II
1. W całej Galilei jedno tylko miasteczko Gischala jeszcze przez Rzymian nie było zdobyte, ludność zaś tego miasteczka była wprawdzie usposobiona pokojowo, składając się przeważnie z rolników i z takich, co to myślą tylko o obfitym żniwie, wszelako na ich nieszczęście zbiegła się tu była niemała banda rozbójnictwa, od którego na obywateli szła zaraza buntu. Człowiekiem, który tutaj pożar powstania rozniecił i pieczę nad nim objął, był niejaki Jan, syn Lewiego911, bardzo uzdolniony do mamienia umysłów, charakter dwuznaczny, noszący się zawsze z wielkimi zamiarami i umiejący je rzeczywiście przeprowadzać, który wojnę po prostu kochał, bo mu otwierała widoki władzy. On tedy stanął na czele buntującego się żywiołu Gischali i sprawił, że ludność, która by może była ułożyła się z Rzymianami, teraz przybycia ich czekała z ręką na broni położoną. Wespazjan wysłał na nich Tytusa z tysiącem jeźdźców. Legię dziesiątą zwrócił do Scytopolis, sam zaś pozostałe dwie legie odprowadził do Cezarei, a szło mu oto, aby żołnierz nieco wytchnął po ustawicznych trudach wojennych, w miastach tych nieco się odkarmił i nabrał ducha do dalszych zapasów. Wiedział bowiem, że pod Jerozolimą czeka go nader ciężkie zadanie, albowiem było to pierwsze miasto w kraju, rzeczywista stolica ludu i tam też chronili się zbiegowie wszystkich poprzednich bitew. Liczył się też poważnie z naturalnym położeniem obronnym miasta, należycie wzmocnionym przez silne obwarowania. Wiedział, że nad mury i umocnienia główną obronę tego miasta stanowiła odwaga obywateli i ich śmiałość. Dlatego też starannie gotował swoje wojsko do tego boju niby szermierzy do zapasów.
2. Tytus, zbliżywszy się do Gischali, mógł był zająć miasto znienacka, ale wiedział, że przy gwałtownym wtargnięciu żołnierz rzymski będzie szerzył mord bez wszelkiego miłosierdzia, a on dość już miał tych rzezi. Nie chciał, aby ginęli wszyscy do spółki, winni z niewinnymi, bez różnicy. Zamierzał drogą układów skłonić miasto do otworzenia bram. Przemówił tedy do ludzi stojących na murach, którzy właśnie składali się z żywiołu wyłącznie buntowniczego; wyraził zdziwienie, że się jeszcze łudzą nadzieją oporu i chcą czoło stawiać, gdy już wszystkie miasta w ręce Rzymian przeszły; powinni przecież wiedzieć, że Rzymianie jednym szturmem znacznie silniejsze twierdze brali; a i to im chyba nie jest zakryte, że Rzymianie nie tknęli dobytku tych, którzy się im dobrowolnie poddali. Przeto i teraz radzi im złożyć broń, a cała ich dotychczasowa samowola będzie puszczona w niepamięć. Że rwali się do wolności, to im trzeba wybaczyć. Jeżeli jednak będą się upierali przy tym, co jest niemożliwe, wszelkie względy ustaną. Gdyby jego życzliwej rady nie posłuchali i nie poddali miasta, będzie musiał za broń chwycić i już jej do końca nie popuści z ręki, a wtedy przekonają się po niewczasie, że niczym †912 dla Rzymian zdobycie tych oto murów, na których opierają całe swoje nadzieje. Wykażą tylko, że byli jedynymi w Galilei, co to nie dość, że słabi, ale jeszcze zarozumiali.
3. Na to przemówienie nie tylko nie pozwolono nikomu z ludu odpowiadać, ale nawet nikogo na mur nie wpuszczono, który był całkowicie zajęty przez bandytów; stawiano też straże przy bramach, aby nikt nie mógł wyjść i układać się lub też wpuścić do miasta jeźdźców. Sam Jan dał odpowiedź, a mianowicie, że rady Tytusa zupełnie mu przemówiły do przekonania, że nakłoni innych do przyjęcia ich, czy to prośbą, czy bodaj nawet siłą; ale że jest właśnie szabat i że muszą go obchodzić wedle żydowskiego Zakonu, który w taki dzień nie pozwala ani walczyć, ani nawet układać się o pokój. Rzymianie chyba wiedzą, że Zakon nakazuje Żydom każdego siódmego dnia w tygodniu wystrzegać się jakiejkolwiek czynności, a równie bezbożnie postąpi sobie ten, który do niej zmusza, jako i ten, który pod przymusem ją spełnia. Zresztą zwłoka nie przyniesie Tytusowi żadnej szkody. Bo przez jedną noc cóż więcej mogliby uczynić mieszkańcy, jak chyba próbować ucieczki? A na to jest rada prosta, otoczyć miasto ze wszystkich stron. Żydom bardzo na tym zależy, aby nigdy nie naruszyć jakiegokolwiek przepisu ojczystego Zakonu. Kto zaś tak nadspodziewanie przychodzi do nich z zaofiarowaniem pokoju, to mu chyba także wypada uszanować prawa ułaskawionych. Tymi zręcznymi słowy zmylił czujność Tytusa, albowiem nie o szabat bynajmniej mu chodziło, tylko o swoje własne bezpieczeństwo. Bał się, że po wzięciu miasta zostanie przez wszystkich opuszczony, zwłoka zaś dawała nadzieję, że w nocnej pomroce zdoła ujść i życie ocalić. I oto widocznie Bóg chciał uratować Jana na zgubę Jerozolimy, bo Tytus nie tylko przychylił się do jego podstępnej prośby, ale nawet rozbił obóz nieco dalej od miasta, a mianowicie pod Kydasą913. Jest to silnie obwarowana wieś w obwodzie Tyru, która nienawidząc Galilejczyków, w żyła z nimi ustawicznej wojnie, bardzo zaludniona i silne mająca umocnienia, na których też bardzo się opierała we wszelkich sporach z owym ludem galilejskim.
4. Gdy nastała noc, Jan rzymskiej nie widząc nigdzie straży, skorzystał z przyjaznej sposobności i ruszył z miasta nie tylko ze swoim zbrojnym zastępem, ale i z całą gromadą rozmaitego ludu, obarczonego żonami i dziećmi; zamierzał z nimi zbiec do Jerozolimy. Ale tylko przez dwadzieścia stajań ciągnął za sobą niewiasty i dzieci; gnany strachami o własne życie i własną wolność, porzucił je, a sam z mężczyznami ruszył pospiesznie naprzód. Opuszczone istoty podniosły okropny płacz. Im dalej widziały swoich, tym bliżej, sądziły, wróg za nimi, wróg, który pojmie je w niewolę; miotane strachem z powodu najlżejszego szelestu, oglądały się ustawicznie za siebie, że to już niezawodnie nieprzyjaciel nadbiega. Wiele z tych istot zabłądziło w dzikiej okolicy, wiele w natłoku spiesznej ucieczki stratowano. Kobiety i dzieci ginęły nędznie, resztką głosu wołając za mężami i krewnymi, błagając ich, aby poczekali. Ale większy posłuch zyskało nawoływanie Jana, który krzyczał na mężczyzn, aby myśleli o własnym ratunku, a tam uchodzili, skąd będą mogli wywrzeć zemstę na Rzymianach, o ile by ci rzeczywiście wzięli do niewoli ich rodziny pozostawione na drodze. Skutkiem tego nawoływania każdy biegł wedle sił, jakie miał w nogach, a cała gromada niebawem zupełnie się rozproszyła.
5. Z nastaniem dnia Tytus przybył pod mur, żeby doprowadzić do skutku układy. Lud natychmiast odemknął mu bramy, wyszedł naprzeciw niego ze swoimi rodzinami, witał go jak dobroczyńcę, który uwolnił miasto od gwałtowników, ale zarazem doniósł mu, że Jan zbiegł; prosił też, aby był dla nich miłościwy, natomiast po wkroczeniu do miasta ukarał resztkę kryjących się tam buntowników. Ale Tytus już na dalsze słowa ludu nie zwracał uwagi, jeno bezzwłocznie pchnął oddział jeźdźców w pościg za Janem. Już go jednak ująć nie zdołano, bo był tymczasem zbiegł do Jerozolimy; natomiast dopędzono i położono trupem sześć tysięcy tych, co z nim razem uciekali, a około trzech tysięcy kobiet i dzieci otoczono i przypędzono z powrotem. Tytus bardzo się sierdził, że nie mógł zaraz pokarać Jana za ów podstęp; wszelako miał dostateczne zadośćuczynienie w liczbie zabitych i pojmanych. Wjechał tedy do miasta witany okrzykami ludu, następnie kazał wedle zwyczaju zburzyć kawałek muru, buntowników zaś trzymał w ryzach raczej groźbą niż karami. Przewidywał bowiem, że jeśliby tylko zaczął szukać winnych, to natychmiast dla lada osobistej urazy lub zemsty wydawano by mu ludzi nieraz najspokojniejszych. Wolał tedy, aby winni żyli w ciągłym strachu, niż żeby razem z nimi ginęli niewinni. Liczył na to, że tamci, czy to z obawy przed prześladowaniami, czy też z wdzięczności, że im odpuszczono dawne przewinienia, opamiętają się; gdyby zaś pokarał niewinnych ludzi, to tego nie dałoby się już odrobić. Wszelako zostawił w mieście mocną załogę, zarówno celem nastraszenia żywiołu skorego do buntów, jako też i dlatego, aby ludzie miłujący pokój nabrali otuchy. W taki to sposób cała Galilea została ujarzmiona, a była to dopiero obfitym potem zroszona zaprawa do trudów, jakie Rzymian czekały pod Jerozolimą914.