IV

1. Takim krętactwem i kłamstwem rzucił na nich lęk, a nic im jeszcze nie mówił, jakiego to za murami mieli sobie szukać sojusznika; jasne jednak było dla każdego, że mógł mieć na myśli tylko Idumejczyków. Aby jednak bardziej jeszcze wydrażnić przywódców gorliwców, nakłamał im o okrucieństwach Anana i twierdził, że na nich właśnie jest najbardziej zawzięty. A owymi przywódcami byli Eleazar, syn Giona936, któremu nie tylko ufano, że w najtrudniejszym położeniu radę znajdzie, ale i na czyn się zdobędzie, oraz Zachariasz, syn Amfikalleja937, obaj rodowici kapłani. Kiedy ludzie ci posłyszeli, że nie tylko grożono ogółowi, ale w dodatku im osobiście, a dalej, że stronnictwo Anana celem chwycenia władzy w swoje ręce przyzywa Rzymian, bo i na to kłamstwo pozwolił sobie Jan, tedy jęli się bardzo głowić, co by się dało zrobić w tak krótkim czasie, jaki im do działania pozostał. Sądzili bowiem, że lud zaraz się na nich rzuci, że odetnie ich od świata i od wszelakiej pomocy, że przyjdzie na nich koniec, nim jakiś ich sprzymierzeniec słowo o ich ciężkim położeniu zasłyszy. Mimo to postanowiono natychmiast wezwać na pomoc Idumejczyków i napisać im krótko: że Anan podszedł lud, że chce stolicę wydać Rzymianom, że oni się dla ratowania zagrożonej wolności zbuntowali, że za to są w świątyni oblężeni, że niewiele czasu zostało dla przybycia im z odsieczą, że jeśli Idumejczycy natychmiast się nie zjawią, to oni wpadną w ręce Anana i nieprzyjaciół, a miasto w ręce Rzymian. Posłowie mieli przywódcom Idumejczyków ustnie obszerniej rzecz wyłożyć. Na owych posłów wybrano dwóch ludzi odważnych, wytrawnych, wymownych, prócz tego, co w tym wypadku było bardzo ważne, wielce sprawnych w nogach. Wiedziano, że Idumejczyków bynajmniej długo nie będzie trzeba prosić, bo to lud nader popędliwy, nieokiełzany, do rozruchów skory, a wszelkich przewrotów mile wypatrujący; niewielu trzeba słów, aby chwycili za broń, zwłaszcza że do boju szli jak na święto. Pośpiech był konieczny, a że pod tym względem posłowie nie pozostawiali nic życzenia — jednemu i drugiemu było na imię Ananiasz — przeto niebawem stawili się przed wodzami Idumejczyków.

2. Wodzów idumejskich wielce wzburzył list, a także ustny dodatek posłów. Zaraz tedy jak oszaleli zaczęli obiegać lud, obwołując wojnę. Tłumy Idumejczyków zebrały się niemal prędzej, niż były wezwane; każdy chwytał za broń, jak gdyby rzeczywiście chodziło o ratunek miasta. I oto niemal dwadzieścia tysięcy ludzi tych stanęło pod murami Jerozolimy, a przewodziło im czterech, którzy się zwali Jan i Jakub, synowie Sozasa, Szymon, syn Takeosa938 i Fineas, syn Klusota.

3. Ani Anan nic nie wiedział o odprawieniu posłów, ani też straże tego nie zmiarkowały, natomiast nie ukryło się zbliżanie Idumejczyków. Anan, zasłyszawszy o tym w samą porę, kazał pozamykać bramy, a na murach ustawił wartowników. Nie chciał od razu uderzać na Idumejczyków z orężem w ręku; mniemał, że uda się ich poskromić słowem. Toteż Jezus, po Ananie arcykapłan najstarszy, wszedł na wieżę, pod którą roili się Idumejczycy, i w te słowa do nich przemówił: „Spomiędzy ciosów spadających na miasto nasze żaden mnie nie przejmuje takim zdumieniem, jak ten, że ludziom złym z niewiadomych źródeł wciąż napływa jakaś pomoc. A przecie żeście ostatnim wyrzutkom z taką przeciwko nam gotowością na odsiecz przybyli, z jaką nie bylibyście się może zjawili, gdyby miasto było na was zawołało o pomoc przeciwko cudzoziemcom! Nie dziwiłbym się wcale waszemu pośpiechowi, gdybym był przekonany, że zastępy wasze składają się z ludzi jednej z tamtymi niecnoty; nigdy bowiem przyjaźń rychlej się nie pleni jak na glebie jednakich charakterów . Tymczasem tamci składają się z takich, co to jeden w drugiego po tysiąc razy na śmierć zasłużył. Toż to zakały i wyrzutki całej naszej społeczności! Najpierw strwonili własny dobytek, szalejąc wśród wsi i miast swych okolic, potem jak rozbójnicy wpadli niespodzianie do naszego świętego miasta, posuwając się w swej ohydzie aż do skalania progów świątyni. Na oczach całego ludu bezczelnie upijają się w Przybytku i łupem, wydartym pomordowanym, napychają swoje nienasycone brzuchy. A tu zastępy wasze, a tu wasz bojowy rynsztunek taki ma wygląd, jak gdyby nasza stolica na skutek jednomyślnej uchwały ludu wezwała was jako sojuszników na pomoc przeciwko tym przybyszom. Nie jestże to szyderstwo losu, że cały naród bierze stronę wyrzutków? Długo się nad tym głowiłem, jak sobie wytłumaczyć ten pośpiech, z którym tu podążyliście. Musi być zaiste ważny ów powód, który sprawił, żeście przeciwko pokrewnemu ludowi w obronie złoczyńców stanęli. Słyszeliśmy coś o Rzymianach i o jakiejś zdradzie, bo oto właśnie niektórzy spomiędzy was krzyczą, iż pospieszyli tutaj celem oswobodzenia stolicy. Dziwiły nas różne zuchwalstwa tych łotrów, ale ten wymysł kłamliwy dziwi nas najbardziej. Ludzi, jak wy, całą duszą wolności oddanych i dlatego zawsze gotowych do walki za nią, niczym bardziej nie było można przeciw nam podburzyć, jak tym, że podano nas za zdrajców miłej swobody. Zważcie wszelako, kto i na kogo podobne miota oszczerstwa; prawdy zaś nie szukajcie w wymysłach, lecz w ogólnym położeniu rzeczy. I dlaczegóż to mielibyśmy się zaprzedawać Rzymianom teraz, kiedy przecież mogliśmy albo się wcale nie buntować, albo zaraz w początkach przejść na stronę Rzymian, zanim kraj został przez nich dokoła spustoszony? Teraz zaś, gdybyśmy nawet chcieli, nie przyszłoby nam łatwo pogodzić się z nimi, bo Rzymianie wskutek podboju Galilei wzrośli w dumę, że byłaby to dla nas hańba gorsza niż śmierć, w chwili, kiedy już na nas nastają, dokoła nich jakieś czynić zabiegi. Ja sam wybrałbym pokój, a nie śmierć oczywistą; wszelako gdy wojna już się zapaliła, milsza mi śmierć na swobodzie niż życie w niewoli. Więc mieliśmy to niby do Rzymian słać posłów, my, ludu przywódcy, czy też to lud uchwalił i uczynił? Jeżeli my, to niechajże wymienią owych przyjaciół, których posłaliśmy, owych zaufanych, co to nam w zdradzie sługami byli! Czy pojmano którego, gdy szedł w tamtą stronę? Czy przychwycono, gdy wracał? A może pismo jakie przejęto? Jakże zdołaliśmy ukryć tę zdradę przed oczyma tylu współobywateli, patrzących każdej godziny na wszystkie nasze kroki? To mieli wybadać ci nieliczni, tam w górze oblężeni, którym jest zamknięta droga z świątyni do miasta, oni mieli wykryć, co się tu u nas w największej robiło tajemnicy? Oto co im przyszło do głowy, gdy się przekonali, że zostali pociągnięci do odpowiedzialności za wszystkie zuchwalstwa; gdy im wszelako nic nie groziło, czyż podejrzewali którego z nas, że zdradza? Więc może powiedzą, że sam lud uchwalił zdradę; ale uchwały jego zapadają jawnie, nikogo się nie wyklucza ze zgromadzenia, tedy wiadomość o tym musiałaby pierwej do was dojść niż oskarżenie skierowane przez tamtych ludzi. Cóż dalej? Chyba byliby wysłani posłowie dla zawarcia układu. Jacy to byli ci posłowie? Niechże powiedzą! Nie, to są tylko czcze matactwa ludzi, którzy nie chcą umierać i którzy pragną wywinąć się z matni groźnej kary. Gdyby miasto nasze rzeczywiście paść miało ofiarą zdrady, to chyba zdrada owa wylęgłaby się pośród tych oszczerców, bo w szeregu ich zbrodni tej tylko jeszcze brakuje. A co do was, to skoro zjawiliście się tutaj z bronią w ręku, raczej pomagajcie stolicy wytępić tych gwałtowników, co to podeptali nasz Zakon, a wszystkie sprawy rozstrzygają mieczem. Ludzi wybitnych, ludzi nienagannych pośrodku rynku chwycili i powlekli do więzienia, znieważyli ich, a w końcu zamordowali, na ich błagalne krzyki nie zwracając żadnej uwagi. Jeśli tylko do naszego miasta nie zechcecie wejść jako otwarci nieprzyjaciele, zobaczycie własnymi oczami, co tutaj mówię: oto domy spustoszone przez owych ludzi, oto w czarnej żałobie żony i dzieci pomordowanych, oto płacz i narzekanie w całym mieście. Gdzież jest taki, który by nie opowiadał o napaściach tych bezbożników? Oto swoje szaleństwa i rozboje ze wsi i miast przenieśli do naszej stolicy, która jest jako oblicze i głowa całego kraju. Ale i tego im nie dość było, jeszcze szaleństwo i rozbój ze stolicy przenieśli do Świątyni Pańskiej. Świątynia ta stała się im zbrojownią przeciwko nam, twierdzą mocną, schroniskiem pewnym, ta Świątynia, przez mieszkańców całej ziemi z czcią wspominana; a kiedy ludy gdzieś na granicy ziemi żyjące, które ledwie ze słyszenia coś o niej wiedząc, wielce ją poważają, oni, tu zrodzeni, niby dzikie zwierzęta ją tratują. I oto takimi zbrodniami obarczeni mają jeszcze odwagę podżegać naród przeciwko narodowi, miasto przeciwko miastu, aby społeczność nasza sama sobie własnymi rękami wnętrzności wypruwała. Zaiste byłoby słuszniej i godziwiej, jako rzekłem, gdybyśmy wspólnie na tych złoczyńców uderzyli i ukarali ich za te wszystkie oszukaństwa, że ośmielili się was przeciwko nam wezwać niby swoich sojuszników, kiedy właściwie drżeć powinni przed wami jako sędziami. Jeśli jednak chcecie dać posłuch ich wezwaniu, złóżcie broń, wejdźcie, współplemieńcy939, do miasta, zajmijcie stanowisko pośrednie, nie wrogów, nie sprzymierzeńców, ale rozjemców. Dla tamtych ludzi będzie to i tak wielka przewaga, że po tylu zbrodniach, tak ciężkich, całkiem jawnie dokonanych, staną na sądową rozprawę, kiedy nas, całkiem niewinnych, do słowa wcale dopuścić nie chcieli. Ale niechaj mają tę przewagę, skoro już tu jesteście. Jeśli wszelako nie zechcecie ani po naszej stanąć stronie, ani też zająć stanowiska sędziów, pozostanie wam trzecia rzecz, którą uczyńcie: opuśćcie obie strony, a nie wyciągajcie korzyści z naszego nieszczęścia ani nie współdziałajcie z tymi, co się uwzięli na zgubę stolicy. A jeśli trapi was tak srogie podejrzenie, czy ktoś z nas nie wchodzi w układy z Rzymianami, obstawcie wszystkie drogi. Skoro się coś okaże, o co nas posądzają, tedy wejdziecie do miasta i ukarzecie tych, którym zdrada zostanie dowiedziona. Blisko leży wasza siedziba, nieprzyjaciel was nie ubiegnie. Jeżeli zaś nic z tego, co tu wam przedkładamy, nie wydaje się wam godziwe, tedy póki z bronią w ręku stoicie pod murami, niechaj was nie dziwią rygle na bramach”.

4. Tak mówił Jezus. Tłumy Idumejczyków wcale nie zwracały uwagi na jego słowa. Szarpała ich złość, że miasto przed nimi zamknięto. Dowódcy ani słyszeć nie chcieli o złożeniu broni, bo takiego rozkazu słuchając, uważać by musieli siebie za jeńców wojennych. Toteż jeden z przywódców Szymon, syn Kaatasa940, z wielkim trudem uciszywszy wrzące gniewem gromady, stanął tak, aby być przez arcykapłanów słyszanym, i odparł: „Nie dziwota941, że obrońców wolności oblężono w Świątyni, gdy oto i wspólną stolicę przed ludem zamknięto, a widocznie otwarta będzie dopiero na przyjście Rzymian, dla których może też uwieńczone zostaną bramy, wówczas gdy z Idumejczykami odbywa się porozumienie z wież, gdy rzucać im każą broń chwyconą do walki za wolność. Nam, współplemieńcom, straży nad miastem nie chcecie powierzyć, a nagle robicie nas rozjemcami sporu; oskarżając zaś ludzi niewinnych o nieprawne wyroki śmierci, piętno hańby wyciskacie na całym narodzie. Miasto, gdzie każdy cudzoziemiec może Bogu cześć oddawać, przed swoimi braćmi zamykacie. Więc niby to przybyliśmy celem mordowania współziomków i wytaczania im wojny, a nie dla zapewnienia wam wolności w waszym nieszczęśliwym położeniu? Pewnie ci, co są tam oblężeni w świątyni, to samo wam wyrządzili, co my, i pewnie równie bezzasadną względem nich ujawniliście nieufność, jak względem nas. Skoro oblegacie ludzi najlepiej dla spraw publicznych usposobionych, skoro zamykacie miasto przed przyjacielskimi narodami i tak niecnymi obarczacie je podejrzeniami, jakże możecie mówić, że wam się gwałt dzieje, jakże możecie tych, których gwałcicie, gwałtownikami nazywać? Któż będzie tak przewrotnych słuchał słów, gdy czyny rzeczy wręcz przeciwnej dowodzą? Chyba jeszcze w końcu powiecie, że to Idumejczycy wykluczyli was ze stolicy, ci Idumejczycy, przed którymi zamknęliście ojczyste świętości? To tylko można zarzucić tym, co są w świątyni oblężeni, że skoro się odważyli karać zdrajców przez was nazywanych ludźmi światłymi i nienagannymi, powinni byli z wami jako ich współspiskowcami także od razu się załatwić, aby za jednym zamachem łeb urwać całej zdradzie. Ale skoro oni zbytnią wykazali miękkość, to my, Idumejczycy, staniemy na straży Domu Bożego, a pierwsi pójdziemy do boju za wspólną naszą ojczyznę, i to nie tylko przeciw wrogom, co to z dalekiego świata do nas przybywają, ale i przeciwko tym, którzy wśród nas gniazdo sobie usłali. Tu pod tymi murami stać będziemy z bronią w ręku, póki Rzymianom się nie sprzykrzy daremnie was oczekiwać albo też dopóki wy sami się nie nawrócicie do sprawy wolności”.

5. Słowom tym przywtórzyły wrzaskliwie tłumy Idumejczyków. Jezus ustąpił bezradnie, widząc, że Idumejczycy wcale nie żywią dobrych zamiarów i że miasto ma teraz wrogów aż z dwóch stron. Ale i Idumejczycy byli zgnębieni. Zrazu wprawdzie bardzo się miotali na hańbę, jaka ich spotkała, że mianowicie zamknięto przed nimi bramy; mniemali wszakże, że stronnictwo gorliwców jest silne; skoro się przekonali, że ci nic dla ich poparcia nie uczynili, coraz bardziej zaczęli żałować, że w ogóle tu przybyli. Wszelako nad wątpliwościami tymi wziął górę wstyd, że z niczym powrócą do domu; pozostali tedy pod murami, aczkolwiek położenie ich wcale nie było miłe. Nocą bowiem zerwała się potężna nawałnica, zawrzały wiatry, lunęły deszcze, niebo bezustannie świeciło błyskawicami, okropne ozwały się grzmoty i rozlegał się złowrogi huk wstrząsanej ziemi. Znać942 porządek świata został zakłócony na zgubę ludzi, a to, co się działo, było widoczną zapowiedzią klęsk, jakie spaść miały.

6. Jedno uczucie targnęło Idumejczykami i ludźmi, którzy się zamknęli w mieście. Pierwsi sądzili, że Bóg się rozgniewał na nich za zbrojne najście stolicy i że będzie ich za to karał. Stronnictwo zaś Anana było przekonane, że już odniosło zwycięstwo bez wszelkiej bitwy, którą właśnie Bóg za nich wiedzie. Źle jednak przyszłe przewidywali wypadki, bo wrogom swoim przepowiadali to, co ich samych spotkać miało. Albowiem Idumejczycy ścisnęli się w gromady, aby się nieco ogrzać, zarazem zaś, złączywszy tarcze nad głowami, mniej dotkliwie odczuwali przykrość ulewy. Gorliwcy zaś, bardziej zaniepokojeni niebezpieczeństwem grożącym ich sojusznikom niż im samym, zeszli się i poczęli radzić, w jaki sposób mogliby im przyjść z pomocą. Gorętsi domagali się, aby zaraz uderzyć na czuwające dokoła świątyni straże, następnie zająć miasto i otworzyć bramy sprzymierzeńcom. Powiadali, że straże znienacka napadnięte potracą głowy i umkną, zwłaszcza że większość jest źle uzbrojona i do boju wcale nie zaprawna; mieszkańcy zaś żadnego nie stawią oporu, bo na pewno przed burzą ukryli się po domach. Ale gdyby nawet takie przedsięwzięcie było niebezpieczne, to powinni się na wszystko ważyć, a nie dać tam marnieć tylu ludziom, którzy dla nich tu przybyli. Natomiast spokojniejsi odradzali gwałtowne wystąpienie, widzieli bowiem, że nie tylko wzmocniono straże, ale i mury z powodu przybycia Idumejczyków starannie obstawiono. Anan z pewnością dobrze pilnuje wszystkiego i sam co godzina obchodzi straże. I rzeczywiście tak działo się każdej nocy poprzedniej, ale już nie tej, i to nie z powodu jakiejś niedbałości Anana, ale dlatego, że już zawisł nad miastem los, który postanowił zgubę i samego Anana, i licznych straży przez niego rozstawionych. Bo kiedy noc zapadła, a nawałnica jeszcze się bardziej wzmogła, los rzucił sen na straże ustawione przy krużganku i los podał gorliwcom myśl, aby za pomocą znajdujących się w świątyni pił przerżnąć rygle bram. Zgrzyt pił ginął w wyciu wichrów i nieustających po rykach gromu.

7. Wyszedłszy tedy niepostrzeżenie z świątyni, stanęli pod murami i przepiłowali zawory bramy znajdującej się najbliżej Idumejczyków. Ci zrazu bardzo się przelękli, albowiem byli przekonani, że to ludzie Anana napad na nich czynią i każdy natychmiast w celu obrony prawicę położył na rękojeści miecza. Ale wnet rozpoznali przybyłych i wraz z nimi weszli do miasta. Gdyby się byli od razu rzucili na mieszkańców, byliby bez najmniejszego oporu cały lud wyrżnęli do ostatniego człowieka, taka bowiem była ich zaciętość. Ale najpierw chcieli uwolnić gorliwców spod oblężenia, zwłaszcza że ci, co ich do miasta w puścili, bardzo na to nalegali, powiadając, że przede wszystkim powinni wybawić z ciężkiego położenia ludzi, dla których tu przybyli, a nie ściągać na ich głowy jeszcze większe niebezpieczeństwo. Bo skoro tylko pobiją straże, łatwo dadzą sobie radę z całym miastem, jeśli zaś przedtem uczynią alarm w mieście, to już potem nie wezmą góry nad strażami. Jeżeli bowiem straże się spostrzegą, staną do szeregu i wszystkie wejścia do świątyni943 zagrodzą;