V
1. to przekonało Idumejczyków. Pędem tedy przebiegli przez miasto do świątyni, gdzie gorliwcy z wielkim zaniepokojeniem wyczekiwali ich przybycia. Ledwo ich tedy posłyszeli, zaraz nabrali odwagi i runęli ze świątyni. Złączywszy się z Idumejczykami, uderzyli na straże, najbliższych zabili we śnie jeszcze pogrążonych, ale na krzyk tych, co się zbudzili, cały oddział porwał się na nogi a każdy chwytał gwałtownie za oręż, aby się bronić. Dopóki mniemali, że napadli na nich sami gorliwcy, bardzo mężnie walczyli w przekonaniu, że przecież zmogą ich swoją liczbą; ale kiedy z drugiej strony zaczęły napływać coraz nowsze gromady, zrozumieli, że Idumejczycy zajęli miasto. Tedy zgasła ich odwaga, ciskali od siebie broń, błagali, by ich oszczędzano, a zaledwie garstka młodzieży, zwarłszy się w zastęp i z wielkim męstwem rzuciwszy się na Idumejczyków, przez czas dłuższy zasłaniała sobą bezradny tłum. Krzyki zbudziły mieszkańców i zwróciły uwagę ich na to, co się działo. Ale gdy wtargnięcie Idumejczyków stało się powszechnie wiadome, nikt już nie śmiał dążyć z pomocą, powstał wielki wrzask, niewiasty uderzyły w płacz, tymczasem tam wśród owych straży każdy człowiek znajdował się w wielkim niebezpieczeństwie. Za to z piersi gorliwców i Idumejczyków dobył się huczny okrzyk bojowy, a wrzawa głosów złączona z wyciem żywiołów jeszcze straszniejsze czyniła wrażenie. Idumejczycy nie oszczędzali nikogo; okrutni z natury, rozwściekleni dolegliwą nawałnicą, rzucili się zajadle na tych, którzy nie dali im wstępu do miasta. Bezlitosny ich miecz spadał zarówno na karki tych, którzy błagali łaski, jak i na tych, którzy stawiali opór; a choć wielu powoływało się na bratnie pochodzenie, choć błagało, aby mieli wzgląd na wspólną Świątynię, cięli ich z całą srogością. Nie było dla nich ani sposobu ucieczki, ani żadnego ratunku; ściśnięci w szeregi padali pod uderzeniami przeciwnika; a gdy parci dalej i dalej przez dyszących mordem napastników spędzeni zostali na sam brzeg góry, gdzie kończyła się wszelka droga, doprowadzeni do rozpaczy, rzucali się w dół do miasta, ginąc jeszcze nędzniejszą śmiercią niż ta, przed którą uchodzili. I oto dokoła całej świątyni ruszyły się potoki krwi a skoro dzień rozwidnił świat, naliczono osiem tysięcy trupów.
2. Ale zaciekłość Idumejczyków jeszcze nie była syta. Z kolei rzucili się na miasto, rabując domy i mordując każdego, kogo tylko dopadli. Wnet jednak powiedzieli sobie, że szkoda marnować czas na tępienie gminu; zajęli się tedy poszukiwaniem arcykapłanów i urządzili na nich tłumną obławę. Szybko zdołali ich wyłapać i życia pozbawić; stanąwszy zaś na ich trupach, urągali życzliwości Anana dla ludu i mowie, którą był Jezus z murów do nich wygłosił. W szaleństwie swym całkiem nie znając miary, poległych żadnym nie uczcili pogrzebem, kiedy właściwie Żydzi tak wielce dbają o chowanie swych umarłych, że nawet zwłoki na krzyż skazanych przed zachodem słońca zdejmują i grzebią944. Nie omylę się przeto, gdy powiem, że upadek miasta rozpoczął się od śmierci Anana, że owego dnia już rozpękły się mury, a sprawa Żydów była przegrana, kiedy swego arcykapłana i wodza, który im wskazywał drogę zbawienia, pośrodku miasta widzieli mordowanego okrutnie. A był to mąż nie tylko wielkiej powagi i prawości, ale choć urodzeniem, stanowiskiem i godnością tak bardzo nad innych wyniesiony, rad z najmniejszymi obcował prostaczkami, kochał prawdziwie wolność i był czcicielem lud owego samorządu. Zawsze na bok odkładał sprawy osobiste, kiedy tego wymagało dobro publiczne, a przede wszystkim dbał o pokój. Znał bowiem niezwalczoną potęgę Rzymian, przewidywał, że Żydzi muszą im w wojnie ulec, jeśli się rozumnie z nimi nie ugodzą. I taka zgoda byłaby bezwarunkowo nastąpiła, gdyby Anan był tylko żył. Albowiem jako znakomity mówca umiał na lud wpływać, a byłby zdołał i na tych oddziałać, którzy mu w poprzek drogi stawali; zresztą945 nawet walcząc pod takim wodzem, byliby Rzymianom sprawili wiele kłopotów. Stosunki najbliższe łączyły go z Jezusem, który choć wcale nie mógł się z nim równać, przecie nad innymi górował. Zdaje się wszelako, że to już sam Bóg postanowił upadek skalanego miasta, a chcąc Przybytek swój oczyścić ogniem, odwołał z ziemi tych, co świątynię jego kochali i strzegli. I oto mężów, którzy jeszcze niedawno, w święte szaty przybrani, stali na czele obrządku wszechświatowego znaczenia, których przybywający ze wszystkich części ziemi pielgrzymi z wielką czcią witali, widziano teraz obnażonych i rzuconych na pożarcie psom i dzikim zwierzętom. Sądzę, że sama Cnota zapłakała nad losem tych poważnych mężów, biadając, że w walce z nikczemnością tak marną zginęli śmiercią. Oto jaki był koniec Anana i Jezusa.
3. Zaledwie oni legli, kiedy gorliwcy z tłumami Idumejczyków rzucili się na lud niby na trzodę nieczystych zwierząt i z dziką rozkoszą nurzali ręce w posoce bratniej. Prostaków chwytano i uśmiercano natychmiast, natomiast ludzi wybitnych i młodych pętano i wtrącano do więzienia, licząc na to, że zyskawszy czas do namysłu wskutek odłożenia śmierci, opamiętają się i wstąpią do ich szeregów. Ale żaden z nich nie nakłonił ucha ku podszeptom, wszyscy woleli raczej śmierć niż na zgubę ojczyzny przystępować do stronnictwa złoczyńców. Toteż pastwiono się na nimi okropnie; bito ich, rozciągano na mękach, a dopiero gdy ciała znieść już więcej nie mogły katuszy, zjawiało się dobroczynne żelazo, śmierć niosące. Kto za dnia szedł do więzienia, ten nocą tam wyzionął ducha. Trupy wyrzucano na pole, aby zyskać wolne miejsce dla nowych więźniów. Na lud zaś padło takie przerażenie, że nikt nie śmiał jawnie opłakiwać umęczonych ani też ich grzebać, chyba w największej tajemnicy; i tylko w ukryciu gdzieś ciekły za nimi łzy, a nim ktoś śmiał westchnieniem ulżyć swojej żałości, pierwej z lękiem oglądał się poza siebie, czy go wróg nie słyszy; bo wnet poszedłby opłakujący śladem drogi opłakiwanego. Zaledwie też niekiedy nocą ośmielano się rzucić grudkę ziemi na zwłoki, co byłoby szaleństwem nierozważnym czynić za dnia. Oto w taki sposób legło dwanaście tysięcy najszlachetniejszej młodzi.
4. A kiedy ludzie ci dość już mieli rzezi, urządzili z kolei urągowisko sądu i wyroku. Jako ofiarę wybrali sobie męża wielce wybitnego, bo Zachariasza, syna Bareisa946. Zawzięli się na niego, bo gardził wszelką nikczemnością i kochał wolność, przy tym był zamożny; przeto chcieli za jednym zamachem zagrabić duże mienie i usunąć człowieka, który mógł był ich jeszcze obalić. Wybrali tedy siedemdziesięciu z prostego gminu, zwołali ich do świątyni i nakazali im jak w teatrze947 urządzić widowisko sądu, mającego orzec, iż Zachariasz zdradził ojczyznę na rzecz Rzymian i w tym celu nawiązał z Wespazjanem stosunki. Oskarżenia nie popierali żadni świadkowie ani też żadnych innych nie przedstawiono dowodów; oskarżyciele oświadczyli tylko, że są o tym zupełnie przekonani, sądzili też, że to zupełnie wystarcza dla stwierdzenia prawdziwości zarzutów. Kiedy Zachariasz spostrzegł, że nie ma dla niego ratunku, że nie stoi przed żadnym sądem, lecz że został podstępnie ujęty, nie chciał oddać życia swego, żeby im przedtem całej prawdy nie bryznął w oczy. Tedy powstawszy, wyszydził pychę oskarżycieli, zwięźle wykazując całą bezzasadność wytoczonej sprawy. Następnie jednak zwrócił się do samych oskarżycieli, wyliczył im wszystkie przestępstwa, gorzko biadając nad upadkiem ładu i składu spraw publicznych w ojczyźnie. Gorliwcy przerywali mu okrzykami, nie chwytali jednak za broń, bo chcieli odegrać do końca czczą komedię, a także wypróbować sędziów, czy wobec grożącego niebezpieczeństwa zechcą się kierować słusznością. Ale przecież owych siedemdziesięciu orzekło, iż Zachariasz jest niewinny i że wolą raczej umrzeć z nim razem niż śmiercią niewinnego obarczyć swoje sumienie. Wtedy gorliwcy podnieśli niesłychaną wrzawę, bynajmniej nie ukrywając swego oburzenia na sędziów, iż nie chcieli zrozumieć, że władza sędziowska była im dana tylko dla pozoru. Wreszcie dwóch największych zuchwalców przypadło do Zachariasza i oto w samym środku świątyni usiekli go, a gdy padł, urągali nad nim: „Oto masz nasz głos, aby uwolnienie twoje żadnej nie podlegało wątpliwości!”. Następnie zwłoki jego wywlekli z świątyni i rzucili z góry w dolinę948. Sędziów natomiast, wypłazowawszy, wypędzili za bramy świątyni, a dlatego jedynie ich nie wymordowali, aby rozbiegłszy się po całym mieście, nieść mogli wszędzie wieść o zupełnym ujarzmieniu ludu.
5. Ale Idumejczycy, patrząc na te ohydy, naprawdę już żałowali, że przybyli im na pomoc. W dodatku zjawił się u nich z własnego popędu jeden z gorliwców, zebrał ich i wyjaśnił im, jakich względem stolicy dopuścili się przestępstw razem z tymi, którzy ich tutaj przyzwali, a także szczegółowo wyłożył im, w jakim położeniu znajduje się miasto. Jest to zrozumiałe, że chwycili za broń, bo mniemali, iż arcykapłani chcą stolicę wydać Rzymianom, ale gdy żadne dowody nie poparły tych podejrzeń, stali się bądź co bądź obrońcami fałszywych oskarżycieli, wywrotowców i gwałcicieli ludu. Należało temu zapobiec zaraz na samym początku. Skoro jednak zostali współwinnymi wymordowania rodaków, powinni się opamiętać i odejść, aby dłużej nie wspierać tych, którzy ojczyznę gubią. Jeżeli ci i owi są jeszcze zagniewani, że zamknięto przed nimi bramy i nie wpuszczono ich do miasta z bronią w ręku, niechaj przyznają, że winni już karę ponieśli; Anan został zabity, a w ciągu jednej nocy prawie cały lud wymordowano. Dla wielu spomiędzy nich, jak widzi, bynajmniej to wszystko, co się dzieje, nie jest po myśli; gorliwcy w okrucieństwach przebrali wszelką miarę, a nawet już się wcale z nimi nie liczą, skoro na oczach sprzymierzeńców dopuszczają się najcięższych przestępstw. Odpowiedzialność, rzecz prosta, spada za to wszystko także na Idumejczyków, skoro nie kładą tamy przestępstwom i przestępców nie opuszczają. Ponieważ okazało się, że owa rzekoma zdrada była czczym wymysłem, ponieważ Rzymianie bynajmniej rychło nie nadciągną, a miasto jest należycie obwarowane, niechaj tedy wracają do domu, a wszelkie zło, jakie popełnili wskutek tego, że zostali w błąd wprowadzeni, naprawią najlepiej w ten sposób, że odtąd przerwą wszystkie stosunki z tymi kłamcami.