VII

1. Wespazjan z kolei uderzył na miasto Gadarę811 i zajął je bez wszelkiego oporu, gdyż wszelki mąż zbrojny był z niej uszedł. Kazał tedy natychmiast wszystkich zabijać, którzy tylko do boju zdolni byli812, Rzymianie natomiast z nienawiści ku Żydom i pomni klęski Cestiusza, uśmiercali wszystkich bez różnicy wieku. Puszczono z dymem nie tylko miasto, ale wokoło wszystkie wsie i osady. Były one przeważnie zupełnie wyludnione, kogo jednak napotykano, powleczono do niewoli.

2. Kiedy Józef pojawił się w Tyberiadzie jako zbieg, padł na mieszkańców strach, albowiem mniemali, że już całkiem zwątpił w szczęśliwy obrót wojny. Nie mylili się też bardzo. Widział on bowiem jasno, czym się to dla Żydów skończy i że jedna uległość może ich uratować od zagłady. Sam osobiście mógł był liczyć na jakieś względy ze strony Rzymian, wszelako stokrotnie813 wolał umrzeć niż zdradzić ojczyznę i zhańbić swe stanowisko szukaniem szczęścia u tych, których powinien był zwalczać. Postanowił tedy wysłać pismo do władz jerozolimskich z dokładnym przedstawieniem rzeczy, nie przesadzić w określeniu potęgi nieprzyjaciela, aby go o tchórzostwo nie posądzono, ale też i prawdy nie zataić, aby nie podniecić do wojny tych, którzy już może myśleli o jej zaniechaniu. Jeżeli tedy noszą się z zamiarami układów, mają go natychmiast o tym zawiadomić, jeżeli zaś chcą z Rzymianami dalej wojować, niechaj mu przyślą odpowiednie posiłki. Pismo to wysłał do Jerozolimy natychmiast.

3. Wespazjan, dowiedziawszy się, że większa część nieprzyjaciela zamknęła się w Jotapacie i że znalazła tam silne oparcie, postanowił zburzyć to miasto. Posłał tedy przodem lekko uzbrojoną piechotę i jeźdźców celem utorowania drogi, która była bardzo skalista, dla żołnierza pieszego do przebycia mozolna, a dla konnicy wprost niedostępna. Ci uwinęli się w ciągu czterech dni i wygładzili drogę dla pochodu wojsk. Dnia piątego, a był to dwudziesty pierwszy miesiąca Artemisios814, Józef przybył z Tyberiady do Jotapaty i bardzo pokrzepił upadłych na duchu Żydów. Zbieg jakiś doniósł Wespazjanowi o pojawieniu się Józefa, czym go bardzo ucieszył; radził mu też nie zwlekać z szturmowaniem Jotapaty, bo gdy ją zajmie, a w dodatku przychwyci Józefa, będzie panem całej Judei. Wespazjan poczytywał tę wiadomość za bardzo pomyślną i wydało mu się to po prostu zrządzeniem Bożym, iż ten, który wśród nieprzyjaciół za najzdolniejszego uchodził815, własnowolnie wpadł w potrzask. Pchnął tedy zaraz na czele tysiąca jeźdźców Placidusa i dekuriona816 Ebucjusza817, rozumnego i mężnego człeka, aby miasto oblegli i Józefowi wymknąć się nie dali.

4. Nazajutrz po ich odejściu ruszył osobiście na czele wszystkich wojsk swoich i nad wieczorem stanął pod Jotapatą. Rozłożył się obozem w stronie północnej o siedem stajań od miasta, umyślnie tak blisko, aby widokiem siły rzymskiej rzucić na Żydów postrach. Cel ten w zupełności osiągnął i odtąd żaden z mieszkańców Jotapaty nie ważył się już wychylać za mury. Zaraz do szturmu nie ruszał, bo wojsko całodziennym pochodem było zmęczone; kazał tylko opasać miasto ze wszystkich stron podwójnym kołem zbrojnych szeregów, a trzeci krąg na zewnątrz utworzyła jazda, aby nikt z oblężonych nie mógł się przekraść. Żydzi jednak, którzy teraz wszelką nadzieję ratunku stracili, właśnie dlatego niesłychanej nabrali śmiałości, jak to na wojnie, gdy konieczność przydusi, niezwykłe męstwo budzi się w człowieku.

5. Dnia następnego, gdy się rozpoczął szturm na miasto, okoliczni Żydzi pod murami obozujący, początkowo całkiem dzielnie opór Rzymianom stawiali. Ale gdy Wespazjan rzucił na nich łuczników, procarzy i niezliczoną ilość żołnierza różnym pociskiem miotającego, gdy sam z piechotą piął się pod górę stromą, skąd łatwo było wedrzeć się na mury, Józef zatrwożył się o miasto i na czele wszystkich swych ludzi uczynił wycieczkę na nieprzyjaciela. Rzuciwszy się gwałtownie na zbite szeregi Rzymian, Żydzi odpędzili ich od murów i dnia tego błysnęli niejednym śmiałym i dzielnym czynem. Co prawda tyleż sami ponieśli strat, ile ich zadali. Żydów gnała do boju rozpacz, Rzymian duma; pierwszych pchała śmiałość i zaciekłość, drudzy mieli za sobą sprawność bojową i siłę. Wrzał tedy bój dzień cały i dopiero z nastaniem nocy Żydzi nieco sfolgowali, ubiwszy spomiędzy Rzymian trzynastu i wielką ich liczbę pokrywszy ranami, sami zaś mieli siedemnastu poległych, a rannych sześciuset.

6. Nazajutrz znowu wypadli na Rzymian i z większą jeszcze zajadłością rzucili się do walki, gdyż powodzenie dnia poprzedniego ogromnie dodało im odwagi. Ale i Rzymianie walczyli zacięcie, gdyż duma ich zamieniła się w wściekłość i niemal za klęskę to sobie poczytywali, że nie udało się im odnieść zwycięstwa od pierwszego natarcia. Tak aż do piątego dnia zmagano się bez przerwy, a obrońcy Jotapaty coraz gwałtowniejsze czynili na Rzymian wypady lub też z murów miotali na nich pociski. Już przewaga Rzymian bynajmniej ich nie zastraszała, ale też i Rzymian nie zrażały trudności, jakie się wciąż nastręczały.

7. Na wyniosłej skale prawie cała wydźwignięta jest Jotapata, a ze wszystkich jej stron zieje głębia, że głowa doznaje zawrotu, nim oko gdzieś o dno uderzy. Dostępna jest tylko od północy, gdzie miasto na spadach góry w dół się ciągnie. Ale Józef i tę dzielnicę obwarował, aby wróg tędy nie wdarł się do środka miasta. Okoliczne góry ze wszystkich stron Jotapatę zasłaniają, że ujrzeć ją można dopiero, podszedłszy całkiem blisko.

8. Wespazjana nie zraziło silne położenie twierdzy ani śmiały opór Żydów, ale wszystkie te przeszkody zmóc postanowił. Wezwał tedy na naradę wodzów swoich i zaczęto się zastanawiać nad najwłaściwszym sposobem szturmowania miasta. Zapadło postanowienie, że od strony dostępnej dźwigną przed murami wał. Natychmiast rozesłano wojsko po niezbędne do tego materiały. Jedni tedy wycinali dokoła miasta las i znosili zrąbane kłody oraz zwlekali głazy, drudzy wbijali pale i rozpinali na nich wiklinowe plecionki818 jako osłonę dla tych, którzy wał dźwigali, aby ich nie raziły miotane z murów pociski, inni wreszcie rozkopywali przyległe wzgórza, dowożąc tamtym ziemię. Na trzy tedy rodzaje rozdzielili między siebie roboty, a nikt zaiste nie spoczywał. Żydzi natomiast strącali na nich z murów wielkie kamienie i przeróżne miotali w dół pociski. A chociaż osłon owych nie przebijali, przecież ów ustawiczny i potężny łomot wielką dla oblegających stawał się przeszkodą.

9. Teraz Wespazjan rozkazał ustawić dokoła machiny oblężnicze i skierować na obsadzone przez nieprzyjaciela miasto. Machin tych było ogółem sto sześćdziesiąt. Jęły tedy z katapult wylatywać oszczepy, balisty miotały ciężkie głazy, wagi całego talentu819, padały głownie gorejące i całe chmary zbitych w masę pocisków. I już ani na murach Żydzi ustać nie mogli, ani nawet w pobliżu, bo w dodatku pustoszące działanie tych machin wspierali wszyscy arabscy łucznicy, wszyscy procarze i wszyscy dzirytnicy strzałami, głazami, dzirytami. Ale gdy Żydzi nawzajem miotać na nich pocisków swoich nie mogli, czasu bezczynnie nie tracili, jeno na sposób bandycki wypadali rotami820, zrywali osłony i obnażonych na wale żołnierzy trupem kładli. A gdy wybili robotnika wał dźwigającego, niszczyli sam wał, palili budulec i plecionki, aż Wespazjan zauważył, co jest powodem tych strat; działo się to wskutek tego, że robót nie prowadzono w linii zwartej, że między przerwy Żydzi mogli wpadać i to, co było już dokonane, niszczyć. Kazał tedy owe osłony łączyć w jeden ciąg, a dzięki temu i wojska jego w jedną złączyły się linię, napady Żydów zaś tym sposobem zostały udaremnione.

10. Wał tymczasem rósł i już niebawem zrównać się miał z blankami murów twierdzy. Zauważył tedy Józef, jak wielkie miastu grozi niebezpieczeństwo, jeżeli nie wymyśli czegoś ku obronie. Zgromadził tedy budowniczych i kazał im wziąć się do pracy nad podwyższeniem muru. Ci jednak orzekli, iż nie ma żadnego sposobu budować pod takim gradem pocisków. Tedy Józef wpadł na pomysł następujący. Aby budowniczym utworzyć osłonę, kazał powpuszczać w mur pale, rozciągnąć na nich skóry świeżo zdarte z wołów, aby miotane przez balisty głazy w nich więzły, inne pociski od nich się odbijały, a ciskany ogień wilgoci skór się nie imał. Pod taką tedy osłoną dzień i noc bezpiecznie ludzie pracowali; toteż podwyższyli mur o łokci dwadzieścia, pobudowali na nim nowe blanki i liczne prócz tego wznieśli wieże. Znacznie przeto ostygł wojenny zapał Rzymian, którym się zdawało, że już są w środku miasta; zdumieli zarówno nad pomysłowością Józefa, jak i nad uporem oblężonych.

11. Ten czyn strategiczny i śmiałość obrońców Jotapaty srodze rozgniewały Wespazjana. Zaraz też Żydzi, nabrawszy wielce odwagi wskutek owego szczęśliwego podwyższenia muru, ponowili swoje napady na Rzymian i znowu dzień w dzień toczyły się utarczki, dokonywane były napady bandami, zasadzki rozmaite, plądrowanie tego, co się plądrować dało, palenie rusztowań oblężniczych, aż Wespazjan postanowił bój przerwać, a szczelnie otoczone miasto brać głodem. Rozumował, że pozbawieni żywności obrońcy albo do niego zwrócą się z błaganiami, albo gdy upór do ostateczności doprowadzą, zginą z niedostatku. Sądził też, że łatwiej rzecz pójdzie, gdy jakiś czas będzie zwlekał i dopiero na wyczerpanych brakiem środków napady ponowi. Rozkazał tedy czekać, a pilnie tylko strzec oblężonego miasta.

12. Zboża i wszelkich innych zapasów prócz soli było w Jotapacie pod dostatkiem, natomiast brakowało wody, gdyż w mieście nie wytryskało ani jedno źródło i trzeba się było obywać tylko deszczówką. Ale deszcz latem jest w tych okolicach rzadkością, a właśnie na tę porę przypadło oblężenie. Myśl, że może wody zabraknąć, tak przygniatała mieszkańców, jak gdyby już istotnie ostatnie wyczerpano wiadro. Józef rozważywszy, że miasto jest dostatecznie w żywność zaopatrzone, że odwaga obrońców niezachwiana, pragnąc przedłużyć oblężenie nad wszelkie rachuby Rzymian, rozkazał wydzielać ludziom racje wody. Ale wstrzemięźliwość drażniła ich niemal jeszcze bardziej niż rzeczywisty brak; że nie mogli pić do woli, jęli tak łaknąć, jak gdyby z pragnienia ginęli. Rzymianom w dodatku nie pozostało to tajne, albowiem z wału swego górą przez mur spoglądając, widzieli, jak się lud w jedno miejsce schodził, jak mu wodę odmierzano. Natychmiast zatem na to miejsce poczęli miotać pociski i znaczną ilość ludzi ubili.

13. Wespazjan mógł tedy liczyć na to, że niebawem zbiorniki zostaną wyczerpane i że miasto z braku wody będzie się musiało poddać. Józef, chcąc mu odebrać te nadzieje, nakazał swoim ludziom zmoczyć szaty i rozwiesić na blankach, że wszędzie woda ściekała po całym murze. Takie szafowanie wodą, której przecież miało brakować, zasępiło Rzymian, a sam wódz naczelny, straciwszy wiarę w możność zdobycia miasta przez wygłodzenie, znowu sięgnął do broni i gwałtu. Tego tylko gorąco Żydzi pragnęli. Zwątpiwszy bowiem, że zdołają uratować i siebie, i miasto, woleli ginąć w boju niż marnieć powoli z głodu i pragnienia.

14. Prócz tego podstępu Józef obmyślił jeszcze inny, którego celem było obfite zaopatrzenie miasta w żywność. W stronie zachodniej przez niedostępną szczelinę skalną, której wróg nawet nie uważał za właściwe strzec należycie, wysyłał listy, ile razy jeno chciał, do Żydów okolicznych, wyciągał w górę tę żywność, której w mieście było mniej, nakazywał tylko ludziom, aby mijając posterunki, pełzali, okrywszy plecy kosmatymi skórami, to straże nocne, gdyby ich nawet spostrzegły, brać ich będą za psy. W końcu jednak i ten podstęp został wyśledzony, a Rzymianie szczelinę obstawili żołnierzem.

15. W owym czasie Józef zauważył, że miasto długo już utrzymać się nie może i że jego osobisty ratunek byłby bardzo wątpliwy, gdyby w nim pozostał. Przeto w kole starszyzny począł się naradzać nad ucieczką. Ale tłum wymiarkował te jego zamiary, obległ go i błagał, aby ich nie opuszczał, bo w nim jedyna nadzieja obrony miasta. Póki tu pozostanie, będą walczyli do upadłego, a gdyby nawet w ręce nieprzyjacielskie dostać się mieli, jego obecność podtrzyma w nich ducha. Nie powinien uciekać przed wrogiem, nie powinien opuszczać przyjacielskiej drużyny, nie powinien w czasie burzy opuszczać okrętu, na który wsiadł, gdy przyświecała pogoda. Ucieczką swoją zada miastu cios ostateczny, bo nikt już nie będzie śmiał potykać się z nieprzyjacielem, gdy braknie tego, który wszystkich krzepił.

16. Józef tłumaczył im, że bynajmniej nie dla własnego ratunku chce opuścić miasto, ale wyłącznie dla ich dobra821. Oblężenie mogą wytrzymywać i bez niego, a jeśli padną, to zginie on niepotrzebnie razem z nimi. Tymczasem, przedarłszy się przez nieprzyjaciela, może im oddać ważne usługi. Zbierze pospiesznie okolicznych Galilejczyków, napadnie na Rzymian, odciągnie ich od miasta. A tu nie tylko nie może im być pomocny, lecz obecnością swoją jedynie do coraz większego naporu na miasto podżega Rzymian, którym bardzo na tym zależy, aby go dostać w swoje ręce. Gdy dowiedzą się, że zbiegł, zapał ich zaraz ostygnie. Wszelako nie udało mu się tymi wywodami przekonać tłumu, który jeszcze bardziej cisnął się dokoła niego. Młódź822, starcy, niewiasty z niemowlętami u piersi padały z płaczem przed nim, obejmowały za nogi i szlochając, prosiły, aby pozostał i dolę ich dzielił, a jak się zdaje, nikt mu ratunku nie zazdrościł, jeno, zatrzymując go, w swój własny wierzył. Ustaliło się bowiem śród ludu mniemanie, że póki Józef z nimi, nic złego im stać się nie może.

17. Jóżef spostrzegł, że gdyby się dalej przy swoim opierał, to te błagania łatwo mogłyby się zamienić na otwarty bunt przeciw niemu. Zresztą błagania owe bardzo go wzruszyły i bardzo jego zamiarami zachwiały. Postanowił tedy zostać, a natchniony położeniem chwili zawołał: „Walczmy tedy natychmiast, kiedy wszelka nadzieja ratunku dla oczu naszych zagasła, za cenę życia zdobywając piękną sławę, a potomność niechaj wie823 o naszych bohaterstwach!”. Po tych słowach natychmiast wziął się do czynu. Na czele najmężniejszego oddziału obrońców Jotapaty rzucił się z miasta na wroga, rozbił przednie straże, dotarł do samego obozu, zniszczył osłony nad ludźmi budującymi wał i rzucił ogień na budowle oblężnicze. Takie same wypady czynił dnia drugiego i dnia trzeciego, i jeszcze przez cały szereg dni następnych, walcząc i dniem, i nocą, bez spoczynku.

18. Wespazjan, widząc, jakie wskutek tych napadów Rzymianie straty ponoszą, jaki wstyd im przed Żydami pierzchać, a gdy Żydzi zwycięsko się cofają, jak trudno im dopędzać ich w ciężkim uzbrojeniu, jak Żydzi, straty zadawszy, całkiem bezpiecznie do miasta za każdym razem uchodzą, rozkazał hoplitom usuwać się od starć, a nie walczyć z ludźmi, którzy tylko śmierci szukają. Nic bowiem tak niebezpiecznym w boju nie czyni, jak rozpacz, a gdy się usuną, wtedy szał bojowy Żydów wygaśnie jak ogień, gdy braknie drew, które pożerałby swymi płomieniami. Zresztą Rzymianie powinni spomiędzy różnych dróg do zwycięstwa wiodących obierać tę, która jest najpewniejsza, gdyż nie prowadzą wojny obronnej, ale zaborczą. Odtąd też dla odpierania napadu Żydów używano głównie łuczników arabskich i procarzy syryjskich. Były także w ustawicznym ruchu wszystkie machiny oblężnicze. Przed pociskami z nich padającymi Żydzi cofali się zawsze ze stratami, ale jeśli udało się im podejść bliżej, zadawali Rzymianom ciężkie razy, walcząc na śmierć i życie, a miejsce rannych i niezdolnych do walki zastępowały po obu stronach wciąż nowe siły.

19. Gdy tak wszystko się przewlekało, a napady Żydów tylko się mnożyły, Wespazjan podlegał wrażeniu, że nie on oblega, jeno sam jest oblężony. Ponieważ wały bardzo się już do murów zbliżyły, przeto postanowił podsunąć taran. Jest to potężny bal niby maszt okrętowy, na przedzie mający silne okucie w kształcie głowy baraniej i dlatego też zwą go baranem. Bal ten, w połowie swej długości ujęty liną, wisi na belce poprzecznej, spoczywającej na dwóch tęgich palach. Cały zastęp żołnierzy odciąga ów taran w tył, a następnie rzuca go naprzód, tłukąc mur żelaznym okuciem. Nie ma ni wieży tak mocno zbudowanej, ni muru tak grubego, który by po pewnej ilości tych potężnych uderzeń nie skruszał i nie rozpękł się. Po ten srogi przyrząd sięgnął teraz wódz rzymski, bo już mu się spieszyło do miasta, albowiem ruchliwość Żydów przy dalszym zwlekaniu mogła jedynie zwiększyć poniesione straty. Zarazem podsunięto bliżej katapulty i inne machiny miotające pociski, aby spędzić z murów tych, którzy by chcieli przeszkadzać. Także bliżej podeszli łucznicy i procarze. Gdy wobec tego żaden z obrońców Jotapaty nie mógł się ważyć wstąpić na mur, żołnierze rzymscy podsunęli taran, który dla osłony samego przyrządu i ludzi obsługujących go pokryty był ze wszystkich stron plecionkami wiklinowymi, a w górze jeszcze skórami. Zaraz przy pierwszym uderzeniu drgnął mur, a z piersi obrońców Jotapaty wybiegł ogromny krzyk, jak gdyby już wszystko było stracone.

20. Skoro Józef zauważył, że taran ustawicznie tłucze jedno miejsce w murze i że tutaj mur niebawem runie, wpadł na pomysł obezwładnienia srogiej machiny. Rozkazał sypać w wory plewy i tak napełnione miechy opuszczać na te miejsca, na które taran kierowano. Zaraz też wskutek konieczności zmiany celu uderzenia były mniej pewne, a gdy w wory trafiały, traciły na sile z powodu ich miękkości. Dla Rzymian powstała stąd wielka mitręga, bo w którąkolwiek stronę kierowano taran, zaraz tam Żydzi opuszczali swoje miechy i mur znacznie mniej teraz cierpiał od siły uderzeń. Ale i Rzymianom na pomysłach nie brakło. Osadzali sierpy na długich drągach i zaczęli zwieszające się wory obcinać. I znowu potężniej łomotał taran, a ponieważ mur był świeży i ponieważ już się zaczynał poważnie chwiać, przeto ludzie Józefa chwycili się innego środka obrony, a mianowicie ognia. Nabrawszy suchych drew, skąd ich tylko dobyć mogli, po trzykroć z bram wypadli, zapalili rzymskie machiny, osłony, rusztowania. Rzymianie słaby stawili opór, raz dlatego, że zuchwałe natarcie Żydów całkiem ich zaskoczyło, a po wtóre dlatego, ponieważ szerzący się pożar jeszcze bardziej im dokuczył niż sam nieprzyjaciel. Albowiem suche drzewo, oblane asfaltem, smołą i siarką, nieciło pożar, który się przerzucał z konstrukcji na konstrukcję z przerażającą gwałtownością, że po upływie godziny z wielkim mozołem przez Rzymian wzniesione urządzenia oblężnicze w kupę popiołów były zmienione.

21. Wtedy to odznaczył się pośród Żydów pewien mąż, który godzien jest, aby go pamięć ludzka wspominała. Był to Eleazar, syn Samiosa, z Saby824 w Galilei. Dźwignąwszy olbrzymi głaz, rzucił nim z muru na taran z tak bezmierną siłą, że mu ów łeb barani odtrącił, sam zaś natychmiast skoczył w dół, łeb w ręce chwycił i do muru z powrotem przyskoczył, bezprzykładną śmiałość okazawszy. Niby cel widoczny dla pocisków nieprzyjacielskich, z piersią obnażoną, a żadnym pancerzem niepokrytą, został przeszyty pięciu strzałami, na co nie zważając, wdarł się znowu na mur, gdzie oczy wszystkich z podziwem na niego się obróciły, a każdy unosił się nad tym wspaniałym czynem. Ale też i zaraz, wijąc się z boleści, runął z muru w dół wraz z taranim łbem. Po nim najwięcej męstwa okazali dwaj bracia, Netejras825 i Filip ze wsi Ruma, także Galilejczycy. Wysunąwszy się ku żołnierzom dziesiątej legii, z taką gwałtownością rzucili się na Rzymian, że przełamali ich szeregi i pędzili przed sobą wszystkich, kogo tylko napotkali.

22. Za nimi rzucił się Józef na czele reszty załogi z wielką ilością buchających ogniem głowni, zapalił machiny wraz z wszelkimi rusztowaniami oblężniczymi piątej i dziesiątej legii, które pierzchły, a on je pędził, gdy inni niszczyli przyrządy i nagromadzony budulec. Ale pod wieczór Rzymianie znowu przywiedli pod mur swój taran i jęli tłuc miejsce dawniejszymi uderzeniami nadwyrężone. Wtedy zdarzyło się, że jeden z obrońców Jotapaty ugodził Wespazjana strzałą w stopę826. Rana była lekka, albowiem wskutek znacznej odległości pocisk utracił był swój pęd. Natychmiast wielki przestrach ogarnął Rzymian. Niepokój tych, co z bliska na krew patrzyli, na skrzydłach wieści poleciał przez cały obóz, wojska porzuciły oblężenie i ze strachem okrążyły wodza. A przed innymi nadbiegł wielce zatrwożony Tytus. Żołnierze przywiązani do ojca, widząc trwogę w twarzy syna, popadli w wielkie przygnębienie. Ale ojciec rychło i syna uspokoił, i ład w wojsku przywrócił. Zapanowawszy nad cierpieniem, starał się pokazać na oczy każdemu, kto go tylko pragnął widzieć, i tym postępkiem jeszcze bardziej zagrzał żołnierzy do boju z Żydami. Każdy teraz chciał po prostu pomścić swego wodza, każdy rwał się naprzód, a żołnierze, zachęcając się wzajemnie okrzykami, rzucili się ku murom.

23. Chociaż katapulty i balisty szerzyły spustoszenie wśród obrońców, nie dali się teraz z murów spłoszyć, ale miotali ogień, żelazo i skałę na tych, którzy pod osłoną plecionek wiklinowych bili w mur taranem. Wszelako albo nic, albo mało zdziaławszy, gęstym padali trupem, gdyż wróg był schowany dobrze, a oni wciąż na widoku. Płonące głownie, nim z rąk ich przez powietrze uleciały, oświetlały ich przeraźliwie niby w widny dzień, że byli jak cel do mierzenia, sami zaś przed padającymi pociskami usuwać się nie mogli, bo wylatywały z machin pogrążonych w oddaleniu i ciemności. Pociski skorpionów i katapult zmiatały ich całymi szeregami, a skały lecące z balist utłukiwały blanki murów i szczerbiły wieże. Żaden †827 oddział żołnierzy nie jest tak liczny, iżby go siła i wielkość takiego pocisku nie przeszyła do ostatniego szeregu. Oto kilka zdarzeń z owej pamiętnej nocy, które przedstawią potęgę tych machin. Jednemu z ludzi Józefowych, gdy stał na murze, pocisk urwał głowę i odrzuciło trzy stajania. Kiedy budził się dzień, niewiasta ciężarna, która wyszła z domu, w żywot została ugodzona, a płód z niej wyrwany opadł o pół stajania. Oto jaka była siła balist. Jeszcze bardziej przejmował grozą warkot tych przyrządów i dźwięk lecących przez powietrze pocisków. Trup za trupem walił się z muru, z łoskotem o ziemię uderzając; miasto napełniło się lamentem niewiast, a wśród tego lamentu słychać było na murach jęczenia umierających. Płynęła tam posoka ludzka strumieniem, a przed murem dźwignął się wał trupów, że po nim można było wejść do miasta. Łomot powiększały ściany okolicznych gór, odpowiadając echem, a nocy owej oczy i uszy pełne były okropności. Wielu obrońców Jotapaty legło śmiercią szlachetnych, wielu odniosło rany. Nareszcie o straży zarannej828 mur, ciągłymi uderzeniami osłabiony, zaczął pękać. Ale garść żołnierzy Józefowych, dobrym pancerzem pokryta i zaopatrzona w dobrą broń, dźwignęła szaniec za wyłomami, nim Rzymianie zdołali przerzucić swoje pomosty829 .

24. Wespazjan, po trudach nocy dawszy wojskom krótki wypoczynek, zarządził szturm na miasto. Chcąc przede wszystkim spędzić obrońców z uszkodzonych części muru, spieszył wyborowych jeźdźców i uzbrojonym od stóp do głów kazał się ustawić w potrójnym szyku u wyłomów, z najeżonymi włóczniami, aby gdy tylko pomosty830 będą rzucone, pierwsi rzucili się do wnętrza. Za nimi stanęła wszystka piechota. Natomiast konnica otoczyła całą górę, na której stało miasto, aby w czasie szturmu nikt z oblężonych nie mógł im ujść. Dalej za konnicą ustawił wielkim kołem łuczników z rozkazem, aby mieli strzały na cięciwie, tak samo uszeregował procarzy, a przy wszystkich machinach ludzi postawił. Innym zaś przykazał podsuwać się z drabinami831 pod te części muru, które uszkodzeń nie miały, aby obrońcy, zajęci ich spędzaniem, wyłomów dobrze pilnować nie mogli, o ile by zaś pilnowali, kazał godzić w nich strzałami i w ten sposób płoszyć.

25. Ale Józef wymiarkował cały ten podstęp. Tedy na owe nieuszkodzone części muru wywiódł starców i ludzi wyczerpanych, wiedząc, że nic im się tu nie stanie, natomiast u wyłomów ustawił najdzielniejszych mężów po sześciu w szeregu, z którymi też sam dzielił to niebezpieczne stanowisko. Kazał im też pozatykać sobie uszy, aby okropny okrzyk bojowy legii nie zachwiał ich odwagi, a przed gradem pocisków kazał im bronić się w ten sposób, iż mieli przyklękać i tarcze nad głowami dzierżyć. A także kazał im cofać się nieco, aż łucznicy wskutek pospiesznej strzelaniny opróżnią swoje kołczany. Kiedy wróg rzuci pomosty832, mają wypaść i iść naprzeciw po jego własnym urządzeniach. Każdy niechaj walczy nie jak w obronie ojczyzny, ale już jakby poszukiwał pomsty na tych, co ją do upadku przywiedli. Nareszcie przed oczy im postawił, jak to wróg po zdobyciu miasta będzie mordował starców, kobiety, dzieci; niech tedy już teraz starają się wywrzeć gniew swój na Rzymianach za przyszłe ich gwałty.

26. Oto w jaki sposób Józef podzielił swoich ludzi na dwa oddziały. Ale gdy bezczynny tłum niewiast i dzieci ujrzał miasto ze wszystkich stron otoczone wojskiem niby potrójnym pasem, a mimo bezmiernej tam ilości na stanowiskach przednich wcale żołnierza nieprzyjacielskiego nie ubyło, gdy zobaczył owych wojowników stojących z dobytym przed wyłomami orężem, gdy na wszystkich górach okolicznych błysnęła broń i strzały w pogotowiu dzierżone, wtedy uderzył płacz niby ostatnia skarga nad zburzeniem miasta, jak gdyby cios nie był dopiero zamierzony, ale już spadł. Aby niewiasty biadaniami nie osłabiały ducha walczących, Józef kazał je pozamykać w domach i surowo zalecił im milczenie. Następnie stanął na stanowisku u wyłomu, na który los ciągnął, nie zwracając uwagi na te części muru, do których Rzymianie przybliżali się z drabinami833, tylko z natężoną uwagą czekał chwili, kiedy poczną padać pociski.

27. Naraz zawrzasły trąby wszystkich legii, z piersi wojsk dobył się ogłuszający okrzyk wojenny, a nadany znak warknęła ze wszystkich stron chmura strzał i zaćmiła powietrze. Pomni wskazówek, ludzie Józefa pozatykali sobie uszy przed tą wrzawą okrutną, ciała swe ukryli przed lecącymi pociskami, a gdy opadły pomosty, rzucili się w stronę wroga, nim on sam zdążył na pomosty834 stąpić. Tak tedy zwarli się z nieprzyjacielem w boju ręcznym, dzielnością ramienia i błyskiem męstwa wielokrotnie się odznaczając i mimo ciężkiego położenia w niczym nie ustępując wrogowi, który zajmował lepsze stanowisko. Nie przepuszczali Rzymianom i albo wroga trupem kładli, albo sami padali. Ale ponieważ wyczerpanych bojowników835 żydowskich nie zastępowały świeże szeregi, gdy tymczasem po stronie rzymskiej na miejsce osłabłych wciąż nowe wysuwały się zastępy i zaledwie jednych odrzucono, już drudzy się naprzód parli, przeto Rzymianie zdołali niebawem, wzajemnie krzepiąc się okrzykami, z tarcz nad głowami836 wzniesionych utworzyć zwartą, jednolitą całość, która niby olbrzymie cielsko, całym rozmachem swoim płynąc naprzód, spychała Żydów i już lada chwila miała wedrzeć się do środka.

28. Wtedy ostateczność, ta najlepsza doradczyni zrozpaczonych, nasunęła Józefowi myśl lania wrzącej oliwy na zbite szeregi wroga. Zaraz też jego ludzie, jakby się do tego byli przygotowali, mieli jej na murach pod dostatkiem; lali tedy ów wrzątek na Rzymian, a wylawszy, jeszcze rozpalonymi naczyniami w nich ciskali. Poparzeni Rzymianie zachwiali się i w okropnych boleściach ześlizgiwali się w dół, oliwa spływała im pod zbroją od głów do stóp, parząc ich ciała niby płomieniem, jako że z natury swojej łatwo się daje rozgrzać, a z powodu tłustości powoli stygnie. Zakuci w hełmy i zbroje nie mogli się z owego ognia ogarnąć, a miotając się na wszystkie strony w boleściach, spadali z pomostów, inni rzucali się do ucieczki, ale powstrzymywani przez własne szeregi prące naprzód, łatwo zostali porażeni przez Żydów nacierających na nich z tyłu.

29. Ale tak jak Żydzi w nieszczęściu nie tracili rozwagi, tak Rzymianie męstwa. Chociaż tedy widzieli straszne cierpienia poparzonych towarzyszy, szli dalej na Żydów, którzy wciąż wrzątek na nich wylewali, i nie tylko postępowali mężnie, ale jeszcze poprzedników swoich napominali, krzycząc, że im przeszkadzają, a siły rozwinąć nie dają. Tedy Żydzi musieli do innego uciec się sposobu i na deski pomostu lali rozgotowaną trawę grecką837, skutkiem czego nieprzyjaciel ślizgał się, spadał, a żaden nie mógł się utrzymać, czy to prąc naprzód, czy zmykając. Albo tedy padali na deski pomostu, tratowani przez własne szeregi, albo ześlizgiwali się na wał, gdzie ich zabijali Żydzi, którzy nie potrzebowali teraz ścierać się w ręcznym boju i mogli znowu używać strzał. Pod wieczór Wespazjan kazał szturmu zaniechać, gdyż wojsko poniosło dotkliwe straty. Niemała tam była ilość zabitych, a znaczna ilość rannych. Po stronie Żydów legło sześciu, a przeszło trzystu pokaleczonych odniesiono do miasta. Działo się to dwudziestego dnia miesiąca Daisios838.

30. Wespazjan chciał podnieść na duchu swe wojska, które znacznie ucierpiały, tymczasem wzburzony żołnierz żądał nie słów pociechy, ale komendy do nowego boju. Tedy Wespazjan kazał jeszcze więcej podwyższyć wały i wznieść trzy wieże wysokości po pięćdziesiąt stóp i dać im okucie żelazne ze wszystkich stron, aby silnie stały i aby się ich ogień nie imał. Na tych wieżach ustawił łuczników, dzirytników i najlepszych procarzy, a oprócz tego lżejsze machiny. Wieże, opatrzone w wysokie blanki, zakrywały zupełnie żołnierzy, którzy natomiast mogli stojących na murach Żydów doskonale widzieć i wygodnie do nich mierzyć. I oto przed tymi z góry padającymi pociskami Żydzi w żaden sposób nie byli w stanie się zasłaniać ani też ranić wrogów tak wysoko stojących, ani wreszcie wież niszczyć ogniem; przeto opuścili mur i znowu czynili napady, uderzając na tych, którzy szli do szturmu. Oto w jaki sposób obrońcy Jotapaty stawiali Rzymianom czoło, chociaż codziennie wielu z nich ginęło; strat poważnych wrogowi zadawać już nie mogli, jedynie zdołali odpierać go z licznymi stratami własnymi.

31. W tych dniach Wespazjan wysłał Trajana839, dowódcę legii dziesiątej, na czele tysiąca konnicy i dwóch tysięcy piechoty, aby zajął jedno z sąsiednich miast, zwane Jafa, które na wieść o nadspodziewanie uporczywej obronie Jotapaty również za broń chwyciło. Wódz zauważył, że trudno mu będzie miasto zdobyć z powodu jego położenia oraz potrójnego muru. Ale obywatele Jafy wyszli naprzeciw niego z bronią w ręku. Przeto wszczął z nimi bitwę i po bardzo krótkim oporze przegnał ich. Skryli się tedy za pierwszy mur, lecz Rzymianie na ich karkach wpadli tam za nimi. A kiedy obywatele chcieli uciec za następny mur, mieszkańcy zamknęli przed nimi bramy, bo obawiali się, że wróg wpadnie w ślad za nimi. Widać sam Bóg obarczył tą klęską Galilejczyków na rzecz Rzymian, skoro bracia przed braćmi miasto zamknęli i całą zbrojną załogę na rzeź Rzymianom wydali. Gdy się tłoczyli u bram i po imieniu wołali na współobywateli, aby im otwierali czym prędzej, z tym błagalnym wołaniem na ustach zostali w pień wycięci. Pierwszy mur zamknęli za nimi nieprzyjaciele, drugi ich własny współobywatel. Wciśnięci między te dwie ściany jedni zabijali drugich, ci znowu kończyli samobójczo, ale większość popadała w rzymskie ręce, nie mogąc się zdobyć na żadną obronę. Bowiem oprócz grozy, jaką posiał wróg, złamała w nich ducha zdrada ze strony obywateli. Ginęli, przeklinając nie Rzymian, ale własnych rodaków, a padło ich ogółem dwanaście tysięcy. Trajan mniemał, że miasto ogołocone zostało z obrońców, a jeśliby się nawet jacy znaleźli, braknie im odwagi począć coś godziwego; zapragnął więc ostateczne zdobycie miasta zachować dla naczelnego wodza. Posłał tedy do Wespazjana z prośbą, aby dla dokonania zwycięstwa odkomenderował syna. Wespazjan, przypuszczając, że przecież może trzeba będzie stoczyć jeszcze jakieś walki, dał synowi pięćset konnicy i tysiąc piechoty. Tytus szybko podążył pod miasto, ustawił wojsko w szyku bojowym, Trajanowi powierzył dowództwo nad lewym skrzydłem, sam zaś stanął na czele prawego i rozpoczął szturm. Kiedy żołnierze ze wszystkich stron poprzystawiali drabiny do murów, Galilejczycy po krótkiej obronie cofnęli się od obwarowań, przeto wojsko Tytusa zajęło je i wkroczyło do miasta. Tu wszelako napotkali Żydów stłoczonych w gromadę i musieli stoczyć z nimi zaciętą walkę. W ciasnych uliczkach Żydzi rzucili się na nich, a kobiety, stojąc na dachach, miotały na głowy wroga wszystko, co im wpadło w ręce. Walka trwała aż sześć godzin. Ale gdy padli w boju tym wojownicy, Rzymianie mogli już bezpiecznie mordować ludność, czy to na mieście, czy po domach, co też czynili, na żadne różnice wieku nie zważając. Nie pozostawili przy życiu ani jednego człowieka płci męskiej prócz niemowląt, które wraz z niewiastami zaprzedano w niewolę. W bitwie tej, jako i w walkach poprzednich padło ogółem piętnaście tysięcy ludzi, a zaciągnięto w niewolę dwa tysiące sto trzydzieści. Klęska ta spadła na Galilejczyków w dwudziestym piątym dniu miesiąca Daisios.

32. Samarytanie także nie uniknęli ciosu. Zebrali się na swojej świętej górze Garizim, a choć nigdzie stamtąd nie ruszali, przecież sama ich liczba, a przy tym ich zachowanie się było groźbą wojenną. Klęska sąsiadów wcale ich nie otrzeźwiła; słabości swojej bynajmniej nie postrzegając, a pragnąc zmierzyć się z szczęśliwymi Rzymianami, czekali tylko chwili do wszczęcia buntu. Wespazjan sądził, że należy ich ubiec, a zapędy ukrócić. W całej bowiem Samarii pozostawały różne załogi rzymskie i trzeba się było o nie poważnie zatroszczyć wobec tak wielkiej liczby i wyzywającego zachowania owych tłumów zebranych na górze. Wysłał tedy Cerealiusza, przełożonego legii piątej, na czele sześciuset jeźdźców i trzech tysięcy piechoty. Ten jednak, ujrzawszy te tłumy na górze, uważał za rzecz niebezpieczną piąć się ku nim na wyżynę i wdawać się z nimi w bój. Poprzestał tedy na tym, że górę ze wszystkich stron otoczył wojskiem i cały dzień dawał baczenie na tłumy. Tymczasem Samarytanom zabrakło wody, a upał, jako to latem, był straszny. Tłum w ogóle nie zaopatrzył się w żywność, niektórzy jeszcze tego samego dnia pomarli z pragnienia, a wielu, woląc niewolę od takiego zgonu, przechodziło do Rzymian. Skoro Cerealiusz od tych zbiegów zasłyszał, że Samarytanie są całkiem wycieńczeni, wstąpił na górę i ze wszystkich stron ich otoczył. Najpierw zażądał, aby się poddali; kazał im, by dbając o swój ratunek, broń odrzucali, a wtedy szczędzić ich będzie. Ale gdy tym nic u nich nie wskórał, kazał ich wszystkich wyciąć do nogi, a było ich jedenaście tysięcy sześćset. Działo się to dnia dwudziestego siódmego miesiąca Daisios. Oto jaka klęska spadła na Samarytan.

33. Tymczasem obrońcy Jotapaty dzielnie wytrzymywali oblężenie i nad wszelkie przewidywania znosili mężnie okropności wojny. Aż nareszcie czterdziestego siódmego dnia, kiedy wały rzymskie przewyższyły mury miejskie, zbieg pewien tego dnia właśnie doniósł Wespazjanowi, jak szczupła i jak wycieńczona jest owa garstka obrońców i jak wskutek ciągłego czuwania i bezustannych walk stopniała, że nie byłaby w stanie odeprzeć silniejszego szturmu, że w dodatku można by miasto całe wziąć fortelem, gdyby go tylko kto chciał użyć. Albowiem zawsze w czasie ostatniej straży nad ranem obrońcy, mniemając, iż na chwilę są bezpieczni, niesłychanym trudem zmożeni, w sen krótki zapadają, a wtedy nawet straże pochylają głowy, przymykając oczy. Radzi tedy o tej porze właśnie szturm do miasta przypuścić. Wespazjan nie dowierzał zbytnio temu doniesieniu, wiedział bowiem, jak Żydzi dochowują sobie wierności, na żadne kary, ciało ich kaleczące, nie zważając, bo już przedtem pewien przyłapany obrońca Jotapaty zniósł wszelkie katusze i choć go przypiekano żywym ogniem, nic z tego nie zdradził, co się w mieście działo, a w uśmiechach na krzyżu życie zakończył. Ale to, co ów zdrajca opowiadał, miało wszystkie pozory prawdopodobieństwa; przeto zyskał wiarę, a Wespazjan mówił sobie, że gdyby nawet na dnie tego krył się jakowyś podstęp, to i tak Rzymianom nie może stać się żadna poważniejsza krzywda. Przykazał tedy owego człowieka wziąć pod straż, a wojskom gotować się do szturmu.

34. O oznaczonej godzinie Rzymianie zbliżyli się do muru. Na czele szli Tytus i trybun Domicjusz840 Sabinus, za nimi zaś garść ludzi z legii piętnastej841. Zakłuwszy straże, weszli do miasta. Po nich wstąpili na czele oddziału wojska trybun Sekstus Kalwariusz842 i Placidus. Twierdza była tedy zdobyta, wróg chodził po mieście. Nastał dzień. A obrońcy Jotapaty, zmożeni snem i wyczerpaniem, nic o tym jeszcze nie wiedzieli, ci zaś, którzy już się budzić zaczęli, niewiele mogli dostrzec, bo właśnie nad miastem wstawała gęsta mgła. Dopiero kiedy już całe wojsko napływało, zrywali się, ale już tylko po to, aby ujrzeć klęskę i pod miecz rzymski dając głowę, dowiedzieć się o ostatecznym upadku miasta. Rzymianie, rozjątrzeni mozołem oblężenia, nie znali litości i nikogo nie oszczędzali. Wycinali mieszkańców, spychali ich w dół z góry miejskiej, gdzie z powodu ciasnoty o obronie ani myśleć nie było można. Wciskani w wąskie uliczki, strącani ze stromej góry przez walące za nimi wojsko, byli gnieceni bez miłosierdzia. To też stało się powodem, że najdzielniejsi ludzie Józefa sami sobie życie odbierali. Kiedy zauważyli, że żadnego Rzymianina nie zabiją, nie chcąc iść pod ich miecz, zebrali się na skraju miasta i tam się zabijali.

35. Część obrońców, która na samym początku napadu Rzymian na miasto zauważyła, co się dzieje, schroniła się w wieży północnej i tam jakiś czas stawiała opór; wszelako otoczona przez przeważające siły, zbyt późno wyciągając prawicę o układy, sama już szła na śmierć. Mogliby się zaiste Rzymianie pochwalić, że zadając miastu cios ostateczny, sami jednej kropelki krwi nie przelali, gdyby nie był padł pewien setnik, imieniem Antoniusz, i to tylko podstępem zabity. Wielu Żydów bowiem pochowało się w głębokich jamach; jeden z nich tedy, wychyliwszy się, błagał Antoniusza o darowanie mu życia i podanie ręki na znak miłosierdzia, czym zarazem pomoże mu wydostać się z owej jamy. Nieostrożny setnik podał mu tedy rękę, a ów człowiek żgnął go z dołu oszczepem w podbrzusze, że na miejscu ducha wyzionął.

36. Tego dnia Rzymianie zabijali tylko te gromady, które im w oczy wpadły. Ale w następnych dniach przetrząsali wszystkie kryjówki, przeszukiwali wszystkie chodniki i pieczary, zabijając ukrytych tam mieszkańców bez różnicy wieku, z wyjątkiem niemowląt i kobiet. Do niewoli zaciągnęli jeńców ogółem tysiąc dwieście. W czasie całkowitej obrony Jotapaty legło czterdzieści tysięcy Żydów. Wespazjan kazał miasto zburzyć, a wszelkie obwarowania spalić. Tak padła Jotapata w trzynastym roku panowania Nerona dnia pierwszego miesiąca Panemos843.