ogień na święte miejsca. Po dwóch dniach, a mianowicie dwudziestego czwartego wspomnianego wyżej miesiąca Rzymianie zapalili sąsiedni krużganek, a kiedy pożar objął już przestrzeń piętnastu łokci, Żydzi jeszcze im pomagali, wcale nie przeszkadzając szerzeniu się ognia, zerwali dach i zburzyli wszystko, co tylko leżało pomiędzy nimi a Antonią. Z całym spokojem patrzyli na działanie niszczącego żywiołu i dali mu pochłonąć wszystko, co było dla nich korzystne. Tymczasem walki około świątyni nie ustawały i mniejsze oddziały bez przerwy zmagały się ze sobą.

10. W owe dni wystąpił spomiędzy Żydów mąż pewien, wzrostu nikłego, całkiem niepozorny, ani nie pochodzący ze sławnego rodu, ani w ogóle niczym nieodznaczający się. Zwał się Jonates, a ukazał się koło grobowca arcykapłana Jana, pogardliwymi słowy obrzucił Rzymian i najmężniejszego z nich wyzywał na rękę. Większość rzymskich żołnierzy żadnej nie zwracała na niego uwagi; jedni, jak się zdaje, zlękli się go, drudzy powiadali, że nie należy wdawać się w bój z człowiekiem, który oczywiście szuka śmierci, bo taki, pogrążony w rozpaczy, w natarciu bywa bardzo gwałtowny, Boga już się wcale nie boi, a kto się z nim wda, choć zwycięży, sławy nie zdobędzie, gdy przegra, hańbą się okryje, na niepotrzebne naraziwszy się niebezpieczeństwo, bo to nie rzecz odwagi, ale proste zuchwalstwo. Upłynął tedy spory kawał czasu, a nikt mu nie stawał. Ale kiedy on Żyd, wielki samochwalca i naśmiewca, zarzucił Rzymianom w twarz podłe tchórzostwo, tedy pewien jeździec imieniem Pudes1265, całą tą jego krzykaniną i przechwałkami do żywego oburzony, a może też lekceważąc sobie nikłego człeczynę, ruszył na niego. A był to dzielny wojownik i stanowczo miał nad przeciwnikiem swoim przewagę. Ale nie dopisało mu szczęście, padł, a Jonates, przyskoczywszy zabił go, stanął na trupie, prawicą wzniósł do góry miecz krwią ociekający, lewicą tarczę, chełpił się zwycięstwem, zuchwale do swoich pokrzykiwał, szydził z patrzących z dala Rzymian, aż w tym miotaniu się i krzykactwie centurion Priskus przeszył go strzałą. Zaraz też Rzymianie i Żydzi wielką podnieśli wrzawę, w której odmienne swoje przejawiali uczucia. A ów żydowski wojownik, skrzywiony z bólu, padł na zwłoki powalonego przez siebie przeciwnika, przez co jasno się okazało, jak to na wojnie Nemezis1266 zmiata rychło z widowni niezasłużone powodzenie.