III

1. Kiedy Jan przybył do stolicy915, zewsząd otoczył go lud, a dokoła każdego zbiega gromadziły się tłumy, aby się czegoś dowiedzieć o wypadkach, jakie się tam rozegrały. Już w głosie owych zbiegów, ochrypłym i urywanym, przebijała się niedola, którą przeszli; mimo to bynajmniej nie przyznawali się do złego położenia, ale wynosili się, mówiąc, że wcale nie ratowali się ucieczką przed Rzymianami, tylko chcieli ich zwalczać z bardziej odpowiedniego miejsca; albowiem byłoby rzeczą całkiem bezpożyteczną i bezrozumną narażać życie swoje dla takich słabych mieścin jak Gischala, że natomiast ze wszech miar należy chować oręż i siły na obronę stolicy. Następnie jęli opowiadać dzieje wzięcia Gischali przez Rzymian. Wtedy wielu słuchaczom nasunęło się mniemanie, że przecież ich rzekomy odwrót wygląda na ucieczkę. A kiedy się dowiedziano, jakiemu losowi ulegli ci, którzy zostali pojmani przez Rzymian, ogarnęło lud wielkie przerażenie, albowiem każdy jasno zobaczył przed swymi oczyma swą własną przyszłość. Jan, świecąc bezwstydnie czołem i nie doznając najmniejszych wyrzutów z powodu owego haniebnego opuszczenia zbiegów, obchodził lud, budził nadzieje wygranej, przedstawiał siły Rzymian jako całkiem nikłe, opowiadając niebywałe rzeczy o potędze własnego narodu, z pewną urągliwością twierdząc916, iż ciemne i niedoświadczone prostactwo nie rozumie się na rzeczy, bo Rzymianie musieliby mieć chyba skrzydła, jeśliby się chcieli przedostać przez mury Jerozolimy, a już na wsiach galilejskich roztłukli wszystkie swoje machiny oblężnicze.

2. Tego rodzaju przechwałki podziałały na liczne umysły młodych i zapalały ich wyobraźnię do wojny, wszelako ludzie starsi i rozumniejsi jasno widzieli, do jakich to prowadzi klęsk i z góry już biadali nad upadkiem miasta. I oto popadł lud w rozdwojenie; ale nim w Jerozolimie przyszło do wyraźnego rozłamu, pierwej wybuchły niezgody między tłumami za murami miasta. A stało się to, gdy Tytus ruszył z Gischali do Cezarei, Wespazjan zaś pod Jamneę i Azotos, a po zajęciu tych miast i pozostawieniu tam załóg, ze znaczną liczbą jeńców, którzy mu się byli poddali, rozpoczął odwrót. Zaraz bowiem w każdym z tych miast powstały zamieszki, wybuchła prawdziwa wojna domowa, a ludzie ci, ledwie po Rzymianach odetchnąwszy, już za broń wzajem na siebie chwytali. Wywiązała się zażarta walka pomiędzy stronnictwami pokoju i wojny. Najpierw powaśniły się rodziny, które dawniej żyły ze sobą w zupełnej zgodzie, następnie jęli się kłócić ze sobą najwięksi przyjaciele917, ludzie wedle zapatrywań połączyli się w gromady i oto niebawem stanęły przeciw sobie do otwartego boju dwa roznamiętnione stronnictwa. Niezgoda szerzyła się wszędzie jak ogień; wreszcie jednak żywioły buntu, składając się z sił młodszych i zuchwalszych, wzięły górę nad wiekiem i rozsądkiem. Zaraz też tu i ówdzie rzucono się do rabunku, najpierw plądrowano tylko okolicę, ale niebawem złączone bandy jęły pustoszyć cały kraj, a ich gwałty i okrucieństwa w niczym nie ustępowały rzymskim, że zaiste tłumy pokrzywdzonych stawiały sobie pytanie, czy czasem niewola rzymska nie będzie od tej ohydy znośniejsza.

3. Stojące po miastach załogi rzymskie, czy to przez niechęć, czy przez zemstę, albo wcale nie spieszyły z pomocą uciśnionym, albo też bardzo leniwie, aż wreszcie przywódcy owych band, uprzykrzywszy sobie widocznie grabieże w kraju, złączyli się w jedną wielką rotę rozboju i wtargnęli do Jerozolimy na oczywistą jej zgubę, gdyż panował tam właśnie zupełny bezrząd, a wedle starego obyczaju wpuszczono do miasta wszystkich rodaków bez różnicy, zresztą mniemano, że te napływające tłumy przybywały rzeczywiście z uczciwą myślą niesienia ogółowi pomocy. Te jednak nie tylko wywołały srogie zamieszki, lecz pogrążyły w dodatku miasto w ostatnią nędzę. Albowiem zapasy, które byłyby starczyły dla wojownika, zostały pochłonięte przez ten bezczynny i bezużyteczny tłum, skutkiem czego do nieszczęść, jakie niosła sama wojna, przyłączyły się jeszcze domowe rozterki i głód.

4. Ale prócz nich napływały do miasta inne szajki, łącząc się z najgorszymi żywiołami i do spółki przeróżne popełniając szelmostwa. Bo nie tylko ludzie ci z całą bezczelnością kradli i rabowali, ale posuwali się nawet do mordów, popełniając je nie nocą, nie potajemnie, nie na pierwszych lepszych obywatelach, ale jawnie, ale w biały dzień i na osobach cieszących się największym poważaniem. Najpierw pojmali i uwięzili Antypasa, potomka rodu królewskiego, pierwszego w mieście obywatela, zarządcę skarbca miejskiego. Następnie wtrącili do więzienia Lewiego, bardzo wybitnego człowieka, a także Syfasa918, syna Aregetosa, obu również rodu królewskiego. Potem brali się po kolei do wszystkich, którzy wedle ich mniemania cieszyli się w kraju jakimikolwiek wpływami. Tedy padło na lud wielkie przerażenie i jak gdyby nieprzyjaciel już wkraczał w bramy miasta, każdy myślał tylko o własnym ratunku.

5. Ale samo wtrącenie do ciemnicy tylu znakomitych mężów wcale nie wystarczyło owym gwałtownikom. Owszem, wydało się im nawet rzeczą niebezpieczną trzymać ich tam długo, bo zarówno ich liczne, a możne rodziny mogły były rzucić się do jakiejś zemsty, nie mniej także lud, skoroby jeno wymiarkował, że ich postępowanie rzeczywiście urąga wszelkiemu prawu, mógł przeciwko nim wystąpić. Tedy sądzili, że należy więźniów zgładzić i powierzyli wykonanie tej sromoty919 niejakiemu Janowi, ich wspólnikowi, który się do tego bardzo skory okazał. Ludzie miejscowi nazywali go w swoim języku „synem gazeli”920. Wziął on ze sobą do więzienia dziesięciu uzbrojonych ludzi i z ich pomocą uśmiercił wszystkich nieszczęśników. Dla usprawiedliwienia tej zbrodni wymyślili sobie następujący pretekst: ludzie ci, powiadali, porozumiewali się z Rzymianami w sprawie poddania Jerozolimy; zgładzono ich tedy, bo zagrażali wolności narodu. Niebawem też zaczęli się nawet z tej zbrodni szczycić, podając się za dobroczyńców i zbawców miasta.

6. Wskutek tego lud stawał się coraz bardziej trwożliwy i potulny, oni zaś coraz dalej szli w swych gwałtach, że nawet zaczęli wybierać arcykapłanów921. Znieśli tedy przywileje rodów, z których wedle ustalonego porządku wybierano arcykapłanów a godności te powierzyli nieznanym prostakom, aby byli wspólnikami ich łotrostw. Albowiem ci prostacy, którzy bez żadnych zasług takiego dostąpili zaszczytu, musieli z konieczności wysługiwać się tym, co ich na te stanowiska wynieśli. Mężów, którzy im mogli jeszcze w jakiś sposób przeszkadzać, podżegali przeciw sobie różnymi matactwami i podszeptami, wyzyskując istniejące między nimi zatargi dla swoich celów, aż nareszcie, dość mając zbrodni popełnionych przeciwko plemieniu ludzkiemu, zuchwałość swą skierowali jeszcze przeciwko Bóstwu i skalanymi stopami ośmielili się przekroczyć Próg Przęświęty922.

7. Teraz jednak powstał przeciwko nim lud pod wodzą Anana923, najstarszego arcykapłana i męża wielce światłego, który byłby może nawet uratował miasto od zguby, gdyby nie padł z rąk tych zbójeckich ludzi. Ale złoczyńcy urządzili sobie z Przybytku Boga istną warownię przeciwko wzburzonemu ludowi, a ze Świętego Świętych ostoję gwałtu. Do tych zbrodni dołączyli jeszcze boleśniejsze nad wszystko urągowisko. Ażeby się przekonać, o ile zdołali już lud zastraszyć i jaką mianowicie siłę stanowią, wybierali arcykapłanów drogą losowania, kiedy, jak już wspomniano, godności te były dziedziczne924. I znowu dla usprawiedliwienia tego czynu wywlekli stary obyczaj, powiadali, że w dawniejszych czasach także o arcykapłańskie godności ciągnięto losy, ale nie o to im wcale chodziło, jeno o zniesienie całkiem wyraźnie brzmiącego prawa celem wzmocnienia swego własnego stanowiska, aby mogli własnowolnie rozdawać najwyższe dostojeństwa.

8. Tedy wezwali ród kapłański Eniachin925, wybrali z niego losem arcykapłana i właśnie zupełnie przypadkowo natrafili na człowieka, którego wybór jasno wykazał całą nieprawość ich postępowania. Człowiekiem tym był Fanni926, syn Samuela, a pochodził ze wsi Aftia927. Ród jego wcale kapłański nie był, on że sam natomiast był tak ciemny928, iż w ogóle wcale nie wiedział, co to jest arcykapłaństwo. Ściągnęli go wbrew woli ze wsi i jak to na scenie przebierają w maskę, tak jemu święte nałożyli szaty, naprędce wyuczywszy go, co ma robić. Dla nich była to tylko czcza igraszka, ale prawdziwi kapłani, którzy z boku patrzyli na to wyszydzenie Zakonu, łzy przelewali i srodze ich zabolało takie sponiewieranie świątobliwego stanowiska.

9. Toteż lud na taką zuchwałość nie mógł dłużej patrzeć okiem obojętnym, wszyscy się na nich porwali jako na gwałcicieli. Najpoważniejsi mężowie, taki Gorion, syn Józefa, taki Symeon, syn Gamaliela, przemawiali do ludu na zgromadzeniach i do tych, co ich po domach odwiedzali, aby pokarali burzycieli wolności i oczyścili świątynię z tych krwią skalanych tyranów. Nawet takie powagi jak Jezus, syn Gamalasa, i Anan, syn Anana, wyrzucali na zgromadzeniach narodowi, jak może tak cierpliwie znosić podobne bezeceństwa i że powinien śmiało wystąpić przeciwko gorliwcom. Albowiem gorliwcami nazwali się ci ludzie, jak gdyby płonęli gorliwością ku rzeczom godziwym, kiedy jeżeli o gorliwość chodzi, to się tylko wzajemnie prześcigali w czynach ohydnych.

10. Kiedy lud bardzo tłumnie przybył na zgromadzenie, a każdy zżymał się z oburzenia z powodu zajęcia świątyni, z powodu grabieży i mordów, wszelako nikt nic o karze nie mówił, bo słusznie całkiem mniemano, iż trudno będzie gorliwców pokonać, podniósł się Anan i pośrodku ludu stojąc, spojrzał kilkakroć załzawionymi oczyma w górę ku świątyni i w te ozwał się słowa: „Bodajem był raczej umarł, a nie patrzył, jak przepełniony jest dom Boży zbrodniarzami, nie patrzył, jak roty zbójeckie walają święte miejsca, na które niczyja noga stąpić nie powinna. Wszelako przybrany w szaty arcykapłańskie, z przenajświętszym imieniem na czole929, żyję i żyć chcę, choćby mi się już ze starczym moim wiekiem w dobrej sławie do grobu iść należało †930 Gdybym nawet tu jako na pustyni sam jeden pozostał, to jeszcze duszę moją oddam za sprawę Bożą931. Czyż miałbym żyć między ludem, który zatracił wszelkie poczucie niedoli i oślepł na krzywdy namacalne? Rabują wam mienie, nie ruszacie się z miejsca; biją was, milczycie; mordują wam braci, żaden się o krew przelaną nie upomni. Cóż za gwałty straszliwe! Ale czyż mam gromić gwałtowników? Wypaśli swą siłę na was i na waszej pobłażliwości! Kiedy stanowili nieliczne gromady, nie zwracaliście na nich uwagi; wszystko im płazem puszczając, sprawiliście, że te gromady zamieniły się w wielką rotę. Otoście im dali czas, aby się należycie uzbroili, toteż teraz oręż swój przeciwko wam zwracają. Zaraz w pierwszej chwili należało na nich uderzyć, kiedy sponiewierali wam krewnych. Waszą obojętnością posialiście w nich zuchwałość ku napaściom, a kiedy domy rabowali, oto ani jedno słowo z ust waszych nie padło. Tedy mogli bezpiecznie właścicieli tych domów uprowadzić, mogli ich powlec środkiem miasta, a nikt krzywdzonym nie bieżył z pomocą. I oto nałożono im na ręce pęta, a wyście owych mężów po prostu zdradzili. Ani ich będę wymieniał z nazwiska czy z liczby, ani też nie powiem, jacy to byli ludzie; nikt ich nie wysłuchał, nikt się za nimi nie ujął. I oto w końcu patrzyliśmy, jak ich tam mordowano. Niby z trzody bezsilnej co najlepsze porywano na ofiarę; żeby też kto głos podjął, żeby choć ręką ruszył! Teraz zaś wy, wy, z całym znosicie spokojem, jak wam nogami święte miejsca932 tratują? Ale chociaż owym złoczyńcom niemal sami torowaliście drogę do zbrodni, czy bodaj teraz nie krzykniecie: dość tej przemocy? Czy nie targnęliby się jeszcze na coś świętszego, gdyby spustoszenie świątyni933 nie było rzeczywiście szczytem tego, co można dokonać? Zawładnęli najsilniejszym miejscem, jakie miasto nasze posiada; bo świątynia jest jako zamek, jako twierdza. Kiedy taka przemoc usadowiła się za tymi murami, kiedy taki wróg z tej góry groźnie ku wam patrzy, czym myśl wylękłą uspokoicie, cóż zamierzacie przedsięwziąć? Czyż chcecie na przyjście Rzymian czekać, aby wam świątynię odbili i oddali? Czy do takiego upadku doszły sprawy nasze i my sami już w takim znaleźliśmy się pogrążeniu, że wrogowie mają się nad nami litować? Ludzie bez duszy! Toż nawet zwierzę nie da się tak smagać! Czyż istotnie nie pomyślicie o żadnej zemście? Czy wspomnienie krzywd doznanych nie wzburzy was do jakiejś obrony? Czyż wymarło w was całkiem to najprostsze, to najpiękniejsze uczucie, które się zwie miłością swobody i jesteście już jako plemię niewolnicze, co to zrodzone zostało do znoszenia wszelakiego ucisku? Przenigdy! My z takich się wywodzimy, którzy liczne i ogromne staczali boje o niezależność, którzy umieli stawić czoło zarówno Egipcjanom, jak i Medom, byle tylko zaiste nikomu nie podlegać! Ale cóż będę mówił o przodkach! Oto znowu zapaliła się wojna, wojna z Rzymianami; nie powiem, błogosławiona czy przeklęta, ale zapytam, z jakiego powodu została wytoczona? Czyż nie w imię swobody? Jeżeli nie chcemy ulegać tym, którzy panują całemu światu, czy mamy cierpieć miejscowych gwałcicieli? Jeżeli przyjdzie ze świata wróg wielki i nas ujarzmi, możemy biadać na srogi los, ale jeżeli zginamy się w kabłąk przed domowymi nikczemnikami, to już przecie podłość, to już tchórzostwo. Skoro zaś wspomniałem Rzymian, to zarazem powiem, co mi w tej chwili na myśl się nawinęło, że gdyby wam Rzymianie swoje nałożyli jarzmo, co niechaj nigdy się nie stanie, zaprawdę nic gorszego nie mogłoby już nas spotkać ponad to, co tamci tam w górze nam wyrządzają. Jakże tu nie zapłakać, że kiedy nawet Rzymianin w świątyni naszej z czcią składał swoje ofiary, oni, rodacy nasi, uczynili z niej jaskinię łupu swego zbójeckiego, wymordowawszy mężów najwybitniejszych rodów stołecznych, których sam wróg w razie zwycięstwa na pewno by oszczędził? Kiedy żaden Rzymianin nie ważył się iść w świątyni poza próg cudzoziemców934 ani też pogwałcić jakiegoś obyczaju świętego i z dala tylko patrzył z poszanowaniem na otoczę bożego miejsca, oto ludzie tu zrodzeni, oto wychowankowie naszego obyczaju, oto tacy, co się Żydami zowią, wałęsają się w ścianach Przybytku z rękami ociekającymi krwią współobywateli! Dla kogóż tedy groźniejszym może być ten wróg przybyły ze świata, ten przybysz, znający większe umiarkowanie niż ów wróg domowy? Jeżeli dla tego wszystkiego, co się tutaj dzieje, miałoby się poszukać właściwego słowa, to musiałbym chyba powiedzieć, że u Rzymian znaleźlibyśmy poszanowanie naszych praw, bo pośród nas samych znaleźliśmy tylko ich zdeptanie. Że ci napastnicy wolności naszej muszą być usunięci i że na ich ohydę nie ma dość surowej kary, z tym przekonaniem, jak sądzę, każdy już tu przyszedł ze swego domu, a nim się do was ozwałem, już to, coście przecierpieli, całkiem dostatecznie was przeciwko nim wzburzyło. Tylko wielu zastrasza jeszcze liczba tych gwałtowników, ich śmiałość, ich wygodne stanowisko. Ale skoro zawiniliście pobłażliwością, dalsze zwlekanie może spowodować tylko jeszcze gorsze następstwa. Bo liczba ich rośnie z każdym dniem, bo do złoczyńców bezustannie napływają nowi zbrodniarze, bo ich zuchwałość, na żadne nie natrafiając przeszkody, ustawicznie się wzmaga, a położenie ich jest takie, że jeśli tylko damy im na to czas, z orężem w ręku na nas stamtąd wypadną. Ale wierzajcie mi! Ruszmy się tylko na nich, a nieczyste sumienie porazi ich odwagę, poczucie winy wszelką odejmie im korzyść. Może też urażone Bóstwo strzały ich w locie przeciwko nim samym obróci, że ci niegodziwcy od własnych polegną grotów. I zaprawdę zginą, ledwie nas ujrzą! Niebezpieczne jest to przedsięwzięcie, ale piękna to rzecz polec u świętych podwojów i duszę swoją oddać, jeżeli nie za żony i dzieci, to za Boga i jego Przybytek. Oto radą i czynem pierwszy w waszych szeregach staję, nic nie zaniedbam dla waszego bezpieczeństwa, siebie zaś wcale nie chcę oszczędzać!”

11. Takimi słowy Anan zagrzewał lud przeciwko gorliwcom, aczkolwiek widział, że trudno ich będzie pokonać z powodu znacznej ich liczby, młodego wieku i świadomości wszystkiego, co dotąd zdziałali; takie bowiem popełnili przestępstwa, że żadnego nie mogli spodziewać się przebaczenia, należało tedy przypuszczać, że będą się bronili do upadłego. Wolał jednak na wszystko się ważyć niż cierpieć dotychczasowy zamęt. Lud zakrzyknął, aby go prowadził; a już jeden przez drugiego rwał się w wir niebezpieczeństwa.

12. Kiedy Anan wybierał i gromadził tych, którzy się nadawali do bitwy, gorliwcy zasłyszeli, co się na nich gotuje; mieli bowiem takich, którzy im wszystko donosili. Wypadli więc z świątyni niby wściekli, czy to w zbitych szeregach, czy kupami, ubijając każdego, kogo napotkali. Tedy Anan szybko uszykował ludowe zastępy, które przewyższały liczbą, ale nie dorównywały im ani uzbrojeniem, ani sprawnością. Jeżeli jednak obie strony miały jakieś braki, to sowicie wynagradzała je namiętna żądza walki: ludzie z miasta byli tak rozjątrzeni, że to całkiem zastępowało im broń, ludzie zaś ze świątyni posiadali śmiałość, która urągała wszelkiej przewadze. Pierwsi sądzili, że żyć nie będą mogli w mieście, jeśli nie wyplenią tych bandytów; drudzy zaś wiedzieli, że jeśli ulegną, najsroższe czekają ich kary. Wybuchła tedy walka zażarta. Najpierw z miasta i ze świątyni miotali na siebie strzały, kamienie i włócznie; potem, gdy pociski przepłoszyły niektóre gromady, wypadano z orężem w ręku. Wielu poległo po jednej i po drugiej stronie, znaczna też była liczba rannych. Kto spomiędzy ludu nie mógł dalej walczyć, tego krewni odnosili do domu; ranni gorliwcy chronili się do świątyni, krwią swoją rosząc świętą posadzkę, można przeto rzeczywiście powiedzieć, że sama ich krew skalała miejsca czcią otoczone935. Podczas wycieczek rozbójnicy wprawdzie ciągle brali górę, ale za to po stronie ludu bezustannie rosła liczba walczących, wzmagało się wciąż rozjątrzenie; kto się oglądał, by uciec, zasypywano go wyrzutami, nowe tłumy, występujące do walki, zamykały im odwrót, że wreszcie cała olbrzymia masa ludu rzuciła się na nieprzyjaciela; a on takiego naporu wytrzymać nie mógł, cofał się do świątyni, ludzie zaś Anana aż tam za nimi wtargnęli. Wielki strach padł na gorliwców, już pierwszy muru tracili, uciekli tedy do wnętrza, szybko zamknąwszy za sobą bramy. Anan nie chciał szturmować świętych bram, zwłaszcza że miotano z góry grad pocisków; gdyby nawet odniósł zwycięstwo, zdało mu się rzeczą grzeszną lud bez oczyszczenia wprowadzać do świątyni. Wybrał tedy losem spomiędzy ludu sześć tysięcy uzbrojonych i kazał im strażować u krużganków. Wybrał też następnych, którzy ich mieli zmieniać. Tak tedy wszyscy kolejno przeznaczeni byli do strażowania wokół świątyni. Znamienitszych obywateli przywódcy zwalniali z tego obowiązku, ale na swoje miejsce musieli za odpowiednim wynagrodzeniem przysyłać biedniejszych.

13. Tym, który uwziął się na zgubę wszystkich, był ów Jan, ten sam, który, jak już o tym była mowa, zbiegł z Gischali, człowiek wielkiej przewrotności, którego paliła żądza władzy i z dawna już nosił się z niebezpiecznymi dla spraw publicznych zamiarami. Owóż wtedy udając, że bardzo jest ludowi oddany, ciągle był u boku Anana, czy to kiedy dniem naradzał się ze starszyzną, czy też gdy nocą obchodził straże. Ale co tylko zasłyszał, wlot donosił gorliwcom, a nim lud zdołał coś porządnie uradzić, już było to wszystko dokładnie wiadome nieprzyjacielowi. Aby jakowychś nie wzbudzić podejrzeń, Ananowi i innym przywódcom okazywał wielką przychylność, którą to uniżonością osiągnął wręcz przeciwny skutek, a bezrozumnymi pochlebstwami wzbudził jeszcze większe podejrzenia. Ponieważ zjawiał się wszędzie, gdzie go wcale nie wzywano, przeto dopatrywano się w tym niejako potwierdzenia, że to on wynosi tajemnice z miasta. Bo rychło zdołano zauważyć, że wszelkie zamysły ludu są nieprzyjacielowi natychmiast wiadome; nikogo zaś prócz Jana o taką zdradę nie posądzano. Ale nie było to łatwą rzeczą pozbyć się go, bo różnymi matactwami zjednał sobie wpływy; że zaś nie pochodził z rodu nikczemnego, przeto miał wielu wybitnych ludzi za sobą. Aby się przecież upewnić co do jego wierności, postanowiono związać go przysięgą. Jan przysiągł bez wahania; przysiągł, że będzie trzymał z ludem, że żadnego postanowienia ani nawet zamysłu nieprzyjacielowi nie zdradzi, że słowem i orężem będzie wspierał walkę przeciw tym, którzy na lud rękę podnieśli. Całe otoczenie Anana zaufało jego przysiędze i odtąd już bez wszelakich podejrzeń dopuszczano go do każdej narady, a w końcu wysłano go nawet do gorliwców w charakterze pośrednika, aby zatarg skończyć układem; nie chciano bowiem ani świątyni znieważać, ani też, by jakiś rodak w niej właśnie miał polec.

14. Jan, jak gdyby ową przysięgę złożył był gorliwcom, a nie ludowi, przybywszy na miejsce, oświadczył tym, do których był wysłany, że się już dla nich wielokrotnie narażał, że przez niego o wszystkim się dowiadywali, co na ich zgubę knuło stronnictwo Anana; lecz teraz do spółki z nimi w srogie popadnie niebezpieczeństwo, jeżeli Bóg nie przyjdzie im z pomocą. Anan bowiem zniecierpliwił się i otumaniwszy lud, wysłał delegację do Wespazjana, aby co prędzej przybywał i zajmował miasto; także na dzień następny wyznaczono ofiary oczyszczające, aby lud pod pozorem służby Bożej wszedł do świątyni i rzucił się na nich. Wcale nie wie, jak długo będą się mogli opierać tak przeważającej sile. Wszelako niby na zrządzenie Boże jego właśnie przysłano tu w sprawie układów. Tego układu pragnie Anan tylko dlatego, aby napaść na rozbrojonych. Jeśli tedy chcą ratować życie, nie pozostaje im nic innego, jak tylko albo starać się przebłagać oblegających, albo gdzieś za murami szukać sojuszników. Ci, którzy w razie przegranej liczą na względy, srodze się mylą i chyba zapomnieli, jakich dopuścili się przestępstw. Niech nie sądzą, że skoro winowajcę ogarnie skrucha, zaraz pokrzywdzony przybiega do niego z przebaczeniem; gniew w sercu obrażonym nie wypala się prędko pomimo wszelkich skruch, a zajadłość z powodu doznanych krzywd raczej rośnie, gdy dochodzi do władzy. Krewni i powinowaci pomordowanych zawsze będą się czaili na morderców, a lud jest bardzo rozgoryczony z powodu podeptania Zakonu i naruszenia dawnych porządków. Choćby nawet drobna część ludu im współczuła, to niknie ona całkiem w owych dyszących zemstą tłumach.